"Wpadka" by Adam Marczuk
[ WPADKA.TXT ]
Noc zapowiadała się pięknie. Bezchmurne niebo upstrzone miliardami
gwiazd rozjaśniał wielki księżyc w tej najwspanialszej ze swych postaci, w
pełni. Ciszę przerywało jedynie rytmiczne cykanie cykad i sporadyczne
koncerty żab. Ciemność dodawała otuchy młodym pełnym wigoru duszom.
Podkradali się w ciszy do jego krypty, uważając by nie nadepnąć na
przypadkową gałązkę, czy nie podknąć się o żaden z licznych, dużych
kamieni porozrzucanych wokół jego domostwa.
- Cholera! Czy nie możemy podlecieć? - sepnął jeden z nich po
kolejnym potknięciu.
Z przodu rozległy się odgłosy gorączkowego uciszania.
- Dobrze wiesz, że nie! - ktoś odszepnął mu prosto w ucho.
Dookoła rozległy się liczne syknięcia. Szli dalej przy wtórze cichych
przekleństw, syków i przyciszonego hihotu najmłodszych. Już było widać
błyszczącą w świetle księżyca płytę. Cztery wizerunki demonów tonęły w
głębokim cieniu rzucanym przez pobliską kaplicę Melitele. Kapłanki zapewne
nawet się nie domyślają co czai się na pobliskim cmentarzu. Siedem
mrocznych cieni przemknęło chyłkiem przed wejściem do świątyni. Cztery z
nich chwyciły za płytę grobowca unosząc ją bezgłośnie. Z wnętrza dobiegało
ciche chrapanie, powietrze było zatęchłe i przesycone zapachem krwi.
Księżyc zalał wnętrze srebrzystym światłem wypełniając mroczną kryptę
długimi cieniami. Na środku krypty stało wygodne łoże, na którym spał
wampir. Jasne światło księżyca odbijało się od obnażonych kłów. Przez
cienką kołdrę widać było że jest on chudy i wysoki.
Postacie wkradły się cicho do krypty i podeszły do łóżka. Jedna z
nich zatoczyła koło ręką, reszta na umówiony znak okrążyła łoże. Pierwsza
postać zaczęła odliczać palcami.
Trzy... Dwa... Jeden... Po zamknięciu całej dłoni z siedmiu gardeł
dobyło się przerażające wycie. Światło odbiło się na czternastu obnażonych
kłach. Wampir na łóżku zerwał się gwałtownie i zataczając się zerwał na
nogi. Po chwili, gdy jego mętny wzrok wyklarował się, usiadł gwałtownie na
łóżku. Pozostałe wampiry przestały przeraźliwie wyć i wybuchnęli
gwałtownym, niepohamowanym śmiechem.
- I z czego się tak cieszysz Malin? - głos wampira ociekał goryczą i
złością. Choć jego wzrok wyrażał chęć mordu, to jego wychudzona i blada
twarz pozostawała bez wyrazu.
- Nie gniewaj się Regisku, ale nie mogliśmy się powstrzymać - odparł
przez łzy Malin. - Lecimy się zabawić i przyszliśmy zapytać cię czy lecisz
z nami. Mam nadzieję, że...
- Nie pieprz Malin. A ty Regis choć już, bo zabawa się skończy zanim
tam dolecimy - przerwał mu jeden z pozostałych wampirów, które przestały
się już śmiać i szykowały się do wyjścia.
- Dobra, już idziemy Menace - uprzedził gniewną ripostę Regis.
Osiem wampirów opuściło kryptę. Zasunęli starannie płytę grobowca. Po
chwili osiem nietoperzy leciało w kierunku okrągłego księżyca. Po
kilkunastu minutach lotu nad pobliskim lasem dotarli na polanę
rozświetloną wielkim ogniskiem, wokół którego tańczyło kilkanaście
wysokich postaci. Regis wylądował na jednym z krańców polany. Obiegające w
szalonym tańcu ognisko postacie migały mu przed oczyma. Przebiegał
wzrokiem po polanie, aż znalazł to co go najbardziej interesowało. Pięć
ludzkich postaci leżało związanych po drugiej stronie ogniska. Wampir
obiegł szybko ognisko i przyklęknął przy jednym z ludzi. Ubrany był w
chłopski chałat a na szyji miał ślady ukąszeń. Regis obnażył swoje kły i
wbił je głęboko w arterie chłopa. Ciepła krew pociekła mu z otwartych ust.
Chłeptał ją głośno czując, że ssanie w żołądku, które następowało zawsze
gdy dłuższy czas nie pił krwi. Czuł jak ciepły płyn rozlewa mu się po
żołądku. Oderwał się od ciała gdy było już puste. Rozejrzał się dookoła i
zauważył, że świat nabrał żywszych barw. W głowie lekko mu szumiało, krąg
tańczących wabił i urzekał. Wstał chwiejąc się i dołączył do tańczących
postaci. Z początku potykał się o własne nogi, ale szybko wpadł w rytm i
zapomniał się w wykonywanym tańcu. Krążyli jak szaleni a ognisko zamiast
przygasać paliło się coraz bardziej i bardziej. Nikt nie wiedział jak to
się dzieje, ale najważniejsze, że się działo, wysokie płomienie podsycane
szaleństwem ich tańca, wampirzego tańca, sięgały niemal wysokości koron
drzew. Tańczyli coraz szybciej i szybciej, świat wokół wirował w
szaleńczym tempie. Nagle jeden z tańczących wypadł z kręgu, po nim jeszcze
jeden i następny. W końcu przyszła jego kolej, więc postąpił tak jak inni
i wypadł z przerwanego kręgu. Gdy odpadł ostatni tancerz płomienie
przygasły i stały się tylko cieniem wielkiego ogniska płonącego tam ledwie
kilka chwil wcześniej.
Wszystkie wampiry leżały nieruchomo jakby bały się nawet oddychać w
tej jednej z najświętrzych chwil. Żółty blask ogniska powoli ustępował
srebrnej poświacie księżyce. Jakby pokrzepione tym światłem wampiry
poczęły z wolna wstawać. Regis doczłapał do jednego z chłopów.
- Hej! Ty już piłeś, daj pić innym! - usłyszał z tyłu znajomy głos.
- Odpieprz się Malchance. - warknął usiłując wbić kły w gardło
leżącego człowieka.
Tak naprawdę to nie poczuł tego uderzenia, był zbyt zamroczony krwią.
Odrzuciło go jednak na sporą odległość więc, odruchowo, zawył boleśnie.
Rzucił się na piękną, jasnowłosą wampirkę. Jednak Malchance, w
przeciwieństwie do niego, niewiele tej nocy piła i zachowała w pełni
wampirzy refleks. Zdążyła się odsunąć przez co przeleciał obok niej,
żałośnie młócąc rękami powietrze, po czym wylądował twarzą w leśnej
ściółce. Gdzie niegdzie odzezwał się nerwowy hihot. Wstał chwiejnie na
nogi i spojrzał na nią groźnie. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że wygląda
żałośnie, cały brudny, twarz oblepiona ziemią, mchem i krwią, smoliście
czarne włosy niemłosiernie potargane a jego oczy sprawiały wrażenie jakby
trudno mu było skupić wzrok na czymś konkretnym.
- Idź poszukać sobie czegoś do picia gdzieś indziej! - słowa jego
byłej kochanki brzmiały krytycznie, przebłyskiwała w nich jednak nuta
głęboko utajonego żalu. Regis jednak zaślepiony żalem na cały świat i
ilością wypitej krwi nie mógł tego zauważyć. Nie mógł też zauważyć jak po
jego nagłym odlocie Malchance skryła twarz w dłoniach i cicho zapłakała.
Te wampiry, które znały tę parę szeptały innym o ich tragedii.
Lecąc jako nietoperz niewiele widział, ale za to słuch rekompensował
mu wszystko. Słuch i jeszcze ten zmysł, mógł wyczuć ciepło ludzkich ciał.
Zbliżał się powoli do pobliskiej wioski. Jego myśli całkowicie opanowała
żądza krwi, nie myślał już o tym co zaszło, nie myślał o innych wampirach,
ani nie myślał o niej, o Malchance. W jego głowie były tylko dwa słowa,
pić i zapomnieć. Widział cieplny zarys jakiejś postaci na obrzeżach
wioski. Podleciał do stodoły gdzie zmienił się na powrót w wampira. Wpadł
szybko do środka, szeroko otwierając drzwi. Krew, nareszcie krew! Krzyczał
jego umysł. W środku okropnie gruba baba przewalała sianu widłami. Jak
tylko zobaczyła kogoś lecącego na nią, uniosła widły w geście obrony.
Regis nie zdążył się uchylić. Prawdę mówiąc nie zdążył zrobić nic,
wpadł z rozpędu na wyciągnięte widły. Baba wyrwała je ze zdębiałego
wampira i zaczęła walić go trzonkiem z całej siły w łeb. Po kilku razach
Regis przestał cokolwiek odczuwać, osunął się w milczącym zdumieniu na
podłogę ku lecącej do niego zimnej ciemności.
Przebudzeniu towarzyszyło dziwne uczucie. Szybko otworzył oczy. Obok
niego stali ludzie odwróceni doń tyłem. Coś było nie w porządku, czół to.
Po kilku próbach udało mu się skupić wzrok na swoim torsie. Zadrżał. W
jego ciało wbite było kilkanaście zaostrzonych kołów. Jednak nie to
sprawiło, że zadrżał, ale to co zobaczył dalej. Dalej leżały jego ręce i
nogi, odrąbane od reszty ciała. Wpadł w panikę, nie mógł się zmienić,
wiedział to. Jak przez mgłę usłyszał słowa jednego z chłopów.
- Zróbmy jeno tako jak nam ten wiedźmin, Vesemir, prawił. Po nabiciu
kołami i skropieniu wodą co nam ten kapłan zza rzeki dawoł, poćwiartować
bestię trza, głowę urżnąć i głęboko w ziemi zakopać. Tak chłopy zrobicie,
a od wąpierza się uwolnicie, prawił. A ten tam wiedźmin zna się na
bestyjach wszelakich, przecie on sam do ich grona należy!
Regis wzdrygnął się słysząc pomruk aprobaty z ust ludzi. Pragnął się
wydostać stamtąd jak najprędzej, z daleka od tej tłuszczy, od tych
oprawców. Jak oni śmią! Przecież to tylko naczynia! Rasa niższa! Jego
myśli krążyły wokół tego jak się wydostać, bywał już w tarapatach, ale
nigdy w tak poważnych. Zmiana bez rąk i nóg nie wchodziła w rachubę. Bez
kończyn nie mógł też walczyć, opanowanie jednego z chłopów mu nic nie da.
Wampir wpadał w coraz większą rozpacz. Był tak pochłonięty myślami, że
ledwie zauważył jak jeden ze zgromadzonych krzyknął ze zgrozą pokazując na
niego. Drugi odwrócił się z zakrwawionym toporem w rękach. Jedno
precyzyjne szybkie cięcie, głowa wampira potoczyła się po centralnym
placu wioski. Regis zamknął oczy by nie widzieć co się będzie dziać. Co
dziwne nie czuł nic.
Gdy otworzył oczy dookoła panowały ciemności. Zdołał jednak dostrzec
ich fakturę i leżące obok zwłoki. Ziemia! Jestem pod ziemią! Pomyślał.
Wiedział już, że przeżyje, nie wiedział tylko ile czasu spędzi w tym
miejscu. Już zaczął odczuwać lekkie mrowienie wskazujące na powolną
regenerację komórek. Próbował zasnąć, lecz nie mógł. Leżał więc tak mogąc
tylko myśleć. Wiedźmin, pomyślał, Vesemir, no cóż, mam nadzieję, że
wiedźmini, żyją dłużej niż zwykli ludzie.
CDNN
* * *
Adam "Regis" Marczuk
regis_@friko4.onet.pl
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl