AS ZONE:

OPOWIADANIA
"Mniejsze zło" by Andrzej Sapkowski
[MNIEJSZE.TXT]


Mniejsze zło
[GKF: Czerwony Karzeł #12; superNOWA 1993/1997 "Ostatnie życzenie"]


                                      I

       Jak zwykle, pierwsze zwróciły na niego uwagę koty i dzieci. Pręgowaty
  kocur,  śpiący  na  nagrzanym  słońcem sągu drewna, drgnął, uniósł okrągłą
  głowę,  położył uszy, parsknął i czmychnął w pokrzywy. Trzyletni Dragomir,
  syn  rybaka  Trigli,  który  na  progu  chałupy robił co mógł, aby jeszcze
  bardziej   upaprać   upapraną   koszulinę,  rozwrzeszczał  się,  wlepiając
  załzawione oczy w przejeżdżającego obok jeźdźca.
       Wiedźmin  jechał  powoli,  nie  starając się wyprzedzać wozu z sianem
  tarasującego  uliczkę. Za nim, wyciągając szyję, co chwila mocno napinając
  postronek,  uwiązany  do  łęku  siodła,  truchtał  objuczony osioł. Oprócz
  zwykłych  juków  długouch  taszczył  na grzbiecie spory kształt owinięty w
  derkę. Szarobiały bok osła pokrywały czarne smugi zakrzepłej krwi.
       Wóz  skręcił  wreszcie  w  boczną  uliczkę prowadzącą do spichlerza i
  przystani,   z   której   wiało   bryzą,  smołą  i  wolim  moczem.  Geralt
  przyspieszył.   Nie   zareagował   na  zduszony  krzyk  handlarki  warzyw,
  wpatrzonej w kościstą, szponiastą łapę wystającą spod derki, podrygującą w
  rytmie  truchtu  osła.  Nie  obejrzał się na rosnący tłumek ludzi idący za
  nim, falujący w podnieceniu.
       Przed  domem  wójta, jak zwykle, pełno było wozów. Geralt zeskoczył z
  siodła,  poprawił  miecz  na  plecach,  przerzucił  uzdę  przez  drewnianą
  barierkę. Tłum podążający za nim utworzył półkole wokół osła.
       Krzyki wójta słychać było już przed wejściem.
       - Nie  wolno,  mówię!  Nie  wolno,  psiamać! Nie rozumiesz po ludzku,
  łachudro?
       Geralt  wszedł.  Przed  wójtem,  małym  i  pękatym, poczerwieniałym z
  gniewu, stał wieśniak trzymając za szyję szamoczącą się gęś.
       - Czego...  Na  wszystkich  bogów!  To ty, Geralt? Czy mnie wzrok nie
  myli?   - I  znowu,  zwracając  się  do  chłopa:  - Zabieraj  to,  chamie!
  Ogłuchłeś?
       - Mówili  - bełkotał  wieśniak,  zezując na gęś - że trzeba dać cosik
  wielmożnemu, bo inakszy...
       - Kto  mówił?  - wrzasnął  wójt. - Kto? Że ja niby co, łapówki biorę?
  Nie pozwalam, powiadam! Won, powiadam! Witaj, Geralt.
       - Witaj, Caldemeyn.
       Wójt, ściskając dłoń wiedźmina, klepnął go w ramię drugą ręką.
       - Nie  było  cię  tu chyba ze dwa lata, Geralt. Co? Że też ty nigdzie
  nie zagrzejesz miejsca. Skąd przybywasz? A, psia rzyć, co za różnica skąd.
  Hej,  przynieś  tam który piwa! Siadaj, Geralt, siadaj. U nas zamieszanie,
  bo jutro jarmark. Co tam u ciebie, opowiadaj!
       - Potem. Najpierw wyjdźmy.
       Na  zewnątrz tłumek był już ze dwa razy większy, ale wolna przestrzeń
  wokół  osła  nie  zmniejszyła  się.  Geralt  odrzucił derkę. Tłum ochnął i
  cofnął się. Caldemeyn szeroko otworzył usta.
       - Na wszystkich bogów, Geralt! Co to jest?
       - Kikimora. Nie ma za nią jakiejś nagrody, panie wójcie?
       Caldemeyn   przestąpił   z  nogi  na  nogę,  patrząc  na  pająkowaty,
  obciągnięty  zeschłą  czarną  skórą  kształt,  na  szkliste  oko z pionową
  źrenicą, na igłowate kły w zakrwawionej paszczy.
       - Gdzie... Skąd to...
       - Na  grobli,  ze  cztery  mile  przed  miasteczkiem.  Na mokradłach.
  Caldemeyn, tam musieli ginąć ludzie. Dzieci.
       - Ano,  zgadza się. Ale nikt... Kto mógł przypuścić... Hej, ludkowie,
  do  domów,  do  roboty!  To  nie  widowisko!  Zakryj to, Geralt. Muchy się
  zlatują.
       W  izbie  wójt  bez  słowa  chwycił  garniec piwa i wypił do dna, nie
  odejmując od ust. Westchnął ciężko, pociągnął nosem.
       - Nagrody  nie ma - powiedział ponuro. - Nikt nawet nie przypuszczał,
  że  coś  takiego  siedzi  w  słonych bagnach. Fakt, kilka osób przepadło w
  tamtej  okolicy,  ale...  Mało  kto łaził po tej grobli. A ty skąd się tam
  wziąłeś? Dlaczego nie jechałeś głównym traktem?
       - Na głównych traktach trudno o zarobek dla mnie, Caldemeyn.
       - Zapomniałem  - wójt stłumił beknięcie, wydymając policzki. - A taka
  to  była spokojna okolica. Nawet skrzaty z rzadka jeno szczały tu babom do
  mleka.  I  masz,  pod  samym  bokiem jakaś kociozmora. Wypada, że muszę ci
  podziękować. Bo zapłacić, to ja ci za nią nie zapłacę. Nie mam funduszy.
       - Pech.  Przydałoby  mi się trochę grosza, aby przezimować - wiedźmin
  łyknął  z  garnca,  otarł usta z piany. - Wybieram się do Yspaden, ale nie
  wiem,  czy zdążę, nim śniegi zawalą drogi. Mogę utknąć w którymś z gródków
  wzdłuż Lutońskiego traktu.
       - Długo zabawisz w Blaviken?
       - Krótko. Nie mam czasu się zabawiać. Idzie zima.
       - Gdzie  się zatrzymasz? Może u mnie? Wolna izba jest na stryszku, po
  co  masz  się  dać  obedrzeć  przez  karczmarzy,  tych złodziei. Pogadamy,
  opowiesz, co w szerokim świecie słychać.
       - Chętnie.  Ale  co  na  to  twoja  Libusze?  Ostatnim razem dało się
  zauważyć, że nie przepada za mną.
       - W  moim  domu  baby  nie mają głosu. Ale, między nami, nie rób przy
  niej tego, co ostatnim razem, podczas kolacji.
       - Idzie ci o to, że rzuciłem widelcem w szczura?
       - Nie. Idzie mi o to, że trafiłeś, chociaż było ciemno.
       - Myślałem, że to będzie zabawne.
       - Było.  Ale  nie  rób  tego  przy  Libusze. Słuchaj, a ta... jak jej
  tam... Kiki...
       - Kikimora.
       - Potrzebna ci do czegoś?
       - Ciekawe, do czego? Jeśli nie ma nagrody, możesz ją kazać wrzucić do
  gnojówki.
       - Pomysł  nie  jest  zły. Hej tam, Karelka, Borg, Nosikamyk! Jest tam
  który?
       Wszedł  strażnik miejski z partyzaną na ramieniu, z hukiem zawadzając
  ostrzem o ościeżnicę.
       - Nosikamyk  - rzekł Caldemeyn. - Weź kogoś do pomocy, zabierz sprzed
  chałupy  osła  razem  z  tym  świństwem  zapakowanym w derkę, wyprowadź za
  chlewiki i utop w gnojówce. Zrozumiałeś?
       - Wedle rozkazu. Ale... Panie wójcie...
       - Czego?
       - Może nim topić to ohydztwo...
       - No?
       - Pokazaćby Mistrzowi Irionowi. A nuż mu się do czegoś przygodzi.
       Caldemeyn pacnął się w czoło otwartą dłonią.
       - Niegłupiś,   Nosikamyk.   Słuchaj,   Geralt,  może  nasz  miejscowy
  czarodziej  odpali ci coś za tę padlinę. Rybacy znoszą mu różne dziworyby,
  ośmionogi,  klabatry  czy  kerguleny,  niejeden  na  tym  zarobił.  Chodź,
  przejdziemy się do wieży.
       - Dorobiliście się czarodzieja? Na stałe czy dorywczo?
       - Na  stałe.  Mistrz  Irion.  Mieszka  w Blaviken od roku. Możny mag,
  Geralt, z samego wyglądu poznasz.
       - Wątpię,  czy  możny  mag zapłaci za kikimorę - skrzywił się Geralt.
  - O  ile  wiem, nie jest potrzebna do produkcji żadnych eliksirów. Zapewne
  wasz   Irion   tylko   mi   naurąga.  My,  wiedźmini,  nie  kochamy  się z
  czarodziejami.
       - Nigdy  nie  słyszałem, żeby Mistrz Irion komuś urągał. Czy zapłaci,
  nie  przysięgnę,  ale  spróbować  nie  zawadzi. Na bagnach może być więcej
  takich  kikimorów,  i  co wtedy? Niech czarodziej obejrzy stwora i w razie
  czego rzuci jakieś czary na bagniska albo co.
       Wiedźmin pomyślał przez chwilę.
       - Punkt dla ciebie, Caldemeyn. Cóż, zaryzykujemy spotkanie z Mistrzem
  Irionem. Idziemy?
       - Idziemy.  Nosikamyk,  odgoń  te  dzieciaki  i  bierz  kłapoucha  na
  postronek. Gdzie moja czapka?


                                      II

       Wieża,  zbudowana  z  gładko  ociosanych  bloków  granitu, zwieńczona
  zębatymi  blankami, przedstawiała się imponująco, górując nad potłuczonymi
  dachówkami domostw i wklęśniętymi strzechami chałup.
       - Odnowił,  widzę  - rzekł  Geralt.  - Czarami  czy  zapędził  was do
  roboty?
       - Czarami, głównie.
       - Jaki on jest, ten wasz Irion?
       - Porządny.  Ludziom  pomaga.  Ale  odludek, mruk. Z wieży prawie nie
  wychodzi.
       Na  drzwiach  zdobnych  rozetą  intarsjowaną  jasnym  drewnem wisiała
  ogromna   kołatka   w   kształcie  płaskiego,  wyłupiastookiego  łba  ryby
  trzymającej  mosiężne kółko w zębatej paszczęce. Caldemeyn, obeznany widać
  z działaniem mechanizmu, zbliżył się, odchrząknął i wyrecytował:
       - Pozdrawia  wójt  Caldemeyn  ze  sprawą  do  Mistrza  Iriona.  Z nim
  pozdrawia wiedźmin Geralt z Rivii, takoż ze sprawą.
       Przez  dłuższą  chwilę nic się nie działo, wreszcie rybi łeb poruszył
  zębatą żuchwą, tchnął obłoczkiem pary.
       - Mistrz Irion nie przyjmuje. Odejdźcie, dobrzy ludzie.
       Caldemeyn podreptał w miejscu, spojrzał na Geralta. Wiedźmin wzruszył
  ramionami. Nosikamyk, skupiony i poważny, dłubał w nosie.
       - Mistrz   Irion  nie  przyjmuje  - powtórzyła  metalicznie  kołatka.
  - Odejdźcie, dobrzy...
       - Nie  jestem  dobrym  człowiekiem - przerwał głośno Geralt. - Jestem
  wiedźminem.  To,  na  ośle,  to jest kikimora, którą zabiłem bardzo blisko
  miasteczka.   Obowiązkiem   każdego   czarodzieja  rezydenta  jest  dbać o
  bezpieczeństwo  w  okolicy. Mistrz Irion nie musi zaszczycać mnie rozmową,
  nie  musi  mnie przyjmować, jeśli taka jego wola. Ale kikimorę niech sobie
  obejrzy  i wyciągnie wnioski. Nosikamyk, odtrocz kikimorę i zwal ją tutaj,
  pod same drzwi.
       - Geralt - rzekł cicho wójt. - Ty odjedziesz, a ja tu będę musiał...
       - Idziemy,  Caldemeyn.  Nosikamyk,  wyjmij  palec  z  nosa i zrób, co
  kazałem.
       - Zaraz  - powiedziała  kołatka  zupełnie  innym głosem. - Geralt, to
  naprawdę ty?
       Wiedźmin zaklął cicho.
       - Tracę cierpliwość. Tak, to naprawdę ja. I co z tego, że to naprawdę
  ja?
       - Podejdź  blisko do drzwi - rzekła kołatka, pykając obłoczkiem pary.
  - Sam. Wpuszczę cię.
       - Co z kikimorą?
       - Pal  ją  licho.  Chcę  z  tobą  rozmawiać,  Geralt.  Tylko  z tobą.
  Wybaczcie, wójcie.
       - Co  mi  tam,  Mistrzu  Irionie  - machnął  ręką Caldemeyn. - Bywaj,
  Geralt. Zobaczymy się później. Nosikamyk! Potwora do gnojówki!
       - Wedle rozkazu.
       Wiedźmin  podszedł do intarsjowanych drzwi, które uchyliły się bardzo
  niewiele,  tyle,  by  mógł się przecisnąć, po czym natychmiast zatrzasnęły
  się, pozostawiając go w zupełnym mroku.
       - Hej! - zawołał, nie kryjąc złości.
       - Już - odpowiedział głos, dziwnie znajomy.
       Wrażenie   było   tak  niespodziewane,  że  wiedźmin  zatoczył  się i
  wyciągnął rękę, szukając oparcia. Nie znalazł.
       Sad   kwitł  biało  i  różowo,  pachniał  deszczem.  Niebo  przecinał
  wielobarwny  łuk  tęczy,  spinający  korony  drzew  z  dalekim,  błękitnym
  łańcuchem   górskim.   Domek  pośród  sadu,  maleńki  i  skromny,  tonął w
  malwach.  Geralt  spojrzał  pod  nogi  i  stwierdził,  że stoi po kolana w
  macierzance.
       - No, chodźże, Geralt - odezwał się głos. - Jestem przed domem.
       Wszedł  w sad pomiędzy drzewa. Dostrzegł po lewej ruch, obejrzał się.
  Jasnowłosa  dziewczyna,  zupełnie  naga, szła wzdłuż rzędu krzewów, niosąc
  koszyk  pełen  jabłek.  Wiedźmin  solennie  sobie  obiecał  nie dziwić się
  więcej.
       - Nareszcie. Witaj, wiedźminie.
       - Stregobor! - zdziwił się Geralt.
       Wiedźmin  spotykał  w życiu złodziei wyglądających jak rajcy miejscy,
  rajców  wyglądających  jak  proszalne  dziady, nierządnice wyglądające jak
  królewny,  królewny  wyglądające  jak  cielne krowy i królów wyglądających
  jak  złodzieje.  A  Stregobor  zawsze  wyglądał  tak, jak wedle wszystkich
  prawideł  i  wyobrażeń  winien  wyglądać  czarodziej.  Był  wysoki, chudy,
  zgarbiony,  miał  wielkie, siwe, krzaczaste brwi i długi, zakrzywiony nos.
  Na  dobitkę  nosił  czarną powłóczystą szatę z nieprawdopodobnie szerokimi
  rękawami,  a w ręku dzierżył długaśny posoch z kryształową gałką. Żaden ze
  znanych   Geraltowi  czarodziejów  nie  wyglądał  tak  jak  Stregobor.  Co
  dziwniejsze, Stregobor faktycznie był czarodziejem.
       Siedli  na  ganku  otoczonym  malwami  w  wiklinowych  fotelach, przy
  stoliku  z  blatem  z  białego  marmuru.  Naga  blondynka  z koszem jabłek
  zbliżyła się, uśmiechnęła, obróciła i wróciła do sadu, kołysząc biodrami.
       - To też iluzja? - spytał Geralt, patrząc na kołysanie.
       - Też. Jak wszystko tutaj. Ale to jest, mój kochany, iluzja pierwszej
  klasy.  Kwiaty  pachną,  jabłka  możesz jeść, pszczoła może cię użądlić, a
  ją - czarodziej wskazał na blondynkę - możesz...
       - Może później.
       - Słusznie.  Co  tu  robisz, Geralt? Nadal trudnisz się zabijaniem za
  pieniądze  przedstawicieli  ginących  gatunków?  Ile dostałeś za kikimorę?
  Pewnie  nic,  inaczej nie przyszedłbyś tutaj. I pomyśleć, że są ludzie nie
  wierzący w przeznaczenie. Chyba że wiedziałeś o mnie. Wiedziałeś?
       - Nie  wiedziałem.  To  ostatnie  miejsce, w którym mogłem się ciebie
  spodziewać.  O  ile  mnie pamięć nie myli, dawniej mieszkałeś w Kovirze, w
  podobnej wieży.
       - Wiele się zmieniło od tamtych czasów.
       - Chociażby twoje miano. Podobno jesteś teraz Mistrzem Irionem.
       - Tak nazywał się twórca tej wieży, zmarło mu się coś ze dwieście lat
  temu.  Uznałem,  że należy jakoś go uczcić, zajmując jego siedlisko. Robię
  tu za rezydenta. Większość mieszkańców utrzymuje się z morza, a jak wiesz,
  moja  specjalność,  poza iluzjami, to pogoda. Czasem sztorm uciszę, czasem
  wywołam,   czasem   zachodnim   wiatrem  przygnam  bliżej  brzegów  ławice
  witlinków i dorszy. Można żyć. To znaczy - dodał ponuro - można było żyć.
       - Dlaczego "można było"? Skąd zmiana imienia?
       - Przeznaczenie  ma  wiele  twarzy.  Moje  jest  piękne  z wierzchu i
  obrzydliwe wewnątrz. Wyciągnęło ku mnie swoje krwawe szpony...
       - Nic się nie zmieniłeś, Stregobor - skrzywił się Geralt. - Bredzisz,
  robiąc przy tym mądre i znaczące miny. Nie możesz mówić normalnie?
       - Mogę - westchnął czarnoksiężnik. - Jeśli cię to ma uszczęśliwić, to
  mogę.  Dotarłem  aż  tutaj,  kryjąc się i uciekając przed potworną istotą,
  która chce mnie zamordować. Ucieczka nie zdała się na nic, odnalazła mnie.
  Wedle  wszelkiego  prawdopodobieństwa  spróbuje mnie zabić jutro, najdalej
  pojutrze.
       - Aha - rzekł beznamiętnie wiedźmin. - Teraz rozumiem.
       - Jak  mi  się  zdaje,  grożąca mi śmierć nie robi na tobie większego
  wrażenia?
       - Stregobor  - powiedział  Geralt. - Taki jest świat. Wiele się widzi
  podróżując.  Dwóch  chłopów zabija się o miedzę pośrodku pola, które jutro
  stratują  konie  drużyn  dwóch  komesów  chcących się nawzajem wymordować.
  Wzdłuż  dróg  na  drzewach  dyndają  wisielcy,  w lasach zbójcy podrzynają
  gardła  kupcom.  W  miastach co krok potykasz się o trupy w rynsztokach. W
  pałacach  dźgają  się sztyletami, a na ucztach co i rusz ktoś wali się pod
  stół, siny od trucizny. Przyzwyczaiłem się. Dlaczego więc ma robić na mnie
  wrażenie grożąca śmierć, i to w dodatku grożąca tobie?
       - W  dodatku  grożąca  mnie - powtórzył z przekąsem Stregobor. - A ja
  miałem cię za przyjaciela. Liczyłem na twoją pomoc.
       - Nasze  ostatnie  spotkanie - rzekł Geralt - miało miejsce na dworze
  króla Idiego w Kovirze. Przyszedłem po zapłatę za zabicie amfisbeny, która
  terroryzowała  okolicę.  Wówczas  ty  i twój konfrater Zavist na wyprzódki
  nazywaliście  mnie  szarlatanem, bezmyślną maszyną do mordowania i, jeżeli
  dobrze  pamiętam, ścierwojadem. W rezultacie Idi nie dość, że nie zapłacił
  mi  ani  szeląga, to jeszcze dał dwanaście godzin na opuszczenie Koviru, a
  że  miał popsutą klepsydrę, ledwo zdążyłem. A teraz, powiadasz, liczysz na
  moją pomoc. Powiadasz, ściga cię potwór. Czego się boisz, Stregobor? Jeśli
  cię  dopadnie,  powiedz  mu, że ty lubisz potwory, chronisz je i dbasz, by
  żaden  wiedźmin  ścierwojad  nie zakłócał im spokoju. Zaiste, jeśli potwór
  cię wypatroszy i pożre, okaże się strasznym niewdzięcznikiem.
       Czarodziej milczał odwróciwszy głowę. Geralt zaśmiał się.
       - Nie  nadymaj  się jak żaba, magiku. Mów, co ci grozi. Zobaczymy, co
  się da zrobić.
       - Słyszałeś o Przekleństwie Czarnego Słońca?
       - A  jakże,  słyszałem. Tyle że pod nazwą Mania Obłąkanego Eltibalda.
  Tak  wszakże  nazywał  się  mag,  który  rozpętał  hecę,  w  wyniku której
  zamordowano  lub  uwięziono  w  wieżach kilkadziesiąt dziewcząt z wielkich
  rodów,   nawet   królewskich.  Miały  być  jakoby  opętane  przez  demony,
  przeklęte,  skażone  przez Czarne Słońce, bo tak w waszym nadętym żargonie
  nazwaliście najzwyklejsze w świecie zaćmienie.
       - Eltibald,  który  wcale  nie  był  obłąkany,  odcyfrował  napisy na
  menhirach  Dauków,  na  płytach nagrobnych w nekropoliach Wożgorów, zbadał
  legendy  i  podania  bobołaków.  Wszystkie  mówiły  o  zaćmieniu  w sposób
  pozostawiający  mało  wątpliwości.  Czarne  Słońce miało zwiastować rychły
  powrót  Lilit,  czczonej  wciąż  na Wschodzie pod imieniem Niya, i zagładę
  rasy  ludzkiej.  Drogę  dla Lilit miało utorować "sześćdziesiąt niewiast w
  koronach złotych, które krwią wypełnią doliny rzek".
       - Brednia - powiedział wiedźmin. - A w dodatku nie do rymu. Wszystkie
  przyzwoite  przepowiednie  są  do  rymu. Wiadomo powszechnie, o co wówczas
  szło   Eltibaldowi  i  Radzie  Czarodziejów.  Wykorzystaliście  majaczenia
  szaleńca,  aby  umocnić waszą władzę. By rozbić sojusze, popsuć koligacje,
  zamieszać  w  dynastiach, słowem, mocniej potargać za sznurki umocowane do
  kukiełek  w  koronach.  A  ty  mi  tu  prawisz  o przepowiedniach, których
  powstydziłby się dziad na jarmarku.
       - Można  mieć  zastrzeżenia  do  teorii  Eltibalda,  do interpretacji
  przepowiedni.  Ale nie sposób podważyć faktu wystąpienia potwornej mutacji
  wśród dziewcząt urodzonych krótko po zaćmieniu.
       - Cóż  sprawia,  że  nie  można tego podważyć? Słyszałem coś zupełnie
  przeciwnego.
       - Byłem   przy   sekcji   jednej   z  nich  - powiedział  czarodziej.
  - Geralt,  to,  co  znaleźliśmy wewnątrz czaszki i rdzenia, nie dawało się
  jednoznacznie   określić.   Jakaś   czerwona   gąbka.   Wewnętrzne  organy
  przemieszane,   niektórych  w  ogóle  brak.  Wszystko  pokryte  ruchliwymi
  rzęskami,   sinoróżowymi   strzępkami.  Serce  o  sześciu  komorach.  Dwie
  praktycznie w atrofii, ale jednak. Co ty na to?
       - Widziałem  ludzi mających zamiast rąk orle szpony, ludzi z wilczymi
  kłami.  Ludzi  o  dodatkowych  stawach, dodatkowych organach i dodatkowych
  zmysłach. Wszystko to były efekty waszego babrania się w magii.
       - Widziałeś  różne  mutacje, powiadasz - uniósł głowę czarnoksiężnik.
  - A  ile  z  nich  zatłukłeś  za  pieniądze, zgodnie ze swoim wiedźmińskim
  powołaniem? Co? Bo można mieć wilcze kły i poprzestawać na szczerzeniu ich
  do  dziewek  w  oberży, a można mieć jednocześnie wilczą naturę i atakować
  dzieci.   A  tak  właśnie  było  w  przypadku  dziewczynek  urodzonych  po
  zaćmieniu,   u   których  stwierdzono  wręcz  niepoczytalną  skłonność  do
  okrucieństwa,  agresji,  gwałtownych  wybuchów  gniewu,  a  także wybujały
  temperament.
       - U  każdej  baby można stwierdzić coś takiego - zadrwił Geralt. - Co
  ty mi tu pleciesz? Pytasz, ile mutantów zabiłem, dlaczego nie ciekawi cię,
  ile  z  nich  odczarowałem, wyzwoliłem od klątwy? Ja, pogardzany przez was
  wiedźmin. A co uczyniliście wy, potężni czarnoksiężnicy?
       - Zastosowano  wyższą  magię. Naszą, jak również kapłańską, w różnych
  świątyniach. Wszystkie próby zakończyły się śmiercią dziewczynek.
       - To  świadczy  źle  o  was,  nie  o  dziewczynkach.  A więc mamy już
  pierwsze trupy. Rozumiem, że tylko te sekcjonowano?
       - Nie  tylko.  Nie  patrz tak na mnie, wiesz dobrze, że były i dalsze
  trupy.  Początkowo  postanowiono eliminować wszystkie. Usunęliśmy kilka...
  naście. Wszystkie sekcjonowano. Jedną wiwisekcjonowano.
       - I   wy,  sukinsyny,  ośmielacie  się  krytykować  wiedźminów?  Ech,
  Stregobor,  przyjdzie  dzień,  kiedy ludzie zmądrzeją i dobiorą się wam do
  skóry.
       - Nie  sądzę,  żeby  prędko  przyszedł  taki  dzień  - rzekł  cierpko
  czarodziej.  - Nie  zapominaj,  że  działaliśmy  właśnie  w obronie ludzi.
  Mutantki utopiłyby we krwi całe krainy.
       - Tak twierdzicie wy, magicy, zadarłszy nosy do góry, ponad wasz nimb
  nieomylności.  Jeśli  już  o  tym mowa, nie będziesz chyba twierdził, że w
  waszym polowaniu na rzekome mutantki nie pomyliliście się ani razu?
       - Niech  ci  będzie  - rzekł  Stregobor po dłuższej chwili milczenia.
  - Będę  szczery, chociaż nie powinienem, we własnym interesie. Pomyliliśmy
  się,  i  to  więcej niż jeden raz. Ich selekcja była nader trudna. Dlatego
  też zaprzestaliśmy je... usuwać, zaczęliśmy izolować.
       - Wasze słynne wieże - parsknął wiedźmin.
       - Nasze  wieże.  To  był  jednak kolejny błąd. Nie docenialiśmy ich i
  sporo  nam  uciekło.  Wśród  królewiczów,  zwłaszcza tych młodszych, co to
  niewiele  mieli  do roboty, a jeszcze mniej do stracenia, zapanowała jakaś
  obłąkańcza   moda  na  uwalnianie  więzionych  ślicznotek.  Większość,  na
  szczęście, poskręcała karki.
       - O  ile  wiem,  uwięzione  w  wieżach  szybko marły. Mówiono, że bez
  waszej pomocy się nie obeszło.
       - Kłamstwo.  Rzeczywiście  jednak szybko popadały w apatię, odmawiały
  jedzenia... Co ciekawe, krótko przed śmiercią zdradzały dar jasnowidzenia.
  Kolejny dowód mutacji.
       - Co dowód, to mniej przekonywający. Nie masz ich więcej?
       - Mam.  Silvena,  pani  na  Naroku, do której nigdy nie udało się nam
  nawet  zbliżyć,  bo  przejęła władzę bardzo szybko. Teraz dzieją się w tym
  kraju  okropne  rzeczy.  Fialka, córka Evermira, uciekła z wieży za pomocą
  sznura  uplecionego  z  warkoczy  i  obecnie  terroryzuje Północny Velhad.
  Bernikę  z  Talgaru  uwolnił  idiota  królewicz.  Teraz oślepiony siedzi w
  lochu,  a  najczęściej  zauważalnym  elementem  krajobrazu w Talgarze jest
  szubienica. Są i inne przykłady.
       - Pewno  że  są  - rzekł wiedźmin. - W Jamurlaku, na przykład, panuje
  staruszek  Abrad,  ma skrofuły, nie ma ani jednego zęba, urodził się chyba
  ze  sto  lat przed tym zaćmieniem, a nie uśnie, jeśli kogoś nie zakatują w
  jego  przytomności.  Wyrżnął wszystkich krewnych i wyludnił połowę kraju w
  niepoczytalnych, jak to określiłeś, napadach gniewu. Są i ślady wybujałego
  temperamentu,  podobno  w młodości przezywano go nawet Abrad Zadrzykiecka.
  Ech,  Stregobor,  byłoby  pięknie,  gdyby  okrucieństwa władców można było
  wytłumaczyć mutacją lub klątwą.
       - Posłuchaj, Geralt...
       - Ani myślę. Nie przekonasz mnie do swoich racji, ani tym bardziej do
  tego,  że  Eltibald nie był zbrodniczym wariatem. Wróćmy do potwora, który
  jakoby ci zagraża. Po wstępie, jaki zrobiłeś, bądź świadom, że historia mi
  się nie podoba. Ale wysłucham cię do końca.
       - Nie przeszkadzając złośliwymi uwagami?
       - Tego nie mogę obiecać.
       - Cóż - Stregobor wsunął dłonie w rękawy szaty - tym dłużej to będzie
  trwało.  A  zatem,  historia  zaczęła  się  w Creyden, małym księstewku na
  północy.   Żoną   Fredefalka,   księcia   Creyden,   była  Aridea,  mądra,
  wykształcona  kobieta.  Miała  w  rodzie  wielu  wybitnych adeptów kunsztu
  czarnoksięskiego  i  zapewne  w  drodze dziedzictwa przejęła dość rzadki i
  potężny  artefakt,  Zwierciadło  Nehaleni. Jak wiesz, Zwierciadła Nehaleni
  służyły  głównie  prorokom  i  wyroczniom,  bo  bezbłędnie,  choć  zawile,
  przepowiadają   przyszłość.   Aridea   dość   często   zwracała   się   do
  Zwierciadła...
       - Ze  zwyczajowym  pytaniem, jak sądzę - przerwał Geralt. - "Kto jest
  najpiękniejszy  na  świecie?"  Jak  wiem,  wszystkie  Zwierciadła Nehaleni
  dzielą się na uprzejme i na rozbite.
       - Mylisz  się.  Arideę  bardziej  interesowały  losy  kraju. A na jej
  pytania  Zwierciadło  przepowiedziało  paskudną  śmierć jej samej i całego
  mnóstwa ludzi z ręki bądź z winy córki Fredefalka z pierwszego małżeństwa.
  Aridea  postarała się, aby wiadomość o tym dotarła do Rady, a Rada wysłała
  do Creyden mnie. Nie muszę dodawać, że pierworodna Fredefalka urodziła się
  krótko  po  zaćmieniu.  Obserwowałem małą dyskretnie krótki czas. W tym to
  czasie  zdążyła  zamęczyć  kanarka  i  dwa  szczeniaki,  a także trzonkiem
  grzebienia wyłupiła oko służebnicy. Przeprowadziłem kilka testów za pomocą
  zaklęć,  większość potwierdziła, że mała była mutantem. Poszedłem z tym do
  Aridei,  bo  Fredefalk świata poza córką nie widział. Aridea, jak mówiłem,
  była niegłupią kobietą...
       - Jasne  - przerwał  znowu  Geralt  - i  zapewne  nie  przepadała  za
  pasierbicą. Wolała, by tron dziedziczyły jej własne dzieci. Dalszego ciągu
  się  domyślam.  Że też nie znalazł się tam wówczas ktoś, kto ukręciłby jej
  szyję. I tobie przy okazji też.
       Stregobor  westchnął,  uniósł  oczy  ku  niebu, na którym tęcza wciąż
  mieniła się wielobarwnie i malowniczo.
       - Ja  byłem  za  tym,  by ją tylko izolować, ale księżna zadecydowała
  inaczej.  Posłała małą do lasu z wynajętym zbirem, łowczym. Znaleźliśmy go
  później  w  zaroślach.  Nie  miał  na  sobie  spodni,  nietrudno było więc
  odtworzyć  przebieg  wypadków.  Wbiła  mu szpilkę od broszki w mózg, przez
  ucho, zapewne wtedy, gdy uwagę miał zaprzątniętą zupełnie czymś innym.
       - Jeżeli  sądzisz,  że  mi  go  żal  - mruknął  Geralt  - to jesteś w
  błędzie.
       - Urządziliśmy   obławę  - ciągnął  Stregobor  - ale  po  małej  ślad
  zaginął.  Ja  zaś  musiałem  w  pośpiechu  opuścić  Creyden,  bo Fredefalk
  zaczął  coś  podejrzewać.  Dopiero po czterech latach otrzymałem wieści od
  Aridei.  Wytropiła  małą,  żyła  w  Mahakamie z siedmioma gnomami, których
  przekonała,  że  bardziej  opłaca  się łupić kupców na drogach niż zapylać
  sobie  płuca  w  kopalni.  Powszechnie  nazywano ją Dzierzbą, bo pojmanych
  żywcem lubiła nabijać na zaostrzone kołki. Aridea kilkakrotnie wynajmowała
  morderców,  ale  żaden nie wrócił. Potem zaś trudno było znaleźć chętnych,
  mała  była  już dość sławna. Mieczem nauczyła się robić tak, że mało który
  mężczyzna mógł stawić jej czoło. Wezwany, przybyłem potajemnie do Creyden,
  po to tylko, by się dowiedzieć, że ktoś otruł Arideę. Powszechnie uważano,
  że to sam Fredefalk, który upatrzył sobie młodszy i jędrniejszy mezalians,
  ale ja sądzę, że to Renfri.
       - Renfri?
       - Tak  się  nazywała. Mówiłem, otruła Arideę. Książę Fredefalk krótko
  po  tym  zginął  w  dziwnym  wypadku  na  łowach,  a najstarszy syn Aridei
  przepadł  bez  wieści.  To też musiała być robota małej. Mówię: "małej", a
  miała już wtedy siedemnaście lat. I była nieźle wyrośnięta.
       - W  tym  czasie  - podjął  czarodziej  po chwili przerwy - ona i jej
  gnomy  były już postrachem całego Mahakamu. Tyle że pewnego dnia o coś tam
  się  pokłócili,  nie  wiem, o podział łupów czy kolejność nocy w tygodniu,
  dość,  że  porżnęli  się  nożami.  Siódemka  gnomów  nie  przeżyła nożowej
  rozprawy.  Przeżyła  tylko Dzierzba. Ona jedna. Ale wówczas ja już byłem w
  okolicy.  Spotkaliśmy się oko w oko: w mig poznała mnie i zorientowała się
  co  do  roli,  jaką  odegrałem  wtedy  w  Creyden. Mówię ci, Geralt, ledwo
  zdążyłem wypowiedzieć zaklęcie, a ręce trzęsły mi się jak nie wiem, gdy ta
  dzika  kocica  leciała  na  mnie z mieczem. Zapakowałem ją w zgrabną bryłę
  kryształu  górskiego,  sześć  łokci  na  dziewięć.  Gdy  zapadła w letarg,
  wrzuciłem bryłę do gnomowej kopalni i zawaliłem szyb.
       - Partacka  robota  - skomentował  Geralt. - To było do odczarowania.
  Nie mogłeś jej spalić na żużel? Przecież znacie tyle sympatycznych zaklęć.
       - Nie  ja.  Nie  moja  specjalność.  Ale  masz  rację,  spartaczyłem.
  Odnalazł   ją   jakiś   idiota   królewicz,  wydał  mnóstwo  pieniędzy  na
  kontrzaklęcie,  odczarował  i  tryumfalnie  zawiózł  do  domu, do jakiegoś
  zapadłego  królestwa  na  wschodzie.  Jego ojciec, stary rozbójnik, okazał
  więcej  rozsądku.  Spuścił  synowi  lanie, a Dzierzbę postanowił wypytać o
  skarby,  jakie  zagrabiła  wraz  z gnomami i przemyślnie ukryła. Jego błąd
  polegał  na tym, że kiedy nagą rozciągnięto na katowskiej ławie, asystował
  mu  starszy  syn. Jakoś tak wyszło, że nazajutrz tenże najstarszy syn, już
  sierota  i  pozbawiony  rodzeństwa,  panował w owym królestwie, a Dzierzba
  objęła urząd pierwszej faworyty.
       - Znaczy się, jest niebrzydka.
       - Kwestia  gustu.  Faworytą  długo  nie była, do pierwszego przewrotu
  pałacowego, szumnie mówiąc, bo tamtejszy pałac bardziej przypominał oborę.
  Wnet  okazało  się,  że  nie zapomniała o mnie. W Kovirze dokonała na mnie
  trzech  skrytobójczych zamachów. Postanowiłem nie ryzykować i przeczekać w
  Pontarze.  Znalazła  mnie  znowu. Tym razem uciekłem do Angrenu, ale i tam
  mnie  odnalazła. Nie wiem, jak to robi, ślady zacieram dobrze. To musi być
  cecha jej mutacji.
       - Co  cię  powstrzymało  przed  ponownym  zaklęciem  jej  w kryształ?
  Wyrzuty sumienia?
       - Nie.  Nie miałem takowych. Okazało się jednak, że uodporniła się na
  magię.
       - To nie jest możliwe.
       - Jest. Wystarczy mieć odpowiedni artefakt albo aurę. Względnie znowu
  to  może być związane z jej mutacją, która postępuje. Uciekłem z Angrenu i
  ukryłem  się tutaj, na Łukomorzu, w Blaviken. Miałem spokój przez rok, ale
  znowu mnie wytropiła.
       - Skąd wiesz? Jest już w miasteczku?
       - Tak.  Widziałem  ją  w krysztale - czarodziej uniósł różdżkę. - Nie
  jest  sama,  prowadzi bandę, to znak, że szykuje coś poważnego. Geralt, ja
  nie mam już dokąd uciekać, nie znam miejsca, gdzie mógłbym się ukryć. Tak.
  To,   że  ty  przybyłeś  tutaj  właśnie  w  tym  momencie,  nie  może  być
  przypadkiem. To przeznaczenie.
       Wiedźmin uniósł brwi.
       - Co masz na myśli?
       - To chyba oczywiste. Zabijesz ją.
       - Nie jestem najemnym zbirem, Stregobor.
       - Zbirem nie jesteś, zgoda.
       - Za   pieniądze   zabijam   potwory.   Bestie  zagrażające  ludziom.
  Straszydła wywoływane czarami i zaklęciami takich jak ty. Nie ludzi.
       - Ona   nie   jest  człowiekiem.  Jest  właśnie  potworem,  mutantem,
  przeklętym  odmieńcem.  Przywiozłeś  tu  kikimorę. Dzierzba jest gorsza od
  kikimory.  Kikimora zabija z głodu, a Dzierzba dla przyjemności. Zabij ją,
  a ja zapłacę ci każdą sumę, jakiej zażądasz. W granicach rozsądku, rozumie
  się.
       - Już  ci mówiłem, historię o mutacji i przekleństwie Lilit uważam za
  brednie.  Dziewczyna  ma  powody  do  porachunków  z  tobą, ja się do tego
  mieszał  nie  będę.  Zwróć  się  do  wójta,  do  straży  miejskiej. Jesteś
  miejscowym czarodziejem, chroni cię miejscowe prawo.
       - Napluć  mi  na  prawo,  na  wójta  i  na  jego  pomoc!  - wybuchnął
  Stregobor.  - Nie  potrzebuję obrony, chcę, byś ją zabił! Do tej wieży nie
  wejdzie  nikt,  jestem  tu  zupełnie bezpieczny. Ale co mi z tego, nie mam
  zamiaru  siedzieć  tu  do  końca swoich dni. Dzierzba nie zrezygnuje, póki
  żyje, wiem to. Mam siedzieć w tej wieży i czekać na śmierć?
       - One  siedziały. Wiesz co, magiku? Trzeba było zostawić polowanie na
  dziewczęta  innym,  potężniejszym  czarodziejom,  trzeba  było przewidzieć
  konsekwencje.
       - Proszę cię, Geralt.
       - Nie, Stregobor.
       Czarnoksiężnik  milczał.  Nieprawdziwe słońce na nieprawdziwym niebie
  nie przesunęło się w kierunku zenitu, ale wiedźmin wiedział, że w Blaviken
  już zmierzcha. Poczuł głód.
       - Geralt  - powiedział Stregobor - kiedy słuchaliśmy Eltibalda, wielu
  z  nas miało wątpliwości. Ale postanowiliśmy wybrać mniejsze zło. Teraz ja
  ciebie proszę o podobny wybór.
       - Zło   to   zło,  Stregoborze  - rzekł  poważnie  wiedźmin  wstając.
  - Mniejsze,  większe,  średnie,  wszystko  jedno,  proporcje  są  umowne a
  granice  zatarte.  Nie  jestem  świątobliwym  pustelnikiem, nie samo dobro
  czyniłem  w  życiu. Ale jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim,
  to wolę nie wybierać wcale. Czas na mnie. Zobaczymy się jutro.
       - Może - powiedział czarodziej. - Jeżeli zdążysz.


                                     III

       W  "Złotym Dworze", reprezentacyjnym zajeździe miasteczka, było ludno
  i  gwarno.  Goście,  miejscowi  i  przyjezdni,  zajęci  byli  w większości
  czynnościami  typowymi dla nacji lub profesji. Poważni kupcy kłócili się z
  krasnoludami  o ceny towarów i oprocentowanie kredytu. Mniej poważni kupcy
  szczypali  w tyłki dziewczęta roznoszące piwo i kapustę z grochem. Lokalni
  przygłupkowie  udawali dobrze poinformowanych. Dziewki starały się podobać
  mającym  pieniądze,  równocześnie  zniechęcając  nie  mających.  Woźnice i
  rybacy  pili  tak,  jak  gdyby  od jutra miano wydać zakaz uprawy chmielu.
  Żeglarze  śpiewali  piosenkę  sławiącą  morskie  fale,  odwagę kapitanów i
  wdzięki syren, te ostatnie malowniczo i w szczegółach.
       - Wytęż pamięć, Setniku - rzekł Caldemeyn do karczmarza, przechylając
  się  przez  kontuar, by być słyszanym poprzez harmider. - Sześciu chłopa i
  dziewucha,  czarno  odziani  w  skórę  nabijaną srebrem, novigradzką modą.
  Widziałem ich na rogatkach. Zatrzymali się u ciebie czy "Pod Tuńczykiem"?
       Karczmarz  zmarszczył  wypukłe  czoło,  wycierając  kufel  w pasiasty
  fartuch.
       - Tu,   wójcie  - powiedział  wreszcie.  -  Prawili,  że  na  jarmark
  przyjechali,   a   wszyscy  przy  mieczach,  nawet  dziewka.  Czarno,  jak
  rzekliście, odziani.
       - Ano - kiwnął głową wójt. - Gdzie oni teraz? Tu ich nie widzę.
       - We mniejszym alkierzu. Złotem płacili.
       - Pójdę  sam  - powiedział  Geralt.  - Nie  ma co robić z tego sprawy
  urzędowej,  przynajmniej  na razie, wobec nich wszystkich. Przyprowadzę ją
  tutaj.
       - Może i dobrze. Ale uważaj, nie chcę tu awantury.
       - Będę uważał.
       Piosenka  żeglarzy,  sądząc  po rosnącym nasyceniu plugawymi słowami,
  zmierzała  do wielkiego finału. Geralt uchylił kotarę zasłaniającą wejście
  do alkierza, sztywną i lepką od brudu.
       Przy  stole  w  alkierzu  siedziało sześciu mężczyzn. Tej, której się
  spodziewał, nie było wśród nich.
       - Czego?  - wrzasnął  ten,  który  dostrzegł  go  pierwszy, łysawy, z
  twarzą zniekształconą blizną biegnącą przez lewą brew, nasadę nosa i prawy
  policzek.
       - Chcę się widzieć z Dzierzbą.
       Od  stołu  wstały dwie jednakowe postacie o identycznych nieruchomych
  twarzach, jasnych zmierzwionych włosach sięgających ramion, w identycznych
  obcisłych   strojach   z  czarnej  skóry  lśniących  od  srebrnych  ozdób.
  Jednakowymi ruchami bliźniacy podnieśli z ławy jednakowe miecze.
       - Spokój,   Vyr.   Siadaj,  Nimir  - powiedział  człowiek  z  blizną,
  opierając  łokcie  na  stole. - Z kim, mówisz, chcesz się widzieć, bracie?
  Kto to jest Dzierzba?
       - Wiesz dobrze, o kogo mi chodzi.
       - Co  to  za  jeden?  - spytał półnagi osiłek, spocony, przepasany na
  krzyż  pasami,  z kolczastymi ochraniaczami na przedramionach. - Znasz go,
  Nohorn?
       - Nie znam - powiedział człowiek z blizną.
       - To  jakiś  albinos  - zachichotał  szczupły  ciemnowłosy  mężczyzna
  siedzący  obok  Nohorna.  Delikatne rysy, wielkie czarne oczy i szpiczasto
  zakończone  uszy  nieomylnie  zdradzały  półkrwi  elfa. - Albinos, mutant,
  wybryk  natury.  Że  też  takim  pozwala  się  wchodzić  do szynków między
  porządnych ludzi.
       - Ja  go  już  gdzieś  widziałem  - powiedział  krępy, ogorzały typ z
  włosami   zaplecionymi   w   warkocz,  mierząc  Geralta  złym  spojrzeniem
  zmrużonych oczu.
       - Nieważne,  gdzie go widziałeś, Tavik - powiedział Nohorn. - Słuchaj
  no,  bracie.  Civril  przed chwilą strasznie cię obraził. Nie wyzwiesz go?
  Taki nudny wieczór.
       - Nie - rzekł spokojnie wiedźmin.
       - A  mnie,  jeśli  wyleję  ci  na  łeb  tę  rybią  polewkę, wyzwiesz?
  - zarechotał goły do pasa.
       - Spokój, Piętnastka - rzekł Nohorn. - Powiedział, że nie, to nie. Na
  razie.  No,  bracie,  mów, co masz do powiedzenia i wynoś się. Masz okazję
  sam się wynieść. Nie skorzystasz, to wyniesie cię obsługa.
       - Tobie  nie  mam  nic do powiedzenia. Chcę się widzieć z Dzierzbą. Z
  Renfri.
       - Słyszeliście,  chłopcy?  - Nohorn  rozejrzał się po kompanach. - On
  chce się widzieć z Renfri. A w jakimże to celu, bracie, można wiedzieć?
       - Nie można.
       Nohorn  podniósł  głowę  i  popatrzył na bliźniaków, ci zaś postąpili
  krok do przodu, brzęcząc srebrnymi klamerkami wysokich butów.
       - Wiem  - powiedział  nagle  ten  z  warkoczem.  - Już wiem, gdzie go
  widziałem!
       - Co tam mamlesz, Tavik?
       - Przed  domem  wójta.  Przywiózł  jakiegoś  smoka  na  handel, takie
  skrzyżowanie pająka z krokodylem. Ludzie gadali, że to wiedźmin.
       - Co  to takiego jest, wiedźmin? - spytał ten goły, Piętnastka. - Hę?
  Civril?
       - Najemny   czarownik   - powiedział   półelf.   - Kuglarz  za  garść
  srebrników. Mówiłem, wybryk natury. Obraza praw ludzkich i boskich. Takich
  powinno się palić.
       - Nie lubimy czarowników - zazgrzytał Tavik, nie odrywając od Geralta
  zmrużonych  ślepi.  -  Coś  mi  się zdaje, Civril, że będziemy mieli w tej
  dziurze  więcej  roboty,  niż  myśleliśmy. Tu ich jest więcej niż jeden, a
  wiadomo, że oni trzymają się razem.
       - Ciągnie  swój  do swego - uśmiechnął się złośliwie mieszaniec. - Że
  też ziemia nosi takich jak ty. Kto was płodzi, dziwolągi?
       - Więcej  tolerancji,  jeśli  łaska - rzekł spokojnie Geralt. - Twoja
  matka,  jak  widzę, musiała dostatecznie często chodzić sama po lesie, byś
  miał powody zastanawiać się nad własnym pochodzeniem.
       - Możliwe  - odpowiedział półelf, nie przestając się uśmiechać. - Ale
  ja  przynajmniej  znałem  moją  matkę.  Ty  jako  wiedźmin nie możesz tego
  powiedzieć o sobie.
       Geralt  pobladł lekko i zacisnął wargi. Nohorn, którego uwadze to nie
  uszło, zaśmiał się gromko.
       - No,  bracie, takiej obrazy nie możesz puścić płazem. To, co masz na
  grzbiecie,  wygląda  na  miecz.  Więc  jak? Wyjdziecie z Civrilem na dwór?
  Wieczór taki nudny.
       Wiedźmin nie zareagował.
       - Zasrany tchórz - parsknął Tavik.
       - Co on mówił o matce Civrila? - ciągnął monotonnie Nohorn, opierając
  podbródek  na  splecionych  dłoniach.  - Coś  strasznie  obrzydliwego, jak
  zrozumiałem.  Że  się  puszczała,  czy  jakoś  tak.  Hej,  Piętnastka, czy
  wypada  słuchać, jak jakiś przybłęda obraża matkę kompana? Matka, taka jej
  mać, to świętość!
       Piętnastka wstał ochoczo, odpiął miecz, cisnął na stół. Wypiął pierś,
  poprawił   najeżone  srebrnymi  ćwiekami  ochraniacze  na  przedramionach,
  splunął i postąpił krok do przodu.
       - Jeżeli  masz jakieś wątpliwości - powiedział Nohorn - to Piętnastka
  właśnie  wyzywa  cię  do  walki  na  pięści. Mówiłem, że cię stąd wyniosą.
  Zróbcie miejsce.
       Piętnastka  zbliżył  się,  unosząc  pięści.  Geralt  położył  dłoń na
  rękojeści miecza.
       - Uważaj  - powiedział. - Jeszcze krok, a będziesz szukał swojej ręki
  na podłodze.
       Nohorn  i  Tavik  zerwali  się,  łapiąc za miecze. Milczący bliźniacy
  dobyli swoich jednakowymi ruchami. Piętnastka cofnął się. Nie poruszył się
  jedynie Civril.
       - Co  tu  się  wyrabia,  psiakrew?  Na  chwilę  nie  można was samych
  zostawić?
       Geralt  odwrócił  się  bardzo wolno i spojrzał w oczy koloru morskiej
  wody.
       Prawie  dorównywała  mu  wzrostem. Włosy koloru słomy nosiła nierówno
  obcięte,  nieco  poniżej  uszu.  Stała opierając się jedną ręką o drzwi, w
  obcisłym  aksamitnym  kaftaniku  ściągniętym  ozdobnym pasem. Jej spódnica
  była  nierówna,  asymetryczna  - z  lewej  strony  sięgała łydki, z prawej
  odsłaniała  mocne  udo  ponad  cholewą  wysokiego buta z łosiowej skóry. U
  lewego boku miała miecz, u prawego sztylet z wielkim rubinem w głowicy.
       - Zaniemówiliście?
       - To wiedźmin - bąknął Nohorn.
       - No to co?
       - Chciał rozmawiać z tobą.
       - No to co?
       - To czarownik! - zahuczał Piętnastka.
       - Nie lubimy czarowników - warknął Tavik.
       - Spokojnie,   chłopcy   - powiedziała  dziewczyna.  -  Chce  ze  mną
  porozmawiać,  to  nie  zbrodnia. Wy bawcie się dalej. I bez awantur. Jutro
  jest  dzień  targowy.  Nie  chcecie  chyba,  żeby  wasze wybryki zakłóciły
  jarmark, tak ważne wydarzenie w życiu tego miłego miasteczka?
       W  ciszy,  jaka zapadła, rozległ się cichy, paskudny chichot. Civril,
  wciąż rozwalony niedbale na ławie, śmiał się.
       - Niech cię, Renfri - wykrztusił mieszaniec. - Ważne... wydarzenie!
       - Zamknij się, Civril. Natychmiast.
       Civril  przestał  się  śmiać.  Natychmiast. Geralt nie zdziwił się. W
  głosie  Renfri  zadźwięczało  coś bardzo dziwnego. Coś, co kojarzyło się z
  czerwonym  odblaskiem pożaru na klingach, wyciem mordowanych, rżeniem koni
  i zapachem krwi. Inni również musieli mieć podobne skojarzenia, bo bladość
  pokryła nawet ogorzałą gębę Tavika.
       - No,  białowłosy  - przerwała  ciszę  Renfri.  - Wyjdźmy do większej
  izby,  dołączmy do wójta, z którym tu przyszedłeś. On pewnie także chce ze
  mną rozmawiać.
       Caldemeyn,  czekający  przy  kontuarze,  na  ich widok przerwał cichą
  rozmowę z karczmarzem, wyprostował się, splótł ręce na piersi.
       - Słuchajcie,  pani  - rzekł  twardo,  nie  tracąc  czasu  na wymianę
  zdawkowych  grzeczności.  - Wiem  od  tego  tu  wiedźmina  z Rivii, co was
  sprowadza do Blaviken. Podobno żywicie urazę do naszego czarodzieja.
       - Może.  I  co  z  tego?  - spytała  cicho  Renfri,  również  niezbyt
  grzecznym tonem.
       - A  to,  że  do takich uraz sądy grodzkie albo kasztelańskie są. Kto
  urazę  u  nas  na  Łukomorzu  żelazem  chce  mścić, za zwykłego zbója bywa
  uważany. A to jeszcze, że albo wczesnym rankiem wyniesiecie się z Blaviken
  razem ze swoją czarną kompanią, albo was wsadzę do jamy, pre... Jak to się
  nazywa, Geralt?
       - Prewencyjnie.
       - Właśnie. Pojęliście, panienko?
       Renfri sięgnęła do sakiewki przy pasie, wydobyła kilkakrotnie złożony
  pergamin.
       - Przeczytajcie  to  sobie,  wójcie, jeśliście gramotni. I więcej nie
  mówcie do mnie: "panienko".
       Caldemeyn  wziął  pergamin,  czytał  długo,  potem bez słowa podał go
  Geraltowi.
       - "Do moich komesów, wasali i poddanych wolnych - przeczytał wiedźmin
  na głos. - Wszem i wobec oznajmiam, jako Renfri, księżniczka creydeńska, w
  naszej  pozostaje  służbie  i  miłą jest nam, tegdy gniew nasz ściągnie na
  siebie,  kto  by jej wstrenty czynił. Audoen, król..." "Wstręty" pisze się
  inaczej. Ale pieczęć wygląda na autentyczną.
       - Bo  jest  autentyczna  - powiedziała Renfri, wyrywając mu pergamin.
  - Postawił  ją  Audoen,  wasz  miłościwy  pan.  Dlatego nie radzę robić mi
  wstrętów.  Niezależnie  od tego, jak się to pisze, skutek może być dla was
  opłakany.  Nie będziecie mnie, mości wójcie, wsadzać do jamy. Ani mówić do
  mnie: "panienko". Żadnego prawa nie naruszyłam. Na razie.
       - Jeśli  je  naruszysz  choćby  na  piędź - Caldemeyn wyglądał, jakby
  chciał  splunąć  - wsadzę cię do lochu razem z tym pergaminem. Klnę się na
  wszystkich bogów, panienko. Chodź, Geralt.
       - Z  tobą,  wiedźminie  - Renfri  dotknęła ramienia Geralta - jeszcze
  słowo.
       - Nie  spóźnij  się na kolację - rzucił wójt przez ramię - bo Libusze
  będzie wściekła.
       - Nie spóźnię się.
       Geralt  oparł  się  o  kontuar. Bawiąc się medalionem z paszczą wilka
  zawieszonym na szyi, patrzył w niebiesko-zielone oczy dziewczyny.
       - Słyszałam   o   tobie   - powiedziała.  - Jesteś  Geralt  z  Rivii,
  białowłosy wiedźmin. Stregobor to twój przyjaciel?
       - Nie.
       - To upraszcza sprawę.
       - Nie zanadto. Nie mam zamiaru spokojnie się przyglądać.
       Oczy Renfri zwęziły się.
       - Stregobor  jutro umrze - rzekła cicho, odgarniając z czoła nierówno
  obcięte włosy. - Byłoby mniejszym złem, gdyby umarł tylko on.
       - Jeśli, a właściwie zanim Stregobor umrze, umrze jeszcze kilka osób.
  Nie widzę innej możliwości.
       - Kilka, wiedźminie, to skromnie powiedziane.
       - Żeby mnie nastraszyć, trzeba czegoś więcej niż słowa, Dzierzbo.
       - Nie nazywaj mnie Dzierzbą. Nie lubię tego. Rzecz w tym, że ja widzę
  inne  możliwości.  Warto  by  to  obgadać,  ale  cóż, Libusze czeka. Ładna
  chociaż ta Libusze?
       - To wszystko, co miałaś mi do powiedzenia?
       - Nie. Ale teraz już idź. Libusze czeka.


                                      IV

       Ktoś  był  w  jego  izdebce na stryszku. Geralt wiedział o tym, zanim
  jeszcze  zbliżył  się  do  drzwi, poznał to po ledwie wyczuwalnej wibracji
  medalionu.  Zdmuchnął kaganek, którym przyświecał sobie na schodach. Wyjął
  sztylet z cholewy, wetknął go z tyłu za pas. Nacisnął klamkę. W izbie było
  ciemno. Nie dla wiedźmina.
       Przekroczył  próg  rozmyślnie  wolno,  ospale, powoli zamknął za sobą
  drzwi.   W   następnej   sekundzie  skoczył  z  potężnego  odbicia  długim
  szczupakiem,  zwalił się na człowieka siedzącego na jego łóżku, przygniótł
  go  do  pościeli, lewe przedramię wraził mu pod brodę, sięgnął po sztylet.
  Nie wydobył go. Coś było nie tak.
       - Początek całkiem niezły - odezwała się stłumionym głosem, leżąc pod
  nim  bez  ruchu.  -  Liczyłam  się  z tym, ale nie sądziłam, że tak prędko
  będziemy oboje w łóżku. Zabierz rękę z mojego gardła, jeśli łaska.
       - To ty.
       - To  ja.  Słuchaj, są dwie możliwości. Pierwsza: zejdziesz ze mnie i
  porozmawiamy.  Druga:  zostaniemy  w  tej  pozycji,  ale  chciałabym zdjąć
  przynajmniej buty.
       Wiedźmin  wybrał  pierwszą  możliwość. Dziewczyna westchnęła, wstała,
  poprawiła włosy i spódnicę.
       - Zapal  świecę  - powiedziała.  - Ja  nie  widzę po ciemku jak ty, a
  lubię widzieć swojego rozmówcę.
       Podeszła  do  stołu,  wysoka,  szczupła,  zwinna, usiadła, wyciągając
  przed siebie nogi w wysokich butach. Nie miała żadnej widocznej broni.
       - Masz tu coś do picia?
       - Nie.
       - W  takim  razie dobrze, że przyniosłam - zaśmiała się, stawiając na
  stole podróżny bukłaczek i dwa skórzane kubki.
       - Jest  prawie  północ  - rzekł  Geralt  zimno. - Może przejdziemy do
  rzeczy?
       - Zaraz. Masz, pij. Twoje zdrowie, Geralt.
       - Nawzajem, Dzierzbo.
       - Nazywam  się  Renfri,  psiakrew  - poderwała  głowę.  - Pozwalam ci
  pomijać książęcy tytuł, ale przestań nazywać mnie Dzierzbą!
       - Ciszej,  obudzisz  cały dom. Czy dowiem się nareszcie, w jakim celu
  wkradłaś się tu przez okno?
       - Jakiś  ty  niedomyślny,  wiedźminie.  Chcę  ocalić  Blaviken  przed
  rzezią.  Żeby  to  z  tobą  omówić, łaziłam po dachach jak kocica w marcu.
  Doceń to.
       - Doceniam  - powiedział Geralt. - Tyle że nie wiem, co może dać taka
  rozmowa.  Sytuacja  jest  jasna. Stregobor siedzi w czarodziejskiej wieży,
  żeby  go  dostać, musiałabyś go tam oblegać. Jeżeli to zrobisz, nie pomoże
  ci  twój  list  żelazny.  Audoen  nie  będzie  cię chronił, jeśli otwarcie
  złamiesz prawo. Wójt, straż, całe Blaviken wystąpi przeciwko tobie.
       - Całe  Blaviken,  jeśli  wystąpi przeciwko mnie, to będzie strasznie
  żałować   - Renfri   uśmiechnęła   się,  ukazując  drapieżne  białe  zęby.
  - Przyjrzałeś   się  moim  chłopcom?  Zaręczam  ci,  znają  się  na  swoim
  rzemiośle.  Czy  wyobrażasz  sobie,  co się stanie, jeśli dojdzie do walki
  między  nimi  a  tymi  ciołkami  ze  straży, którzy co krok potykają się o
  własne halabardy?
       - A  czy  ty,  Renfri, wyobrażasz sobie, że ja będę stał i przyglądał
  się  spokojnie  takiej  walce?  Jak widzisz, mieszkam u wójta. W potrzebie
  wypadnie mi stanąć u jego boku.
       - I  nie  wątpię  - Renfri  spoważniała - że staniesz. Tyle że pewnie
  sam,  bo  reszta  pochowa  się  po piwnicach. Nie ma na świecie wojownika,
  który dałby radę siódemce z mieczami. Tego żaden człowiek nie dokona. Ale,
  białowłosy,  przestańmy  straszyć się nawzajem. Mówiłam: rzezi i rozlewowi
  krwi można zapobiec. Konkretnie, są dwie osoby, które mogą temu zapobiec.
       - Zamieniam się w słuch.
       - Jedna  - powiedziała Renfri - to sam Stregobor. Dobrowolnie wyjdzie
  ze  swojej  wieży,  ja  zabiorę  go  gdzieś  na pustkowie, a Blaviken znów
  pogrąży się w błogiej apatii i rychło zapomni o całej sprawie.
       - Stregobor  może  i  sprawia  wrażenie  pomylonego,  ale nie do tego
  stopnia.
       - Kto wie, wiedźminie, kto wie. Istnieją argumenty, których nie można
  odeprzeć,  istnieją  propozycje  nie  do  odrzucenia. Do takich należy, na
  przykład,   tridamskie   ultimatum.   Postawię   czarownikowi   tridamskie
  ultimatum.
       - Na czym takie ultimatum polega?
       - Moja słodka tajemnica.
       - Niech  ci  będzie.  Wątpię jednak w jego skuteczność. Stregoborowi,
  kiedy  mówi  o  tobie,  dzwonią  zęby.  Ultimatum,  które skłoniłoby go do
  dobrowolnego  oddania  się  w twoje śliczne rączki, musiałoby być naprawdę
  nieliche.  Przejdźmy więc raczej do drugiej osoby mogącej zapobiec rzezi w
  Blaviken. Spróbuję zgadnąć, kto to taki.
       - Ciekawam twej przenikliwości, białowłosy.
       - To  ty,  Renfri.  Ty  sama.  Wykażesz  iście książęcą, co ja mówię,
  królewską wielkoduszność i poniechasz zemsty. Zgadłem?
       Renfri odrzuciła głowę w tył i zaśmiała się gromko, w porę zakrywając
  usta dłonią. Potem spoważniała, utkwiła w wiedźminie błyszczące oczy.
       - Geralt  - powiedziała - ja byłam księżniczką, ale w Creyden. Miałam
  wszystko,  o czym tylko zamarzyłam, nawet prosić nie potrzebowałam. Służbę
  na  każde  zawołanie,  sukienki,  buciki.  Majtki  z  batystu.  Klejnoty i
  błyskotki,  bułanego  kucyka, złote rybki w basenie. Lalki i dom dla nich,
  większy  od  tej  twojej  izby tutaj. I tak było aż do dnia, w którym twój
  Stregobor  i  ta  kurwa  Aridea  rozkazali  łowczemu  zabrać mnie do lasu,
  zarżnąć i przynieść sobie serce i wątrobę. Pięknie, nieprawdaż?
       - Nie, raczej obrzydliwie. Cieszy mnie, że wówczas poradziłaś sobie z
  łowczym, Renfri.
       - Gówno  tam,  poradziłam.  Zlitował  się i puścił mnie. Ale przedtem
  zgwałcił, sukinsyn, obrabował z kolczyków i złotego diademiku.
       Geralt  spojrzał  jej  prosto  w  oczy,  bawiąc  się  medalionem. Nie
  spuściła wzroku.
       - I  to  był  koniec  księżniczki - ciągnęła. - Sukienka podarła się,
  batyst  bezpowrotnie  utracił  biel. A potem był brud, głód, smród, kije i
  kopniaki.  Oddawanie  się  byle  łajzie  za miskę zupy lub dach nad głową.
  Czy  wiesz,  jakie  ja miałam włosy? Jak jedwab, a sięgały mi dobry łokieć
  poniżej  tyłka.  Kiedy złapałam wszy, obcięto mi je nożycami do strzyżenia
  owiec, przy samej skórze. Nigdy już nie odrosły mi porządnie.
       Zamilkła na chwilę, odgarnęła z czoła nierówne kosmyki.
       - Kradłam,  by  nie  zdechnąć z głodu - podjęła. - Zabijałam, by mnie
  nie zabito. Siedziałam w lochach śmierdzących uryną, nie wiedząc, czy mnie
  nazajutrz powieszą, czy tylko wychłoszczą i wypędzą. A przez cały ten czas
  moja  macocha  i twój czarownik deptali mi po piętach, nasyłali morderców,
  próbowali  otruć.  Rzucali  uroki.  Okazać  wielkoduszność? Wybaczyć mu po
  królewsku?  Ja  mu  po królewsku urwę głowę, a może przedtem obie nogi, to
  się zobaczy.
       - Aridea i Stregobor próbowali cię otruć?
       - Owszem.  Jabłkiem  zaprawionym  wyciągiem z pokrzyku. Uratował mnie
  pewien gnom. Dał mi emetyk, po którym myślałam, że wywrócę się na nice jak
  pończocha. Ale przeżyłam.
       - To był jeden z siedmiu gnomów?
       Renfri, która właśnie nalewała, zamarła z bukłaczkiem nad kubkiem.
       - Oho  - rzekła. - Sporo o mnie wiesz. A co? Masz coś przeciw gnomom?
  Albo  innym  humanoidom?  Jeżeli chodzi o ścisłość, byli dla mnie lepsi od
  większości  ludzi.  Ale to cię nie powinno obchodzić. Mówiłam, Stregobor i
  Aridea  szczuli  mnie  jak dzikie zwierzę, dopóki mogli. Później przestali
  móc,  ja  sama  stałam  się  myśliwym. Aridea wyciągnęła kopyta we własnym
  łóżku,  miała  szczęście,  że  jej wcześniej nie dopadłam, miałam dla niej
  ułożony  specjalny  program.  A  teraz  mam dla czarownika. Geralt, według
  ciebie, zasłużył na śmierć? Powiedz.
       - Nie jestem sędzią. Jestem wiedźminem.
       - Właśnie. Mówiłam, że są dwie osoby mogące zapobiec rozlewowi krwi w
  Blaviken.  Drugą  jesteś  ty. Ciebie czarownik wpuści do wieży, a wtedy go
  zabijesz.
       - Renfri  - powiedział  spokojnie  Geralt.  - Czy  po drodze do mojej
  izdebki nie spadłaś przypadkiem z dachu na głowę?
       - Jesteś  wiedźminem  czy  nie, psiakrew? Mówią, że zabiłeś kikimorę,
  przywiozłeś  ją  na osiołku do wyceny. Stregobor jest gorszy niż kikimora,
  która  jest  bezrozumnym bydlęciem i zabija, bo taką ją bogowie stworzyli.
  Stregobor to okrutnik, maniak, potwór. Przywieź mi go na osiołku, a ja nie
  pożałuję złota.
       - Nie jestem najemnym zbirem, Dzierzbo.
       - Nie  jesteś  - zgodziła  się  z uśmiechem. Odchyliła się na oparcie
  zydla  i  skrzyżowała nogi na stole, nie czyniąc najmniejszego wysiłku, by
  przykryć  uda spódnicą. - Jesteś wiedźmin, obrońca ludzi, których chronisz
  od  Zła.  A  w tym przypadku Zło to żelazo i ogień, które zaczną tu hulać,
  gdy  staniemy przeciw sobie. Nie wydaje ci się, że proponuję mniejsze zło,
  najlepsze  rozwiązanie?  Nawet  dla  tego  sukinsyna Stregobora. Możesz go
  zabić  miłosiernie,  jednym  pchnięciem, znienacka. Umrze, nie wiedząc, że
  umiera. A ja mu tego nie gwarantuję. Wręcz przeciwnie.
       Geralt milczał. Renfri przeciągnęła się unosząc ręce do góry.
       - Rozumiem  twoje  wahanie  - powiedziała. - Ale odpowiedź muszę znać
  natychmiast.
       - Czy  wiesz, dlaczego Stregobor i księżna chcieli cię zabić, wtedy w
  Creyden, i później?
       Renfri wyprostowała się gwałtownie, zdjęła nogi ze stołu.
       - To  chyba oczywiste - wybuchnęła. - Chcieli pozbyć się pierworodnej
  córki  Fredefalka,  bo  byłam  dziedziczką  tronu.  Dzieci  Aridei  były z
  morganatycznego związku i nie miały żadnych praw do...
       - Renfri, nie o tym mówię.
       Dziewczyna opuściła głowę, ale tylko na moment. Oczy jej rozbłysły.
       - No,  więc  dobrze. Mam być jakoby przeklęta. Skażona w łonie matki.
  Mam być...
       - Dokończ.
       - Potworem.
       - A jesteś?
       Przez  moment,  bardzo  krótki,  wyglądała na bezbronną i załamaną. I
  bardzo smutną.
       - Nie  wiem,  Geralt  - szepnęła, po czym rysy stwardniały jej znowu.
  - Bo  i  skąd  mam, psiakrew, wiedzieć? Jak się skaleczę w palec, krwawię.
  Krwawię  też  co  miesiąc.  Jak się obeżrę, boli mnie brzuch, a jak opiję,
  głowa.  Jak  jestem  wesoła,  to  śpiewam,  a  jak smutna, klnę. Jak kogoś
  nienawidzę, to zabijam, a jak... Ach, psiakrew, dość tego. Twoja odpowiedź
  wiedźminie.
       - Moja odpowiedź brzmi: "Nie".
       - Pamiętasz,   co   mówiłam?  - spytała  po  chwili  milczenia.  - Są
  propozycje,  których  nie można odrzucić, skutki bywają straszne. Poważnie
  cię ostrzegam, moja właśnie do takich należała. Zastanów się dobrze.
       - Zastanowiłem  się  dobrze. I potraktuj mnie poważnie, bo ja również
  poważnie cię ostrzegam.
       Renfri   milczała   przez   czas  jakiś,  bawiąc  się  sznurem  pereł
  trzykrotnie okręconym wokół kształtnej szyi, figlarnie wpadającym pomiędzy
  dwie zgrabne półkule widoczne w rozcięciu kaftanika.
       - Geralt - powiedziała. - Czy Stregobor prosił cię, abyś mnie zabił?
       - Tak. Uważał, że to będzie mniejszym złem.
       - Czy mogę przyjąć, że mu odmówiłeś tak jak mnie?
       - Możesz.
       - Dlaczego?
       - Bo nie wierzę w mniejsze zło.
       Renfri  uśmiechnęła  się  lekko,  po  czym  usta skrzywił jej grymas,
  bardzo nieładny w żółtym świetle świecy.
       - Nie  wierzysz, powiadasz. Widzisz, masz rację, ale tylko częściowo.
  Istnieje  tylko  Zło i Większe Zło, a za nimi oboma, w cieniu, stoi Bardzo
  Wielkie Zło. Bardzo Wielkie Zło, Geralt, to takie, którego nawet wyobrazić
  sobie  nie  możesz,  choćbyś  myślał, że nic już nie może cię zaskoczyć. I
  widzisz,  Geralt,  niekiedy  bywa tak, że Bardzo Wielkie Zło chwyci cię za
  gardło i powie: "Wybieraj, bratku, albo ja, albo tamto, trochę mniejsze".
       - Czy mogę wiedzieć, do czego zmierzasz?
       - Do  niczego.  Wypiłam  trochę  i filozofuję, szukam prawd ogólnych.
  Właśnie jedną znalazłam: mniejsze zło istnieje, ale my nie możemy wybierać
  go  sami.  To Bardzo Wielkie Zło potrafi nas do takiego wyboru zmusić. Czy
  tego chcemy, czy nie.
       - Najwyraźniej  ja wypiłem za mało - wiedźmin uśmiechnął się cierpko.
  - A  północ,  jak to północ, minęła tymczasem. Przejdźmy do konkretów. Nie
  zabijesz  Stregobora  w  Blaviken,  nie  pozwolę ci na to. Nie pozwolę, by
  doszło  tu  do  walki  i  rzezi. Po raz drugi proponuję: zaniechaj zemsty.
  Zrezygnuj z zabicia go. W ten sposób udowodnisz jemu, i nie tylko jemu, że
  nie  jesteś  nieludzkim,  krwiożerczym  potworem,  mutantem  i  odmieńcem.
  Udowodnisz mu, że się mylił. Że wyrządził ci wielką krzywdę swoją pomyłką.
       Renfri  przez  chwilę  patrzyła  na medalion wiedźmina kręcący się na
  łańcuszku obracanym w palcach.
       - A  jeśli  ci  powiem,  wiedźminie,  że  nie  potrafię  wybaczać ani
  rezygnować  z zemsty, będzie to równoznaczne z przyznaniem mu, i nie tylko
  jemu,  racji,  prawda?  Udowodnię  tym  samym,  że jednak jestem potworem,
  nieludzkim demonem przeklętym przez bogów? Posłuchaj, wiedźminie. Na samym
  początku  mojej tułaczki przygarnął mnie pewien wolny kmieć. Spodobałam mu
  się.  Ponieważ  on jednak wcale mi się nie podobał, a wręcz przeciwnie, za
  każdym  razem,  kiedy  chciał  mnie  mieć,  prał  mnie  tak, że rano ledwo
  zwlekałam się z barłogu. Któregoś razu wstałam, gdy było jeszcze ciemno, i
  poderżnęłam kmieciowi gardło. Kosą. Nie miałam wtedy jeszcze takiej wprawy
  jak  dzisiaj i nóż wydał mi się za mały. I widzisz, Geralt, słuchając, jak
  kmieć  gulgocze  i  krztusi się, patrząc, jak wierzga nogami, poczułam, że
  ślady  jego kija i pięści nie bolą już nic a nic, i że jest mi dobrze, tak
  dobrze,  że aż... Odeszłam raźno pogwizdując, zdrowa, wesoła i szczęśliwa.
  I  później  za  każdym  razem  było  tak samo. Gdyby było inaczej, któż by
  tracił czas na zemstę?
       - Renfri   - powiedział   Geralt.  - Niezależnie  od  twoich  racji i
  motywów,  nie  odjedziesz  stąd pogwizdując i nie będzie ci tak dobrze, że
  aż.  Nie  odjedziesz  wesoła  i  szczęśliwa,  ale  odjedziesz  żywa. Jutro
  wcześnie  rano, tak jak nakazał wójt. Już ci to mówiłem, ale powtórzę. Nie
  zabijesz Stregobora w Blaviken.
       Oczy  Renfri błyszczały w świetle świecy, błyszczały perły w wycięciu
  kaftanika,  błyszczał  medalion  z  paszczą  wilka,  wirując  na  srebrnym
  łańcuszku.
       - Żal  mi  ciebie  - powiedziała  nagle dziewczyna wolno, wpatrzona w
  migoczący  krążek  srebra.  - Twierdzisz,  że  nie  istnieje mniejsze zło.
  Stoisz  na placu, na bruku zalanym krwią, sam, taki bardzo samotny, bo nie
  umiałeś  dokonać  wyboru.  Nie  umiałeś, ale dokonałeś. Nigdy nie będziesz
  wiedział,  nigdy  nie  będziesz  miał pewności, nigdy, słyszysz... A twoją
  zapłatą kamień, złe słowo. Żal mi ciebie.
       - A ty? - spytał wiedźmin cicho, prawie szeptem.
       - Ja też nie umiem wybierać.
       - Kim jesteś?
       - Jestem tym, czym jestem.
       - Gdzie jesteś?
       - Zimno... mi...
       - Renfri! - Geralt ścisnął medalion w dłoni.
       Poderwała   głowę   jak   zbudzona  ze  snu,  mrugnęła  kilkakrotnie,
  zdziwiona. Przez moment, bardzo krótki, wyglądała na przestraszoną.
       - Wygrałeś  - powiedziała  nagle ostro. - Wygrałeś, wiedźminie. Jutro
  rankiem  wyjeżdżam  z  Blaviken  i  nigdy  nie  wrócę  do  tego parszywego
  miasteczka. Nigdy. Nalej, jeśli jeszcze coś zostało we flaszce.
       Zwykły   drwiący,   figlarny  uśmieszek  wrócił  na  jej  wargi,  gdy
  odstawiała pusty kubek na stół.
       - Geralt?
       - Jestem.
       - Ten  cholerny dach jest stromy. Wolałabym wyjść o świcie. Po ciemku
  mogę spaść i potłuc się. Jestem księżniczką, mam delikatne ciało, wyczuwam
  ziarnko  grochu  przez  siennik.  O ile nie jest porządnie wypchany słomą,
  rzecz jasna. Co ty na to?
       - Renfri  - Geralt  uśmiechnął  się  mimo  woli. - Czy to, co mówisz,
  przystoi księżniczce?
       - Co   ty,  psiakrew,  możesz  wiedzieć  o  księżniczkach?  Ja  byłam
  księżniczką  i wiem, że cała przyjemność bycia takową to możność robienia,
  co  się  chce.  Mam  ci  powiedzieć wprost, czego mi się chce, czy sam się
  domyślisz?
       Geralt, wciąż uśmiechnięty, nie odpowiedział.
       - Nie  chcę  nawet  dopuścić  do  siebie myśli, że ci się nie podobam
  - skrzywiła  się  dziewczyna.  -  Wolę  założyć,  że  masz stracha, by nie
  spotkał  cię  los  wolnego  kmiecia.  Ech,  białowłosy. Nie mam przy sobie
  niczego ostrego. Zresztą sprawdź sam.
       Położyła mu nogi na kolanach.
       - Ściągnij mi buty. Cholewa to najlepsze miejsce do ukrycia noża.
       Bosa, wstała, szarpnęła klamrę pasa.
       - Tutaj  również niczego nie ukrywam. Ani tutaj, jak widzisz. Zgaś tę
  cholerną świecę.
       Na zewnątrz w ciemnościach darł się kot.
       - Renfri?
       - Co?
       - To batyst?
       - Pewnie że tak, psiakrew. Jestem księżniczką czy nie?


                                      V

       - Tata - nudziła monotonnie Marilka. - Kiedy pójdziemy na jarmark? Na
  jarmark, tata!
       - Cicho,  Marilka  - burknął  Caldemeyn,  wycierając  talerz chlebem.
  - Więc jak mówisz, Geralt? Wynoszą się z miasteczka?
       - Tak.
       - No,   nie  myślałem,  że  tak  gładko  pójdzie.  Z  tym  pergaminem
  opieczętowanym  przez Audeona trzymali mnie za gardło. Robiłem dobrą minę,
  ale po prawdzie to guzik mógłbym im uczynić.
       - Nawet jeśli otwarcie złamaliby prawo? Wszczęli gwałt, bijatykę?
       - Nawet. Audoen, Geralt, to bardzo drażliwy król, posyła na szafot za
  byle  co.  Ja  mam  żonę, córkę, dobrze mi na moim urzędzie, nie muszę się
  głowić,  skąd  jutro  wytrzasnę omastę do kaszy. Jednym słowem, dobrze się
  stało, że wyjeżdżają. A jak to się właściwie stało?
       - Tata, ja chcę na jarmark!
       - Libusze!  Weź  stąd Marilkę! Tak, Geralt, nie sądziłem. Wypytywałem
  Setnika,  karczmarza  ze  "Złotego  Dworu",  o tę novigradzką kompanię. To
  nielicha zgraja. Niektórych rozpoznano.
       - Aha?
       - Ten  ze  szramą na gębie to Nohorn, dawniej przyboczny Abergarda, z
  tak  zwanej  wolnej  kompanii  angreńskiej.  Słyszałeś  o wolnej kompanii?
  Jasne, kto nie słyszał. Ten byk, którego wołają Piętnastka, również. Nawet
  jeśli  nie,  to  nie  myślę,  by  jego  przezwisko wzięło się od piętnastu
  dobrych  uczynków,  jakie  w życiu zrobił. Ten czarniawy półelf to Civril,
  zbój i zawodowy morderca. Podobno miał coś wspólnego z masakrą w Tridam.
       - Gdzie?
       - W  Tridam.  Nie  słyszałeś? Głośno było o tym trzy... Tak trzy lata
  temu,  bo  Marilka miała dwa latka. Baron z Tridam trzymał w lochu jakichś
  zbójców.  Ich kamraci, wśród nich podobno ten mieszaniec Civril, opanowali
  prom  na  rzece pełen pielgrzymów, było to w czasie Święta Nis. Posłali do
  barona  żądanie  uwolnienia  tamtych.  Baron,  ma się rozumieć, odmówił, a
  wtedy  oni  zaczęli  mordować pątników, po kolei, jednego po drugim. Zanim
  baron   zmiękł  i  zwolnił  tamtych  z  lochu,  spuścili  z  prądem  ponad
  dziesięciu.  Baronowi  groziło  potem  wygnanie  albo nawet i topór, jedni
  mieli  mu  za  złe,  że  uległ,  dopiero gdy aż tylu zabito, inni wszczęli
  rwetes,  że  bardzo  wielkie  zło uczynił, że pre... precedens to był albo
  jak,  że  trzeba  było tamtych wystrzelać z kusz razem z zakładnikami albo
  szturmem  brać  na  łodziach,  nie  popuścić  ni na palec. Baron na sądzie
  prawił,  że mniejsze zło wybrał, bo na promie było więcej jak ćwierć setki
  ludzi, baby, dzieciaki.
       - Tridamskie ultimatum - szepnął wiedźmin. - Renfri...
       - Co?
       - Caldemeyn, jarmark.
       - Co?
       - Nie   rozumiesz,  Caldemeyn?  Oszukała  mnie.  Nie  wyjadą.  Zmuszą
  Stregobora  do wyjścia z wieży, tak jak zmusili barona z Tridam. Albo mnie
  zmuszą do... Nie rozumiesz? Zaczną mordować ludzi na jarmarku. Wasz rynek,
  w tych murach, to prawdziwa pułapka!
       - Na wszystkich bogów, Geralt! Siadaj! Dokąd, Geralt?
       Marilka, przerażona krzykiem, zachlipała wtulona w kąt kuchni.
       - Mówiłam   ci!  - krzyknęła  Libusze,  wyciągając  rękę  w  kierunku
  wiedźmina. - Mówiłam! Samo zło przez niego!
       - Cicho, babo! Geralt! Siadaj!
       - Trzeba  ich powstrzymać. Zaraz, zanim ludzie wejdą na rynek. Zwołaj
  strażników. Gdy będą wychodzili z zajazdu, za łby ich i w łyka.
       - Geralt,  bądź rozsądny. Tak nie wolno, nie możemy ich ruszyć, jeśli
  niczego  nie przeskrobali. Będą się bronić, poleje się krew. To zawodowcy,
  wyrżną  mi  ludzi. Jeśli dojdzie do Audeona, zapłacę głową. Dobrze, zbiorę
  straż, pójdę na targ, tam będę miał na nich oko...
       - To  nic  nie  da,  Caldemeyn.  Jeśli  tłum wejdzie już na plac, nie
  zapobiegniesz  panice i rzezi. Ich trzeba unieszkodliwić zaraz, póki rynek
  jest pusty.
       - To  będzie  bezprawie.  Nie  mogę  na to zezwolić. Z tym półelfem i
  Tridam  to  może  być plotka. Możesz się mylić, i co wtedy? Audoen pasy ze
  mnie będzie darł.
       - Trzeba wybrać mniejsze zło!
       - Geralt! Zabraniam ci! Jako wójt, zabraniam! Zostaw miecz! Stój!
       Marilka krzyczała zakrywszy buzię rączkami.


                                      VI

       Civril, przysłaniając oczy dłonią, popatrzył na słońce wychodzące zza
  drzew.  Na  rynku  zaczynało  się ożywiać, turkotały wozy i wózki, pierwsi
  przekupnie  już  zapełniali  stragany  towarem. Stukał młotek, piał kogut,
  głośno wrzeszczały mewy.
       - Piękny  dzień  się  zapowiada  - rzekł Piętnastka w zadumie. Civril
  popatrzył na niego koso, ale nic nie powiedział.
       - Konie jak, Tavik? - spytał Nohorn, naciągając rękawice.
       - Gotowe, osiodłane. Civril, wciąż ich mało na tym rynku.
       - Będzie więcej.
       - Wypadałoby coś zjeść.
       - Później.
       - Akurat. Będziesz miał później czas. I ochotę.
       - Patrzcie - rzekł nagle Piętnastka.
       Wiedźmin  nadchodził  od  strony  głównej  uliczki,  wchodził  między
  stragany, zmierzał prosto na nich.
       - Aha  - powiedział  Civril.  - Renfri  miała  rację.  Daj  mi kuszę,
  Nohorn.
       Zgarbił   się,   napiął  cięciwę,  przydeptując  stopą  strzemiączko.
  Starannie ułożył bełt w rowku. Wiedźmin szedł. Civril uniósł kuszę.
       - Ani kroku dalej, wiedźminie!
       Geralt zatrzymał się. Około czterdziestu kroków dzieliło go od grupy.
       - Gdzie jest Renfri?
       Mieszaniec wykrzywił swoją ładną twarz.
       - Pod  wieżą,  składa czarownikowi pewną propozycję. Wiedziała, że tu
  przyjdziesz. Poleciła mi przekazać ci dwie rzeczy.
       - Mów.
       - Pierwsza  rzecz to posłanie, które brzmi: "Jestem tym, czym jestem.
  Wybieraj.  Albo  ja, albo tamto drugie, mniejsze". Masz jakoby wiedzieć, o
  co chodzi.
       Wiedźmin  kiwnął  głową, potem uniósł rękę, chwytając rękojeść miecza
  sterczącą  nad  prawym  barkiem.  Klinga  błysnęła,  opisując łuk nad jego
  głową. Wolnym krokiem ruszył w kierunku grupy.
       Civril zaśmiał się paskudnie, złowrogo.
       - Więc  jednak.  Ona  i  to  przewidziała,  wiedźminie. A zatem zaraz
  otrzymasz drugą rzecz, którą poleciła ci przekazać. Prosto między oczy.
       Wiedźmin  szedł.  Półelf uniósł kuszę do policzka. Zrobiło się bardzo
  cicho.
       Szczęknęła  cięciwa. Wiedźmin machnął mieczem, rozległ się przeciągły
  jęk  uderzonego  metalu,  bełt wyleciał w górę koziołkując, sucho trzasnął
  o dach, zadudnił w rynnie. Wiedźmin szedł.
       - Odbił... - stęknął Piętnastka. - Odbił w locie...
       - W  kupę  - skomenderował  Civril. Syknęły miecze dobywane z pochew,
  grupa zwarła się ramię do ramienia, najeżyła ostrzami.
       Wiedźmin przyspieszył kroku, jego chód, zadziwiająco płynny i miękki,
  przeszedł  w  bieg  - nie  na wprost, na kolczastą od mieczów grupę, ale w
  bok, okrążając ją po zacieśniającej się spirali.
       Tavik  nie  wytrzymał, rzucił się na spotkanie, skracając dystans. Za
  nim skoczyli bliźniacy.
       - Nie rozbiegać się! - wrzasnął Civril kręcąc głową, tracąc wiedźmina
  z  pola  widzenia.  Zaklął,  odskoczył  w bok widząc, że grupa rozpada się
  zupełnie, kręci między stragany w szaleńczym korowodzie.
       Tavik  był  pierwszy.  Jeszcze  przed  chwilą ścigał wiedźmina, teraz
  nagle  dostrzegł,  że  ten  mija  go  z lewej strony, biegnąc w przeciwnym
  kierunku.  Zadrobił nogami, by wyhamować, ale wiedźmin przemknął obok, nim
  zdążył  unieść  miecz.  Tavik  poczuł  silne  uderzenie tuż ponad biodrem.
  Odkręcił się i stwierdził, że pada. Już na kolanach, zdziwiony spojrzał na
  swoje biodro i zaczął krzyczeć.
       Bliźniacy  jednocześnie  atakując  pędzący  na nich czarny, rozmazany
  kształt,  wpadli  na  siebie, zderzyli się barkami, na moment tracąc rytm.
  Wystarczyło.  Vyr,  cięty  przez  całą szerokość piersi, zgiął się wpół, z
  opuszczoną   głową  zrobił  jeszcze  parę  kroków  i  runął  na  stragan z
  warzywami.  Nimir dostał w skroń, zawirował w miejscu i padł do rynsztoka,
  ciężko, bezwładnie.
       Na  rynku  zakotłowało  się  od uciekających przekupniów, zahurkotały
  przewracane  stragany, wzbił się kurz i krzyk. Tavik jeszcze raz spróbował
  unieść się na rozedrganych rękach, upadł.
       - Z  lewej,  Piętnastka!  - ryknął Nohorn, biegnąc półkolem, by zajść
  wiedźmina z tyłu.
       Piętnastka  obrócił  się  szybko.  Nie dość szybko. Dostał raz, przez
  brzuch,  wytrzymał,  złożył  się  do  ciosu, wtedy dostał drugi raz, w bok
  szyi,  tuż pod ucho. Wyprężony, postąpił cztery rozkołysane kroki i zwalił
  się  na wózek pełen ryb. Wózek potoczył się. Piętnastka zsunął się na bruk
  srebrzący się od łusek.
       Civril  i Nohorn uderzyli jednocześnie z dwóch stron, elf zamaszystym
  cięciem  z  wysoka,  Nohorn  z przyklęku, nisko, płasko. Oba ciosy zostały
  sparowane,   dwa   metaliczne  szczęknięcia  zlały  się  w  jedno.  Civril
  odskoczył,  potknął  się,  utrzymał  na  nogach,  chwytając się drewnianej
  konstrukcji  straganu.  Nohorn  rzucił się i zasłonił go trzymanym pionowo
  mieczem.  Odbił  cios, tak silny, że rzuciło go w tył, musiał przyklęknąć.
  Podrywając  się,  złożył  paradę,  za  wolno.  Dostał  cięcie przez twarz,
  symetryczne do starej blizny.
       Civril   odbił   się  plecami  od  straganu,  przeskoczył  padającego
  Nohorna,   zaatakował   z  półobrotu,  oburącz,  nie  trafił,  momentalnie
  odskoczył.  Nie  poczuł uderzenia, nogi ugięły się pod nim, dopiero gdy po
  odruchowej  paradzie  usiłował  przejść od finty do kolejnego ataku. Miecz
  wypadł  mu z ręki przeciętej po wewnętrznej stronie, powyżej łokcia. Upadł
  na  klęczki,  potrząsnął głową, chciał wstać, nie zdołał. Opuścił głowę na
  kolana,  tak  zamarł  w  czerwonej  kałuży,  wśród  porozrzucanej kapusty,
  obwarzanków i ryb.
       Na rynek weszła Renfri.
       Nadchodziła wolno miękkim, kocim krokiem, wymijając wózki i stragany.
  Tłum,  który  w  uliczkach  i pod ścianami domów buczał jak rój szerszeni,
  ścichł.  Geralt  stał nieruchomo, z mieczem w opuszczonej ręce. Dziewczyna
  zbliżyła  się na dziesięć kroków, zatrzymała. Zobaczył, że pod kaftanikiem
  ma kolczugę, krótką, ledwo zakrywającą biodra.
       - Dokonałeś wyboru - stwierdziła. - Jesteś pewien, że właściwego?
       - Nie będzie tu drugiego Tridam - rzekł Geralt z wysiłkiem.
       - Nie  byłoby. Stregobor wyśmiał mnie. Powiedział, że mogę wymordować
  całe  Blaviken  i dorzucić kilka okolicznych wsi, a on i tak nie wyjdzie z
  wieży.  I  nikogo, wliczając w to ciebie, tam nie wpuści. Co tak patrzysz?
  Tak,  oszukałam  cię.  Całe  życie  oszukiwałam, gdy było trzeba, dlaczego
  miałam robić wyjątek dla ciebie?
       - Odejdź stąd, Renfri.
       Zaśmiała się.
       - Nie, Geralt - wydobyła miecz, szybko i zwinnie.
       - Renfri.
       - Nie, Geralt. Ty dokonałeś wyboru. Kolej na mnie.
       Jednym  ostrym  ruchem  zerwała  spódnicę  z  bioder, zakręciła nią w
  powietrzu,  owijając  materiał dookoła lewego przedramienia. Geralt cofnął
  się,  uniósł  dłoń,  składając  palce  w  Znak. Renfri zaśmiała się znowu,
  krótko, chrapliwie.
       - Nic z tego, białowłosy. To się mnie nie ima. Tylko miecz.
       - Renfri  - powtórzył.  - Odejdź. Jeśli skrzyżujemy ostrza, ja... już
  nie będę... mógł...
       - Wiem  - powiedziała. - Ale ja... Ja też nie mogę inaczej. Po prostu
  nie mogę. Jesteśmy tym, czym jesteśmy. Ty i ja.
       Ruszyła  na  niego  lekkim,  rozkołysanym  krokiem.  W  prawej  ręce,
  wyprostowanej,  wyciągniętej w bok, połyskiwał miecz, lewą wlokła spódnicę
  po ziemi. Geralt cofnął się o dwa kroki.
       Skoczyła,  machnęła  lewą ręką, spódnica furknęła w powietrzu, w ślad
  za  nią,  przysłoniony, błysnął miecz w oszczędnym, krótkim cięciu. Geralt
  odskoczył, tkanina nawet go nie musnęła, a klinga Renfri ześliznęła się po
  ukośnej paradzie. Zripostował odruchowo środkiem brzeszczotu, związał obie
  klingi  krótkim  młyńcem,  próbując wytrącić jej broń. To był błąd. Odbiła
  jego  ostrze  i  od  razu,  z ugiętych kolan i rozkołysanych bioder cięła,
  mierząc  w  twarz.  Ledwie  zdołał  sparować to uderzenie, odskoczył przed
  spadającą  na  niego  materią  spódnicy.  Zawirował  w  piruecie, unikając
  migocącej  w  błyskawicznych  cięciach  klingi, znowu odskoczył. Wpadła na
  niego,   cisnęła  spódnicę  prosto  w  oczy,  cięła  płasko,  z  bliska, z
  półobrotu.  Umknął  przed  ciosem,  obracając  się tuż przy niej. Znała tę
  sztuczkę.  Obróciła  się  wraz z nim i z bliska, tak że poczuł jej oddech,
  przejechała  mu  ostrzem  przez  pierś.  Ból targnął nim, ale nie zakłócił
  rytmu. Obrócił się jeszcze raz, w przeciwną stronę, odbił klingę lecącą ku
  jego  skroni, zrobił szybką fintę i zaatakował. Renfri odskoczyła, złożyła
  się  do  uderzenia  z góry. Geralt, przyklękając w wypadzie, błyskawicznie
  ciął ją z dołu, samym końcem miecza, przez odsłonięte udo i pachwinę.
       Nie  krzyknęła.  Padając na kolano i na bok puściła miecz, wpiła obie
  dłonie w przecięte udo. Spomiędzy palców krew zatętniła jasnym strumieniem
  na  ozdobny  pas,  na  łosiowe  buty,  na  brudny  bruk.  Tłum wciśnięty w
  uliczki zafalował i zakrzyczał.
       Geralt schował miecz.
       - Nie odchodź... - jęknęła zwijając się w kłębek.
       Nie odpowiedział.
       - Zimno... mi...
       Nie  odpowiedział.  Renfri jęknęła znowu, kuląc się jeszcze bardziej.
  Krew wartkimi strumyczkami wypełniała jamki między kamieniami.
       - Geralt... Obejmij mnie...
       Nie odpowiedział.
       Odwróciła  głowę  i  znieruchomiała  z policzkiem na bruku. Sztylet o
  bardzo wąskim ostrzu, do tej pory skrywany pod ciałem, wyśliznął się z jej
  martwiejących palców.
       Po  chwili  będącej  wiecznością  wiedźmin  uniósł  głowę  na  odgłos
  stukającej  o bruk różdżki Stregobora. Czarodziej zbliżał się pospiesznie,
  wymijając trupy.
       - Ale  jatki  - zasapał.  - Widziałem,  Geralt,  wszystko widziałem w
  krysztale...
       Podszedł bliżej, pochylił się. W powłóczystej czarnej szacie, wsparty
  na posochu, wyglądał staro, bardzo staro.
       - Wierzyć się nie chce - pokręcił głową. - Dzierzba, całkiem nieżywa.
       Geralt nie odpowiedział.
       - No,  Geralt  - czarodziej wyprostował się. - Idź po wózek. Weźmiemy
  ją do wieży. Trzeba zrobić sekcję.
       Spojrzał na wiedźmina, nie doczekawszy się odpowiedzi schylił się nad
  ciałem.
       Ktoś, kogo wiedźmin nie znał, sięgnął do rękojeści miecza, wydobył go
  bardzo szybko.
       - Dotknij  jej tylko, czarowniku - powiedział ktoś, kogo wiedźmin nie
  znał. - Tylko jej dotknij, a twoja głowa poleci na bruk.
       - Co  ty,  Geralt, oszalałeś? Jesteś ranny, w szoku! Sekcja to jedyny
  sposób, żeby stwierdzić...
       - Nie dotykaj jej!
       Stregobor, widząc wznoszoną klingę, odskoczył, machnął laską.
       - Dobrze!  - krzyknął. - Jak chcesz! Ale nigdy nie będziesz wiedział!
  Nigdy nie będziesz miał pewności! Nigdy, słyszysz, wiedźminie?
       - Precz.
       - Jak  chcesz  - czarodziej  odwrócił  się,  uderzył posochem o bruk.
  - Wracam  do  Koviru,  nie zostanę ani dnia dłużej w tej dziurze. Chodź ze
  mną,  nie  zostawaj  tu. Ci ludzie niczego nie wiedzą, widzieli tylko, jak
  zabijasz. A ty paskudnie zabijasz, Geralt. No, idziesz?
       Geralt  nie  odpowiedział, nawet nie patrzył na niego. Schował miecz.
  Stregobor   wzruszył   ramionami,  odszedł  szparkim  krokiem,  rytmicznie
  postukując laską.
       Z  tłumu poleciał kamień, dźwięknął o bruk. Za nim drugi, przelatując
  tuż  nad  ramieniem  Geralta.  Wiedźmin, wyprostowany, uniósł obie dłonie,
  wykonał  nimi  szybki  gest.  Tłum  zaszumiał, kamienie poleciały gęściej,
  ale  Znak  odpychał  je na boki - mijały cel chroniony niewidzialnym obłym
  pancerzem.
       - Dość!!! - ryknął Caldemeyn. - Koniec z tym, psiamać!
       Tłum  zahuczał  jak  fala  przyboju,  ale  kamienie przestały lecieć.
  Wiedźmin stał nieruchomo.
       Wójt zbliżył się do niego.
       - Czy  to  - rzekł wskazując szerokim gestem na rozrzucone po placyku
  nieruchome ciała - już wszystko? Tak wygląda mniejsze zło, które wybrałeś?
  Czy już załatwiłeś, co uważałeś za konieczne?
       - Tak - odpowiedział Geralt z wysiłkiem, nie od razu.
       - Twoja rana jest poważna?
       - Nie.
       - W takim razie zabieraj się stąd.
       - Tak  - powiedział  wiedźmin.  Stał  jeszcze chwilę, unikając wzroku
  wójta. Potem odwrócił się wolno, bardzo wolno.
       - Geralt.
       Wiedźmin obejrzał się.
       - Nie wracaj tu nigdy - powiedział Caldemeyn. - Nigdy.

                                                           Andrzej Sapkowski

    [ TEKST ZAMIESZCZONY ZA ZGODĄ AUTORA DO PUBLIKACJI TYLKO NA STRONACH ]
    [      Andrzej Sapkowski Zone:  http://sapkowski.fantasy.art.pl/     ]

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl