"Droga, z której się nie wraca" by Andrzej Sapkowski
[DROGA.TXT]
I
Ptak o pstrokatych piórkach, siedzący na ramieniu Visenny,
zaskrzeczał, zatrzepotał skrzydełkami, z furkotem wzbił się i poszybował
między zarośla. Visenna wstrzymała konia, nasłuchiwała chwilę, potem
ostrożnie ruszyła wzdłuż leśnej dróżki.
Mężczyzna zdawał się spać. Siedział opierając się plecami o słup
pośrodku rozstaju. Z bliższej odległości Visenna zobaczyła, że oczy ma
otwarte. Już wcześniej spostrzegła, że jest ranny. Prowizoryczny
opatrunek, pokrywający lewe ramię i biceps, przesiąknięty był krwią, która
jeszcze nie zdążyła sczernieć.
- Witaj młodzieńcze - odezwał się ranny, wypluwając długie źdźbło
trawy. - Dokąd zmierzasz, jeśli wolno spytać?
Visennie nie spodobał się "młodzieniec". Odrzuciła kaptur z głowy.
- Spytać wolno - odpowiedziała - ale wypadałoby uzasadnić ciekawość.
- Wybaczcie, pani - rzekł mężczyzna, mrużąc oczy. - Nosicie męski
strój. A co do ciekawości, to jest ona uzasadniona, a jakże. To jest
niezwykłe rozdroże. Spotkała mnie tu interesująca przygoda...
- Widzę - przerwała Visenna, patrząc na nieruchomy, nienaturalnie
skręcony kształt, leżący na wpół zagrzebany w poszyciu nie dalej niż
dziesięć kroków od słupa.
Mężczyzna podążył za jej spojrzeniem. Potem ich oczy spotkały się.
Visenna, udając, że odgarnia włosy z czoła, dotknęła diademu, ukrytego pod
opaską z wężowej skóry.
- A tak - rzekł ranny spokojnie. - Tam leży nieboszczyk. Bystre macie
oczy. Pewnie uważacie mnie za rozbójnika? Mam rację?
- Nie masz - powiedziała Visenna, nie odejmując ręki od diademu.
- A... - zająknął się mężczyzna. - Tak. No...
- Twoja rana krwawi.
- Większość ran ma taką dziwną właściwość - uśmiechnął się ranny.
Miał ładne zęby.
- Pod opatrunkiem, zrobionym jedną ręką, będzie krwawić długo.
- Czyżbyście chcieli zaszczycić mnie swoją pomocą?
Visenna zeskoczyła z konia, drążąc obcasem miękką ziemię.
- Nazywam się Visenna - powiedziała. - Nie zwykłam robić nikomu
zaszczytów. Poza tym, nie cierpię, kiedy ktoś zwraca się do mnie w liczbie
mnogiej. Zajmę się twoją raną. Możesz wstać?
- Mogę. A muszę?
- Nie.
- Visenna - powiedział mężczyzna, unosząc się z lekka, by ułatwić jej
odwinięcie płótna. - Ładne imię. Mówił ci już ktoś, Visenna, że masz
piękne włosy? Ten kolor nazywa się miedziany, prawda?
- Nie. Rudy.
- Aha. Jak skończysz, ofiaruję ci bukiet z łubinu, o, tego, co rośnie
w rowie. A w czasie operacji opowiem ci, ot tak, dla zabicia czasu, co
mi się przydarzyło. Widzisz, nadszedłem tą samą drogą, co i ty. Widzę,
stoi na rozstaju słup. O, właśnie ten. Do słupa przymocowana deska. To
boli.
- Większość ran ma taką dziwną właściwość. - Visenna oderwała
ostatnią warstwę płótna, nie starając się być delikatną.
- Prawda, zapomniałem. O czym ja... Ach, tak. Podchodzę, patrzę, na
desce napis. Strasznie koślawy, znałem kiedyś łucznika, który potrafił
ładniejsze litery wysikać na śniegu. Czytam... A to co ma być, moja panno?
Co to za kamyk? O, do licha. Tego się nie spodziewałem.
Visenna powoli przesunęła hematyt wzdłuż rany. Krwawienie ustało
momentalnie. Zamknąwszy oczy, uchwyciła ramię mężczyzny oburącz, mocno
dociskając brzegi skaleczenia. Odjęła ręce - tkanka zrosła się,
pozostawiając zgrubienie i szkarłatną pręgę.
Mężczyzna milczał, bacznie się jej przypatrując. Wreszcie zdjął
ostrożnie ramię, rozprostował je, potarł szramę, pokręcił głową. Naciągnął
skrwawiony strzęp koszuli i kubrak, wstał, podjął z ziemi pas z mieczem,
kiesą i manierką, spinany klamrą w kształcie smoczego łba.
- Tak, to się nazywa mieć szczęście - powiedział, nie spuszczając z
Visenny oka. - Trafiłem na uzdrowicielkę w samym środku puszczy, w widłach
Iny i Jarugi, gdzie zwykle łatwiej o wilkołaka, albo, co gorsza, pijanego
drwala. Jak będzie z zapłatą za leczenie? Chwilowo cierpię na brak
gotówki. Wystarczy bukiet z łubinu?
Visenna zignorowała pytanie. Podeszła bliżej do słupa, zadarła głowę
- deska przybita była na wysokości wzroku mężczyzny.
- "Ty, który nadejdziesz od zachodu - przeczytała na głos. - W lewo
pójdziesz, wrócisz. W prawo pójdziesz, wrócisz. Wprost pójdziesz, nie
wrócisz". Bzdury.
- Dokładnie to samo pomyślałem - zgodził się mężczyzna, otrzepując
kolana z igliwia. - Znam te okolice. Prosto, to jest na wschód, idzie się
ku przełęczy Klamat, na kupiecki trakt. Niby dlaczego nie można stamtąd
wrócić? Takie ładne dziewczęta spragnione zamążpójścia? Tania gorzałka?
Wakujące stanowisko burmistrza?
- Nie trzymasz sie tematu, Korin.
Mężczyzna otworzył usta zdumiony.
- Skad wiesz, że nazywam się Korin?
- Sam mi to mówiłeś przed chwilą. Opowiadaj dalej.
- Tak? - Mężczyzna spojrzał na nią podejrzliwie. - Doprawdy? No,
może... Na czym skończyłem? Aha. Czytam więc, i dziwię się, co za baran
wymyślił ten napis. Naraz, słyszę, ktoś bełkoce i mruczy za moimi plecami.
Oglądam się, babuleńka, siwiuteńka, zgarbiona, z kijaszkiem, a jakże.
Pytam grzecznie, co jej jest. Ona mamroce: "Głodnam, cny rycerzyku, od
świtania na ząb nie było co wziąć". Zgaduję, ma babuleńka jeszcze minimum
jeden ząb. Wzruszyłem się jak nie wiem co, biorę więc z sakwy chleba kąsek
i połowę wędzonego leszcza, którego dostałem od rybaków nad Jarugą i daję
starowince. Ta siada, mamle, chrząka, wypluwa ości. Ja nadal oglądam ten
dziwny drogowskaz. Naraz babcia odzywa się: "Dobryś, rycerzyku,
poratowałeś mnie, nagroda cię nie minie". Chciałem jej powiedzieć, gdzie
może sobie wsadzić swoją nagrodę, a babka mówi: "Zbliż się, mam ci coś
rzec do ucha, ważną tajemnicę odkryć, jak wielu dobrych ludzi od
nieszczęścia wybawić, sławę zyskać i bogactwo".
Visenna westchnęła, siadła obok rannego. Podobał jej się, wysoki,
jasnowłosy, z pociągłą twarzą i wydatnym podbródkiem. Nie śmierdział, jak
zwykle mężczyźni, których spotykała. Odpędziła natrętną myśl, że za długo
włóczy się samotnie po lasach i gościńcach. Mężczyzna ciągnął:
- Ha, pomyślałem sobie, klasyczna okazja się trafia. Jeśli babka, nie
ma sklerozy, a ma wszystkie klepki, to może i będzie z tego zysk dla
biednego wojaka. Schylam się, nadstawiam ucha, jak kto głupi. No i gdyby
nie refleks, dostałbym prosto w grdykę. Odskoczyłem, krew sika mi z
ramienia jak z fontanny pałacowej, a babka sunie z nożem, wyjąc, parskając
i plując. Ciągle jeszcze nie uważałem, że to poważna sprawa. Poszedłem w
zwarcie, by pozbawić ją przewagi, i czuję, że to żadna staruszka. Piersi
twarde jak krzemienie...
Korin zerknął w strone Visenny, by sprawdzić, czy się nie czerwieni.
Visenna słuchała z grzecznym wyrazem zaciekawienia na twarzy.
- O czym to ja... Aha. Myślałem, zwalę ją z nóg i rozbroję, ale gdzie
tam. Silna jak ryś. Czuję, za moment wysmyknie mi się jej ręka z nożem. Co
było robić? Odepchnąłem ją, cap za miecz... Nadziała się sama.
Visenna siedziała milcząc, z ręką u czoła, niby w zadumie poprawiła
wężową opaskę.
- Visenna? Mówię, jak było. Wiem, że to kobieta i głupio mi, ale nich
skonam, jeśli to była normalna kobieta. Natychmiast po tym, jak upadła,
odmieniła się. Odmłodniała.
- Iluzja - rzekła Visenna w zamyśleniu.
- Że co?
- Nic - Visenna wstała, podeszła do zwłok leżących w paprociach.
- Tylko popatrz. - Korin stanął obok. - Baba jak posąg w pałacowej
fontannie. A była zgarbiona i pomarszczona jak zad stuletniej krowy. Niech
mnie.
- Korin - przerwała Visenna - nerwy masz mocne?
- Hę? A co mają do tego moje nerwy? Owszem, jeśli cię to interesuje,
nie narzekam.
Visenna zdjęła opaskę z czoła. Klejnot w diademie rozjarzył się
mlecznym blaskiem. Stanęła nad zwłokami, wyciągnęła ręce, zamknęła oczy.
Korin przyglądał się z półotwartymi ustami. Visenna pochyliła głowę,
szeptała coś, czego nie rozumiał.
- Grealghane! - krzyknęła nagle.
Paprocie zaszeleściły gwałtownie. Korin odskoczył dobywając miecza,
zamierając w obronnej pozycji. Zwłoki zatrzepotały.
- Grealghane! Mów!
- Aaaaaaaaa! - rozległ się z paproci narastający ochrypły wrzask.
Trup wygiął się w kabłąk, nieledwie lewitował, dotykając ziemi plecami i
czubkiem głowy. Wrzask ścichł, zaczął się rwać, przechodzić w gardłowy
bełkot, urywane jęki i krzyki, stopniowo nabierające kadencji, ale
absolutnie niezrozumiałe. Korin poczuł na plecach zimną strużkę potu,
drażniącą jak pełznąca gąsienica. Zaciskając pięści, by powstrzymać
mrowienie w przedramionach, całą siłą woli walczył z przemożnym
pragnieniem ucieczki w głąb lasu.
- Oggg... nnnn...nngammm - wybełkotał trup, drąc ziemię paznokciami,
bulgocąc krwawymi bańkami, pękającymi na wargach. - Nam... eeeggg...
- Mów!
Z wyciągniętych dłoni Visenny sączył się mętnawy strumień światła, w
którym wirował i kłębił się kurz. Z paproci frunęły w góre suche listki i
źdźbła. Trup zachłysnął się, zamlaskał i nagle przemówił, zupełnie
wyraźnie.
- ...rozstajach sześć mil od Klucza w południe najdalej. Poo...
Posyłał. Kręgu. Chłopaka. Spra... ggg... azał. Kazał.
- Kto?! - krzyknęła Visenna. - Kto kazał? Mów!
- Fffff... ggg... genal. Wszystkie pisma listy amulety.
Pier...ścienie.
- Mów!
- ...rzełęczy. Kościej. Ge... nal. Zabrać listy. Per... gaminy.
Przyjdzie z maaaaaaaaa! Eeeeeeeee! Nyyyyyyyyy!!!
Bełkotliwy głos zawibrował, rozpłynął się w przerażającym wrzasku.
Korin nie wytrzymał, rzucił miecz, zamknął oczy i przycisnął dłonie do
uszu. Stał tak, dopóki nie poczuł na ramieniu dotknięcia. Drgnął,
potężnie, całym ciałem.
- Już po wszystkim - powiedziała Visenna, ocierając pot z czoła. -
Pytałam, jakie masz nerwy.
- Co za dzień - wystękał Korin. Podniósł miecz, schował go do pochwy,
starając się nie patrzeć w stronę nieruchomego już ciała. - Visenna?
- Słucham?
- Chodźmy stąd. Jak najdalej od tego miejsca.
II
Jechali we dwójkę na koniu Visenny, leśnym duktem, zarośniętym i
wyboistym. Ona z przodu, w siodle, Korin na oklep, z tyłu, obejmując ją w
talii. Visenna już dawno przywykła bez skrępowania cieszyć się drobnymi
przyjemnościami, sporadycznie ofiarowywanymi przez los, z zadowoleniem
opierała więc plecy o pierś mężczyzny. Milczeli oboje.
- Visenna - Korin zdecydował się pierwszy, po blisko godzinie.
- Słucham.
- Nie jesteś tylko uzdrowicielką. Jesteś z Kręgu?
- Tak.
- Sądząc po tym... pokazie, Mistrzem?
- Tak.
Korin puścił jej talię i przytrzymał się łęku siodła. Visenna
zmrużyła oczy z gniewu. Oczywiście nie dostrzegł tego.
- Visenna?
- Słucham?
- Zrozumiałaś coś z tego co ta... co to - mówiło?
- Niewiele.
Znowu milczeli. Pstrokaty ptak, przelatujący nad nimi, wśród
listowia, zaskrzeczał głośno.
- Visenna?
- Korin, zrób mi przyjemność.
- Hę?
- Przestań gadać. Chcę pomyśleć.
Dukt sprowadził ich prosto w dół, w wąwóz, w koryto płytkiego
strumienia, leniwie przemykającego wśród głazów i czarnych pni w
przenikliwym zapachu mięty i pokrzywy. Koń ślizgał się na kamieniach,
pokrytych osadem gliny i mułu. Korin, by nie spaść, ponownie uchwycił
talię Visenny. Odpędził natrętną myśl, że za długo włóczy się samotnie po
lasach i gościńcach.
III
Osada była typową ulicówką, przytuloną do zbocza góry, rozwleczoną
wzdłuż traktu - słomianą, drewnianą i brudną - przycupniętą wśród krzywych
płotów. Gdy podjechali, psy podniosły jazgot. Koń Visenny człapał
spokojnie środkiem drogi, nie zwracając uwagi na zajadłe kundle,
wyciągające spienione pyski ku jego pęcinom.
Początkowo nie widzieli nikogo. Potem, zza płotów, z dróżek,
wiodących na gumna, pojawili się mieszkańcy - podchodzili wolno, bosi i
chmurni. Nieśli widły, drągi, cepy. Któryś schylił się, podniósł kamień.
Visenna wstrzymała konia. Uniosła rękę - Korin spostrzegł, że w dłoni
trzyma mały, złoty nożyk w kształcie sierpa.
- Jestem uzdrowicielką - powiedziała wyraźnie i dźwięcznie, choć
wcale niegłośno.
Chłopi opuścili broń, zaszemrali, spojrzeli po sobie. Było ich coraz
więcej. Kilku bliższych zdjęło czapki.
- Jak zowie się to sioło?
- Klucz - padło z ciżby po chwili ciszy.
- Kto starszy nad wami?
- Topin, wielmożna pani. O, tamta chałupa.
Nim ruszyli, przez szpaler rolników przecisnęła się kobieta z
niemowlęciem na ręku.
- Pani... - jęknęła, dotykając nieśmiało kolana Visenny. - Córka...
Aż gorzeje z gorączki...
Visenna zeskoczyła z kulbaki, dotknęła główki dziecka, zamknęła oczy.
- Jutro będzie zdrowa. Nie owijaj jej tak ciepło.
- Dzięki, wielmożna... Stokrotne...
Topin, starszy osady, był już na podwórku i właśnie zastanawiał się,
co począć z widłami, które trzymał w pogotowiu. Wreszcie zgarnął nimi ze
schodów kurze łajno.
- Wybaczcie - rzekł, odstawiając widły pod ścianę chałupy. - Pani. I
wy, wielmożny. Czas niepewny taki... Do środka proszę. Na poczęstunek
upraszam.
Weszli.
Topinowa kobieta, holując uczepioną spódnicy dwójkę słomianowłosych
dziewuszek, podała jajecznicę, chleb i zsiadłe mleko, po czym znikła w
komorze. Visenna, w odróżnieniu od Korina, jadła mało, siedziała zasępiona
i cicha. Topin przewracał oczami, drapał się w różne miejsca i gadał.
- Czas niepewny. Niepewny. Bieda nam, wielmożni. My owce na runo
hodujem, na sprzedaż to runo, a nynie kupców nie ma, tedy wybijamy stada,
runne owce bijem, by do garnka co włożyć. Dawniej kupce po jaszmę, po
kamień zielony chodzili do Amellu, przez przełęcz, tamój kopalnie są.
Tamój jaszmę dobywają. A jak kupce szli, to i runo brali, płacili, różne
dobro ostawiali. Nie ma nynie kupców. Nawet soli nie ma, co ubijem, we
trzy dni zjeść musim.
- Omijają was karawany? Dlaczego? - Visenna w zamyśleniu co jakiś
czas dotykała opaski na czole.
- A omijają - burknął Topin. - Zamknięta droga do Amellu, na
przełęczy rozsiadł się przeklęty kościej, żywej duszy nie przepuści. To
jak tam kupcom iść? Na śmierć?
Korin zamarł z łyżką zawieszoną w powietrzu.
- Kościej? Co to jest kościej?
- A bo to ja wiem? Kościej, mówią, ludojad. Na przełęczy pono siedzi.
- I nie przepuszcza karawan?
Topin rozejrzał się po izbie.
- Niektóre ino. Mówią, swoje. Swoje puszcza.
Visenna zmarszczyła czoło.
- Jak to - swoje?
- Ano swoje - zamruczał Topin i pobladł. - Ludziskom z Amellu jeszcze
gorzej niźli nam. Nas choć bór nieco pożywi. A tamci na gołej skale siedzą
i ino to mają, co im kościejowi za jaszmę sprzedadzą. Okrutnie, po
zbójecku pono za każde dobro płacić każą, ale co tamtym z Amellu czynić?
Przecie jaszmy jeść nie będą.
- Jacy "kościejowi"? Ludzie?
- Ludzie, i Vrany, i insi. Zbiry to, pani. Oni do Amellu wożą to, co
nam pobiorą, tam na jaszmę i kamień zielony mieniają. A nam siłą biorą. Po
siołach, bywało, grabili, gwałcili dziewki, a przeciwił się kto,
mordowali, z dymem puszczali ludzi. Zbiry. Kościejowi.
- Ilu ich? - odezwał się Korin.
- Kto by ich tam, panie wielmożny, liczył. Bronią się sioła, kupy
trzymają. Co z tego, kiedy w nocy nalecą, podpalą. Lepiej już nieraz dać,
czego chcą. Bo mówią...
Topin pobladł jeszcze bardziej, zadygotał cały.
- Co mówią, Topin?
- Mówią, że kościej, jeśli go rozeźlić, wylezie z przełęczy i pójdzie
ku nam, ku dolinom.
Visenna wstała raptownie, twarz miała zmienioną. Korina przeszył
dreszcz.
- Topin - powiedziała czarodziejka. - Gdzie tu kuźnia najbliższa? Koń
mój podkowę zgubił na trakcie.
- Za osadą dalej, pod lasem. Tamój kuźnia jest, i stajnia.
- Dobrze. Teraz idź, popytaj, gdzie kto chory lub ranny.
- Dzięki niech wam będą, dobrodziejko wielmożna.
- Visenna - odezwał się Korin, gdy tylko za Topinem zamknęły się
drzwi. Druidka odwróciła się, spojrzała na niego.
- Twój koń ma wszystkie podkowy w porządku.
Visenna milczała.
- Jaszma to oczywiście jaspis, a zielony kamień to jadeit, z którego
słyną kopalnie w Amell - ciągnął Korin. - A do Amell można dojść tylko
przez Klamat, przez przełęcz. Drogą, z której się nie wraca. Co mówiła
nieboszczka na rozdrożu? Dlaczego chciała mnie zabić?
Visenna nie odpowiedziała.
- Nic nie mówisz? Nie szkodzi. I tak wszystko zaczyna się pięknie
wyjaśniać. Babuleńka z rozstaju czekałam na kogoś, kto zatrzyma się przed
głupim napisem, zakazującym dalszego marszu na wschód. To była pierwsza
próba - czy przybysz umie czytać. Potem babka upewnia się jeszcze - któż,
jeśli nie dobry samarytanin z Kręgu Druidów wspomoże w dzisiejszych
czasach głodną staruszkę? Każdy inny, głowę daję, odebrałby jej jeszcze i
kijaszek. Chytra babcia bada dalej - zaczyna gaworzyć o biednych ludziach
w nieszczęściu, potrzebujących pomocy. Podróżny, zamiast poczęstować ją
kopniakiem i plugawym słowem, jak uczyniłby to zwykły, szary mieszkaniec
tych okolic, słucha w napięciu. Tak, myśli babcia - to on. Druid, idący
rozprawić się z bandą, prześladującą okolicę. A że ponad wszelką
wątpliwość sama jest nasłana przez ową bandę, sięga po nóż. Ha! Visenna!
Czyż ja nie jestem mądry?
Visenna nie odpowiedziała. Stała z głową odwróconą w stronę okna.
Widziała - półprzeźroczyste błony z rybich pęcherzy nie stanowiły
przeszkody dla jej wzroku - pstrokatego ptaka, siedzącego na wiśniowym
drzewku.
- Visenna?
- Słucham, Korin.
- Co to jest kościej?
- Korin - rzekła Visenna ostro, odwracając się ku niemu. - Dlaczego
się mieszasz do nieswoich spraw?
- Posłuchaj - Korin ani trochę nie przejął się jej tonem. - Jestem
już wmieszany w twoje, jak mówisz, sprawy. Tak wyszło, że chciano mnie
zarżnąć zamiast ciebie.
- Przypadkowo.
- Myślałem, że czarodzieje nie wierzą w przypadki, tylko w magiczne
przyciąganie, sploty wydarzeń i różne takie. Popatrz tylko, Visenna co się
dzieje - jedziemy na jednym koniu. Zróbmy dla śmiechu, żeby trwało to
nadal. Oferuję ci pomoc w misji, której celu się domyślam. Odmowę
potraktuję jako przejaw arogancji. Mówiono mi, że wy, z Kręgu, mocno
lekceważycie sobie zwykłych śmiertelników.
- To kłamstwo.
- Świetnie się składa - Korin wyszczerzył zęby. - Nie traćmy zatem
czasu. Jedźmy do kuźni.
IV
Mikula solidniej uchwycił pręt obcęgami i obrócił go w żarze.
- Dmij, Czop! - rozkazał.
Czeladnik zawisł na dźwigni miecha. Jego pucołowata twarz błyszczała
od potu. Pomimo szeroko otwartych drzwi, w kuźni było nieznośnie gorąco.
Mikula przerzucił pręt na kowadło, kilkoma mocnymi uderzeniami młota
rozpłaszczył koniec.
Stelmach Radim, siedzący na nieobrobionym pieńku brzozowym, również
się pocił. Rozpiął sukmanę i wyciągnął koszulę ze spodni.
- Dobrze wam gadać, Mikula - powiedział. - Wam bijatyka nie nowina.
Każdy wie, żeście nie całe życie w kuźni kuli. Ponoć dawniej łby
tłukliście, nie żelazo.
- To i cieszyć się powinniście, że takiego macie w gromadzie - rzekł
kowal. - Po raz wtóry mówię wam, że nie będę więcej tamtym w pas się
kłaniał. Ani robił na nich. Nie pójdziecie ze mną, zacznę sam, albo z
takimi co krew, nie podpiwek, mają w żyłach. W lasy zapadniem, będziem ich
po jednemu prać, jak którego nadybiem. Ilu ich? Trzydziestu? Może i tego
nie. A siół po tej stronie przełęczy ile? Chłopców mocnych? Dmij, Czop!
- Przecie dmę!
- Raźniej!
Młot dzwonił o kowadło rytmicznie, nieledwie melodyjnie. Czop dął w
miech. Radim wysmarkał się w palce, wytarł dłoń o cholewę.
- Dobrze wam gadać - powtórzył. - A ilu to z Klucza pójdzie?
Kowal opuścił młot, milczał.
- Takem myślał - rzekł stelmach. - Nikt nie pójdzie.
- Klucz sioło małe. Mieliście wybadać w Porogu i w Kaczanie.
- Ano badałem. Mówiłem wam, jak jest. Bez wojaków z Mayeny ludzie nie
ruszą. Niektórzy gadają tak - co nam tamci, Vrany, Bobołaki, tych na widły
możemy we trzy migi wziąć, ale co czynić, gdy kościej na nas pójdzie? W
bór umykać. A chałupy, dobytek? Na plecy nie weźmiemy. A na kościeja nie
nasza moc, to wiecie.
- Skąd mam wiedzieć?! Widział go kto?! - krzyknął kowal. - Może wcale
nie ma nijakiego kościeja? Tylko strachu chcą wam do rzyci nagonić,
kmiotkom? Widział go kto?
- Nie gadajcie, Mikula - Radim schylił głowę. - Sami wiecie, że z
kupcami w ochronę nie byle jakie zabijaki chodziły, obwieszone żelazem,
istne rezuny. A wrócił który z przełęczy? Ani jeden. Nie, Mikula. Trzeba
czekać, mówię wam. Da komes z Mayeny pomoc, wtedy inna sprawa będzie.
Mikula odłożył młot, ponownie włożył pręt w palenisko.
- Nie przyjdzie wojsko z Mayeny - powiedział ponuro. - Pobili się
panowie między sobą. Mayena z Razwanem.
- O co?
- A bo to wyrozumiesz, dlaczego się wielmożni biją?! Po mojemu, z
nudów, kpy zaprzałe! - wrzasnął kowal. - Widzieliście go, komesa! Za co my
jemu, gadowi, daninę płacim?
Wyrwał pręt z żaru, aż sypnęły się iskry, wywinął nim w powietrzu.
Czop odskoczył. Mikula chwycił młot, walnął raz, drugi, trzeci.
- Jak komes chłopaka mojego wygnał, do Kręgu tamtejszego go posłałem,
pomocy prosić. Do Druidów.
- Do czarowników? - spytał Stelmach z niedowierzaniem. - Mikula?
- Do nich. Ale chłopak nie wrócił jeszcze.
Radim pokręcił głową, wstał, podciągnął spodnie.
- Nie wiem, Mikula, nie wiem. Nie na moją to głowę. Ale i tak na to
samo wychodzi. Czekać trzeba. Kończcie robotę, wraz jadą, trzeba mi...
Przed kuźnią, na podwórzu, zarżał koń.
Kowal zamarł z młotem wzniesionym nad kowadłem. Stelmach zaszczękał
zębami, zbladł. Mikula spostrzegł, że drżą mu ręce, wytarł je bezwiednie o
skórzany fartuch. Nie pomogło. Przełknął ślinę i ruszył ku wyjściu, w
którym wyraźnie rysowały się sylwetki jeźdźców. Radim i Czop poszli za
nim, bardzo blisko, z tyłu. Wychodząc, kowal oparł pręt o słup przy
drzwiach.
Widział sześciu, wszystkich konno, w przeszywanicach, nabijanych
żelaznymi płytkami, kolczugach, skórzanych hełmach ze stalowymi nosalami,
wchodzącymi prostą linią metalu pomiędzy ogromne, rubinowoczerwone oczy,
zajmujące połowę twarzy. Siedzieli na koniach nieruchomo, jakby niedbale.
Mikula, biegając spojrzeniem od jednego do drugiego, widział ich broń -
krótkie dzidy o szerokim ostrzu. Miecze z dziwacznie wykutą gardą.
Berdysze. Zębate gizarmy.
Na wprost wejścia do kuźni stało dwóch. Wysoki Vran na siwku okrytym
zielonym kropierzem, ze znakiem słońca na hełmie. I drugi...
- Mateńko - szepnął Czop za plecami kowala. I zachlipał.
Drugi jeździec był człowiekiem. Miał na sobie ciemnozielony, vrański
płaszcz, ale spod dziobowatego hełmu patrzyły na nich blade, niebieskie -
nie czerwone oczy. W oczach tych kryło się tyle zimnego, obojętnego
okrucieństwa, że Mikulę przeszył potworny strach, wdzierający się zimnem
do trzewi, mdlący, spływający mrowieniem do pośladków. Nadal było cicho.
Kowal słyszał bzykanie much, kłębiących się nad kupą nawozu za płotem.
Człowiek w hełmie z dziobem przemówił pierwszy.
- Który z was jest kowalem?
Pytanie było bezsensowne, skórzany fartuch i postura Mikuli zdradzały
go na pierwszy rzut oka. Kowal milczał. Uchwycił okiem krótki gest, jaki
bladooki wykonał do jednego z Vranów. Vran przechylił się w kulbace i
machnął na odlew gizarmą, trzymaną w połowie drzewca. Mikula skurczył się,
odruchowo kryjąc głowę w ramiona. Cios nie był jednak przeznaczony dla
niego. Brzeszczot ugodził Czopa w szyję i wciął się skośnie, głęboko,
druzgocąc obojczyk i kręgi. Chłopiec runął plecami na ścianę kuźni,
zatoczył się na słup przy drzwiach i zwalił się na ziemię, w samym
wejściu.
- Pytałem - przypomniał człowiek w dziobowatym hełmie, nie
spuszczając z Mikuli oka. Dłonią w rękawicy dotykał topora, zawieszonego u
siodła. Dwaj Vranowie, stojący najdalej, krzesali ogień, zapalali smolne
łuczywa, rozdawali innym. Spokojnie, bez pośpiechu, stępa, okrążali
kuźnię, przykładali żagwie do strzechy.
Radim nie wytrzymał. Zakrył twarz dłońmi, zaszlochał i ruszył prosto
przed siebie, pomiędzy dwa konie. Gdy zrównał się z wysokim Vranem, ten z
rozmachem wbił mu dzidę w brzuch. Stelmach zawył, upadł, dwukrotnie
podkurczył i rozprostował nogi. Znieruchomiał.
- No i co, Mikula, czy jak ci tam - powiedział bladooki. - Zostałeś
sam. I po co ci to było? Ludzi buntować, po pomoc gdzieś tam posyłać?
Myślałeś, że się nie dowiemy? Głupi jesteś. Są po wsiach i tacy, co
doniosą, byle się przypodobać.
Strzecha na kuźni trzeszczała, stękała, buchała brudnym, żółtawym
dymem, wreszcie huknęła, ryknęła płomieniami, sypnęła iskrami, czknęła
potężnym oddechem żaru.
- Twojego czeladnika dopadliśmy, wyśpiewał, dokąd go posyłałeś. Na
tego, co ma przyjść z Mayeny, też czekamy - kontynuował człowiek w hełmie
z dziobem. - Tak, Mikula. Wepchnąłeś swój parszywy nos tam, gdzie nie
należało go wpychać. Za to spotka cię zaraz poważna nieprzyjemność. Tak
myślę, że warto by cię wbić na pal. Znajdzie się tu w obejściu jakiś
przyzwoity pal? Albo jeszcze lepiej - zawiesimy cię za nogi na drzwiach
stodoły i obedrzemy ze skóry, jak węgorza.
- Dobra, dosyć tego gadania - rzekł wysoki Vran ze słońcem na hełmie,
ciskając swoją żagiew w otwarte drzwi kuźni. - Zaraz zleci się tu cała
wieś. Kończmy z nim raz dwa, zabierajmy konie ze stajni i odjeżdżajmy.
Skąd to się bierze w was, ludziach, to zamiłowanie do katowania, do
zadawania męki? W dodatku niepotrzebnej? Dalej, kończ z nim.
Bladooki nie odwrócił głowy w stronę Vrana. Pochylił się w siodle,
naparł koniem na kowala.
- Właź - powiedział. W jego bladych oczach tliła się radość mordercy.
- Do środka. Nie mam czasu, aby oprawić cię jak należy. Ale mogę cię
przynajmniej usmażyć.
Mikula zrobił krok do tyłu. Na plecach czuł żar płonącej kuźni,
huczącej padającymi ze stropu belkami. Jeszcze jeden krok. Potknął się o
ciało Czopa i o pręt, który chłopak przewrócił, padając.
Pręt.
Mikula schylił się błyskawicznie, ucapił ciężkie żelazo i nie
prostując się, z dołu, z całą siłą, jaką wyzwoliła w nim nienawiść, cisnął
pręt prosto w pierś bladookiego. Dłutowato wykute ostrze przebiło
kolczugę.
Kowal nie czekał, aż człowiek zwali się z konia. Runął do biegu, na
skos przez podwórze. Za nim wrzask, tętent. Dopadł drewutni, wczepił się
palcami w kłonicę, opartą o ścianę, natychmiast, z półobrotu, na ślepo,
uderzył. Cios spadł prosto na pysk siwka w zielonym kropierzu. Koń stanął
dęba, zwalając w pył podwórka Vrana ze słońcem na hełmie. Mikula uchylił
się, krótka włócznia huknęła w ścianę drewutni, zadygotała. Drugi Vran,
dobywając miecza, spiął konia, uchodząc przed świszczącym zamachem
kłonicy. Trzej następni szarżowali, wrzeszcząc, wywijając bronią. Mikula
stęknął, otaczając się straszliwym młyńcem ciężkiego drąga. Trafił coś,
znowu konia, który zarżał i zatańczył na tylnych nogach. Vran utrzymał się
w siodle.
Nad płotem, od strony lasu, przeleciał koń, wyciągnięty w skoku,
zderzając się z siwkiem w zielonym kropierzu. Siwek spłoszył się, targnął
wodzami, przewracając wysokiego Vrana, usiłującego go dosiąść. Mikula, nie
wierząc własnym oczom spostrzegł, że nowy jeździec rozdwaja się - na
pokurcza w kapturze, pochylonego nad końskim karkiem i na jasnowłosego
mężczyznę z mieczem, siedzącego z tyłu.
Długa, wąska klinga miecza opisała dwa półkola, dwie błyskawice.
Dwóch Vranów zmiotło z siodeł, runęli na ziemię w obłokach kurzu. Trzeci,
zapędzony aż pod drewutnię, odwrócił się ku dziwnej parze i dostał sztych
pod brodę, tuż ponad stalowy napierśnik. Ostrze miecza zalśniło, na moment
wyzierając z karku. Jasnowłosy ześliznął się z konia i przebiegł
przez podwórze, odcinając wysokiego Vrana od jego wierzchowca. Vran dobył
miecza.
Piąty Vran kręcił się pośrodku podwórza, usiłując opanować tańczącego
konia, boczącego się na płonącą kuźnię. Ze wzniesionym berdyszem rozglądał
się, wahał. Wreszcie wrzasnął, uderzył konia ostrogami i runął na
pokurcza, uczepionego końskiej grzywy. Mikula zobaczył, jak malec odrzuca
kaptur i zrywa z czoła opaskę, spostrzegł pomyłkę. Dziewczyna wstrząsnęła
rudą grzywą włosów i krzyknęła niezrozumiale, wyciągając dłoń w stronę
szarżującego Vrana. Z jej palców trysnęła cienka strużka światła, jasnego
jak rtęć. Vran wyfrunął z siodła, zatoczył w powietrzu łuk i zwalił się na
piasek. Jego ubranie dymiło. Koń, bijąc w ziemię wszystkimi czterema
kopytami, rżał, trząsł łbem.
Wysoki Vran ze słońcem na hełmie cofał się powoli przed jasnowłosym
ku płonącej kuźni, zgarbiony, obie ręce - w prawej miecz - wyciągając
przed siebie. Jasnowłosy przyskoczył, ścięli się raz, drugi. Miecz Vrana
poleciał w bok, a on sam, głową do przodu, zawisł na przeszywającym go
ostrzu. Jasnowłosy cofnął się, szarpnął, wyrwał miecz. Vran upadł na
kolana, przechylił się, zarył twarzą w ziemię.
Jeździec wysadzony z siodła błyskawicą rudowłosej, uniósł się na
czworaki, macał dookoła w poszukiwaniu broni. Mikula otrząsnął się z
zaskoczenia, zrobił dwa kroki, wzniósł kłonicę i spuścił ją na kark
powalonego. Chrupnęła kość.
- Niepotrzebnie - usłyszał tuż obok siebie.
Dziewczyna w męskim stroju była piegowata i zielonooka. Na jej czole
błyszczał dziwny klejnot.
- Niepotrzebnie - powtórzyła.
- Pani wielmożna - zająknął się kowal, trzymając swój drąg jak
gwardzista halabardę. - Kuźnia... Spalili. Chłopaka zabili, zasiekli. I
Radima. Zasiekli, zbóje. Pani...
Jasnowłosy obrócił nogą ciało wysokiego Vrana, przyjrzał mu się, po
czym podszedł, chowając miecz.
- No, Visenna - powiedział. - Teraz to już wmieszałem się na dobre.
Jedno, co mnie niepokoi, to czy aby porąbałem tych co trzeba.
- Tyś jest kowal Mikula? - spytała Visenna, zadzierając głowę.
- Ja. A wyście z Druidzkiego Kręgu, wielmożni? Z Mayeny?
Visenna nie odpowiedziała. Patrzyła na skraj lasu, na zbliżającą się
biegiem gromadę ludzi.
- To swoi - rzekł kowal. - Z Klucza.
V
- Dostalim trzech! - grzmiał czarnobrody przywódca grupy z Poroga,
potrząsając kosą osadzoną na sztorc. - Trzech, Mikula! Za dziewkami na
pola przygnali i tam my ich... Jeden ledwo zdołał ujść, konia dopadł, psi
syn!
Odział, stłoczony na polanie, wewnątrz kręgu ognisk, znaczących czerń
nocnego nieba punkcikami lecących iskier, wrzeszczał, pohukiwał,
wymachiwał orężem. Mikula wzniósł ręce, uciszał, chcąc posłuchać dalszych
relacji.
- Do nas wczoraj z wieczora przyskakało czterech - rzekł stary, chudy
jak tyka sołtys z Kaczana. - Po mnie. Musiał ktoś donieść, żem się z
wami zgadywał, kowalu. Zdążyłem na stryszek w stodole, drabinę wciągnąłem,
widły w garść, chodźcie, wołam, psie krwie, no, który, wołam. Wzięli się
stodółkę palić, już by po mnie było, ale ludziska nie strzymali, poszli na
nich kupą. Tamci w konie, przebili się. Naszych parę padło, ale jednego z
siodła zmietlim.
- Żyw? - spytał Mikula. - Słałem wam, żeby którego żywym wziąć.
- Eeee - żachnął się tykowaty. - Nie zdążylim. Baby wzięły wrzątku,
podleciały pierwsze...
- Zawszem mówił, że w Kaczanie gorące baby - mruknął kowal, drapiąc
się w kark. - A tego, co donosił?
- Znaleźlim - krótko rzekł chudzielec, nie wdając się w szczegóły.
- Dobrze. A teraz słuchajcie, gromada. Gdzie tamci siedzą, wiemy już.
Na podgórzu, obok owczarskich szałasów, są jamy w skale. Tamój zbóje
zapadły, i tam ich dostaniemy. Siana, chrustu weźmiem na wozy, wykurzymy
ich jak borsuków. Drogę zasiekiem zawalim, nie ujdą. Takem z tym oto
rycerzem, co się zwie Korin, uradził. A i mnie, jako wiecie, wojaczka nie
pierwszyzna. Z wojewodą Grozimem na Vranów chadzałem czasu wojny, zanim w
Kluczu osiadłem.
Z ciżby znów się rozległy bojowe okrzyki, ale szybko ścichły,
przyduszone słowem, zrazu wypowiadanym cicho, niepewnie. Potem coraz
głośniej. Wreszcie zapadła cisza.
Visenna wysunęła się zza pleców Mikuli, stanęła u boku kowala. Nie
sięgała mu nawet do ramienia. Tłum zaszemrał. Mikula znowu uniósł obie
dłonie.
- Przyszedł czas taki - zawołał - że nie ma co dłużej w tajemnicy
kryć, żem po pomoc posłał do druidów z Kręgu, gdy komes z Mayeny pomocy
nam odmówił. Nie nowina mi, że mnodzy z was krzywo na to patrzą.
Tłum ucichł z wolna, lecz wciąż falował, pomrukiwał.
- Oto jest pani Visenna - rzekł Mikula wolno. - Z mayeńskiego Kręgu.
Na pomoc nam pospieszyła na pierwsze wezwanie. Ci, co są z Klucza, znają
ją już, ludzi tam leczyła, uzdrawiała mocą swoją. Tak, chłopy. Pani to
maleńka, ale moc jej wielka. Ponad zrozumienie nasze owa moc i straszna
nam, ale przecież ku pomocy nam posłuży!
Visenna nie odezwała się ani słowem, nie przemówiła ani nie uczyniła
żadnego gestu w stronę zebranych. Ale ukryta moc tej małej, piegowatej
czarodziejki była niewiarygodna. Korin ze zdumieniem poczuł, że przepaja
go dziwny entuzjazm, że obawa przed tym czymś, co kryje się na przełęczy,
obawa przed niewiadomym, znika, rozwiewa się, przestaje istnieć, staje się
nieważna, tak długo, jak długo błyszczy świetlisty klejnot na czole
Visenny.
- Tak widzicie - ciągnął Mikula - i na owego kościeja sposób się
znajdzie. Nie sami idziemy, nie bezbronni. Ale wprzódy tamtych zbójów
wybić mus nam!
- Mikula praw! - wrzasnął brodacz z Poroga. - Co nam, czary nie
czary! Na przełęcz, chłopy! Na pohybel kościejowym!
Tłum huknął jednym głosem, płomień ognisk rozbłysł na ostrzach
wzniesionych kos, pik, siekier i wideł.
Korin przedarł się przez ciżbę, wycofał pod las, odnalazł kociołek
zawieszony nad ogniskiem, miskę i łyżkę. Wydrapał z dna kotła resztkę
przypalonej kaszy ze skwarkami. Usiadł, oparł miskę na kolanach, jadł
powoli, wypluwając łuski jęczmienia. Po chwili poczuł obok siebie czyjąś
obecność.
- Siadaj, Visenna - powiedział z pełnymi ustami.
Jadł dalej, zerkając na jej profil, wpół przysłonięty kaskadą włosów,
czerwonych jak krew, w blasku ognia. Visenna milczała, zapatrzona w
płomienie.
- Hej, Visenna, czemu siedzimy jak dwa puszczyki? - Korin odstawił
miskę. - Ja tak nie mogę, zaraz mi się robi smutno i zimno. Gdzie oni
schowali ten samogon? Dopiero co stał tu dzbanek, zaraza z nim. Ciemno jak
w...
Druidka odwróciła się ku niemu. Jej oczy świeciły dziwnym,
zielonkawym blaskiem. Korin zamilkł.
- Tak. Zgadza się - powiedział po chwili i odkaszlnął - Jestem
złodziej. Najemnik. Rabuś. Wmieszałem się, bo lubię bijatyki, wszystko mi
jedno z kim się biję. Wiem, jaka jest cena jaspisu, jadeitu i innych
kamieni, jakie jeszcze się trafiają w kopalniach Amell. Chcę się obłowić.
Jest mi obojętne, ilu z tych ludzi jutro zginie. Co jeszcze chcesz
wiedzieć? Sam powiem, niepotrzebnie używasz tej błyskotki, schowanej pod
wężową skórką. Nie zamierzam niczego ukrywać. Masz rację, nie pasuję ani
do ciebie, ani do twojej szlachetnej misji. To wszystko. Dobranoc. Idę
spać.
Wbrew słowom, nie wstał. Chwycił tylko kij i dźgnął nim kilkakrotnie
płonące głownie.
- Korin - rzekła Visenna cicho.
- Tak?
- Nie odchodź.
Korin spuścił głowę. Z brzozowego polana w ognisku buchały
niebieskawe gejzery płomienia. Spojrzał na nią, ale nie mógł znieść widoku
niesamowicie błyszczących oczu. Odwrócił głowę z powrotem w stronę ognia.
- Nie wymagaj od siebie za wiele - powiedziała Visenna owijając się
płaszczem. - Tak już jest, że to, co nienaturalne, budzi strach. I wstręt.
- Visenna...
- Nie przerywaj mi. Tak, Korin, ludzie potrzebują naszej pomocy, są
za nią wdzięczni, często nawet szczerze, ale brzydzą się nami, boją się
nas, nie patrzą nam w oczy, spluwają za plecami. Mądrzejsi - jak ty - są
mniej szczerzy. Nie jesteś wyjątkiem, Korin. Od wielu już słyszałam, że
nie są dostatecznie godni, by siedzieć ze mną przy jednym ognisku. A
zdarza się, że to my potrzebujemy pomocy tych... normalnych. Albo ich
towarzystwa.
Korin milczał.
- Wiem - ciągnęła Visenna - że byłoby ci łatwiej, gdybym miała siwą
brodę do pasa i haczykowaty nos. Wówczas wstręt do mojej osoby nie
powodowałby takiego zamieszania w twojej głowie. Tak, Korin, wstręt. Ta
błyskotka, którą noszę na czole, to chalcedon - jemu w dużej mierze
zawdzięczam swoje zdolności magiczne. Masz rację, z pomocą chalcedonu
udaje mi się czytać co wyraźniejsze myśli. Twoje są aż nadto wyraźne. Nie
wymagaj, żeby mi było z tego powodu przyjemnie. Jestem czarownicą,
wiedźmą, ale oprócz tego kobietą. Przyszłam tu, bo chciałam się z tobą
przespać.
- Visenna...
- Nie. Teraz już nie chcę.
Siedzieli w milczeniu. Pstrokaty ptak, w głębi lasu, w ciemnościach,
na gałęzi drzewa, czuł strach. W lesie były sowy.
- Z tym wstrętem - odezwał się wreszcie Korin - lekko przesadziłaś.
Przyznaję jednak, że budzisz we mnie coś w rodzaju... niepokoju. Nie
powinnaś była pozwolić, bym oglądał to, wtedy, na rozstaju. Ten trup,
wiesz?
- Korin - rzekła czarodziejka spokojnie. - Kiedy ty, pod kuźnią,
wbiłeś Vranowi miecz w gardło, ja o mało nie wyrzygałam się na grzywę
konia. Miałam kłopoty z utrzymaniem się w siodle. Ale zostawmy nasze
specjalności w spokoju. Skończmy rozmowę, która prowadzi donikąd.
- Skończmy, Visenna.
Czarodziejka szczelniej otuliła się płaszczem. Korin dorzucił do
ogniska kilka szczap.
- Korin?
- Tak?
- Chciałabym, żeby przestało być ci obojętne, ilu ludzi jutro zginie.
Ludzi i... i innych. Liczę na twoją pomoc.
- Pomogę ci.
- To jeszcze nie wszystko. Zostaje sprawa przełęczy. Muszę otworzyć
drogę przez Klamat.
Korin wskazał żarzącym się końcem patyka inne ogniska i ułożonych
przy nich ludzi, uśpionych lub pogrążonych w cichych rozmowach.
- Z naszą wspaniałą armią - powiedział - nie powinniśmy z tym mieć
kłopotów.
- Nasza armia zwieje do domów w momencie, w którym przestanę ją
otumaniać czarami - uśmiechnęła się smutno Visenna. - A ja nie będę ich
otumaniać. Nie chcę, żeby któryś z nich zginął w walce nie za swoją
sprawę. A kościej to nie jest ich sprawa, tylko sprawa Kręgu. Muszę iść
sama na przełęcz.
- Nie. Sama nie pójdziesz - rzekł Korin. - Pójdziemy tam razem. Ja,
Visenna, od dziecka wiedziałem, kiedy należy uciekać, a kiedy jeszcze za
wcześnie. Wiedzę tę doskonaliłem przez lata praktyki i dzięki temu
uchodzę obecnie za odważnego. Nie mam zamiaru narażać swojej opinii. Nie
musisz mnie otumaniać czarami. Najpierw zobaczymy, jak ten kościej
wygląda. Nawiasem mówiąc, według ciebie, co to jest, ten kościej?
Visenna pochyliła głowę.
- Obawiam się - szepnęła - że to jest śmierć.
VI
Tamci nie dali się zaskoczyć w jaskiniach. Czekali w siodłach,
nieruchomi, wyprostowali, wpatrzeni w wychodzące z lasu szeregi
uzbrojonych chłopów. Wiatr, targający ich płaszczami, upodabniał ich do
wychudłych, drapieżnych ptaków o postrzępionych piórach, groźnych,
budzących respekt i strach.
- Osiemnastu - policzył Korin, stając w strzemionach. - Wszyscy
konno. Sześć luzaków. Jeden wóz. Mikula!
Kowal szybko przeformował swój oddział. Uzbrojeni w piki i oszczepy
przyklękli na skraju zarośli, wbijając tylce broni w ziemię. Łucznicy
wybrali pozycję za drzewami. Reszta wycofała się w gąszcz.
Jeden z jeźdźców ruszył w ich stronę, zbliżył się. Wstrzymał konia,
uniósł rękę nad głowę, coś krzyknął.
- Podstęp - mruknął Mikula. - Znam ich, psich synów.
- Przekonamy się - rzekł Korin, zeskakując z kulbaki. - Chodź.
Wolno podeszli do konnego, we dwu. Po chwili Korin spostrzegł, że
Visenna idzie za nimi.
Jeździec był Bobołakiem.
- Będę mówił krótko - zawołał, nie zsiadając z konia. Jego małe,
błyszczące oczka migotały, wpół skryte w futrze, porastającym twarz. -
Jestem obecnym dowódcą grupy, którą tam widzicie. Dziewięciu Bobołaków,
pięciu ludzi, trzech Vranów, jeden Elf. Reszta nie żyje. Doszło między
nami do nieporozumień. Nasz były przywódca, którego pomysły tutaj nas
sprowadziły, jest tam w jaskini, związany. Zrobicie z nim, co zechcecie.
My chcemy odjechać.
- W rzeczy samej, mowa była krótka - parsknął Mikula. - Wy chcecie
odjechać. A my chcemy wypruć z was flaki. Co ty na to?
Bobołak błysnął szpiczastymi zębami, prostując w siodle swą maleńką
postać.
- Myślisz, że paktuję ze strachu przed wami, przed waszą bandą
zasrańców w słomianych łapciach? Proszę bardzo, jeśli chcecie,
przejedziemy wam po brzuchach. To nasze rzemiosło, chłopie. Wiem, czym
ryzykujemy. Nawet jeśli część padnie, reszta przejedzie. Takie jest życie.
- Wóz nie przejedzie - wycedził Korin. - Takie jest życie.
- Trudno.
- Co jest na wozie?
Bobołak splunął przez prawe ramię.
- Jedna dwudziesta tego, co zostało w jaskini. I żeby wszystko było
jasne - każecie zostawić wóz, nie ma zgody. Jeżeli mamy wyjść z tej hecy
bez profitu, to wolimy ze świadomością, że nie bez walki. No, jak będzie?
Jeżeli mamy się bić, to wolę teraz rano, zanim słonko nie zacznie
przypiekać.
- Śmiały jesteś - powiedział Mikula.
- Wszyscy tacy w mojej rodzinie.
- Puścimy was, jeśli złożycie broń.
Bobołak splunął ponownie, dla odmiany przez lewe ramię.
- Nic z tego - warknął krótko.
- Tu cię boli - zaśmiał się Korin. - Bez broni jesteście śmiecie.
- A ty czym jesteś bez broni? - zapytał karzeł bez emocji. -
Królewiczem? Przecież widzę, coś za jeden. Myślisz, że jestem ślepy?
- Z bronią gotowiście jutro wrócić - powiedział wolno Mikula. -
Choćby po resztę tego, co zostało w jaskini, jako powiadasz. Po jeszcze
większy profit.
Bobołak wyszczerzył zęby.
- Był taki pomysł. Ale zrezygnowaliśmy z niego po krótkiej dyskusji.
- Bardzo słusznie - rzekła nagle Visenna, wysuwając się przed Korina,
stając też przed konnym. Bardzo słusznie, że zrezygnowaliście, Kehl.
Korinowi wydało się, że wiatr raptownie się wzmógł, zawył wśród skał
i traw, uderzył zimnem. Visenna mówiła dalej, nie swoim, metalicznym
głosem:
- Każdy z was, który spróbuje tu wrócić, umrze. Widzę to i
przepowiadam. Odejdźcie stąd natychmiast. Natychmiast. Zaraz. Każdy, kto
spróbuje wrócić, umrze.
Bobołak pochylił się, spojrzał na czarodziejkę znad końskiego karku.
Nie był młody - futro miał już prawie popielate, upstrzone białymi
kosmykami.
- To ty? Tak myślałem. Rad jestem, że... Mniejsza z tym.
Powiedziałem, że nie zamierzam tu wracać. Dołączyliśmy do Fregenala dla
zarobku. To się skończyło. Teraz mamy na karku Krąg i całe wsie, a
Fregenal zaczął bredzić o władzy nad światem. Mamy dość i jego i tego
straszydła z przełęczy.
Szarpnął wodzami, obrócił konia.
- Po co ja to mówię? Odchodzimy. Bywajcie w zdrowiu.
Nikt mu nie odpowiedział. Bobołak zawahał się, spojrzał na skraj
lasu, potem obejrzał się na nieruchomy szereg swoich jeźdźców. Znowu
pochylił się w siodle i zajrzał w oczy Visenny.
- Byłem przeciwny zamachowi na ciebie - powiedział. - Teraz widzę, że
słusznie. Jeśli ci powiem, że kościej to śmierć, to i tak pójdziesz na
przełęcz, prawda?
- Prawda.
Kehl wyprostował się, krzyknął na konia, pocwałował do swoich. Po
chwili konni formując kolumnę, otaczając wóz, ruszyli w stronę drogi.
Mikula już był przy swoich, perorował, uspokajał brodacza z Poroga oraz
innych, żądnych krwi i zemsty. Korin i Visenna w milczeniu obserwowali
mijający ich oddział. Tamci jechali wolno, patrząc przed siebie,
demonstrując spokój i zimną pogardę. Jedynie Kehl, mijając ich, uniósł
lekko dłoń w pożegnalnym geście, z dziwnym grymasem na twarzy przypatrując
się Visennie. Potem raptownie poderwał konia, popędził na czoło kolumny,
zniknął wśród drzew.
VII
Pierwszy trup leżał przy samym wejściu do pieczar, stłamszony,
wciśnięty między worki z owsem i kupę chrustu. Korytarz rozwidlał się, tuż
za rozwidleniem leżały następne dwa - jeden prawie zupełnie pozbawiony
głowy uderzeniem maczugi lub obucha, drugi pokryty zakrzepłą krwią z
licznych ran. Wszyscy byli ludźmi.
Visenna zdjęła opaskę z czoła. Z diademu emanował blask, jaśniejszy
od światła pochodni, oświetlając mroczne wnętrze jamy. Korytarz wwiódł ich
do większej pieczary. Korin zagwizdał cichutko przez zęby.
Pod ścianami stały skrzynie, worki i beczki, piętrzyły się stosy
końskiej uprzęży, bele wełny, broń, narzędzia. Kilka skrzyń było rozbitych
i pustych. Inne były pełne. Przechodząc, Korin widział matowo zielone
grudki jaspisów, ciemne odłamki jadeitu, agaty, opale, chryzoprazy i inne
kamienie, których nie znał. Na kamiennym podłożu, skrzącym się
gdzieniegdzie porozrzucanymi punkcikami złotych, srebrnych i miedzianych
monet, leżały, ciśnięte bezładnie, pęki futer - bobrów, rysi, lisów,
rosomaków.
Visenna nie zatrzymując się nawet na chwilę, zmierzała do dalszej
kawerny, znacznie mniejszej, mrocznej. Korin podążył za nią.
- Tutaj jestem - odezwał się ciemny, niewyraźny kształt, leżący na
stosie szmat i skór, pokrywających ziemię.
Zbliżyli się. Skrępowany człowiek był niski, łysy, otyły. Ogromny
siniak pokrywał mu połowę twarzy.
Visenna dotknęła diademu, chalcedon na sekundę rozbłysnął jaśniejszym
światłem.
- To niepotrzebne - rzekł skrępowany. - Znam cię. Zapomniałem, jak
cię nazywali. Wiem, co masz na czole. To niepotrzebne, mówię. Napadli mnie
podczas snu, zabrali mój pierścień, zniszczyli różdżkę. Jestem bezsilny.
- Fregenal - powiedziała Visenna - zmieniłeś się.
- Visenna - mruknął grubas. - Przypomniałem sobie. Myślałem, że to
będzie mężczyzna, dlatego posłałem Manissę. Z mężczyzną moja Manissa
poradziłaby sobie.
- Nie poradziła sobie - pochwalił się Korin, patrząc dookoła. -
Chociaż trzeba oddać nieboszczce sprawiedliwość. Starała się jak mogła.
- Szkoda.
Visenna rozejrzała się po jaskini, pewnym krokiem skierowała się do
kąta, czubkiem buta odwróciła kamień, z jamki pod nim wydobyła gliniany
garnuszek, zawiązany natłuszczoną skórą. Rozcięła rzemyk swoim złotym
sierpem, wyciągnęła zwój pergaminu. Fregenal przyglądał się jej złowrogo.
- Proszę, proszę - powiedział drżącym ze złości głosem. - Co za
talent, pogratulować. Umiemy znajdować ukryte rzeczy. Co jeszcze umiemy?
Wróżyć z baranich kiszek? Leczyć wzdęcie u jałówek?
Visenna przeglądała kartę po karcie, nie zwracając na niego uwagi.
- Ciekawe - rzekła po chwili. - Jedenaście lat temu, kiedy wypędzono
cię z Kręgu, zginęły pewne strony z Zakazanych Ksiąg. Dobrze, że się
znalazły i to wzbogacone komentarzem. Że też odważyłeś się zastosować
Podwójny Krzyż Alzura, no, no. Nie sądzę, żebyś nie pamiętał, jak skończył
Alzur. Kilka jego stworów podobno jeszcze krąży po świecie, w tym również
ten ostatni, wij, który zmasakrował go i zniszczył pół Mariboru, zanim nie
uciekł w las na Zarzeczu.
Złożyła kilka pergaminów na czworo, schowała do kieszeni na bufiastym
rękawie kaftana. Rozwinęła następne.
- Aha - powiedziała, marszcząc czoło. - Wzór Drzewokorzenia,
nieznacznie zmieniony. A tutaj Trójkąt w Trójkącie, sposób na wywołanie
serii mutacji i ogromnego przyrostu masy ciała. A cóż to posłużyło ci za
stworzenie wyjściowe, Fregenal? Co to jest? Wygląda, jak zwykły spawęk.
Fregenal, czegoś tu brakuje. Wiesz o czym mówię, mam nadzieję?
- Cieszę się, że zauważyłaś. - wykrzywił się czarownik. - Zwykły
spawęk, powiadasz? Kiedy ten zwykły spawęk wyjdzie z przełęczy, świat
oniemieje ze zgrozy. Na chwilę. A potem zacznie krzyczeć.
- Dobrze, dobrze. Gdzie są zaklęcia, których tu brakuje?
- Nigdzie. Nie chciałem, by dostały się w niewłaściwe ręce. Zwłaszcza
w wasze. Wiem, że cały Krąg marzy o władzy, jaką można mieć dzięki nim,
ale nic z tego. Nigdy nie uda się wam stworzyć niczego choćby w połowie
tak groźnego jak mój kościej.
- Zdaje się, że bito cię po głowie, Fregenal. - powiedziała Visenna
spokojnie. - I temu też należy przypisać, że nie odzyskałeś jeszcze
zdolności myślenia. Kto tu mówi o tworzeniu? Twojego potwora trzeba będzie
zniszczyć, unicestwić. Prostym sposobem, rewersując wiążące zaklęcia, to
znaczy Efektem Zwierciadła. Oczywiście wiążące zaklęcie było dostrojone do
twojej różdżki, więc trzeba będzie przestroić je na mój chalcedon.
- Dużo tych "trzeba będzie" - warknął grubas. - Możesz tu siedzieć i
trzebabędzić do sądnego dnia, moja ty przemądrzała panno. Skąd śmieszny
pomysł, że zdradzę ci wiążące zaklęcie? Nie wyciągniesz ze mnie nic, ani
żywego, ani umarłego. Mam blokadę. Nie wybałuszaj się na mnie tak, bo ten
kamyk przepali ci czoło. Jazda, rozwiążcie mnie, bo zdrętwiałem.
- Chcesz, to kopnę cię parę razy. - Korin uśmiechnął się. - To ci
pobudzi krążenie. Zdaje się, że nie pojmujesz swojego położenia, łysa
pało. Za chwilę wpadną tu chłopi, którym mocno dopiekłeś i rozerwą cię na
sztuki czwórką koni. Widziałeś kiedyś, jak to się odbywa? Najpierw urywają
się ręce.
Fregenal naprężył kark, wybałuszył oczy i spróbował napluć Korinowi
na buty, ale z pozycji, w jakiej się znajdował było to trudne - obryzgał
sobie tylko brodę.
- Tyle - parsknął - tyle sobie robię z waszych gróźb! Nie zrobicie mi
nic! Co ty sobie wyobrażasz, włóczęgo? Wpadłeś w środek spraw, które cię
przerastają! Zapytaj jej, po co tu jest! Visenna! Uświadom go, zdaje się,
że uważa cię za szlachetną wybawczynię uciemiężonych, bojowniczkę o
dobrobyt biedaków! A tu idzie o pieniądze, kretynie! O ciężkie pieniądze!
Visenna milczała. Fregenal wyprężył się, skrzypiąc powrozami, z
wysiłkiem przewrócił się na bok, zginając nogi w kolanach.
- Może to nieprawda - wrzasnął - że Krąg przysłał cię tu byś
odkręciła złoty kurek, z którego przestało ciec?! Bo Krąg czerpie zyski z
wydobycia jaspisu i jadeitu i pobiera haracz od kupców i karawan w zamian
za ochronne amulety, które jednak, jak się okazało, nie działają na mojego
kościeja!
Visenna nie odezwała się. Nie patrzyła na związanego. Patrzyła na
Korina.
- Aha! - zawołał czarownik. - Nawet nie zaprzeczasz! A więc to już
wiedza ogólnie dostępna. Dawniej wiedziała o tym tylko starszyzna, a
smarkaczy takich jak ty utrzymywało się w przekonaniu, że Krąg jest
powołany tylko do walki ze złem. Nie dziwi mnie to. Świat się zmienia,
ludzie powoli zaczynają rozumieć, że bez czarów i czarowników można się
obejść. Ani się obejrzycie, jak będziecie bezrobotni, zmuszeni żyć z tego,
coście do tej pory nakradli. Nic was nie obchodzi, tylko zyski. Dlatego
też rozwiążcie mnie natychmiast. Nie zabijecie mnie ani nie wydacie na
śmierć, bo naraziłoby to Krąg na dalsze straty. A tego Krąg wam nie
daruje, to jasne.
- To nie jest jasne - rzekła zimno Visenna splatając ręce na piersi.
- Widzisz, Fregenal, smarkate, takie jak ja, nie zwracają zbytniej uwagi
na dobra doczesne. Co mi tam, czy Krąg straci, czy zyska, czy w ogóle
przestanie istnieć. Zawsze mogę utrzymać się z leczenia wzdęcia u jałówek.
Albo impotencji u takich grzybów jak ty. Ale to nie jest ważne. Ważne jest
to, że chcesz żyć, Fregenal, i z tego to powodu mielesz ozorem. Każdy chce
żyć. Dlatego zaraz, tu, na miejscu, zdradzisz mi wiążące zaklęcie. Potem
pomożesz mi odnaleźć tego kościeja i zniszczyć go. A jeśli nie... Cóż,
pójdę sobie do lasu, pospaceruję. Potem będę mogła powiedzieć w Kręgu, że
nie upilnowałam rozwścieczonych chłopów.
- Zawsze byłaś cyniczna - czarownik zazgrzytał zębami. - Nawet wtedy,
w Mayenie. Zwłaszcza w kontaktach z mężczyznami. Miałaś czternaście lat, a
już wiele się mówiło o twoich...
- Przestań, Fregenal - przerwała druidka. - To, co mówisz, nie robi
na mnie żadnego wrażenia. Na nim też nie. Nie jest moim kochankiem.
Powiedz, że się zgadzasz. I kończmy z tą zabawą. Bo przecież się zgadzasz?
Fregenal łypnął białkami oczu, odwrócił głowę.
- Pewnie, że tak - wycharczał. - Masz mnie za idiotę? Każdy chce żyć.
VIII
Fregenal zatrzymał się, wierzchem dłoni otarł spocone czoło.
- Tam, za tą skałą, zaczyna się wąwóz. Na starych mapach oznaczony
jest jako Dur-tan-Orit, Mysi Jar. To brama Klamatu. Tutaj musimy zostawić
konie. Konno nie mamy najmniejszej szansy, by podejść do niego
niepostrzeżenie.
- Mikula - rzekła Visenna, zsiadając. - Zaczekajcie tutaj do
wieczora, nie dłużej. Jeżeli nie wrócę, nie chodźcie na przełęcz pod
żadnym pozorem. Wracajcie do domów. Zrozumiałeś, Mikula?
Kowal pokiwał głową. Było z nim już tylko czterech wieśniaków.
Najodważniejszych. Reszta oddziału stopniała po drodze niby śnieg w maju.
- Zrozumiałem, pani - mruknął łypiąc okiem na Fregenala. - Wszelako
dziwno mi, że temu przeklętnikowi ufacie. Po mojemu, chłopi rację mieli.
Łeb mu urwać trzeba było. Popatrzcie tylko, pani, na te świńskie oczka, na
tę mordę zdradziecką.
Visenna nie odpowiedziała. Przysłoniwszy oczy dłonią, patrzyła na
góry, na wejście do wąwozu.
- Prowadź, Fregenal - skomenderował Korin, podciągając pas.
Ruszyli.
Po pół godzinie marszu zobaczyli pierwszy wóz, przewrócony, rozbity.
Za nim drugi, ze złamanym kołem. Szkielety koni. Szkielet człowieka.
Drugi. Trzeci. Czwarty. Stos. Stos połamanych, pokruszonych kości.
- Ty sukinsynu - rzekł Korin cicho, patrząc na czaszkę, przez
oczodoły której przedzierały się już łodygi pokrzyw. - To kupcy, tak? Nie
wiem co mnie powstrzymuje, by...
- Umawialiśmy się... - przerwał Fregenal pospiesznie. - Umawialiśmy
się. Powiedziałem wam wszystko, Visenna. Pomagam wam. Prowadzę was.
Umawialiśmy się!
Korin splunął. Visenna spojrzała na niego, blada, potem odwróciła się
w stronę czarownika.
- Umawialiśmy się - potwierdziła. - Pomożesz mi go odnaleźć i
zniszczyć, potem pójdziesz swoją drogą. Twoja śmierć nie przywróci do
życia tych, którzy tu leżą.
- Zniszczyć, zniszczyć... Visenna, ostrzegam cię jeszcze raz i
powtarzam - wprowadź go w letarg, sparaliżuj, znasz zaklęcia. Ale nie
niszcz go. On jest wart majątek. Zawsze możesz...
- Przestań, Fregenal. Rozmawialiśmy już o tym. Prowadź.
Poszli dalej, ostrożnie omijając szkielety.
- Visenna - sapnął Fregenal po chwili. - Zdajesz sobie sprawę z
ryzyka? To nie przelewki. Wiesz, z Efektem Zwierciadła bywa różnie. Jeżeli
inwersja nie podziała, będzie po nas. Widziałem, co on potrafi.
Visenna zatrzymała się.
- Nie kręć - powiedziała. - Za kogo ty mnie masz? Inwersja podziała,
jeżeli...
- Jeżeli nas nie oszukałeś - wtrącił Korin głosem głuchym z
wściekłości. - A jeśli nas oszukałeś... Mówiłeś, że widziałeś, co potrafi
twój potwór. A czy wiesz, co ja potrafię? Znam takie cięcie, po którym
ciętemu zostaje jedno ucho, jeden policzek i pół szczęki. Można to
przeżyć, ale nie można już potem, między innymi, grać na flecie.
- Visenna, uspokój tego mordercę - wybełkotał Fregenal, pobladły. -
Wyjaśnij mu, że nie mogłem cię okłamać, że wyczułabyś...
- Nie gadaj tyle, Fregenal. Prowadź.
Dalej zobaczyli następne wozy. I następne szkielety. Pomieszane,
splątane, bielejące w trawie klatki żeber, sterczące z rozpadlin
piszczele, upiornie uśmiechnięte czaszki. Korin milczał, ściskając
rękojeść miecza w spoconej dłoni.
- Uważajcie - sapnął Fregenal. - Jesteśmy blisko. Idźcie cicho.
- Z jakiej odległości on reaguje? Fregenal, mówię do ciebie.
- Dam ci znak.
Poszli dalej, oglądając się na ściany wąwozu, strome, porośnięte
pokracznymi kikutami krzaków, poznaczone smugami żlebów i osypisk.
- Visenna? Wyczuwasz go już?
- Tak. Ale niewyraźnie. Jaka odległość, Fregenal?
- Dam ci znak. Szkoda, że nie mogę ci pomóc. Bez różdżki i
pierścienia nie mogę nic zrobić. Jestem bezsilny. Chyba, że...
- Chyba, że co?
- To!
Z szybkością, o jaką trudno go było podejrzewać grubas porwał z ziemi
kanciasty odłamek skały i uderzył Visennę w tył głowy. Druidka padła bez
jęku, twarzą w dół. Korin zamachnął się dobytym mieczem, ale czarownik był
niewiarygodnie zwinny. Padł na czworaki, unikając ostrza, przekoziołkował
pod nogami Korina i kamieniem, którego nie wypuścił z ręki, grzmotnął go w
kolano. Korin zawył, upadł, ból na moment pozbawił go oddechu, a potem
falą mdłości runął z trzewi do gardła. Fregenal zerwał się jak kot
zamierzając się do powtórnego uderzenia.
Pstrokaty ptak spadł z góry jak pocisk, ocierając się o twarz
czarownika. Fregenal odskoczył, machając rękami, upuścił kamień. Korin
wsparty na łokciu machnął mieczem, o włos chybiając łydkę grubasa, ten zaś
odwrócił się i pomknął z powrotem w stronę Mysiego Jaru, wrzeszcząc i
rechocząc. Korin próbował wstać i ścigać go, ale próba uniesienia się z
ziemi zmroczyła mu oczy ciemnością. Upadł znowu, ciskając za czarownikiem
stekiem obrzydliwych wyzwisk.
Fregenal w bezpiecznej odległości obejrzał się, zatrzymał.
- Ty niewydarzona wiedźmo! - zaryczał. - Ty ryża paskudo! Chciałaś
przechytrzyć Fregenala? Łaskawie darować mi życie? Myślałaś, że będę
spokojnie patrzył, jak go zabijasz?
Korin, nie przestając kląć masował kolano, uspokajał tętniący ból.
Visenna leżała bez ruchu.
- Idzie! - wrzasnął Fregenal. - Patrzcie! Cieszcie się tym widokiem,
bo już za chwilę mój kościej wydusi wam oczy z czaszek! Już idzie!
Korin obejrzał się. Zza skalnego rumowiska, o jakieś sto kroków,
wyjrzały gruzłowate stawy zgiętych pajęczych nóg. Po chwili przez kupę
kamieni z grzechotem przetoczył się co najmniej sześciometrowej średnicy
tułów, płaski jak talerz, ziemistordzawy, kostropaty, pokryty kolczastymi
wyrostkami. Cztery pary nóg postępowały miarowo, wlokąc misowaty korpus
przez piarg. Piąta, pierwsza para odnóży, nieproporcjonalnie długich,
uzbrojona była w potężne, racze kleszcze, najeżone rzędami ostrych
kolców i rogów.
To sen, przeleciało przez głowę Korina. To koszmar. Obudzić się.
Wrzasnąć i obudzić się. Wrzasnąć. Wrzasnąć. Wrzasnąć.
Zapominając o bolącym kolanie, przyskoczył do Visenny, targając jej
bezwładnym ramieniem. Włosy druidki przesiąknięte były krwią, już
spływającą po karku.
- Visenna... - wykrztusił przez sparaliżowane strachem gardło. -
Visenna...
Fregenal wybuchnął obłąkańczym rechotem, dudniącym echem o ściany
wąwozu. Śmiech zagłuszył kroki Mikuli, nadbiegającego chyłkiem, z toporem
w garści. Fregenal spostrzegł się, gdy było już za późno. Topór ugodził go
w krzyż, nieco powyżej bioder i wbił się aż po obuch. Czarownik z rykiem
bólu runął na ziemię, wyrywając stylisko z rąk kowala. Mikula przydepnął
go, wyrwał berdysz, zamachnął się powtórnie. Głowa Fregenala stoczyła się
po pochyłości i znieruchomiała, oparta czołem o jedną z czaszek,
leżących pod kołami rozbitego wozu.
Korin kusztykał, potykając się na kamieniach, wlokąc Visennę,
bezwładną i miękką. Mikula przyskoczył do nich, chwycił dziewczynę, bez
wysiłku zarzucił ją sobie na ramię i pobiegł. Korin, choć wyzwolony z
ciężaru, nie mógł nadążyć. Zerknął przez ramię, kościej sunął ku niemu,
skrzypiąc stawami, wyciągnięte kleszcze rozczesywały rzadką trawę,
chrobotały o głazy.
- Mikula! - wrzasnął Korin rozpaczliwie.
Kowal obejrzał się, złożył Visennę na ziemi, podbiegł do Korina,
wsparł go, razem pobiegli. Kościej przyspieszył, unosząc kolczaste łapy.
- Nie damy rady - sapnął Mikula, oglądając się. - Nie ujdziemy...
Dopadli do Visenny, leżącej na wznak.
- Wykrwawi się - jęknął Mikula.
Korin przypomniał sobie. Zerwał z paska Visenny jej sakiewkę,
wyrzucał zawartość, nie zwracając uwagi na inne przedmioty chwycił rdzawy,
pokryty runicznymi znakami minerał, rozgarnął rude, zmoczone krwią włosy,
przycisnął hematyt do rany. Krew momentalnie przestała płynąć
- Korin! - wrzasnął Mikula.
Kościej był blisko. Szeroko rozpostarł łapy, zębate szczypce rozwarły
się. Mikula widział obracające się na słupkach oczy potwora i zgrzytające
pod nimi półksiężycowate szczęki. Pełznąc, kościej syczał rytmicznie -
tss, tss, tss...
- Korin!
Korin nie reagował, szeptał coś, nie odrywając hematytu od rany.
Mikula dopadł, szarpnął go za ramię, oderwał od Visenny, porwał druidkę w
ramiona. Pobiegli. Kościej, ani na moment nie przestając syczeć, uniósł
łapy, zazgrzytał po skale chitynowym brzuchem i szparko popędził za nimi.
Mikula zorientował się, że nie mają szans.
Od strony Mysiego Jaru pędził w karkołomnym galopie jeździec w
skórzanym kubraku, w misiurce z żelaznych kółek, ze wzniesionym nad głową,
szerokim mieczem. W kosmatej twarzy płonęły małe oczka, błyskały
szpiczaste zęby.
Z bojowym okrzykiem Kehl runął na kościeja. Zanim jednak dopadł
potwora, straszliwe łapy zwarły się, chwytając konia w kolczaste kleszcze.
Bobołak wyleciał z siodła, poturlał się po ziemi.
Kościej bez widocznego wysiłku uniósł konia w kleszczach i nabił go
na ostry szyp, sterczący z przodu tułowia. Sierpowate żuchwy zwarły się,
krew zwierzęcia bluzgnęła na kamienie, z rozciętego brzucha buchnęły na
ziemię parujące wnętrzności.
Mikula podskoczył, podniósł z ziemi Bobołaka, ten jednak odepchnął
go, porwał miecz, wrzasnął tak, że zagłuszył przedśmiertne kwiki konia i
skoczył na kościeja. Z małpią zręcznością prześliznął się pod kościstym
łokciem potwora i ciął, z całej siły, prosto w słupkowate oko. Kościej
zasyczał, puścił konia, rozrzucił łapy na boki, zawadzając Kehla ostrymi
kolcami, podrywając z ziemi, ciskając w bok, na piarg. Kehl zwalił się na
skały, wypuszczając miecz. Kościej wykonał półobrót, sięgnął szczypcami i
capnął go. Mała figurka Bobołaka zawisła w powietrzu.
Mikula ryknął wściekle, w dwóch skokach dopadł potwora, zamachnął się
i rąbnął berdyszem po chitynowym karapaksie. Korin, porzucając Visennę,
bez zastanowienia przyskoczył z drugiej strony, trzymany oburącz miecz z
rozmachem wpakował w szczelinę pomiędzy pancerzem a łapą. Napierając
piersią na rękojeść, wepchnął wbite ostrze aż po jelec. Mikula stęknął i
uderzył jeszcze raz, pancerz pękł, trysnęła zielona, cuchnąca ciecz.
Kościej sycząc, puścił Bobołaka, uniósł kleszcze. Korin zaparł się nogami
w ziemię, szarpnął za rękojeść miecza, bez skutku.
- Mikula! - krzyknął. - Do tyłu!
Obaj rzucili się do ucieczki, sprytnie, bo w dwie różne strony.
Kościej zawahał się, zgrzytnął brzuchem po skale i ruszył szybko przed
siebie, prosto na Visennę, która, z głową zwieszoną między ramiona,
usiłowała podnieść się na czworaki. Tuż nad nią, w powietrzu, zawisł
pstrokaty ptak, bijąc skrzydłami, krzycząc, krzycząc, krzycząc...
Kościej był blisko.
Obaj, Mikula i Korin, skoczyli jednocześnie, zagradzając drogę
potworowi.
- Visenna!
- Pani!
Kościej nie zatrzymując się, rozcapierzył łapska.
- Na bok! - krzyknęła Visenna, na kolanach, unosząc ręce. - Korin! Na
bok!
Odskoczyli obaj, przypadając do ściany wąwozu.
- Henenaa fireaoth kerelanth! - krzyknęła przeraźliwie czarodziejka,
wyrzucając ręce w kierunku kościeja. Mikula spostrzegł, jak coś
niewidzialnego sunie od niej ku potworowi. Trawa słała się po ziemi, a
drobne kamienie toczyły się na boki, jak gdyby rozgniatane ciężarem
ogromnej kuli, pędzącej z rosnącą prędkością. Z dłoni Visenny trysnęła
oślepiająco jasna, zygzakowata smuga światła, uderzyła w kościeja,
rozmazała się po pancerzu siatką języków ognia. Powietrze rozpękło się w
ogłuszającym huku. Kościej eksplodował, wybuchnął zieloną fontanną posoki,
kurzawą odłamków chityny, nóg, wnętrzności, wszystko to wyleciało w górę,
gradem sypnęło się dookoła, zadudniło o skały, zaszeleściło po zaroślach.
Mikula przykucnął, oburącz zasłaniając głowę.
Było cicho. W miejscu, na którym przed chwilą stał potwór, czerniał i
dymił okrągły lej, zbryzgany zieloną cieczą, usłany ohydnymi, trudnymi do
rozpoznania, drobnymi fragmentami.
Korin, ocierając twarz z zielonych plam, pomógł Visennie wstać z
ziemi. Visenna drżała.
Mikula pochylił się nad Kehlem. Bobołak miał otwarte oczy. Gruby
kubrak z końskiej skóry pocięty był na strzępy, pod którymi widać było to,
co zostało z ramienia i barku. Kowal chciał coś powiedzieć, ale nie
zdołał. Podszedł Korin, podtrzymując Visennę. Bobołak odwrócił głowę w ich
stronę. Korin popatrzył na jego ramię i z trudem przełknął ślinę.
- To ty, królewiczu - rzekł Kehl cicho, ale spokojnie i wyraźnie. -
Miałeś rację... Bez broni jestem śmieć. A bez ręki? Chyba gówno, co?
Spokój Bobołaka przeraził Korina bardziej, niż widok zmiażdżonych
kości, wyzierających z potwornych ran. To, że karzeł wciąż żył, było
niewyobrażalne.
- Visenna - szepnął Korin, patrząc na czarodziejkę błagalnie.
- Nie dam rady, Korin - powiedziała Visenna łamiącym się głosem. -
Ten organizm, to ciało... Wszystkie prawa, które nim rządzą, są całkiem
różne od ludzkich... Mikula... Nie dotykaj go...
- Wróciłeś, Bobołaku - szepnął Mikula. - Dlaczego?
- Bo prawa, które mną rządzą są różne... od ludzkich. - rzekł Kehl z
dumą w głosie, choć już z wyraźnym wysiłkiem. Strużka krwi wypłynęła mu z
ust, plamiąc popielate futro. Odwrócił głowę, spojrzał w oczy Visenny.
- No, ruda wiedźmo! Spełnia się twoja przepowiednia... Pomóż mi!
- Nie! - jęknęła Visenna.
- Tak - rzekł Kehl. - Tak trzeba. Już czas.
- Visenna - westchnął Korin z wyrazem przerażenia na twarzy. - Ty
chyba nie zamierzasz....
- Odejdźcie! - krzyknęła druidka, powstrzymując łkanie. - Odejdźcie
obaj!
Mikula, patrząc w bok, pociągnął Korina za ramię. Korin poddał się.
Zobaczył jeszcze, jak Visenna klęka nad Bobołakiem, delikatnie gładzi go
po czole, dotyka skroni. Kehl drgnął, zadygotał, wyprężył się i zastygł,
nieruchomy.
Visenna płakała.
IX
Pstrokaty Ptak, siedzący na ramieniu Visenny, przekrzywił płaski
łebek, wlepił w czarodziejkę okrągłe, nieruchome oko. Koń człapał
wyboistym gościńcem, niebo było kobaltowe i czyste.
- Tuuit tuiit trk - powiedział Pstrokaty Ptak.
- Możliwe - zgodziła się Visenna. - Ale nie o to chodzi. Nie
zrozumiałeś mnie. Nie mam pretensji. Przykro mi, że o całej sprawie
dowiedziałam się dopiero od Fregenala, a nie od ciebie, to fakt. Ale znam
cię przecież od lat, wiem, że nie jesteś gadatliwy. Sądzę, że gdybym
zapytała wprost, odpowiedziałbyś.
- Trk, tuuuit?
- Jasne. Już od dawna. Ale sam wiesz, jak u nas jest. Jedna wielka
tajemnica, wszystko tajne, sekretne. A zresztą to tylko kwestia skali.
Ja też nie odmawiam przyjęcia zapłaty za leczenie, jeśli ktoś mi ją
wpycha, a wiem, że go stać. Wiem, że za pewnego rodzaju usługi Krąg żąda
wysokich opłat. I słusznie, wszystko drożeje, a żyć trzeba. Nie o to
chodzi.
- Twwiiit. - Ptak przestąpił z nóżki na nóżkę. - Korriiin.
- Domyślny jesteś - uśmiechnęła się cierpko Visenna, pochylając głowę
w stronę Ptaka, pozwalając, by lekko dotknął dziobkiem jej policzka. - Tym
właśnie jestem rozgoryczona. Widziałam, jak na mnie spoglądał. Nie dość,
że wiedźma, myślał pewnie, to jeszcze i obłudna kombinatorka, chciwa i
wyrachowana.
- Tuwiit trk trk trk tuuiiit?
Visenna odwróciła głowę.
- No, aż tak źle nie jest - mruknęła, mrużąc oczy. - Nie jestem, jak
wiesz, dziewczynką, nie tracę głowy tak łatwo. Chociaż, trzeba przyznać...
Za długo włóczę się samotnie po... Ale to nie twoja sprawa. Pilnuj swego
dzioba.
Ptak milczał, strosząc piórka. Las był coraz bliżej, widać było
drogę, znikającą w gąszczu pod portalem konarów.
- Słuchaj - odezwała się Visenna po chwili. - Jak to może, według
ciebie, wyglądać w przyszłości? Czy rzeczywiście jest możliwe, żeby ludzie
mogli przestać nas potrzebować? Chociażby w najprostszej materii, w
kwestii leczenia? Trochę postępu tu widać, weźmy dla przykładu takie
ziołolecznictwo, ale czy można sobie wyobrazić, że kiedyś uporają się,
dajmy na to, z krupem? Z gorączką połogową? Z tężcem?
- Twiik twiiit.
- Też mi odpowiedź. Teoretycznie, to możliwe jest i to, że nasz koń
za chwilę włączy się do rozmowy. I powie coś mądrego. A co powiesz o raku?
Czy i z rakiem poradzą sobie? Bez magii?
- Trrk!
- Ja też tak myślę.
Wjechali w las, pachnący chłodem i wilgocią. Przekroczyli płytki
strumień. Visenna wspięła się na wzgórze, zjechała potem w dół, wśród
wrzosów, sięgających strzemion. Znowu odnalazła drogę, piaszczystą,
zarośniętą. Znała tę drogę, jechała już tędy, zaledwie trzy dni temu.
Tyle, że w przeciwnym kierunku.
- Wydaje mi się - odezwała się znowu - że jednak przydałoby się u nas
trochę zmian. Kostniejemy, za mocno i zbyt bezkrytycznie uczepiliśmy się
tradycji. Gdy tylko wrócę...
- Twiit. - przerwał Pstrokaty Ptak.
- Co?
- Twiit.
- Co chcesz przez to powiedzieć? Dlaczego nie?
- Trrrrk.
- Jaki napis? Na jakim znowu słupie?
Ptak furcząc skrzydełkami zerwał się z jej ramienia, odleciał, znikł
wśród listowia.
Korin siedział oparty plecami o słup na rozstaju, przyglądał się jej
z bezczelnym uśmiechem. Visenna zeskoczyła z konia, podeszła bliżej.
Czuła, że też się uśmiecha, wbrew swej woli, co więcej, podejrzewała, że
uśmiech ten nie wygląda najmądrzej.
- Visenna - zawołał Korin. - Przyznaj się, nie otumaniasz mnie
przypadkiem czarami? Odczuwam bowiem ogromną radość z tego spotkania,
wręcz nienaturalną radość. Tfu, tfu, na psa urok. To czary, ani chybi.
- Czekałeś na mnie.
- Jesteś niesamowicie przenikliwa. Widzisz, obudziłem się raniutko i
stwierdziłem, że odjechałaś. Jak miło z jej strony, pomyślałem sobie, że
nie budziła mnie dla takiego głupstwa, jak zdawkowe pożegnanie, bez
którego można się wszak doskonale obejść. Któż w końcu w dzisiejszych
czasach żegna się lub wita, toż to nic innego jak przesąd i dziwactwo.
Prawda? Obróciłem się na drugi bok i spałem dalej. Dopiero po śniadaniu
przypomniałem sobie, że mam ci do powiedzenia coś niezwykle ważnego.
Wsiadłem zatem na zdobycznego konia i pojechałem na skróty.
- A cóż takiego masz mi do powiedzenia? - spytała Visenna, podchodząc
bliżej, zadzierając głowę, by spojrzeć w błękitne oczy, które zeszłej nocy
widziała we śnie.
Korin wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Sprawa jest delikatnej natury - rzekł. - Nie da się jej streścić w
kilku słowach. Będzie to wymagało szczegółowych wyjaśnień. Nie wiem, czy
zdążę przed zmierzchem.
- Zacznij chociaż.
- Z tym właśnie jest kłopot. Nie wiem jak.
- Panu Korinowi brak słów - pokręciła głową Visenna, wciąż się
uśmiechając. - Rzecz absolutnie niesłychana. Zacznij więc, dajmy na to, od
początku.
- Niezły pomysł - Korin udał, że poważnieje. - Widzisz, Visenna,
minął już ładny kawał czasu, odkąd włóczę się samotnie...
- Po lasach i gościńcach - dokończyła czarodziejka, zarzucając mu
ramiona na szyję.
Pstrokaty Ptak, wysoko, na gałęzi drzewa, machnął skrzydełkami,
rozpostarł je, zadarł główkę.
- Trrrk twiit twiiit. - powiedział.
Visenna oderwała usta od ust Korina, spojrzała na Ptaka, mrugnęła.
- Miałeś rację - odpowiedziała. - To rzeczywiście droga, z której się
nie wraca. Leć, powiedz im...
Zawahała się, machnęła ręką.
- Nic im nie mów...
Andrzej Sapkowski
[ TEKST ZAMIESZCZONY ZA ZGODĄ AUTORA DO PUBLIKACJI TYLKO NA STRONACH ]
[ Andrzej Sapkowski Zone: http://sapkowski.fantasy.art.pl/ ]
[ Wklepał: Rekin ]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl