AS ZONE:

OPOWIADANIA
"Muzykanci" by Andrzej Sapkowski
[MUZYKAN.TXT]


Muzykanci
[Nowy Talizman nr 1; Antologia "Wizje alternatywne"; superNOWA 1997: "Trzynaście kotów"]

       D o ł y

       Tam,  gdzie  praktycznie  kończyło  się miasto, za pętlą tramwaju, za
  skrytym w wykopie torem kolejowym i pstrym kwadratem ogródków działkowych,
  rozciągało  się nierówne, pagórkowate pole, zaśmiecone i zryte, szczerzące
  się  złomami  betonu  i kłami drutu zbrojeniowego, gęsto porośnięte ostem,
  perzem, mietlicą, mleczem i szarłatem.
       Był  to  pas ziemi niczyjej, frontowa strefa pomiędzy kamienną ścianą
  bloków  mieszkalnych  a  odległym,  ciemnozielonym  lasem, zasinionym mgłą
  smogu.
       Teren  ten  ludzie  nazywali Dołami. Nie była to prawdziwa nazwa tego
  miejsca.
       Okolica  ta  zawsze  była  pusta,  z  rzadka  penetrowana nawet przez
  wszędobylskie  dzieci,  które,  na  wzór  rodziców,  preferowały  do zabaw
  miejsca  ukryte w bezpiecznych i przytulnych żelbetowych kanionach. Czasem
  tylko,  i  to  na  samym  skraju,  zasiadali tu pijaczkowie, atawistycznie
  ciągnący ku zieleni. Poza tym na Doły nie zapuszczał się nikt.
       Nie licząc kotów.
       Kotów  było  pełno  na  całym  osiedlu, ale Doły były ich królestwem,
  niekwestionowaną  domeną  i  azylem.  Osiedlowe psy, regularnie szczute na
  koty  przez  swoich właścicieli, zatrzymywały się na pograniczu pustkowia,
  wracały,  kuląc  ogony  i  skamląc.  Z  pokorą  przyjmowały okrutne cięgi,
  spuszczane  im  przez panów "za tchórzostwo" - Doły budziły w nich większy
  strach niż razy.
       Ludzie  również  czuli  się na Dołach nieswojo. W dzień. Bo w nocy na
  Doły nie zapuszczał się nikt.
       Nie licząc kotów.
       W  ciągu  dnia  przyczajone  i  ostrożne, nocą koty krążyły po Dołach
  miękkim,  ostrzegawczym krokiem, dokonywały niezbędnych korekt liczebności
  miejscowych  szczurów  i  myszy,  budziły mieszkańców pogranicznych bloków
  przeraźliwym  wrzaskiem,  oznajmiającym miłość lub krwawy bój. W nocy koty
  czuły się na Dołach bezpiecznie. W dzień nie.
       Mieszkańcy  osiedla nie lubili kotów. Zważywszy, że stworzenia, które
  lubili  i  które  trzymali  w  swoich kamiennych gniazdach, zwykli byli od
  czasu  do  czasu  bestialsko męczyć, określenie "nie lubili" w stosunku do
  kotów  nabierało właściwego, ponurego wyrazu. Bywało, że koty zastanawiały
  się, gdzie leży przyczyna tego stanu. Poglądy były różne - większość kotów
  uważała,  że winę ponoszą owe drobne, pozornie nic nie znaczące drobiazgi,
  które  powoli,  acz  skutecznie,  zabijały  ludzi i wiodły ich do obłędu -
  ostre,  mordercze  igiełki  azbestu,  które  nosili  w  płucach,  zabójcze
  promieniowanie,  płynące  z  płyt  będących  ścianami ich siedzib, kwaśne,
  życiogubne  powietrze,  bezustannie  wiszące  nad  miastem.  Cóż dziwnego,
  mówiły  koty,  że  ktoś  balansujący  na krawędzi zagłady, truty, trawiony
  przez  jady  i  choroby,  nienawidzi witalności, zwinności i siły? Że ktoś
  roztrzęsiony,  nie  znający  spokoju,  wściekłością  i  szałem  reaguje na
  ciepły, puszysty i rozmruczany spokój innych? Nie, nie było w tym niczego,
  czemu  należało  się  dziwić.  Należało  natomiast  być czujnym - należało
  uciekać  co sił w nogach, co długości w wyciągniętym skoku, gdy dostrzegło
  się  na  horyzoncie  duże  lub małe dwunogie sylwetki. Należało strzec się
  kopniaka,  kija,  kamienia,  zębów  szczutego psa, kół samochodu. Należało
  umieć  rozpoznać  okrucieństwo,  kryjące  się za cedzonym zza zaciśniętych
  zębów: "Kici, kici". I tyle.
       Były  jednak  wśród  kotów  i  takie,  które  uważały,  że  przyczyna
  nienawiści leży gdzie indziej. Że ukryta jest w Dawnych Czasach.
       Dawne  Czasy.  Koty  wiedziały  o  Dawnych  Czasach. Obrazy z Dawnych
  Czasów widywało się nocami na Dołach.
       Bo   Doły  nie  były  zwykłym  miejscem.  Podczas  rozświerszczonych,
  księżycowych  nocy  koty  widziały  obrazy  dostępne  wyłącznie  ich kocim
  źrenicom.  Zamglone,  rozmigotane  obrazy.  Korowody  długowłosych  panien
  dookoła  dziwacznych budowli z kamienia, obłąkańcze wycia i podskoki wokół
  okaleczonych   ciał   zwisających   z   drewnianych   rusztowań,   szeregi
  zakapturzonych  ludzi  z  pochodniami  w  rękach,  płonące  domy z wieżami
  zakończonymi znakiem krzyża, takie same krzyże, ale odwrócone, zatknięte w
  czarną,  pulsującą ziemię. Stosy, pale i szubienice. I czarnego człowieka,
  wykrzykującego  słowa.  Słowa  będące, jak wiedziały koty, prawdziwą nazwą
  miejsca nazywanego Dołami.
       Locus terribilis.
       W  takie noce koty bały się. Koty czuły, jak drga Zasłona. Przypadały
  wówczas  płasko  do  ziemi,  wpijały  pazury w grunt, bezgłośnie otwierały
  wąsate pyszczki. Czekały.
       I wówczas rozbrzmiewała muzyka. Muzyka, zagłuszająca niepokój, kojąca
  strach, niosąca błogość, zwiastująca bezpieczeństwo.
       Bo oprócz kotów, na Dołach mieszkali Muzykanci.


       V e e h a l

       Dzień  zaczął  się  tak  samo, jak wszystkie inne dni - chłodny ranek
  rozgrzał  się  i  rozleniwił ciepłym, jesiennym przedpołudniem, rozświecił
  się  smużkami  babiego  lata  w  swym  zenicie,  rozchmurzył i zamglił pod
  wieczór, zaczął gasnąć.
       To  stało  się  zupełnie  niespodziewanie,  nagle,  bez  ostrzeżenia.
  Veehal   rozdarł   powietrze,   przeleciał   po   chwastach   jak  wicher,
  zwielokrotnił  się  echem  odbitym  od  kamiennej  ściany bloków. Potworny
  strach  zjeżył  pręgowane  i  łaciate  futerka,  położył uszy, wyszczerzył
  kiełki.
       Veehal!
       Męczarnia i śmierć!
       Mord!
       Veehal!
       Zasłona! Zasłona pęka!
       I muzyka.
       Uspokojenie.
       Syreny   karetek  spłynęły  na  ogródki  działkowe  dopiero  później.
  Dopiero   później  zaczęła  się  oszalała  krzątanina  ludzi  w  białych i
  niebieskich   ubraniach.   Koty  patrzyły  na  to  z  ukrycia,  spokojne i
  obojętne. To już ich nie dotyczyło.
       Ludzie  biegali,  krzyczeli, klęli. Ludzie wynosili spomiędzy altanek
  ciała,    zmasakrowane,   zniekształcone,   sączące   krew   przez   białe
  prześcieradła.  Ludzie  w  niebieskich  ubraniach  odpychali  od drucianej
  siatki innych, tych, którzy nadbiegali od strony osiedla. Koty patrzyły.
       Jeden  z  ludzi  w  niebieskich ubraniach, wytoczywszy się na otwartą
  przestrzeń,  wymiotował,  krztusił  się. Ktoś krzyczał, krzyczał okropnie.
  Wściekle roztrzaskały się drzwi samochodów, potem znowu wyły syreny.
       Koty  mruczały  cicho.  Koty  słuchały  muzyki.  Tamto  już  ich  nie
  dotyczyło.


       K r o s t o w a t y

       Pogrążony  w  sieci  tonów,  wiążących  i klejących przedartą Zasłonę
  delikatną  przędzą  muzyki, Krostowaty cofnął się, siejąc wokół kropelkami
  krwi  ściekającej  z  pazurów  i  kłów. Cofnął się, zniknął, odgradzany od
  przejścia  kleistym  spoiwem,  po  raz ostatni, już zza Zasłony, tchnął ku
  Muzykantom nienawiścią, złością i groźbą.
       Zasłona zrosła się, zatarł się ostatni ślad pęknięcia.


       M u z y k a n c i

       Muzykanci siedzieli w cieniu pogiętego, okopconego, zarytego w ziemię
  pieca.
       - Udało się - powiedział Kersten. - Udało się tym razem.
       - Tak - potwierdził Itka. - Ale następnym razem... Nie wiem.
       - Będzie następny raz - zaszeptał Pasiburduk - Itka?  Będzie następny
  raz?
       - Ponad wszelką wątpliwość - rzekł Itka. - Nie znasz ich?  Nie wiesz,
  o czym teraz myślą?
       - Nie - powiedział Pasiburduk. - Nie wiem.
       - A  ja  wiem - mruknął Kersten. - Dobrze wiem, bo ich znam.  Myślą o
  zemście. Dlatego musimy ją odnaleźć.
       - Musimy - powiedział Itka. - Musimy ją wreszcie odnaleźć.  Tylko ona
  może  ich  powstrzymać.  Ona  ma  z nimi kontakt. A gdy już będzie z nami,
  odejdziemy  stąd.  Do Bremy. Do innych. Tak, jak każe Prawo. Musimy iść do
  Bremy.


       B ł ę k i t n y  p o k ó j

       Błękitny   pokój   żył  własnym  życiem.  Oddychał  zapachem  ozonu i
  rozgrzanego  plastiku,  metalu,  eteru. Tętnił, jak krwią, elektrycznością
  bzyczącą w izolowanych kablach, oleisto lśniących wyłącznikach, klawiszach
  i wtyczkach. Migotał szklistą poświatą ekranów, mnóstwem złych, czerwonych
  oczek  czujników.  Pysznił  się  majestatem chromu i niklu, powagą czerni,
  dostojeństwem bieli. Żył.
       Wzbudzał respekt. Dominował.
       Debbe  poruszyła  się  w  uścisku rzemieni, rozpinających ją na płask
  na  pokrytym prześcieradłem i ceratą stole. Nie czuła bólu - igły, wbite w
  czaszkę,  i  zębate  blaszki,  przypięte  do uszu, nie bolały już, ciążyły
  tylko   splątane  koroną  przewodów,  szpeciły,  hańbiąco  krępowały,  ale
  przestały  zadawać  cierpienie.  Nieruchomym,  bezbarwnym  wzrokiem  Debbe
  patrzyła  na pelargonię stojącą na parapecie. Pelargonia była w tym pokoju
  jedyną rzeczą, żyjącą własnym, niezależnym życiem.
       Nie licząc Izy.
       Iza, zgarbiona nad stołem, pisała szybko, drobnym maczkiem pokrywając
  strony  zeszytu,  od  czasu  do  czasu  postukując  palcami po klawiaturze
  komputera. Debbe wsłuchiwała się w tętno Pokoju.
       - No,  maleńka  -  powiedziała  Iza,  odwracając  się.  -  Zaczynamy.
  Spokojnie.
       Szczęknął  wyłącznik,  zabrzęczały  silniki,  drgnęły ogromne szpule,
  łypnęły  krwawe czerwone światełka. Przez okrągłe, kratkowane okna ekranów
  popędziły  w  podskokach świetliste myszki. Rysiki zadygotały, rozkołysały
  się  jak  cienkie,  pajęcze nogi, popełzły na bębnach grzebieniaste linie.
  Debbe
       Iza  gryzła  długopis, wpatrując się w rzędy cyfr, przerażająco równo
  wyskakujących  na  ekranie  monitora,  na  linie,  na pudełkowate wykresy.
  Mruczała   pod   nosem,  długo  pisała  w  zeszycie.  Paliła.  Przeglądała
  wydruki. Wreszcie szczęknął wyłącznik.
       Widziała  pelargonię.  Czuła  suchość  w  nosie, chłodniejące gorąco,
  spływające od czoła ku oczom. Drętwienie, drętwienie całego ciała.
       Iza   przeglądała  wydruki.  Niektóre  z  nich  mięła  i  ciskała  do
  przepełnionego  kosza,  inne, oznaczone szybkimi pociągnięciami długopisu,
  spinała i odkładała na równy stos.
       Pokój żył.
       - Jeszcze raz - powiedziała Iza. - Jeszcze raz, mała.
       Debbe
       Niebieski  ekran  wyczarowywał zygzaki i linie, regularnymi warstwami
  piętrzył  kolumny  cyferek. Rysik, płynnie i spokojnie falując, kreślił na
  bębnie fantastyczny horyzont.
       To my. Musisz,
       zdziwiła  się,  słysząc  ten  głos.  Nigdy przedtem nie słyszała tego
  głosu,  głosu  silniejszego  niż  głos  Pokoju,  silniejszego  niż piekące
  gorąco,  bulgocące  w  jej  mózgu.  Igły, od których jeżyła się jej głowa,
  zawibrowały.
       Muzyka! Muzyka! Muzyka!
       Czerwona  linia  na  ekranie  skoczyła  w  górę,  rysik targnął się i
  narysował w rozedrganej kresce trzy lub cztery potężne szczerby.
       musisz z nami do Bremy.
       - Co  jest, cholera - szepnęła Iza, wpatrzona w ekran.  Zapominając o
  tlącym   się  na  popielniczce  papierosie,  zapaliła  drugiego.  Wciskała
  włączniki jeden po drugim, próbując opanować szalejące ekrany.
       - Nic nie rozumiem. Co się dzieje, mała?
       Wreszcie zrobiła to, co należało. Wyłączyła prąd.
       - Nieee  - powiedziała przeciągle Debbe. - Nie chcę,  jasnowłosa. Nie
  chceęęęę!
       Iza  wstała,  pogłaskała ją po głowie i grzbiecie. Wszystkie linie na
  ekranie  popędziły  ku  górze,  a rysik zaszamotał się dziko. Iza tego nie
  widziała.
       - Biedny  kotek - powiedziała,  głaszcząc jedwabiste futerko Debbe. -
  Biedna  kicia. Żebyś wiedziała, jak mi cię żal. Ale przysłużysz się nauce,
  koteczku. Przysłużysz się wiedzy.
       Za  plecami  Izy  kursor komputera podreptał w prawo, rzędami małych,
  kanciastych literek wypisał: "Incorrect statement" i zgasł. Zupełnie.
       Rysik zatrzymał się na bębnie.
       Świetlista  myszka  na  okrągłym,  kratkowanym  ekranie  pisnęła  raz
  jeszcze i zamarła.
       Iza,  czując  nagle  mroczącą  oczy  słabość, opadła ciężko na biały,
  trójnogi stołek.
       Muzyka, pomyślała, skąd ta...
       Debbe   mruczała   z  przejęciem,  z  łatwością  i  lekko,  płynnie i
  naturalnie   dopasowując   się   do  harmonii  biegnących  zewsząd  tonów.
  Odnajdywała  w  nich siebie, swoje miejsce, swoje przeznaczenie. Czuła, że
  bez  niej  ta  muzyka  jest  niepełna,  kaleka.  Głosy, punktujące akordy,
  potwierdzały  to.  To  ty,  mówiły, to ty. Uwierz w siebie. To właśnie ty.
  Uwierz.
       Debbe wierzyła.
       My, mówiły głosy, to ty. Słuchaj. Słuchaj nas. Słuchaj naszej muzyki.
  Twojej muzyki. Czy słyszysz?
       Debbe słyszała.
       Czekamy  na ciebie, mówiły głosy. Wskażemy ci drogę do nas. A gdy już
  będziesz  z  nami,  wyruszymy  razem  do  Bremy. Do innych Muzykantów. Ale
  najpierw  musisz  dać  im szansę. Tylko ty możesz to zrobić. Możesz dać im
  szansę.  Posłuchaj.  Powiemy  ci, co się stało. Powiemy ci, co zrobić, aby
  ich powstrzymać. Słuchaj.
       Debbe słuchała.
       Czy zrobisz to?
       Tak, powiedziała Debbe. Zrobię.
       Muzyka odpowiedziała kaskadą dźwięków.
       Iza martwym wzrokiem patrzyła na pelargonię.
       Spójrz  na  mnie, jasnowłosa, powiedziała Debbe. Czarna litera "M" na
  czole  kotki,  znamię  wybranki,  znak  Pająka Pogońca, błysnęła, zalśniła
  metalicznym pawim połyskiem.
       Spójrz mi w oczy.


       N e j m a n

       - Dwóch - powiedziała pielęgniarka. - Jest ich dwóch. Siedzą w pokoju
  ordynatora. Recka zrobiła im kawy. Ale mówili, że im się spieszy.
       - Czego  może  chcieć  ode  mnie  milicja?  - Iza zdusiła  niedopałek
  papierosa  w blaszanym, chwiejnym talerzu korytarzowej popielniczki. - Nie
  mówili?
       - Nic  nie  mówili - pielęgniarka wykrzywiła  pucułowatą buzię. - Wie
  pani, pani doktor. Oni nigdy niczego nie mówią.
       - Skąd mam wiedzieć?
       - Niech pani idzie. Mówili, że im się spieszy.
       - Idę.
       Było  ich  rzeczywiście  dwóch.  Przystojny  blondyn,  kawał chłopa w
  denimowej kurtce i brunecik w ciemnym swetrze.
       Na  widok  wchodzącej  Izy  wstali  obaj.  Zdziwiła  się  -  gest był
  niecodzienny  nawet  u  zwykłych  mężczyzn,  a zupełnie nieprawdopodobny u
  milicjantów. Policjantów, poprawiła się w myśli i równocześnie zawstydziła
  się - zawstydziła stereotypu, któremu bezwiednie się poddała.
       - Pani doktor Przemęcka - stwierdził fakt blondyn.
       - Tak.
       - Izabella Przemęcka?
       - Tak. Niech panowie usiądą, proszę. Słucham panów.
       - A nie - uśmiechnął się blondyn. - To ja słucham.
       - Nie bardzo pana rozumiem, panie...
       - Komisarzu. To odpowiednik dawniejszego porucznika.
       - Chodziło mi o nazwisko, nie o szarżę.
       - Nejman.  Andrzej  Nejman.  A  to  jest  aspirant Zdyb.  Przepraszam
  panią,  pani  doktor. Uznałem prezentację za zbędną, bo pani mnie przecież
  zna.  Pani  telefonowała do mnie. Wymieniając moje nazwisko. I szarżę, jak
  się pani dowcipnie wyraziła.
       - Ja?  -  zdziwiła  się  szczerze  Iza.  - Ja do  pana telefonowałam?
  Proszę  pana,  ja od początku przypuszczałam, że to jakaś pomyłka. A teraz
  jestem  pewna, że tak jest. Nigdy nie dzwoniłam na milicję. Nigdy. Pomylił
  mnie pan z kimś innym.
       - Pani Izo - powiedział poważnie Nejman. - Bardzo proszę,  niech pani
  nie  utrudnia  mi  zadania.  Pracuję nad sprawą morderstwa popełnionego na
  ogródkach  działkowych  imienia Róży Luksemburg, obecnie generała Andersa.
  Pewnie  pani  słyszała:  trzech  nastolatków  zaszlachtowanych przy użyciu
  sierpa,  kosy, bosaka lub podobnego narzędzia. Słyszała pani? To niedaleko
  stąd, na przedmieściu.
       - Słyszałam. Ale co ja mam z tym wspólnego?
       - Nie  wie  pani?  Zajmuje  się  pani  jedną  z  ofiar tego  wypadku.
  Pośrednią  ofiarą, tak to nazwijmy. Elżbieta Gruber, lat dziewięć. Ta mała
  dziewczynka,  która  widziała  cały  przebieg zdarzenia, przebieg zbrodni.
  Leży w tym szpitalu. Słyszałem, że pani się nią zajmuje.
       - Ach,  ta dziewczynka w komatozie... Nie, panowie,  to nie jest moja
  pacjentka. Doktor Abramik...
       - Doktor Abramik, z którym już rozmawiałem,  twierdzi, że pani bardzo
  interesuje się tym przypadkiem. Ta Gruber to pani krewna?
       - Skądże  znowu...  Żadna krewna, nie znam jej.  Nie znałam nawet jej
  nazwiska...
       - Pani Izo. Niech pani przestanie. Tolek, pozwól.
       Brunecik  sięgnął do aktówki, wyjął mały, płaski magnetofon, National
  Panasonic.
       - U  nas  - powiedział Nejman - nagrywa się rozmowy.  Pani rozmowa ze
  mną też została nagrana. Niestety, nie od początku...
       Wbrew  woli  komisarz  zaczerwienił  się. Początek rozmowy nie nagrał
  się  z prozaicznych powodów - w kieszeni magnetofonu tkwiła wówczas kaseta
  z  "But Seriously" Phila Collinsa, przegrana z płyty kompaktowej. Brunecik
  wcisnął klawisz.
       - ...przerywaj,  Nejman - powiedział głos Izy. -  Co cię to obchodzi,
  kto  mówi?  Ważniejsze jest, co mówi. A mówi to: nie wolno ci zrobić tego,
  co  zamierzasz. Rozumiesz? Nie wolno. Co chcesz osiągnąć? Chcesz wiedzieć,
  kto  zabił  chłopców  na  ogródkach działkowych? Mogę ci powiedzieć, jeśli
  chcesz.
       - Tak - powiedział głos komisarza. - Chcę. Proszę mi powiedzieć,  kto
  to zrobił.
       - Zrobił  to  ten,  który  przeszedł  przez  przedartą  Zasłonę.  Gdy
  rozbrzmiał  veehal, Zasłona pękła, a on przeszedł. Kiedy Zasłona pęka, ci,
  którzy znajdą się w pobliżu, są zgubieni.
       - Nie rozumiem.
       - I  nie  musisz  -  powiedział  ostro  głos Izy. -  Wcale nie musisz
  rozumieć.  Masz po prostu przyjąć do wiadomości, że ja wiem, co zamierzasz
  uczynić. Wiem też, że tego zrobić nie wolno. I po prostu dzielę się z tobą
  tą wiedzą. Jeśli mnie nie posłuchasz, skutki będą straszne.
       - Chwileczkę   -   odezwał  się  głos   Nejmana.  -  Miała   mi  pani
  powiedzieć, kto...
       - Już powiedziałam - przerwał głos Izy.
       - Niech więc pani powtórzy, proszę.
       - Po co ci to? Myślisz, że możesz coś zrobić temu zza Zasłony? Jesteś
  w  głębokim  błędzie.  On jest poza twoim zasięgiem. Ale ty... Ty jesteś w
  jego zasięgu. Strzeż się.
       - Pani mi grozi. - To było stwierdzenie, nie pytanie.
       - Tak  - powiedział beznamiętnie głos Izy. - Grożę.  Ale to nie ja ci
  zagrażam.  Nie ja. Nie potrafię wytłumaczyć ci wielu rzeczy, wielu faktów,
  nie  mogę znaleźć właściwych słów. Ale jedno mogę... mogę cię ostrzec. Czy
  nie  za dużo już było ofiar? Ci chłopcy, Elżbieta Gruber. Nie rób tego, co
  zaplanowałeś, Nejman. Nie rób tego.
       - Proszę posłuchać...
       - Dosyć. Zapamiętaj. Nie wolno ci.
       Trzasnęła słuchawka.
       - Pan mi pewnie nie uwierzy... - zaczęła Iza.
       - Już nie jesteśmy na ty? - przerwał Nejman. - Szkoda. To było miłe i
  bezpośrednie. W co nie uwierzę? Że to nie była pani? Faktycznie, trudno by
  mi było. A teraz, proszę bardzo, słucham. Co ja zaplanowałem? Dlaczego nie
  wolno mi tego zrobić?
       - Nie wiem. To nie ja... To nie był mój głos.
       - Kim jest dla pani mała Gruber?
       - Nie wiem... Nikim... Ja...
       - Kto  zamordował  dzieciaki na działkach? - Nejman mówił cicho,  nie
  krzyczał,  ale mięśnie na szczękach drgały mu wyraźnie i miarowo. - Kto to
  był?  Dlaczego  jest  poza  moim  zasięgiem? Dlatego, że jest nienormalny,
  prawda?  Jeżeli  go złapię, nie pójdzie do pudła, ale do szpitala, takiego
  jak ten? A może właśnie do tego? A może już tu był? Co? Pani doktor?
       - Nie  wiem!  -  Iza uniosła pięści w  mimowolnym geście. - Nie wiem,
  mówię panu! To nie ja dzwoniłam! Nie ja!
       Nejman i aspirant Zdyb milczeli.
       - Ja wiem, co pan myśli - powiedziała wolno Iza.
       - Wątpię.
       - Pan  myśli...  Że  jak  w tym dowcipie... że my tym się  różnimy od
  pacjentów, że chodzimy na noc do domu.
       - Brawo - powiedział Nejman bez uśmiechu. - A teraz słucham.
       - Ja... niczego nie wiem. Ja nie telefonowałam...
       - Pani  doktor  -  powiedział  Nejman spokojnie i przymilnie,  jak do
  dziecka.  - W porządku, ja wiem, że taśma magnetofonowa to wątlutki dowód.
  Że  może  pani  zaprzeczyć. Może pani, na ogólnie przyjętej fali, oskarżyć
  nas  nawet  o  manipulację,  o  fabrykowanie  dowodów, o co pani chce. Ale
  jeżeli  faktycznie  chodzi  pani  na  noc  do domu zasłużenie, a nie tylko
  dzięki  czyjemuś  błędowi  w  diagnozie, to orientuje się pani, jakie będą
  skutki,  gdy  sprawa  się  wyda.  A sprawa wyda się prześlicznie. Musi się
  wydać,  bo  tak się składa, że zamordowani chłopcy mają ważnych rodziców i
  żadna  siła  nie  wstrzyma  śledztwa,  wręcz  przeciwnie. Wie pani, co się
  wówczas stanie.
       - Nie rozumiem, o co panu chodzi.
       - To  ja  pani  powiem. Pani myśli,  że jeżeli maniak z ogródków jest
  pani  krewnym  lub  kimś  bliskim, to nie będzie pani odpowiadać karnie za
  krycie  go.  Może.  Ale  oprócz odpowiedzialności karnej jest jeszcze inna
  odpowiedzialność.  Jeżeli  okaże się, że kryła pani homicydalnego maniaka,
  to  w  tym  szpitalu, a i w innych szpitalach tej branży na całym świecie,
  będzie  pani  skończona.  Uratować  może  panią  jedynie  zdrowy rozsądek.
  Czekam, aż go pani przejawi.
       - Pan...  Powtarzam,  że  nie  wiem,  o  co w tym wszystkim  chodzi -
  opuściła  głowę  Iza.  - To nie był mój głos, słyszy pan? Podobny, ale nie
  mój.  To  nie  był  mój  sposób  wyrażania się. Ja tak nie mówię. Może pan
  spytać, kogo pan chce!
       - Pytałem - powiedział Nejman. - Mnóstwo osób panią rozpoznało.  Wiem
  też,  z jakiego aparatu dzwoniono. Niech się pani poważnie zastanowi, pani
  Izo.   Proszę   przestać   kierować  się  emocjami.  Mamy  do  czynienia z
  morderstwem,  z  bestialskim  mordem popełnionym na ludziach. Na ludziach,
  rozumie pani? Pojmuje pani, że tego nie można usprawiedliwić niczym, a już
  na  pewno  nie  troską  o  dobro zwierzątek. Ta zbrodnia to typowy przejaw
  reakcji  paranoika, maniaka. Pomścił kota, zabił dzieci, które go męczyły.
  A  jutro  zamorduje  kogoś,  kto  bije  psa. Pojutrze zakatrupi panią, gdy
  rozdepcze pani szczypawkę na chodniku.
       - O co panu chodzi?
       - Twierdzę, że świetnie pani wie, o co mi chodzi. Bo pani wie, kto to
  zrobił  i dlaczego to zrobił. Bo pani go leczyła, albo nadal leczy, i wie,
  na   czym   polega,  przepraszam,  zajob  pani  pacjenta.  To  jest  ktoś,
  przepraszam, szurnięty na punkcie dobroci dla zwierząt.
       - Panie  Nejman - powiedziała Iza, dygocąc,  nie panując nad drżeniem
  rąk  i uciskiem w mostku. - To pan jest szurnięty. Przepraszam. Niech mnie
  pan aresztuje. Albo niech mnie pan zostawi w spokoju.
       Nejman wstał, aspirant Zdyb wstał również.
       - Szkoda  -  powiedział komisarz. - Szkoda, pani Izo.  Gdyby pani się
  jednak zdecydowała, proszę do mnie zatelefonować.
       - Nie  mam  na co się decydować - powiedziała Iza. - I nie  znam pana
  numeru.
       - Ach  tak  - Nejman pokręcił głową,  patrząc jej w oczy. - Rozumiem.
  Szkoda. Do widzenia, pani Izo.


       C h ę c l e w s k i

       - Panie Chęclewski - powiedział komisarz policji  Nejman. - Myślałem,
  że mam do czynienia z poważnym człowiekiem...
       - Ej! - adwokat uniósł rękę w ostrzegawczym geście. - Uważaj pan. Nie
  jesteśmy w komisariacie. O co panu chodzi, do cholery?
       - Widzi  pan  -  powiedział aspirant Zdyb,  nie kryjąc złości. - Tyle
  było  dowcipów  o  milicjantach,  a  tak  mało o mecenasach. A wygląda, że
  niesłusznie.
       - Jeszcze  słowo,  a  wyrzucę  was  obu  za drzwi - powiedział  wolno
  Chęclewski.  -  Co  to  za  gadka?  Na  co  wy  sobie  pozwalacie, panowie
  milicjanci?
       - Policjanci, jeśli łaska.
       - Policjanci od siedmiu boleści.  Zabójca mojego syna chodzi sobie na
  swobodzie,  a wy tutaj przychodzicie wygadywać brednie. No, jazda, kawę na
  ławę. Mój czas to są pieniądze, panowie.
       - Pan  za  dużo gada - rzekł Nejman. - Jak się pan zapamięta,  to nie
  może  przerwać.  Gada pan do nas, a co gorsza, także do innych. I przez to
  rypła się cała sprawa, panie mecenasie.
       - Co się rypło? Jaśniej, panowie.
       - Nazwisko Przemęcka mówi panu coś? Doktor Przemęcka, z wariatkowa.
       - Nie mam znajomości u czubków. Co to za jedna?
       - Ta  jedna wie o wszystkim, cośmy zaplanowali. Nie od nas.  Wychodzi
  na to, że wie od pana. A jeśli tak jest, to nie ona jedyna.
       - Bzdura,  czyli  bullshit  - wyprostował  się Chęclewski. - O planie
  wiem  wyłącznie  ja  i  wy  obaj.  Ja  nie  mówiłem  o  tym  nikomu. To wy
  jęczeliście  i  stękaliście,  że  nie  możecie  niczego  zrobić bez wiedzy
  przełożonych.  A więc poinformowaliście przełożonych, a przełożeni zapewne
  poinformowali pół miasta, w tym i doktor Przesmęcką, czy jak jej tam. Quod
  erat  demonstrandum, czyli co było do okazania. Szkoda, panowie. I pan się
  pomylił, panie Zdyb. W dowcipach o milicjantach jest jednak sporo prawdy.
       - Nie  mówiliśmy o niczym nikomu - poczerwieniał  aspirant. - Nikomu,
  słyszysz pan? Ani przełożonym, ani żonom. Nikomu.
       - Dobra,  dobra.  Cudów nie ma. Chyba, że...  Ta doktor z wariatkowa,
  jak  mówicie, mogła was po prostu podpuścić. Blefować. Co wam powiedziała?
  Kiedy? Przy jakiej okazji?
       - Niech pan sam posłucha. Daj magnetofon, Andrzej.
       Siedzieli,  paląc  papierosa  za papierosem. Nejman obserwował, jak w
  domu  naprzeciwko  łysy  facet z pomocą kilku koleżków montuje na balkonie
  wielką  michę,  wyglądającą,  wypisz  wymaluj,  jak  antena satelitarna. Z
  sąsiedniego  balkonu, na którym stał jaskrawo pomalowany koń na biegunach,
  przepełzła  do  monterów  łaciata  świnka  morska.  Łysy,  nie  puszczając
  michy,  kopnął ją. Świnka spadła z balkonu. Nejman nie wstał, by zobaczyć,
  co się z nią stało. To było ósme piętro.
       - Taaak  - powiedział adwokat, wysłuchawszy  nagrania do końca. - Czy
  ona ma aby wszystkich w domu, ta lekarka? Znacie ten dowcip...
       - Znamy - powiedział aspirant Zdyb.
       - Zasłona.  Jaka  zasłona?  I ten... wehal, czy jak...  Bełkot jakiś.
  Ta doktorka... Przesmycka?
       - Przemęcka.
       - Znacie ją? Sprawdzaliście, co to za jedna?
       - Sprawdzaliśmy. Młoda, bez dużej praktyki klinicznej, mało kontaktów
  z  pacjentami.  Zajmuje  się jakimiś badaniami. To skomplikowane, cholera,
  chodzi o fale mózgowe, neurony, zapomniałem.
       - Szalona pani doktor Frankenstein - wykrzywił  się adwokat. - Wiecie
  co? Ja bym się całą sprawą nie przejmował.
       - A  ja  odwrotnie  -  powiedział  Nejman.  - Więcej powiem,  już się
  zacząłem  przejmować.  Panie  Chęclewski, u nas się jeszcze nie skończyło,
  czystka  trwa.  Komuś  może  cholernie  zależeć,  żeby  mnie udupić. Lekko
  pieprznięta lekarka to taki sam instrument prowokacji, jak każdy inny, ani
  lepszy, ani gorszy. Ja to mam przerobione.
       - Pan jesteś egocentryk, panie Andrzeju - rzekł  Chęclewski. - Pańska
  osoba w tej sprawie jest, wybaczy pan, mało ważna.
       - Oby - uśmiechnął się komisarz. - Wcale bym się nie zmartwił.  Ale i
  pan,  drogi panie Chęclewski, chyba się mylił. Po telefonie od pani doktor
  głowę  bym sobie dał urwać, że pańskiego syna zabił przypadkowy szaleniec.
  To  nie była żadna zemsta. Niezależnie kogo i dlaczego bronił pan w stanie
  wojennym  i  ilu sekretarzom zrobił pan koło pióra po. Piasecki to pan nie
  jest. Wybaczy pan.
       - Konkluzja? - adwokat poczerwieniał lekko.
       - Prosta  jak  drut.  Jeżeli to jest szaleniec,  to z punktu widzenia
  prawa jest to człowiek chory. Chory, rozumie pan, mecenasie?
       - Jak  słyszę  coś  takiego  -  wybuchnął  Chęclewski  -  to  mi zęby
  trzeszczą! Chory, skurwysyn! On mojego Maćka... Chory!
       - Ja pana rozumiem. Mnie też trzęsie.  Ale nic nie da się zrobić i to
  wyraźnie  powiedziała  ta lekarka. Załóżmy, że blefowała, że nie wie nic o
  naszym  planie. Ale mogła się domyślić, więc ostrzegła mnie. Wyraźnie mnie
  ostrzegła.
       - Pan się w jej bełkocie doszukał ostrzeżenia? Przed czym?
       - Niech  się pan nie zgrywa. Ostrzegła mnie,  żebym nie próbował ująć
  tego  wariata  w  charakterze  zimnego  mięsa. Mogę go aresztować używając
  łagodnej perswazji, związać w kaftan i oddać specjalistom. Na kurację.
       - Strach  pana obleciał, panie Andrzeju,  i dlatego nieprawidłowo pan
  rozumuje  -  adwokat  splótł  dłonie.  - Ja też słuchałem tego nagrania. I
  zupełnie  co  innego miało w nim kardynalne znaczenie. Niech pan posłucha.
  Zabawimy   się.  Ja  będę  panem,  a  pan  pańskim  pułkownikiem  czy  tam
  inspektorem  policji, tak to się teraz nazywa, jeśli się nie mylę. Słuchaj
  pan,  panie  inspektorze  policji. Przeanalizowałem dziwną rozmowę z panią
  doktor  Iks.  Uderzyło  mnie,  że  kilkakrotnie  używała  słów,  z których
  wynikało,  że podejrzany furiat jest straszliwie niebezpieczny. Utkwiło to
  w mojej podświadomości tak głęboko, że kiedy doszło do konfrontacji, nerwy
  mi  puściły.  Widząc,  że atakuje mnie z niebezpiecznym narzędziem, użyłem
  broni  służbowej,  nie  przekraczając  granic obrony koniecznej. Co? Dobre
  było, panie inspektorze. Dobre tłumaczenie?
       - W  dupę  niech  pan  sobie  wsadzi  takie  tłumaczenie - powiedział
  spokojnie  Nejman.  - Tak powiedziałby, oczywiście, mój inspektor do mnie.
  Panie  mecenasie,  pan dobrze wie, co oznacza obrona konieczna w przypadku
  uzbrojonego  policjanta,  który w dodatku wie, że ma do czynienia z kimś o
  ograniczonej poczytalności. To nie jest Ameryka. Nie mam zamiaru trafić do
  kryminału.
       Adwokat zamyślił się, milczał przez dłuższą chwilę.
       - No,  dobrze - powiedział wreszcie. -  Może faktycznie ma pan rację,
  panie Nejman. Co więc robimy?
       - Rozwiązujemy umowę.
       - No,  tu  idzie  już  pan nieco za daleko,  nie uważa pan? Rozumiem,
  strzelanie  nie  wchodzi  w  grę ani żaden inny poważny wypadek. Ale facet
  może  stawiać opór. Uciekać. Może się potknąć i zdrowo potłuc. Słyszałem o
  takich  wypadkach,  nasłuchałem  się  o  nich od moich klientów. A propos,
  wiecie, panowie, że kilku moich klientów jest obecnie w Warszawie?
       - I co z tego?
       - Bardzo wiele z tego. Moja propozycja jest taka: utrzymujemy umowę w
  mocy. Proponuję korzystne warunki. Za umożliwienie mi osobistego udziału w
  akcji, za satysfakcję dotknięcia ręką i nogą mordercy mojego syna daję wam
  poparcie  z bardzo wysoka na wypadek dalszych czystek w policji, względnie
  jakichś  nieprzewidzianych  komplikacji w naszym planie. Moi przyjaciele z
  Warszawy,  jeśli będzie trzeba, uciszą też panią Przemęcką od czubków, nie
  bójcie  się.  No,  a  do  tego,  jak  się  umówiliśmy,  dochodzi konkretna
  gratyfikacja finansowa dla was dwóch.
       - Trzech - powiedział aspirant Zdyb.
       - Jak  to,  do diabła? - zdenerwował się Chęclewski. - Trzech? Trzech
  to wielka gromada ludzi, imię ich jest legion, kurwa. Po co trzeci?
       - Dla  uwiarygodnienia  raportu.  Tak  się  u nas zawsze robi. Trójka
  murarska.  Panie  mecenasie,  pan jest od koncepcji, my od techniki. Znamy
  się na tym.
       - Pewny chociaż ten trzeci?
       - Sto procent, czyli hundred per cent.
       - Niech  więc  będzie - skrzywił się adwokat. - No? Panie Nejman, mam
  nadzieję, że jest pan przekonany.
       - Nie do końca - powiedział komisarz. - Tolek? Wydaje ci się...
       - Powinno  być  dobrze  - rzekł  aspirant.  - Jedna rzecz mnie trochę
  niepokoi.  Czy  nie  za szybko zakładamy, że to jest chory psychicznie. To
  może   być   taki  zielony,  greenpeace,  rozumiecie?  Miłośnik  zwierząt.
  Zobaczył,  że  dzieciaki  męczą  kota,  i  odbiło  mu. Czytałem o podobnym
  przypadku,  w  "Przekroju"  chyba. Facetowi oślepili psa czy kota, już nie
  pamiętam.  Jak  o  tym  czytałem,  to  czułem,  że  w  pisaniu o tym facet
  wyładował  swoją  wściekłość,  żal, chęć zemsty. Inny mógłby wyładować się
  inaczej. Wziąłby nóż, siekierę, sztachetę i zemścił się za swojego psa.
       - To  na  jedno  wychodzi - powiedział Chęclewski. - Kto tak reaguje,
  ten jest stuknięty. Quod erat demonstrandum.
       - To  wcale  nie na jedno wychodzi - podchwycił myśl Nejman. - Szajba
  na  punkcie  zwierzaków  może  się nie zakwalifikować u psychiatrów. Z ich
  punktu  widzenia  facet  będzie całkowicie normalny i będą go słuchać, gdy
  opowie, w jaki sposób go capnęliśmy i cośmy mu wtedy zrobili.
       - Widziałem  w  swojej karierze wielu opowiadających, co wydarzyło im
  się  na  milicji  - powiedział  adwokat, uśmiechając się krzywo. - Ale nie
  przypominam sobie żadnego, któremu by formalnie dano wiarę. A jeżeli nawet
  opowie,  w jaki sposób go ujęliście, to co? Myślicie, że ktoś się przejmie
  głupim kotem?
       - Może  i  nie  - powiedział Zdyb. - A co się stanie, jeśli tego kota
  usłyszy ktoś całkiem ni pri czom? I przyleci zobaczyć, co się dzieje?
       - Żartujesz,  Tolek  - Nejman  wzruszył  ramionami.  - Tym to bym się
  akurat nie przejmował. Kogo może obchodzić kot?
       - A   propos   kota   - powiedział   Chęclewski.  -  Trzeba  jakiegoś
  zorganizować.
       - Z  tym  nie powinno być kłopotu - rzekł Nejman. - Kotów jest pełno.
  Dzieciaki mojej sąsiadki, na ten przykład, mają kota. Powinien się nadać.


       I z a

       Iza  leżała  spokojnie,  jak gdyby bała się, że najlżejsze poruszenie
  może spłoszyć ten oddalający się, nieuchwytny sygnał, bałamutną i kłamliwą
  zapowiedź  nieziszczalnego  orgazmu. Przytulony do niej mężczyzna oddychał
  równo,  miarowo,  najwyraźniej  zapadł  już  w  drzemkę. Buczał autoalarm,
  daleko i cicho.
       - Heniu - odezwała się.
       Mężczyzna  drgnął,  wyrwany  z  półsnu,  zbliżył twarz do jej nagiego
  ramienia.
       - Co, Izunia?
       - Niedobrze jest ze mną, Heniu.
       - Znowu?  - przestraszył  się  mężczyzna.  - Cholera,  powinnaś jakoś
  podregulować ten twój cykl, Iza.
       - To nie to.
       Mężczyzna odczekał chwilę. Iza nie kontynuowała.
       - Więc co? - spytał wreszcie.
       - Heniu... Objawem czego są okresy niepamięci?
       - Dlaczego pytasz? Masz takowe?
       - Ostatnio  często.  Dość  długie.  Poza  tym  halucynacje.  Urojenia
  słuchowe. Omamy.
       Mężczyzna spojrzał dyskretnie na zegarek.
       - Heniu.
       - Słyszałem   - mruknął,   lekko  zniecierpliwiony.  - I  co?  Jesteś
  specjalistką.   Jaka   jest  twoja  diagnoza?  Anaemia  cerebri?  Początki
  schizofrenii?  Astrocytoma  na  płacie  czołowym?  Inne  gówno  uciskające
  śródmózgowie?  Iza,  każdy  psychiatra  odnajduje  u  siebie różne podobne
  objawy,  to  po  prostu skrzywienie zawodowe. Muszę ci mówić, jak niewiele
  wiemy  o  mózgu,  o  zachodzących  tam  procesach? Moim zdaniem, jesteś po
  prostu  przepracowana.  Nie  powinnaś spędzać tylu godzin z twoimi kotami,
  przy   tej   aparaturze.   Wiesz   przecież,  jak  szkodliwa  jest  wysoka
  częstotliwość,  pola,  promieniowanie ekranów. Zostaw to wszystko na jakiś
  czas, weź urlop. Odpocznij.
       Iza  uniosła  się  na  łokciu. Mężczyzna, leżąc na wznak, głaskał jej
  piersi, automatycznym, wyuczonym ruchem, którego nie lubiła.
       - Heniu.
       - Hę?
       - Chciałabym, abyś mnie zbadał. Na EEG albo izotopem.
       - Mogę, czemu nie. Ale...
       - Proszę cię.
       - Dobrze.
       Milczeli.
       - Heniu.
       - Tak?
       - Elżbieta Gruber. Leczysz ją. Co z nią naprawdę jest?
       - Interesuje  cię  to?  Prawda,  słyszałem. To dość dziwny przypadek,
  Iza.  Przywieźli  ją  w  szoku,  z  objawami  typowymi  dla wylewu. Prawie
  natychmiast  przeszła  w  stan  komatyczny,  który  nie  łagodnieje  i nie
  ustępuje.  Skłaniam  się  ku poglądowi, że na szok nałożył się u niej stan
  zapalny w dnie komory trzeciej lub w wodociągu Sylwiusza.
       - Encephalitis lethargica?
       - Aha. Dlaczego pytasz?
       Iza odwróciła głowę. Zza okna, mieszając się z następnym rozpaczliwym
  buczeniem autoalarmu, rozbrzmiał skowyt psa, urywany, coraz głośniejszy.
       - Nogi  bym  takiemu  powyrywał  - odezwał  się  mężczyzna, patrząc w
  stronę  okna.  - Ma  problemy  w  pracy  albo  w domu, a wyładowuje się na
  zwierzęciu, bydlak.
       - Veehal rozdziera Zasłonę - powiedziała wolno Iza.
       - Co?
       - Veehal.  Głos  katowanego zwierzęcia. Głos rozpaczy, strachu, bólu,
  odbierający zmysły.
       - Iza?
       - Krzyk,   który  nie  jest  krzykiem  - Iza  mówiła  coraz  głośniej
  - Veehal.  Veehal  rozdziera  Zasłonę.  Tak  mówiła...  Ela Gruber. Ona to
  widziała.
       - Podobno...  - zająknął  się  mężczyzna.  - Iza!  Ona  nie  mogła...
  Dziewczynka jest w śpiączce! O czym ty mówisz?
       - Ona mówi do mnie. Mówi i każe mi robić różne rzeczy.
       - Iza,  naprawdę  powinnaś  wziąć  urlop - mężczyzna spojrzał na nią,
  westchnął.  - Ale  przedtem  przyjdź  do mnie, zbadam cię. To ten cholerny
  stres,  ta  parszywa  robota,  wszystko w tym kraju. Nie można się tak tym
  przejmować, Iza.
       - Heniu  - Iza  usiadła  na łóżku. - Czy nie rozumiesz, o czym mówię?
  Ela Gruber mówi do mnie. Słyszę ją. Ona widziała...
       - Wiem,  co  ona  widziała. To zapewne było przyczyną szoku i wylewu.
  Była świadkiem morderstwa na działkach.
       - Nie.
       - Jak to?
       - To  było  później.  Ona  tego  już  nie widziała. Widziała... deskę
  położoną na głowie kota, zakopanego po szyję w ziemi. Nogi depczące po tej
  desce. Oczy... Dwie kuleczki...
       - Jezus Maria! Iza? Skąd ty o tym... Od kogo?
       - Powie... dzieli mi...
       - Kto?
       - Muzy... kanci...
       - Kto?
       Iza,  opuściwszy  głowę  na  podkurczone  kolana,  zatrzęsła  się  od
  płaczu.
       Mężczyzna  milczał.  Myślał  o  tym,  jak  nieodporne  są kobiety, do
  jakiego  stopnia  ich  babskie emocje rządzą nimi, przeszkadzają pracować,
  przeszkadzają  cieszyć  się  życiem. O tym, że ogromnym nieszczęściem jest
  feminizacja pewnych zawodów, absolutnie nieodpowiednich dla kobiet. Z Izą,
  myślał,  naprawdę jest niedobrze. Niepokoił się. Przez chwilę. A po chwili
  górę  wziął  poważniejszy niepokój - co powiedzieć żonie, gdy wróci od Izy
  do domu. W tym miesiącu wykorzystał już wszystkie dobre tłumaczenia.
       Pomyślał,   że   koniecznie   musi   zbadać   Izę,  zrobić  jej  EEG,
  przeprowadzić  testy.  Mógłby  to  zrobić  nawet  we  wtorek,  ale obiecał
  koledze,  że  we  wtorek wpadnie do niego na działkę, by pomóc truć krety.
  Cholera, pomyślał, zapomniałem dzisiaj wziąć strychninę ze szpitala.
       - Weź urlop, Iza - powiedział.


       B ł ę k i t n y  p o k ó j

       - Marylko!   - zawołała   Iza,   patrząc  na  pusty,  pokryty  białym
  prześcieradłem  i  ceratą  stół, na porozrzucane przewody, igły, czujniki,
  skórzane paski i sprzączki.
       - Marylko!
       - Jestem, pani doktor.
       - Gdzie jest moja kotka?
       - Kotka? - zdziwiła się laborantka.
       - Kotka   - powtórzyła  Iza.  - Ta  pręgowana.  Ta,  której  ostatnio
  używałam. Co się z nią stało?
       - Jak to? Przecież pani sama...
       - Co, ja?
       - Pani  kazała  mi ją przenieść... O, tu stoi klateczka. Potem kazała
  mi pani przynieść mleka. Jak przyniosłam, pani nakarmiła tego kota...
       - Ja?
       - Tak,  pani  doktor.  A potem otworzyła pani okno. Nie pamięta pani?
  Kot  wskoczył na parapet. Nawet powiedziałam wtedy, że on pani ucieknie. I
  kot uciekł. A pani...
       - Co, ja? - Iza słyszała muzykę. Potarła twarz dłonią.
       - Pani zaczęła się śmiać...
       Muszę, pomyślała Iza, muszę iść do Eli Gruber.
       Dlaczego? Po co?
       Muszę iść do Eli Gruber.
       Dlaczego?
       Ela Gruber mnie wzywa.


       D e b b e

       Debbe  biegła,  to  szybciutko  drobiąc  łapkami, to wyprężając się w
  długich  susach.  Wiedziała, dokąd biec. Daleka muzyka, odległy zew cichej
  melodii nieomylnie wskazywały jej drogę.
       Dobiegła   do   skraju   krzewów,  za  którymi,  niczym  powierzchnia
  zatrutej  rzeki,  połyskiwał  asfalt.  Po  nim, dudniąc i sycząc jak smok,
  przemknął, kołysząc się, wielki, ociężały autobus.
       Muszę  się  z  nią  pożegnać,  pomyślała  Debbe.  Zanim odejdę, muszę
  jeszcze  się z nią pożegnać. I ostrzec. Po raz ostatni. Ciekawe, gdzie też
  może być Brema?
       Skoczyła.
       Nadjeżdżający  samochód  omiótł  ją  światłami. Na sekundę dostrzegła
  czerwoną,  tłustą gębę człowieka, dodającego gazu i raptownie skręcającego
  kierownicę.  Samochód  runął  w  jej  kierunku,  czuła,  jak  maszyna drga
  wściekłością,  zdecydowaniem  i żądzą mordu. Uskoczyła w ostatniej chwili,
  podmuch musnął jej futerko.
       Pobiegła wzdłuż żywopłotu, mały, pręgowany cień.


       L o c u s  t e r r i b i l i s

       Koty  były  wszędzie  dookoła  - nieruchome,  z  uniesionymi głowami,
  patrzyły,  nasłuchiwały.  Odwracały głowy za przechodzącą Debbe, witały ją
  miauknięciami,  pełnymi szacunku zmrużeniami oczu. Żaden nie poruszył się,
  nie  podszedł.  Znak Pająka Pogońca na czole kotki płonął w mroku widmowym
  światłem.
       Czuła,  że to miejsce jest dziwne, niebezpieczne. Wyczuwała opuszkami
  łapek  pulsowanie ziemi, słyszała nierealne szepczące głosy. Przez chwilę,
  za  zasłoną  z  rozdygotanej  mgły, widziała... ogień i krzyże, odwrócone,
  zatknięte...
       Debbe zamruczała w takt melodii. Obrazy znikły.
       Z  daleka  zobaczyła  czarny kształt - resztki pieca zarytego w ziemi
  niczym  wypalony  wrak  czołgu  na  polu  bitwy. Obok pieca, ciemne na tle
  nieba, trzy niewielkie sylwetki. Podeszła bliżej.
       Czarny pies z krzywą, zgiętą łapą.
       Szary szczur z długim wąsatym pyszczkiem.
       I mały rudawy chomik.
       Muzykanci.


       Ż ó ł t y  p o k ó j

       - ...uciekł  rozbójnik,  co  sił w nogach - czytała monotonnie babcia
  - i  zdał  sprawę  hersztowi.  To  na  nic,  straciliśmy  naszą  siedzibę,
  powiedział.  W domu siedzi straszliwa czarownica, która naparskała na mnie
  i podrapała mi twarz pazurami. Przy drzwiach czai się człowiek uzbrojony w
  nóż.  Na podwórzu ma legowisko czarny potwór, ten uderzył mnie pałką. A na
  dachu siedział sędzia, który krzyknął: "Dajcie łotra tu!"
       Chłopiec  zaśmiał się srebrnym głosikiem. Venerdina, leżąca na łóżku,
  zwinęła się w kłębek, zastrzygła uchem.
       - I co dalej? Czytaj, babciu!
       - I  to koniec bajki. Rozbójnicy uciekli i nigdy nie wrócili, a pies,
  kot, osioł i kogut zamieszkali w leśnym domku i żyli długo i szczęśliwie.
       - I nie poszli tam... no, tam, dokąd się wybierali?
       - Do Bremy? Nie. Chyba nie. Zostali w domku i tam sobie żyli.
       - Aha  - chłopiec  zamyślił się, gryząc palec. - Szkoda. Przecież tam
  właśnie powinni iść. To pies wymyślił, kiedy go wygnali, bo już był stary.
  To bardzo brzydko. Ja nigdy nie pozwolę wygnać naszej Mruczki, choćby była
  nie wiem jak stara.
       Venerdina    uniosła    głowę   i   popatrzyła   na   malca   żółtym,
  nieodgadnionym spojrzeniem.
       - Śpij, Mariuszku. Już późno.
       - Tak  - rzekł  sennie  chłopczyk. - Nawet gdy będzie bardzo stara. U
  nas  i  tak  nie  ma  myszy. A oni powinni pójść do tej Bremy. Oni wszyscy
  byli... Nie zabieraj Mruczki, babciu. Niech śpi ze mną.
       - Nie powinno się spać z kotem...
       - A ja chcę.


       E l a  G r u b e r

       Iza  poderwała głowę, budząc się, przeciągnęła ręką po prześcieradle.
  Za  oknem była ciemność. Siedziała na łóżku, a dotyk prześcieradła poraził
  ją obcością, brutalnie szczerą pewnością, że...
       Nie powinna być tutaj.
       - Słyszysz mnie? - powiedziała dziewczynka leżąca na łóżku.
       Iza  kiwnęła  głową,  potwierdzając  to,  co  było  niemożliwe.  Oczy
  dziewczynki były szkliste i puste, po brodzie ciekła jej wąziutka, lśniąca
  strużka śliny.
       - Słyszysz?  - powtórzyła dziewczynka, sepleniąc z lekka, niezgrabnie
  poruszając skrzywionymi wargami zlepionymi białawym nalotem.
       - Tak - powiedziała Iza.
       - To dobrze. Chciałam się z tobą pożegnać.
       - Tak - szepnęła Iza. - Ale to przecież...
       - Niemożliwe? To chciałaś powiedzieć? Nie szkodzi. Nie udało nam się,
  dużo  nam się nie udało, jasnowłosa. Chcę się z tobą pożegnać. Może cię to
  zdziwi,  ale...  polubiłam  dotyk  twojej  dłoni.  Posłuchaj mnie uważnie.
  Jeżeli  dzisiejszej nocy zabrzmi veehal, Zasłona pęknie. Nie wiem, czy uda
  nam  się  powstrzymać...  tamtych. Dlatego musisz uciekać. Co masz zrobić,
  powtórz.
       - Nie wiem - jęknęła Iza.
       - Masz  uciekać!  - krzyknęła  Ela  Gruber,  szarpiąc  nagle głową po
  poduszce.  - Uciekać,  jak  najdalej  od  Zasłony!  Nie staraj się niczego
  zrozumieć  i wierz w to, co widzisz! Wyda ci się, że majaczysz, że to sen,
  koszmar, a to będzie rzeczywistość! Pojmujesz?
       - Nie... Nie pojmuję. Ja... zwariowałam, tak?
       Dziewczynka milczała, wpatrzona w sufit maleńkimi jak ukłucia szpilki
  punkcikami źrenic.
       - Tak   - powiedziała.  - Wszyscyście  zwariowali.  Już  dawno  temu.
  Jeszcze  jedno  szaleństwo,  maleńkie  ziarenko  na szczycie ogromnej góry
  szaleństw.  Ten  ostatni  veehal,  którego nie miało być. Kto wie, może to
  dzisiaj? Słuchasz mnie?
       - Słucham  - powiedziała  Iza,  zupełnie  spokojnie.  - Ale ja jestem
  psychiatrą.  Doskonale  wiem,  że  ty  nie  możesz do mnie mówić. Jesteś w
  śpiączce,  w  komatozie.  To nie ty. Głos, który słyszę, emituje mój chory
  mózg. To halucynacja.
       - Halucynacja - powtórzyła dziewczynka, uśmiechając się.
       To   przykurcz   mięśni   twarzy,   wyłącznie  przykurcz  powylewowy,
  pomyślała  Iza,  w  tym  nie  ma  niczego  upiornego.  Niczego  upiornego,
  pomyślała, czując, jak jeżą się jej włosy na karku.
       - Halucynacja,  mówisz  - ciągnęła  Ela  Gruber. - Czyli coś, czego w
  istocie nie ma. Fałszywy obraz. Czy tak?
       - Tak.
       - Można to słyszeć. Można to widzieć. Ale tego nie ma. Czy tak?
       - Tak.
       - Jak  my  bardzo  się  różnimy, ty i ja. Podobno mój mózg jest mniej
  rozwinięty  od  twojego, ale ja, dla przykładu, wiem, że to, co widzę i co
  słyszę,  jest.  Istnieje.  Gdyby nie istniało, jak można by to zobaczyć? A
  jeżeli  istnieje  i ma szpony, kły, żądło, to trzeba przed tym uciekać, bo
  może cię okaleczyć, zmiażdżyć, rozszarpać. Dlatego właśnie musisz uciekać,
  jasnowłosa.   Przez   przedartą  Zasłonę  przejdą  halucynacje.  To  dobre
  określenie na coś, co nie ma własnej postaci, ale zyskuje ją w mózgu tego,
  kto  na  to  patrzy.  O  ile  ten  mózg  wytrzyma taką próbę. A mało który
  wytrzyma. Ostatni raz mówię: żegnaj, jasnowłosa.
       Głowa  Eli  Gruber  obróciła się bezwładnie w bok, spoglądając na Izę
  martwym, szklanym okiem.


       K o t

       - Dobra, już. Teraz - szepnął Chęclewski.
       Nejman  spojrzał  na  zegarek.  Była  dziewiąta dwadzieścia trzy. Gdy
  patrzył,  ostatnia  cyferka zatańczyła jak kościotrup w animowanym filmie,
  stając  się  czwórką.  Po  torach,  za  ogródkiem, w głębokim, obrośniętym
  jarzębiną wykopie łoskotał i dudnił pociąg.
       - Na co czekamy, cholera? - denerwował się adwokat.
       Nejman  wyciągnął  z plastikowego worka gruby tłumok okręcony kilkoma
  ręcznikami  i  jutowym  sznurkiem. Z zawiniątka wystawał biało-czarny koci
  łeb, z drugiej strony - ogon i tylne łapki zwierzątka.
       Nejman  wydobył  z kieszeni kurtki kombinerki izolowane pomarańczowym
  plastikiem.
       Dalej, za altankami, Zdyb, przyczajony obok Wendy, ciężko bulgocącego
  przez zakatarzony nos, wzdrygnął się na odgłos, który dobiegł go od strony
  ogródków.
       - Jezu - smarknął Wenda. - Ale to go musi boleć...
       Na Dołach koty przypadły do ziemi, szczerząc białe kły, płasko kładąc
  uszy.
       Muzykanci, cała czwórka, byli gotowi.


       Z d y b

       Dudnienie  pociągu  ścichło,  echem toczyło się jeszcze po betonowych
  ścianach  bloków.  I  wtedy  potworny  wrzask od strony ogródków powtórzył
  się, eksplodował jak granat, wzbił się nieprawdopodobnie wysoko, falujący,
  rozedrgany, straszny.
       - Matko Boska! - krzyknął Wenda. - Tolek! To nie kot!
       Zdyb  zerwał  się,  rozpinając  kurtkę, wyszarpnął pistolet z kabury.
  Ryk  - bo  to  był  już  ryk,  nie  wrzask,  urwał się, pękł, wibrując jak
  przecięty   nożycami  stalowy  drut.  Zdyb  biegł.  Przeskoczył  żywopłot,
  przedarł  się  przez  krzaki  agrestu. W tym momencie noc rozszarpał drugi
  wrzask, jeszcze potworniejszy od poprzedniego, krótki, urwany.
       - Andrzeeeeej!!! - ryknął aspirant.
       Rwąc  przez pomidorowe tyczki, zderzył się z pełną wody beczką, odbił
  się od niej jak od muru, potknął się, upadł, zerwał się, poślizgnął, upadł
  ponownie, podpierając się odruchowo, wtłoczył lufę P-83 w mokrą ziemię. Za
  sobą  słyszał  przekleństwa Wendy, który utknął na elastycznej przegrodzie
  drucianej siatki.
       - Andrzeeeej!!!
       Potknął się znowu. Zobaczył, o co. I wtedy zaczął krzyczeć.
       Nejman nie miał głowy.
       Coś  uderzyło  go  w  pierś.  Zdyb, klęcząc, zadławił się i wrzasnął,
  wrzasnął  do bólu, tak że własny wrzask zakołatał mu w uszach. Gwałtownym,
  nie   skoordynowanym   ruchem  odtrącił  od  siebie  rękę  w  skrwawionym,
  popelinowym  rękawie,  z którego sterczała oślizgła, gładka, biała nawet w
  mroku kość.
       Na  trawniku,  na  tle  wyraźnej,  rzadkiej palisady słoneczników coś
  siedziało.  Coś, co było wielkie. Wielkie jak ciężarówka. Granatowe niebo,
  podczerwienione   dalekim   neonem,  rozświetlało  się  lekko  za  plecami
  siedzącego  na  trawie  ogromu  - wyglądało  tak, jak gdyby to ogromne coś
  przedarło  się  przez  niebo  i  noc, zostawiając za sobą dziurę i choinkę
  pęknięć.
       Kolejny  pociąg,  wpadając  na  przejazd  kolejowy,  smagnął  zarośla
  jaskrawym batem światła. Zdyb otworzył usta i zachrypiał.
       Przykucnięty na trawniku garbaty stwór o ogromnym, pokrytym naroślami
  brzuszysku, olbrzymich uszach i wydłużonym, najeżonym zębami pysku, uniósł
  ciało  Chęclewskiego  w  sękatych  łapach.  Reflektory pociągu zakotłowały
  ogródki tysiącem ruchliwych cieni. Zdyb chrypiał.
       Stwór  otworzył  paszczękę i z chrzęstem, jednym kłapnięciem, odgryzł
  Chęclewskiemu   głowę,   daleko,  z  rozmachem,  odrzucając  korpus.  Zdyb
  usłyszał,  jak  ciało huknęło o konstrukcję z falistej blachy. Mocz ciepłą
  falą  spływał  mu  po  udzie.  Nie widział już nic, ale wiedział, czuł, że
  potwór, miarowo przestawiając krótkie, wielkostope łapy, idzie ku niemu.
       Zdyb chrypiał. Bardzo chciał coś zrobić. Cokolwiek.
       Ale nie mógł.


       K r o p l e

       Muzyka  klejąca  Zasłonę  rwała  się, pękała, rozpadała na elastyczne
  strzępy.  Pęknięcie  powiększało  się,  z  tamtej strony pełzły kłębiaste,
  cuchnące  opary, wielkie, postrzępione cirrusy, mgła brzemienna ciężką jak
  plwocina  wilgocią,  mieszając  się z kwaśnym smogiem miasta. Na dachy, na
  asfalt, na szyby, na samochody padły pierwsze, rzadkie krople.
       Padły  krople  żółtawe,  syczące  w  zetknięciu z metalem, wciskające
  się  w  szpary  i  szczeliny,  gdzie  paliły izolację kabli i gryzły miedź
  przewodów.
       Padły  krople  brunatne, wielkie i lepkie, a tam, gdzie padły, bledła
  trawa, liście zwijały się w trąbki, czerniały łodygi i gałązki.
       Padły  krople  atramentowosine,  a  tam, gdzie padły, parował i topił
  się beton, gotowała cegła, a tynk płynął po murze jak łzy.
       I padły krople przejrzyste, które wcale nie były kroplami.


       R e n a t a

       Renata Wodo miała niegroźną obsesję, dziwaczny zwyczaj - niezmiennie,
  kładąc  się  do  łóżka,  sprawdzała, czy pokrywa sedesu jest opuszczona, a
  drzwi  do  łazienki  zamknięte.  Sedes,  otwarty  na tajemniczy i złowrogi
  labirynt  kanałów  i rur, był zagrożeniem - nie mógł pozostać otwarty, nie
  zabezpieczony  - wszakże  "coś"  mogło  z  niego  wyjść i zaskoczyć Renatę
  podczas snu.
       Tej  nocy  Renata  jak  zwykle  opuściła  pokrywę. Przebudziwszy się,
  zaniepokojona,  zlana  zimnym  potem,  targając  się w półśnie jak ryba na
  lince,  starała  się  przypomnieć  sobie,  czy  zamknęła  drzwi.  Drzwi do
  łazienki.
       Zamknęłam, pomyślała usypiając. Na pewno zamknęłam.
       Myliła się. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia.
       Pokrywa sedesu uniosła się powoli.


       B a r b a r a

       Barbara  Mazanek  panicznie  bała się wszelkich owadów i robaków, ale
  prawdziwy,  tryskający  adrenaliną  strach i miotający całym ciałem wstręt
  budziły  w niej skorki - płasko-obłe, ruchliwe, brązowe monstra, zbrojne w
  cęgowate kleszcze na końcu odwłoka. Barbara głęboko wierzyła, że ta szybko
  biegająca,  wciskająca  się  w  każdą  szparę  obrzydliwość czyha tylko na
  okazję,  by  wpełznąć  jej do ucha i od środka wyżreć cały mózg. Spędzając
  wakacje  pod  namiotem,  każdej  nocy pieczołowicie wpychała do uszu korki
  ukręcone z waty.
       Tej  nocy,  budząc się zaniepokojona, odruchowo przycisnęła lewe ucho
  do poduszki, a prawe przykryła ramieniem.
       Nie miało to żadnego znaczenia.
       Przez  nieszczelne  drzwi  balkonowe,  niczym  brudna,  oleista fala,
  zaczęły  sączyć się i rozlewać po pokoju miliardy ruchliwych owadów. Oczka
  świeciły  im  czerwono,  a  kleszcze  na  końcach  odwłoków były ostre jak
  brzytwy.


       M u z y k a n c i

       - Koniec  - powiedział  Kersten. Debbe milczała, siedząc nieruchomo z
  szeroko otwartymi oczami, leciutko poruszając czarnym końcem ogonka.
       - Koniec   - powtórzył  pies.  - Itka,  nie  możemy  niczego  zrobić.
  Niczego. Słyszycie? Pasiburduk, przestań, to nie ma sensu.
       Chomik  przestał grać, znieruchomiał, uniósł ku górze czarne guziczki
  ślepi. Taki już jest, pomyślał Kersten, nie zmieni się. Wszystko mu trzeba
  powtarzać dwa razy. Cóż, to tylko chomik.
       Debbe milczała. Kersten położył się, opuścił pysk na łapy.
       - Nie  udało  się i nie ma co dłużej próbować - powiedział. - Zasłona
  pękła   ostatecznie  i  nie  załatamy  jej  tym  razem.  Przeszli.  Tamci.
  Oczywiście, Zasłona wkrótce zrośnie się sama, ale nie muszę wam mówić...
       - Nie musisz - Itka wyszczerzył zęby. - Nie musisz, Kersten.
       - Pewne  szanse jeszcze to miasto ma. Dopóki Krostowaty nie przeszedł
  na tę stronę, miasto ma szanse.
       - A inne miasta? - odezwał się niespodziewanie Pasiburduk.
       Kersten nie odpowiedział.
       - A my? - zapytał szczur. - Zostajemy?
       - Po co?
       Itka usiadł, opuszczając szpiczasty pyszczek.
       - A zatem... Zgodnie z planem?
       - Widzisz inne rozwiązanie?
       Z  oddali,  od  strony  osiedla  dobiegł  ich  dźwięk.  Fala dźwięku.
  Kersten zjeżył się, a Pasiburduk skulił w rudą kulkę.
       - Masz  rację,  Kersten - powiedział Itka. - To koniec. Odchodzimy do
  Bremy. Tam czekają inni.
       Szczur  obrócił  się  w  stronę Debbe, wciąż siedzącej nieruchomo jak
  puszysty, pręgowany posążek.
       - Debbe... Co ci jest? Nie słyszałaś? Koniec!
       - Zostaw ją, Itka - zawarczał Kersten.
       - Wyglądasz  - syknął  szczur  do  kotki - jakby ci było ich żal. Co,
  Debbe? Żal ci ich?
       - Co  ty  możesz  wiedzieć,  Itka  - miauknęła cicho, złowrogo kotka.
  - Żal?  Może  i  tak, żal mi ich. Żal mi dotyku ich rąk. Żal mi szmeru ich
  oddechów,  gdy śpią. Żal mi ciepła ich kolan. Żal mi naszej muzyki, którą,
  ledwo poznaną, tracę. Bo to jest nikomu niepotrzebna muzyka i nigdy nikogo
  już nią nie uratujemy. Dlatego, że w każdej minucie, w każdej sekundzie, w
  tysięcznych  punktach tej planety rozbrzmiewa veehal i będzie rozbrzmiewał
  coraz  częściej.  Aż do końca. Was też mi żal. Ciebie, Itka, i Kerstena, i
  Pasiburduka. Żal mi was, przegranych, zmuszonych do ucieczki. I siebie też
  mi  żal,  bo przecież i tak pójdę z wami, jako jedna z was. Chociaż to nie
  ma żadnego sensu.
       - Mylisz się, Debbe - rzekł spokojnie Kersten. - My nie uciekamy. Tym
  razem  nam  się  nie  udało.  Ale  w  Bremie...  w Bremie czekają inni. Od
  niepamiętnych  czasów  Muzykanci  schodzą  się  do Bremy. A gdy będzie nas
  więcej,  silniejsza  będzie  i  nasza  muzyka,  i kiedyś zamkniemy Zasłonę
  ostatecznie  i  na  zawsze,  uczynimy  z  niej nieprzenikalny mur. Dlatego
  mylisz  się, sądząc, że nasza muzyka jest niepotrzebna. I że ją utraciłaś.
  To nieprawda. I ty o tym wiesz.
       - Uczucia biorą u ciebie górę nad rozumem, Debbe - dodał Itka. - Co z
  tego,  że  to  miasto trochę się wyludni? W końcu zasłużyli na to. A ty...
  myślisz  o  ratowaniu jednostek. Pojedynczych ludzi, tych, których lubisz?
  To nieracjonalne. Myśl o gatunku. Jednostki nie mają znaczenia.
       Kotka  wstała  raptownie, przeciągnęła się, mierząc szczura zielonym,
  złym  spojrzeniem,  w  którym  przez  sekundę  zagrała  i  zabłysła krwawa
  nienawiść  gatunków.  Itka  nie  drgnął nawet. Był Muzykantem i Debbe była
  Muzykantką. Patrzył, jak odchodzi na bok, pomiędzy osty i baldachimy traw,
  wyniosła, dumna i niepokonana. Do końca.
       - Sentymentalna  idiotka  - mruknął,  gdy był pewien, że kotka go już
  nie usłyszy.
       - Zostaw ją - warknął Kersten. - Nie możesz jej zrozumieć.
       - Mogę - wyszczerzył zęby szczur. - Ale nie chcę. Tłumaczyć dlaczego,
  też nie chcę. Najważniejsze, że jest z nami. To dobra Muzykantka. Kersten,
  może byśmy tak sobie wreszcie poszli?
       - Poszli?  - uśmiechnął  się pies. - Dlaczego mamy iść, jeżeli możemy
  pojechać?


       D i e t e r  W i p f l e r

       Dieter  Wipfler  przetarł  oczy  wierzchem  dłoni,  usiłując opanować
  dreszcze,  mdłości  i zawrót głowy. Wytarł spocone ręce o spodnie, chwycił
  kierownicę,  ruszył, gdy zapaliło się zielone światło. Nie wiedział, gdzie
  jest.  Z  całą  pewnością nie była to droga na Świecko, na której powinien
  się znajdować.
       Ulice  były  puste,  wyludnione,  jak  ze  złego  snu. Dieter Wipfler
  przymknął  oczy,  mocno  je  zacisnął,  otworzył.  Co ja tu robię, myślał,
  mijając krańcówkę tramwaju, gdzie ja jestem? Co ja tu robię? Co się ze mną
  dzieje,  verfluchte  Scheisse,  ich muss krank sein. Jestem chory. Zjadłem
  coś  trującego.  Muszę  się zatrzymać. Nie wolno mi jechać w takim stanie.
  Zatrzymać  się.  To,  co leżało na krawężniku, to nie mógł być trup. Muszę
  się zatrzymać!
       Dieter  Wipfler nie zatrzymał się. Minął krańcówkę tramwaju i ogródki
  działkowe, jechał dalej żużlową drogą, skrajem okropnego pustkowia, prosto
  w  dziki  księżycowy  pejzaż.  Jechał,  chociaż  nie  chciał  jechać.  Nie
  wiedział, co się z nim dzieje. Nie mógł wiedzieć.
       Zza roztęczowionej, drżącej zasłony Dieter Wipfler widział kończystą,
  smukłą   wieżę   kościoła  buchającą  jęzorami  ognia.  Widział  drewniane
  rusztowania i zwisające z nich okaleczone ciała.
       Das ist unm”glich!
       Widział   małego,   czarnego  człowieka,  wymachującego  krucyfiksem,
  krzyczącego...
       Das ist unm”glich! Ich tr„ume!
       Locus terribilis!
       Ogromna    ciężarówka   jechała   wolno,   miażdżąc   kołami   żużel,
  wygniatając w połaciach gliny zębate ślady protektorów. Na niebieskim boku
  potężnej przyczepy widniał napis, złożony z wielkich, trupiobiałych liter:

  KšHN TEXTILTRANSPORTE GmbH

  A poniżej była nazwa miasta:

  BREMEN


       Ż ó ł t y  p o k ó j

       Chłopiec  spał  niespokojnie,  rzucał  się. Venerdina postawiła uszy,
  wytężyła słuch.
       To  coś,  co  powoli pełzło po murze, nie miało stałego kształtu - to
  była   czarna   plama,   kłębek  ciemności,  pulsujący,  rozdymający  się,
  penetrujący  mrok  długimi  mackami. Sierść na grzbiecie Venerdiny zjeżyła
  się jak szczotka.
       Stwór, już na parapecie uchylonego okna, nadął się, zaczął twardnieć,
  unosić  się  na  pokręconych odnóżach. Najeżył się kolcami, wzniósł w górę
  żądlasty ogon.
       Kotka  zmieniła  pozycję.  Przeciągnęła  się lekko, wyciągnąwszy obie
  łapki,  wystawiła  pazury.  Wpatrzona  w  stwora szeroko otwartymi oczami,
  położyła uszy, skurczyła pyszczek, obnażając kły.
       Stwór zawahał się.
       Tylko  spróbuj,  powiedziała  Venerdina.  Spróbuj  tylko. Przyszedłeś
  mordować  śpiących,  spróbuj stawić czoła tej, która czuwa. Lubisz zadawać
  ból i śmierć? Ja również. No, wejdź, jeśli się ośmielisz!
       Stwór nie poruszył się.
       Precz, powiedziała kotka z pogardą.
       Przyczajony  na  parapecie  kłębek mroku, czarny jak nicość, skurczył
  się, oklapł. I znikł.
       Chłopiec jęknął przez sen, obrócił się na drugi bok. Oddychał równo.
       Venerdina lubiła słuchać, jak oddycha.


       I z a

       Ela  Gruber  nie żyła. Miała oczy otwarte, ale Iza była pewna, że nie
  żyje. Nie bardzo wiedziała, co zrobić. W tym momencie otworzyły się drzwi.
  Weszła pielęgniarka.
       - Obawiam się... - zaczęła Iza i urwała.
       Pucołowata   twarz   pielęgniarki,   jeszcze   nie   tak  dawno  temu
  sympatycznie  naiwna, zmieniła się. Teraz była to twarz idiotki, kretyńsko
  uśmiechniętej hebefreniczki.
       Pielęgniarka,  nie  zauważając  Izy,  podeszła  do  łóżka Eli Gruber,
  bezmyślnym,   automatycznym   ruchem   poprawiła   poduszkę.  Ze  stolika,
  stojącego  obok, wzięła szklankę. Zapatrzona w okno, zgniotła ją w pięści.
  Z  jej dłoni spłynęła strużka krwi. Pielęgniarka nie zwróciła na to uwagi,
  jej  twarz  nie  drgnęła  nawet.  Podwinąwszy  lewy rękaw, odłamkiem szkła
  rozcięła   sobie   wewnętrzną  stronę  przedramienia,  ostrym,  gwałtownym
  pociągnięciem  - od  zgięcia łokcia aż po wnętrze dłoni - raz, potem drugi
  raz.  Krew  bryznęła  na  biały  fartuch,  na  połyskliwy blat stolika, na
  pościel,   siknęła  ostro  na  linoleum.  Pielęgniarka  zatrzęsła  się  we
  wstrzymywanym   śmiechu,  uniosła  rękę,  lubując  się  tętniącymi  falami
  buchającej krwi.
       - Na  pomooooc!  - wrzasnęła  Iza,  przełamując  dławiącą  jej gardło
  zgrozę. - Ludzie! Na pomoc! Niech ktoś pomoże!
       - ...dzieeeee!    - zawtórował   histeryczny   krzyk   z   korytarza.
  - Ludzieeeee!
       Do  krzyku  dołączyły  inne,  głośne,  nienaturalne. Iza zorientowała
  się,  że  nakłada się na nie wycie syreny karetki. Pod pielęgniarką ugięły
  się  nogi, dziewczyna ciężko klapnęła na linoleum, schyliła głowę, zaczęła
  łkać.
       Iza,  cofając się, nie mogąc oderwać wzroku od pielęgniarki, wymacała
  za plecami klamkę, wybiegła na korytarz.
       Przy  kaloryferze,  opierając  czoło  o ścianę, klęczał młody lekarz,
  którego  nie  znała,  rękawem wycierał cieknące po twarzy łzy. Spojrzał na
  Izę błędnym, przestraszonym wzrokiem.
       - To  wojna,  proszę  pani  - wybełkotał.  - To  pewnie bomby z gazem
  psychotropowym.    Pewnie    użyto    broni   bakteriologicznej.   Wszyscy
  powariowali... Wszyscy... To wojna! Trzeba zejść do schronów!
       Iza  cofnęła  się, przerażona. Obok, z oddziału, słychać było brzęk i
  odgłosy walki. Coś ciężkiego huknęło o zamknięte drzwi.
       - Gdzie  tu jest schron? - krzyknął lekarz przy kaloryferze. - Ja nie
  chcę umierać.
       - Miliiicjaaaa! - wył ktoś piętro wyżej. - Jezuuuuu! Ratunkuuu!
       Drzwi  otworzyły  się,  oparte  o  nie  ciało,  zbryzgane czerwienią,
  wysunęło  się  na  korytarz.  Ogromny,  półnagi,  nie  ogolony  mężczyzna,
  uzbrojony  w żelazny pręt, powoli, ostrożnie przestąpił nad trupem. Lekarz
  przy  kaloryferze  wrzasnął,  wtulając  twarz  w  żeliwne żeberka. Półnagi
  zakrakał dzikim śmiechem i uniósł pręt.
       Iza  obróciła  się  i  popędziła  przez  korytarz, ścigana krzykiem i
  tępymi odgłosami razów.
       Wybiegła  przed  szpital,  przed  samym  wejściem  poślizgnęła się na
  zwiędłych  liściach,  z  trudem utrzymała równowagę. Przed szpitalem stała
  karetka  pogotowia,  migocząca  prawym  kierunkowskazem. Boczne drzwi były
  otwarte, kierowca leżał na siedzeniach, jego ręka, fioletowosina w świetle
  jarzeniówek,  zwisała  bezwładnie  na zewnątrz. Z głębi szpitala dobiegało
  obłąkańcze wycie, wrzask, brzęk tłuczonych szyb i szklanych naczyń.
       Ulicą  przemknął samochód z rozbitym przodem, z przygarbioną, pogiętą
  pokrywą  silnika. Nad miastem, od strony ogródków działkowych, unosiła się
  powoli  łuna,  chmura  dymu  i  krzyki, z oddali przypominające brzęczenie
  chrabąszczy.
       Iza  spojrzała  na  niebo,  które  zdążyło  już nabrać koloru purpury
  przetykanej  cienkimi, złotymi nitkami. Krople upadły jej na twarz. Starła
  je i pobiegła.
       W  domu  po  przeciwnej  stronie  ulicy  z brzękiem wyleciała okienna
  szyba,  a  za  nią  dziecko.  Trzykrotnie  obróciło się w powietrzu, zanim
  plasnęło  o  beton.  Iza  biegła.  Krople  - a  może łzy - spływały jej po
  policzkach.
       Obok  jej fiata leżał mężczyzna w pasiastej piżamie, wpółoparty o mur
  przy  bramie.  Oddychał,  rzężąc,  przy  każdym wydechu u nozdrzy rosły mu
  krwawe, pękające bańki.
       Nie  mogła  odszukać kluczyków w torebce. Drżącymi rękoma wytrząsnęła
  na chodnik całą zawartość. Podniosła tylko kluczyki i portmonetkę.
       Coś  zgrzytnęło  tuż  obok  niej,  aż  drgnęła, upuszczając kluczyki.
  Żeliwna  pokrywa  kanału  ściekowego  podskoczyła,  upadła na chodnik, a z
  kanału, z głuchym mlaśnięciem, trysnęła krew, zmieszana z nieczystościami,
  szeroko  rozlewając się po asfalcie, wlewając się jej do butów obrzydliwym
  ciepłem.  Iza  wrzasnęła,  cofnęła  się od samochodu, potknęła się o ciało
  mężczyzny  w  piżamie,  przylgnęła  plecami  do  muru. W czarnej, lśniącej
  otchłani kanału coś poruszało się, pluszcząc i bulgocąc.
       Zza  rogu  ulicy,  wyjąc,  wybiegł  człowiek,  za  nim  drugi, obaj w
  szaleńczym  tempie minęli Izę, pobiegli dalej. Iza zamarła, uniosła głowę.
  Wiatr,  ciepły  wiatr, który zerwał się nagle, uderzył w nią przerażającym
  smrodem.
       Zza rogu ulicy...
       Iza  znała  to  uczucie.  Pamiętała  je  z  dzieciństwa  - sen, który
  tylekroć sprawiał, że budziła się z krzykiem. Sen, w którym sparaliżowana,
  bezwolna,  patrzyła na drzwi, zamknięte od wewnątrz na zasuwę, wiedząc, że
  za  chwilę,  pomimo zasuwy, te drzwi jednak otworzą się. Otworzą się, a za
  nimi  stanie  coś,  przed  czym  nie  ma ratunku ani ucieczki. Coś, co nie
  zostawia nadziei.
       Nie  wiedząc o tym, krzyczała cienkim, nieustającym falsetem, wizgiem
  katowanego  zwierzęcia.  Nagle  stała się zwierzęciem, tu, na tej ciemnej,
  zalanej  krwią  i gównem ulicy, wśród asfaltu, betonu, szkła, samochodów i
  elektryczności,  wśród  tysięcznych  wytworów cywilizacji, z których żaden
  nie miał w tej chwili najmniejszego znaczenia. Nagle była bobrem dławionym
  elastycznym  drutem  sideł,  lisem,  którego  łapę miażdżą stalowe szczęki
  pułapki,  foką  tłuczoną  drągiem  po głowie, sarną postrzeloną z obrzyna,
  tarzającym  się  w  konwulsjach  otrutym  szczurem.  Była  tymi, z którymi
  dzieliła  strach  i ból, i pewność, że za chwilę będzie niczym - bo niczym
  jest zimny, zbroczony, cuchnący ochłap.
       To  coś,  co za rogiem ulicy zgrzytało i chrobotało, akcentując swoje
  kroki   ciężkim,   chrapliwym   dyszeniem,   wyszło  i  spojrzało  na  nią
  złocisto-karminową poświatą ogromnych oczu.
       Wrzask  zgasł  w  gardle  Izy  w  zduszonym rzężeniu. Jej świadomość,
  rozum,  inteligencja  i  wola  eksplodowały  i  pękły, jak ciśnięta o bruk
  żarówka.
       Krostowaty przeszedł przez przedartą Zasłonę.


                                                           Andrzej Sapkowski
                                                         Łódź, sierpień 1990

    [ TEKST ZAMIESZCZONY ZA ZGODĄ AUTORA DO PUBLIKACJI TYLKO NA STRONACH ]
    [      Andrzej Sapkowski Zone:  http://sapkowski.fantasy.art.pl/     ]
    [                       Wklepał: Junior                              ]

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl