AS ZONE:

OPOWIADANIA
"Tandaradei!" by Andrzej Sapkowski
[ TANDARA.DOC | TANDARA.TXT | PODLIPA.TXT]


Tandaradei!
[Dodatek literacki nr 2 (Eurocon'91); Fenix 1(10)/1992]

       - Jestem  nieładna - powiedziała półgłosem Monika Szreder,  patrząc w
  lustro.
       Monika  Szreder  miała  rację. Co więcej, w poruszonej kwestii pogląd
  Moniki Szreder i zdanie otaczającego ją świata było absolutnie zgodne.
       Nie,   Monika  nie  była  brzydka.  Była  po  prostu  nieładna.  Była
  kwintesencją   nieładności,   promieniała  nieładnością,  zdolną  przyćmić
  wszystko,  co  mogłoby  uładnić  każdą  inną, nawet brzydszą dziewczynę. W
  jakiś niepojęty sposób konglomerat elementów, samych w sobie atrakcyjnych,
  ładnych, mało tego - nawet pięknych, stawał się w przypadku Moniki nijaki,
  nieatrakcyjny  i  mdły.  Jej włosy, które powinny być włosami ciemnoblond,
  były   w   samej  rzeczy  szare  i  matowe.  Ich  naturalna  tendencja  do
  puszystości,    ich   pełna   indywidualności   i   uroku   tendencja   do
  nieposłuszeństwa  względem  wszelkiego typu grzebieni i szczotek w istocie
  sprawiały,  że  wyglądały  zaniedbanie  i  nieporządnie, a starania, by to
  zmienić, nic nie dawały. Nie pomagał najkunsztowniejszy makijaż - nawet za
  pomocą  drogich  kosmetyków  niczego nie dawało się zrobić z oczami, które
  zza  grubych  soczewek  okularów  zawsze  wyglądały nijako i blado. Na jej
  sylwetce,  ogólnie  rzecz  ujmując  normalnej,  wszelki dobór gustownych i
  atrakcyjnych  rzeczy  tworzył  w  połączeniu efekt, który przy najlepszych
  chęciach nie mógł być uznany za cieszący oko.
       Fakt,   że   o  wszystkich  wspomnianych  czynnikach  Monika  Szreder
  doskonale  wiedziała, jeszcze sprawę pogarszał. Świadoma jak gdyby, że nie
  jest  w  stanie  się  upiększyć, od czasu osiągnięcia pełnoletności Monika
  programowo  i  konsekwentnie robiła wszystko, by się nie wyróżniać, zlać z
  tłem,  umysić i uszarzyć. Ta swoista mimikra mająca w założeniu maskować i
  ukrywać nieładność, miała, rzecz jasna, skutek dokładnie odwrotny.
       Teraz  właśnie, o piątej nad ranem, stojąc przed nadtłuczonym lustrem
  w  poprzecinanym  smugami  światła  półmroku  domku  kempingowego,  Monika
  silniej niż kiedykolwiek czuła swoją nieładność. Żałowała, że wyjechała na
  te wczasy, na ten turnus w głuszy, w braku komfortu, który miał jakoby być
  romantyczny,  a  okazał się wyłącznie uciążliwy. Biuro Usług Turystycznych
  "Rommar  Travels",  przypomniała  sobie.  "Jesteś  samotny? Podaj nam swój
  wiek,  zawód,  wykształcenie,  zainteresowania.  Napisz, o czym marzysz, a
  zorganizujemy ci wakacje twoich marzeń."
       Wakacje moich marzeń...
       Wyjechała,  bo  była  sama,  a  nie  chciała  samotnie spędzać lata w
  mieście.  "Rommar  Travels" nie kłamało ani nie przesadzało, ogólnie rzecz
  biorąc,  chociaż  w  swojej  ankiecie  rubrykę "Wykształcenie" preferowało
  nader   wyraźnie   przy   doborze.   Dookoła   roiło  się  od  złaknionych
  doktorantek i rozwiedzionych docentów.
       Wakacje moich marzeń...
       Wyjazd miał dla Moniki być jeszcze jedną próbą udowodnienia sobie, że
  lubi  towarzystwo.  Próba, jak wiele poprzednich, była nieudana. Monika po
  raz  kolejny  nie  udowodniła  sobie  niczego  poza  faktem, że nienawidzi
  samotności.
       A  była  sama.  Wciąż  sama.  Jej przypadkowa współlokatorka, Elka, z
  niewiadomych  powodów  nazywana Pardwą, przez kilka pierwszych dni turnusu
  denerwująca szczebiotem, beztroską i czynionym dookoła bałaganem, ostatnio
  zwykła była znikać wieczorami i wracać późną nocą. A niekiedy - jak dziś -
  dopiero  rano.  Monika  nie  miała  żadnych wątpliwości co do tekstu, jaki
  Pardwa  musiała  wpisać  do  kwestionariusza  "Rommar  Travel"  w  rubryce
  "zainteresowania".
       Z  początku,  Monika  była  przerażona. Bała się, że Pardwa należy do
  dziewcząt  traktujących  barwną i szczegółową opowieść jako swoisty rodzaj
  gry końcowej, jako naturalne i konieczne uzupełnienie nocnych doznań. Tego
  Monika  nie  zniosłaby  na pewno. Szczęśliwie, Elka nie była opowiadaczką.
  Wręcz  przeciwnie,  była  dyskretna.  Nie  przeszkadzało  jej  to jednak w
  spontanicznym  demonstrowaniu  zadowolenia  i wyższości, jaką w przyrodzie
  samica wybrana obowiązana jest okazywać samicy wzgardzonej.
       Monika Szreder nie czuła się wzgardzona. Miała dwadzieścia sześć lat,
  a  za  sobą  aż  dwie poważne eksperiencje erotyczne. Charakter i przebieg
  obydwu sprawiał, że nie tęskniła do trzeciej.
       A jednak...
       - Jestem  nieładna  -  powiedziała  do   popstrzonego  lustra.  I nie
  rozpłakała  się.  Była  z  tego  bardzo dumna. Nie ma niczego gorszego niż
  zaczynać dzień od płaczu, pomyślała.
       Dzień?  Trudno  to  jeszcze nazwać dniem, pomyślała. Ośrodek wczasowy
  śpi  w  najlepsze,  czekając,  aż  słońce  do końca wysuszy rosę, nagrzeje
  powietrze, wciąż jeszcze ostre, atakujące skórę ukąszeniami zimna.
       Położyła   się,   wysoko  ustawiła  poduszkę,  sięgnęła  po  książkę.
  Próbowała  odnaleźć miejsce, w którym skończyła czytać, wieczorem, senna i
  zniecierpliwiona  oczekiwaniem  na Elkę. Zamiast tego wróciła do początku,
  do   miejsca   oznaczonego   małym,  zasuszonym  bratkiem.  Do  ulubionego
  miejsca. Tylko kilka strofek, pomyślała. Tylko kilka.

       Unter den Linden
       Bei der Heide,
       Wo unser beider Bette gemacht
       Da mögt ihr finden
       Wie wir beide
       Pflückten im Grase der Blumen Pracht
       Vor dem Wald im tiefen Tal.

       Tandaradei!

       Lieblich sang die Nachtigall.

       - Tandaradei  - szepnęła w zamyśleniu,  opuszczając książkę. Zamknęła
  oczy.
       - Tandaradei... - powiedział minnesänger.
       Był  bardzo  szczupły,  wręcz  chudy, targany wiatrem płaszcz, ściśle
  oblepiając jego postać, jeszcze bardziej podkreślał tę chudość. Jego cień,
  cienki, prosty, niczym czarna krecha kładł się na arrasie, na którym biały
  jednorożec   wspinał   się,   stawał   dęba,   podnosząc  przednie  nogi w
  heraldycznej pozie.
       - Tandaradei powtórzył minnesänger. - Ta pieśń...
       Tyle  wspomnień.  Tyle  pięknych wspomnień. Unter den Linden, bei der
  Heide... Ty... To właśnie ty. Płowowłosa...
       Monika  poruszyła rękami, rozgarniając kwiaty, tysiące kwiatów, wśród
  których  leżała.  W  większości były to róże, czerwone, mokre, rozwinięte,
  gubiące płatki.
       - Jak  wtedy  -  ciągnął cicho minnesänger,  a jego oczy były czarne,
  zimne i głębokie, jak Ren przy skale Lorelei.
       Na  zamku w Würzburgu... A może jeszcze później, w Szwabii, na dworze
  u  Filipa...  Pamiętam  pełne  usta Beatrix, córki Berengara von Passau. A
  potem,  wiele  lat  później, słyszałem tę pieśń w oberży nie opodal Worms.
  Vor dem Wald im tiefen Tal... Budzisz mnie ze snu.
       Monika mocno zacisnęła powieki.
       Budzisz  mnie  ze  snu.  Ta  pieśń... Przetrwała tak długo. Pamiętam,
  śpiewaliśmy  ją  w  marszu,  idąc  z  Marienburga  na spotkanie z komturem
  Wolframem  de  Lys,  ku przeprawom na Drwęcy. A jeszcze później, wiele lat
  później,  śpiewałem  ją  wraz  z  innymi pod Frankenhausen, kiedy to stoki
  góry Hausberg spłynęły krwią zbuntowanego chłopstwa.
       Budzisz mnie ze snu.
       Monika  leżała  nieruchomo  na łożu z kwiatów. Patrzyła prosto w oczy
  minnesängera.  Nigdy nie widziała tak zimnych oczu. Nigdy nie widziała tej
  twarzy. Tylko uśmiech...
       Daj rękę.
       Tak, ten uśmiech już kiedyś widziała. Na pewno widziała.
       Ale nie pamiętała, gdzie.
       - Daj rękę.
       Zza  pleców  minnesängera  wyrosły  inne  postacie,  w  groteskowych,
  futrzanych   maskach,  trzęsące  olbrzymimi  uszami.  Rozległ  się  cichy,
  rytmiczny,    skandowany    zaśpiew,    wielogłosowy,   bełkotliwy   chór,
  pojedyncze, akcentowane, niezrozumiałe słowa...
       Tandaradei!
       - Monika! zawołała Elka, zwana Pardwą.  Hej, Monika, nie wiesz, gdzie
  jest cukier?
       - Co?  -  Monika  zerwała się, strącając książkę na  podłogę, macając
  rękoma po pościeli. - Co? Ela? Zasnęłam?
       - Nie  -  powiedziała  Elka,  zamykając  drzwi szafki ze  straszliwym
  łoskotem,  płoszącym  resztki  dziwnego snu. - Wręcz przeciwnie. Obudziłaś
  się,  akurat  w  porę.  Jest  dziewiąta. Słuchaj, Monika, nie mogę znaleźć
  mojego  słoiczka  z  kawą.  Chyba  go  dokądś wyniosłam. Mogę wziąć trochę
  twojej?
       Monika przetarła oczy knykciami, sięgnęła po okulary.
       - Możesz, Elu.

                                    * * *

       Sygnały,  powtarzające  się  co  dnia,  co nocy, były ciche, pozornie
  nieznaczące,  ledwie  zauważalne. Doktorka z domku na szczycie wzgórza nie
  od  razu  zorientowała  się w ich znaczeniu. Znacznie szybciej zorientował
  się  kot  - dał znać zmianą zachowania, niepokojem, niepohamowaną agresją,
  wyładowywaną  na czym popadło. Doktorka zauważyła to, ale nie przejęła się
  kładąc  humory  zwierzątka na karb drapieżnej, nieposkromionej natury. Nie
  zdziwiło ją także, że borsuk, zwykle biegający za nią jak pies, zaszył się
  w  komórce  i  nie  wychodził  z  niej  za  dnia. Doktorka wytłumaczyła to
  lękiem przed szaleństwami kota.
       Następne  sygnały  były  już  wyraźniejsze:  wieczorne  kumkanie żab,
  ucinane  raptownie,  przeplatane  długimi  okresami  przejmującej,  pełnej
  przerażenia  ciszy.  Poranne, bezgłośne wyloty lelków-kozodojów, chmarami,
  od  których  aż  ciemniało  w  powietrzu.  Zmieniony, gniewny bulgot rzeki
  wśród zwalonych drzew.
       Coś się szykuje, pomyślała doktorka. Coś się szykuje.
       Następnego  dnia,  na  samym skraju lasu, znalazła rozszarpaną sójkę,
  krople  skrzepłej  krwi jak paciorki lśniły na rudawych piórkach. Doktorka
  wiedziała, że to nie sprawka kota. Kot, biegnący za nią, na widok zabitego
  ptaka syczał, przypadał do ziemi, patrzył z przestrachem w jej oczy.
       - Na Bajora i Plosa - szepnęła. Kot miauknął.
       Wróciła na podwórze, zamyślona, nieobecna. I wtedy...
       Kot zasyczał, wygiął grzbiet.
       Na  drzwiach domu nie było sierpu, który zawsze tam wisiał, przybrany
  suchą   miotłą  ziół.  Odwróciła  się,  w  samą  porę,  by  zobaczyć,  jak
  zakrzywione żelazo leci ku niej, koziołkując, świszcząc w powietrzu.
       - Eth! - krzyknęła, przyciśnięta plecami do framugi.
       Sierp  zawirował, zwinął się jak żywa wstęga, zboczył z trasy lotu, z
  hukiem  wyrżnął  w odrapane drzwi, zadygotał wściekle, zaśpiewał metalowym
  jękiem. Doktorka słyszała, jak czarny las, schylony nad urwiskiem, trzęsie
  się w złośliwym śmiechu.
       - Deskath - szepnęła. - Ty... Poznaję cię...
       Kot syczał.
       Sierp dygotał, drżał i śpiewał.

                                    * * *

       - No  nie,  Monika  - powiedziała Elka, zwana Pardwą.  Zdjęła okulary
  przeciwsłoneczne  i ostrożnie smarowała kremem zadarty nos. - Tak naprawdę
  nie  można.  Dlaczego  nie  chcesz  jechać z nami? Z całą paczką? Dlaczego
  ciągle siedzisz sama? Co?
       - Nie czuję się najlepiej.
       Wcale  nie kłamię, pomyślała Monika. Na samą myśl o waszej hałaśliwej
  paczce czuję się źle. Nie rozumiem waszych dowcipów. Nie zaraża mnie wasza
  wesołość,  wręcz przeciwnie, budzi ona we mnie jedynie zakłopotanie. I nie
  jestem pewna, czy nie jest to aby waszym celem.
       - Naprawdę,  Monika  - paplała Elka, stając tuż obok leżaka,  tuż nad
  nią.  - Powinnaś pojechać. Jak tam jest pięknie, nad rzeką, to pojęcia nie
  masz...
       Aleksandrze, pomyślała Monika, nie zasłaniaj mi słońca.
       - Jacek,  ten  historyk, wiesz, ten,  który mieszka sam w dwunastce -
  Pardwa  roztarła  resztę  kremu  na  dłoniach,  roztaczając dookoła zapach
  L'Oréalu - kolega tego blondyna, który miał granatowe audi, wiesz...
       Wiem.
       - ...On tak ciekawie opowiada.
       Wiem.
       - ...o  historii  tej  okolicy,  o  wojnach,  o  wędrówkach ludów,  o
  sabatach  czarownic,  o kulcie jakichś tam demonów, o wykopaliskach, mówię
  ci, Monika, godzinami można słuchać. Wiesz, że pytał mnie o ciebie?
       - Kto? - Monika uniosła głowę.
       - Jacek. Ten historyk.
       - O mnie?
       - O  ciebie. Skąd jesteś, gdzie pracujesz. Wpadłaś mu w oko,  Monika.
  Szczęściara jesteś. Chłopak jest strasznie fajny.
       O, Boże.
       - Nie udawaj, że nie zauważyłaś, jak patrzy na ciebie. Co, Monika?
       Zauważyłam, zauważyłam.
       - Nie, Elu. Nie zauważyłam.
       - Ja naprawdę nie umiem z tobą rozmawiać - nadąsała  się Pardwa. - Co
  cię  gryzie, dziewczyno? Marnie wyglądasz, wiesz? A może masz okres? Ojej,
  przepraszam,  nie  rób  takiej  miny.  To  ja  lecę. Umówiliśmy się za pół
  godziny, idę do nich. Wrócimy na obiad. Albo na kolację. Pa.
       - Pa, Elu.
       Pomiędzy konarami pokracznej sosny pająk uplótł pajęczynę, regularne,
  precyzyjne dzieło. Piękno w przyrodzie, pomyślała Monika, ma cel, nie jest
  pięknem czysto estetycznym. Ma cel, nawet, jeśli tym celem jest mord.
       Na   stronicy   książki   usiadła   biedronka.  Monika  strąciła  ją,
  potrząsając książką.
       - Leć do nieba - powiedziała półgłosem.
       Biedronka   nie  spadła  na  ziemię,  w  locie  rozwinęła  niezgrabne
  skrzydełka, poszybowała - prosto w środek pajęczyny.
       Pająk,  wielki  krzyżak  z  opasłym odwłokiem, wyskoczył z kryjówki w
  zrolowanym,  oplecionym kokonem liściu. Biedronka, nie śpiesząc się, rwała
  nitki  pajęczyny  naporem chitynowego pancerza. Jeszcze chwila i wypadnie,
  pomyślała Monika.
       Ale pająk był szybszy.
       Uciekaj, pomyślała, zaciskając szczęki. Uciekaj, pająku. Już!
       Pająk zaszamotał się na nitkach, błyskawicznie ukrył się w zrolowanym
  liściu.
       Wystraszyłam  go,  pomyślała  Monika,  zdziwiona.  Bzdura,  pomyślała
  zaraz, pająk najzwyczajniej na świecie nie lubi czerwonych żuków, zakutych
  w chitynowe pancerze. Woli miękkie i soczyste muchy. To jasne jak słońce.
       Drgnęła, słysząc odgłos kroków, tuż za sobą.
       - Dzień dobry, Moniko.
       - Dzień dobry, Jacku.
       O Boże.
       - Jak  zwykle, z nosem w książce?  Moniko, zwracam twoją uwagę, że to
  są wakacje. Zjawisko, które występuje raz do roku i niestety, przemija tak
  prędko. Naprawdę, szkoda każdej minuty. Moniko.
       - Słucham, Jacku.
       - Pardwa powtórzyła mi, że nie chcesz jechać z nami nad rzekę. Miałaś
  jakoby  odmówić,  bezlitośnie  odrzucić  propozycję.  Jest  mi szczególnie
  przykro,  bo  to  była  moja  propozycja.  Przyszedłem więc, żeby naprawić
  błąd,  jakim  było  wykorzystanie Pardwy jako pośredniczki. Powinienem sam
  cię poprosić. Już dawno.
       Odejdź, proszę. Źle się czuję, gdy tak stoisz i patrzysz na mnie. Nie
  chcę twojego wzroku. Nie chcę, by dotykał mnie twój wzrok.
       - Jedź nami, Moniko.
       Odejdź, proszę.
       - Nie... Przepraszam. Może innym razem.
       - Czyżby   lektura,   której   się   poświęcasz,  była  ciekawsza  od
  perspektywy mojego... naszego towarzystwa? Co czytasz, Moniko?
       - Och... To poezja, Jacku. Dawna poezja niemiecka.
       - To  widzę.  Poznaję  po gotyckich literach,  których sam czytać nie
  potrafię,  pomimo  iż  mój nauczyciel niemieckiego zdołał wbić mi do głowy
  podstawy języka Goethego. Czyje to wiersze?
       - Nie sądzę...
       - ...żeby  były  to  wiersze,  które może  znać zwykły historyk? Ech,
  filologowie.   Jak   wy  często  uzurpujecie  sobie  monopol  na  wiedzę o
  literaturze i języku. Czy masz w sobie trochę żyłki do hazardu, Moniko?
       Uniosła oczy, będąc zupełnie świadoma, że unosi twarz i okulary.
       - Nie rozumiem...
       - Proponuję ci małą grę o wielką stawkę.  Coś jak u Puszkina, trójka,
  siódemka,  as.  Jeśli  na  podstawie  jednej, dwu linijek poznam, czyje to
  wiersze,  jedziesz  z nami. Jeśli się pomylę, odejdę z żalem i nie będę ci
  się więcej naprzykrzał.
       Zastanowiła się chwilę. Niemożliwe, pomyślała. Tak mało znane...
       - Dobrze  -  powiedziała,  opuszczając   głowę,  by  nie zobaczył jej
  uśmiechu.

       Unter den Linden
       Bei der Heide
       Wo unser beider Bette gemacht...

       - Walther  von  der  Vogelweide,  średniowieczny  niemiecki  poeta  i
  trubadur,  przełom  dwunastego  i trzynastego - roześmiał się. - Wiersz ma
  tytuł "Unter den Linden". Przegrałaś, Moniko. Wasza dama ubita, towarzyszu
  Herman.  Zabieram  wszystkie  ruble  ze  stołu.  I  ciebie także zabieram,
  Moniko.
       Uśmiechnęła się, tym razem nie kryjąc tego. Cóż, pomyślała, może...
       - Między nami mówiąc - powiedział - to do ciebie pasuje.
       - Co?
       - Poezja średniowieczna, pieśni truwerów - powiedział,  patrząc jej w
  oczy.  W  okulary,  poprawiła  się  w myśli. - To do ciebie pasuje. Natura
  poetyczna,   uroczo   niedzisiejsza,   skomplikowane  wnętrze,  samotnicza
  natura. Magia. No, płowowłosy elfie, zbieraj się. Jedziemy.
       - Tak  -  powiedziała, nadal uśmiechając się blado. - Cóż,  słowo się
  rzekło... Za chwilę przyjdę do was. Za chwilę.
       - Czekamy.
       Nie  wstała  od  razu.  Siedziała  z  opuszczoną  głową,  wpatrzona w
  gotyckie   litery,  kręte  i  chwiejne  niczym  proporce,  wijące  się  na
  strzelistych wieżach. Słyszała dźwięk lutni, daleki i cichy.
       Biały  jednorożec  stawał  dęba na zielonym arrasie, unosząc przednie
  nogi w heraldycznej pozie.

                                    * * *

       Szczyt  wzgórza  był  równy,  płaski,  jak  ścięty  żyletką.  Domek o
  bielonych  ścianach,  usadowiony  wśród  pokracznych jabłonek, przyciągał.
  Wzywał ją do siebie.
       Stała,  niezdecydowana,  patrząc, jak cała kompania zbiega w dół, nad
  rzekę,  po  piaszczystym,  nagrzanym  słońcem  zboczu.  Słyszała okrzyki i
  śmiechy  chłopców,  dalekie  i ciche pobrzękiwanie kontenera z piwem. Pisk
  dziewcząt, wpadających na podmokłą łąkę.
       - Ciekawe  wzgórze,  prawda? Na pierwszy rzut oka widać,  że nie jest
  naturalne.
       - Słucham, Jacku? Dlaczego nienaturalne?
       - Spójrz na jego kształt, jakie jest regularne. Na położenie. Moniko,
  tu  mógł  być  kiedyś  warowny gród, strzegący brodu. A może chram jakiejś
  bogini,  czczonej  przez  Pomorzan.  Może  miejsce składania ofiar, święte
  wzgórze  pogańskich  Prusów,  Gotów  lub zabłąkanych tu Celtów? Tyle ludów
  przetoczyło się przez tę krainę, tyle jeszcze niezbadanych rzeczy kryje ta
  ziemia...  No,  chodźmy.  Porozmawiamy  o tym jeszcze na naszym wspaniałym
  biwaku.
       - Zaraz... zaraz do was przyjdę. Za chwilę.
       - Dlaczego?
       - Chcę się przespacerować - opuściła głowę.
       - Czy pozwolisz...
       - Nie - powiedziała szybko. - Przepraszam cię. Sama.
       Dlaczego on tak na mnie patrzy?
       - Dobrze,  Moniko. Ale pamiętaj, czekamy na ciebie.  Chciałbym, żebyś
  była z nami. Ze mną.
       - Przyjdę.
       Wzgórze. Nienaturalne?
       Zrobiła  krok  do  przodu.  Nagle  poczuła,  że musi iść dalej. Bo za
  plecami miała czarną ścianę boru, mokrego, ciemnego niepokojącego, a przed
  sobą  słońce  i  błyszczącą  wstęgę  rzeki, w dole, nisko, wśród olch. Las
  odpychał,  szeptał  głosem  przejmującym grozą, głosem, w którym wyczuwała
  groźbę  i  złość.  Biały domek nad urwiskiem był jasny, ciepły, przyjazny.
  Wzywał ją, ciągnął ku sobie, namawiał.
       - Dzień dobry... Czy jest tu ktoś?
       Ciemna  sień,  w  ciemność  wbita smuga światła, nabrzmiała wirującym
  kurzem.  Wchodzę  nieproszona  do  cudzego  domu,  pomyślała.  Zaraz  ktoś
  wyjdzie,   spojrzy  na  mnie  niechętnie,  a  ja  poczuję  się  odtrącona,
  skrzywdzona.  I  będę  miała  o to żal, chociaż sama sobie będę winna. Jak
  zwykle.
       Pokoik, pełen ciemnych mebli. Ciężki, mdlący zapach ziół.
       - Dzień dobry! Przepraszam...
       Na   stole   szklanka  w  metalowym  koszyczku,  łyżeczka  utkwiona w
  kawianych fusach, okulary w drucianej oprawce.
       I książki.
       Nie wiedząc, czemu to robi, zbliżyła się. Książki były stare, oprawne
  w złuszczoną tekturę. Wytłaczane złoto litery, mówiące, że to encyklopedia
  Orgelbranda, były zatarte, ledwo czytelne. Przewróciła okładkę, pierwszą z
  brzegu.
       To nie była encyklopedia Orgelbranda.
       Ten  gotyk  nie niósł dźwięku lutni. Ten gotyk był złowrogi i czarny,
  krzyczał groźnie i teutońsko.
       "Geheymwissenschaften  und  Wirken  des Teuffels in Preussen", Johann
  Kiesewetter,  Elbing  1792. Na stronie tytułowej pentagram, znaki Zodiaku,
  inne, dziwne, niepokojące symbole.
       Druga  książka.  I  znowu, pod fałszywą okładką ciężkie, szorstkie od
  kurzu, pożółkłe stronice i prawdziwy tytuł: "Dwymmermorc". Tylko tyle.
       Następna.  Inne  pismo, inny druk. Człowiek z głową kozła, krzyżujący
  na  chudej piersi ręce o długich palcach. "La lettre noire, Histoire de la
  Science Occulte", Jules de Bois, Avignon 1622.
       Kolejna,  rozsypująca  się  prawie, krzycząca jednym zdaniem, wielką,
  pajęczą  czcionką  pośrodku  zniszczonej  strony: Gondelman, "Tractatus de
  Magis".
       I następna.
       Gdy sięgnęła, by odwrócić kłamliwą, orgelbrandowską okładkę, jej dłoń
  drżała,   grzęzła   w  niepojętym  oporze,  w  aurze,  broniącej  dostępu.
  Jednocześnie zaś inna, przeciwstawna siła ciągnęła jej rękę niby magnes.
       "Źwierzcyadło  Magii  Czarney Bissurmańskiey, przez Abdula z Hazredu.
  Spolszcził  Iędrzey  Śleszkowski,  iezuita A.M.D.G. W Krakowie, w Drukarni
  Mikołaia Zborskiego JKM Ord. Tipografa, Roku Pań. 1696".
       Ciężkie,  pozlepiane,  wystrzępione  stronice,  wyblakłe,  półzatarte
  pismo. Chciała odwrócić stronę.
       Coś  ją  powstrzymało.  Coś,  co  uwięzło  w  przełyku, przylgnęło do
  podniebienia,  coś,  co było zgrozą, wstrętem, mdlącym obrzydzeniem. Miała
  wrażenie,  że  lepki  kurz ze stronicy zaczyna powoli wpełzać jej na rękę.
  Zamknęła  księgę,  wzdrygnęła  się,  w  uszach,  w  głowie eksplodował jej
  niespodziewanie    chóralny,    wielogłosowy   zaśpiew,   bełkot,   krzyk,
  niezrozumiałe słowa.
       Wyjść, pomyślała. Muszę stąd wyjść.
       Wbrew  sobie,  sięgnęła jednak po kolejną książkę. "Phänomene, Dämone
  und Zaubereysunden", R. Ennemoser, Nürnberg 1613.
       Odwróciła stronicę.
       Biały  jednorożec,  stając  dęba, unosił przednie nogi w heraldycznej
  pozie.
       Otworzyła na chybił trafił, pośrodku tomu. Rozmazane, gotyckie litery
  zdawały się poruszać, cisnęły się natrętnie do oczu i do świadomości.
       ...wie  lautet  der  Name  des Dämons? Der Hagre Junge, da er unsren
  geheymen  Sünden und unsre Bosheyt frisset und trotzdem hager bleybet. Das
  Brennende  Kind,  das  mit  Hasse  brennt.  Und  der  echte  Name? Der ist
  unaussprechlich,  schrecklich.  Deskath,  was  zugleych  Die Wahrheyt oder
  Der Betrug bedeutet. Zernebock, der Schwartze Wahnsinn...
       Na  stronie  padł szybki, ruchliwy cień, na stole miękko, acz ciężko,
  wylądował  wielki,  czarny kocur. Monika cofnęła się, tłumiąc krzyk. Kocur
  zmierzył  ją  niechętnym  spojrzeniem  złotożółtych oczu, przeciągnął się,
  zeskoczył ze stołu, by wskoczyć na łóżko.
       Staruszka  była  maleńka,  ale  nie  zgarbiona,  a jej twarz, poorana
  zmarszczkami,  poważna  i  skupiona. Miała duże, niezwykle jasne oczy, tak
  jasne,   że   prawie   przezroczyste,   niczym   soczewki,  niczym  opale,
  oszlifowane na kaboszony.
       - Przepraszam panią - wyjąkała Monika. - Drzwi były otwarte. Ja wiem,
  że nie powinnam...
       Wykręciła do tyłu ręce i zaczęła wyłamywać sobie palce. Jak zwykle.
       - Nic  nie  szkodzi  -  powiedziała  staruszka,  podchodząc do stołu.
  Zamknęła książkę, rzuciwszy przelotnie okiem na otwartą stronę.
       - Ten   dom   jest   otwarty  dla  wszystkich,  którzy   chcą   wejść
  powiedziała. - Słucham cię, dziecko.
       - Ja...  Ja  zupełnie  przypadkowo.  Przechodziłam,  i... Ja jestem z
  tymi, którzy nad rzeką... Widziała pani pewnie samochody...
       - Wcale  nie jesteś z tymi, którzy są nad Rzeką - staruszka  pokiwała
  głową.  -  A  powinnaś.  Powinnaś  być  z  nimi, a tymczasem jesteś tutaj.
  Dlaczego?
       Monika zamilkła z półotwartymi ustami.
       - Szukałaś  w  książce  odpowiedzi na pytanie?  To nie jest najlepszy
  sposób, dziecko. Zwłaszcza nie radziłabym ci korzystać z książek, które tu
  leżą.
       - Ja jeszcze raz przepraszam. Nie powinnam... Pójdę już.
       - Nie zadawszy swego pytania?
       - Jakiego pytania?
       - A  tego,  drogie  dziecko,  to  ja nie wiem - jasne  oczy staruszki
  jeszcze  bardziej  pojaśniały.  -  Ja  nie  mogę przecież znać pytań. Znam
  wyłącznie odpowiedzi, a i to daleko nie wszystkie.
       - Ja... Nie rozumiem. Pójdę już.
       - Twoja wola. Jeśli zechcesz wrócić i zadać swoje pytanie,  pamiętaj,
  że dom starej doktorki jest zawsze otwarty.
       Jezus,   pomyślała   Monika.   Trafiłam   na   wioskową   babcię.  Na
  aborcjonistkę. Ona myśli, że ja...
       - Dziwne  myśli  tłuką ci się po głowie,  dziecko - powiedziała ostro
  staruszka.  -  Szalone, dziwne, nieodpowiednie myśli. Nie podobasz mi się.
  Podejdź do mnie.
       Nie, pomyślała Monika, nie podejdę. I zrobiła krok do przodu. A potem
  drugi. I trzeci.
       - Bliżej.
       Nie!
       Jeszcze jeden krok. Wbrew swej woli.
       - Mów.
       Monika   bezgłośnie   poruszyła  ustami.  Oczy,  oczy  jasne,  prawie
  przezroczyste...
       - Zapomniana - mruknęła doktorka.
       Bełkotliwy   chór,   pojedyncze,  niezrozumiałe,  przeraźliwe  słowa,
  wykrzykiwane w rytmicznym zaśpiewie...
       - Nie - powiedziała nagle staruszka. - Nie podchodź. Ani kroku dalej.
       Monika  zatrzęsła się z zimna, które nagłą falą spłynęło jej po karku
  i plecach.
       - Zapomniana  -  powtórzyła  doktorka,  mrużąc jasne oczy. - Tak, bez
  wątpienia.  Przyciąga was Rzeka, przyciąga was to wzgórze. Przyciągają was
  te księgi, ciągną, jak magnes.
       Kot, przypłaszczony do poduszki, zasyczał, unosząc głowę.
       - Idź - powiedziała doktorka. - Wracaj do tamtych. Czekają na ciebie.
  Należysz do nich. Należysz już do ich świata, czy tego chcesz, czy nie.
       Monika drżała.
       - Idź już.

                                    * * *

       Ból  głowy,  który  dopadł  ją  po  południu,  krótko  po  powrocie z
  wycieczki,  trwał i wzmagał się, mrocząc oczy, aż do wieczora. Nie ustąpił
  po  dwóch  gardanach,  nie  zelżał  po dwóch pyralginach. Zwalił ją z nóg,
  przykleił  twarz do poduszki. Wsłuchując się w tępe tętnienie w skroniach,
  Monika Szreder czekała na sen.

                                    * * *

       Stała,  nieruchoma, wśród pokracznych jabłonek, wewnątrz rozszalałego
  Maelstromu szarych, bezgłośnych ptaków, w samym środku ciszy, wirującej od
  bezszelestnych   uderzeń  ostrych,  kończystych  skrzydeł,  wśród  tysiąca
  rozpędzonych,  szarych  półksiężyców,  z  których  każdy zdawał się godzić
  prosto  w  nią,  ale w ostatniej chwili zmieniał kierunek, muskał, ale nie
  uderzał, nie ranił.
       Świeca,  otoczona  widmową  aureolą  załzawionego światła rozjaśniała
  wnętrze,  pełne  ciemnych  mebli.  Patrzące na nią oczy były jasne, prawie
  przezroczyste, jak soczewki, jak kaboszony opali.
       - Zadaj swoje pytanie. Wezwałam cię, byś zadała swoje pytanie.
       Kiwnęła  potakująco  głową. Wolno unosząc ręce, dotknęła nimi włosów,
  odsuwając  je  z  ramion, przesunęła palcami po czole, policzkach, ustach.
  Doktorka nie patrzyła na nią. Nie uniosła wzroku znad księgi, trzymanej na
  kolanach.
       Opuszczając ręce, postąpiła krok do przodu. Kot parsknął. Spojrzała w
  dół,  pod  nogi, na białą, nieprzekraczalną linię, nakreśloną na podłodze.
  Doktorka uniosła głowę.
       - Zapomniana - powiedziała cicho. - Jesteś Zapomniana. Nie myśl nawet
  o  powrocie,  nie ma powrotu dla takiej, jak ty. Jesteś Zapomniana, lepiej
  będzie   dla  ciebie,  jeśli  taką  pozostaniesz.  Dla  wszystkich  będzie
  lepiej.
       Pokręciła  przecząco  głową, przesuwając dłońmi po szyi, sunąc nimi w
  dół.
       - Nie - rzekła ostro doktorka. - Nawet o tym nie myśl.  Taka myśl nie
  rozbudzi  ciebie.  Może  jednak  rozbudzić  kogoś innego. Tego, który jest
  Prawdą  i  Zdradą.  Karmisz  go,  wiecznie  Wychudłego, swoimi marzeniami.
  Budzisz  go  swoim śpiewem. Strzeż się. On przychodzi w snach, których nie
  zapamiętasz. Ale on nie zapomni. Strzeż się.
       O szybę okna stuknęła ćma, wielka, szara, rozedrgana.
       - Strzeż  się,  Zapomniana.  Prawda  i  Zdrada  nie  różnią  się,  są
  jednością.  Obie przybędą jednocześnie na twój krzyk, jeśli zakrzyczysz. A
  wówczas  dłoń  wyciągnie  się ku tobie z mroku. Jeśli dotkniesz tej dłoni,
  nie  będzie  powrotu.  Odrodzi się Płonące Dziecię, odrodzi się żar, który
  gorzeje nienawiścią. Odrodzi się znowu Czarny Obłęd, Zernebock, na ołtarzu
  z kwiatów.
       Doktorka zamilkła, opuściła głowę, wyciągnęła ręce.
       - Strzeż  się dłoni, która wyciągnie się z mroku.  Gdy jej dotkniesz,
  nie będzie powrotu. Va sivros onochei! Jeśli wrócisz ćmą, spłoniesz. Jeśli
  wrócisz  płomieniem,  zgaśniesz.  Jeśli wrócisz ostrzem, przeżre cię rdza.
  Odejdź.
       Poczuła na policzku cieknącą łzę, drażniącą, natrętną. Niechcianą.
       - Odejdź.
       Pytanie?
       - Nie. Nie odpowiem.
       Nagły rozbłysk, erupcja siły...
       - Nie! - w jasnych oczach przerażenie. - Nie...
       Pytanie.
       - Dobrze. Dobrze, Zapomniana. Jeśli tak bardzo tego chcesz...
       Chcę.
       - Odpowiedź  brzmi:  tak.  Będziesz.  Ale  tylko  w oczach innych.  A
  teraz odejdź. Zostaw mnie. Odejdź.

                                    * * *

       Monika  obudziła  się,  usiadła  na  łóżku, spojrzała w okno, w mrok,
  niebieszczejący  zapowiedzią świtu. Elka, zwana Pardwą, chrapała leciutko,
  leżąc na wznak, zgiętym ramieniem obejmując poduszkę.
       Monika dotknęła książki, zagrzebanej w kołdrze, wciskającej się w udo
  twardym kantem okładki. Zasnęłam, czytając, pomyślała.
       I miałam... dziwny sen.
       Nie pamiętała, jaki.

                                    * * *

       - Odnoszę wrażenie, że mnie unikasz, Moniko.
       Tak,  unikam,  pomyślała  odważnie, nie mogąc się zdecydować, w którą
  stronę  skierować  wzrok. Po chwili wahania, ostatecznie zwyciężyły czubki
  tenisówek.
       - Nie, skądże - wymamrotała. - Wcale nie.
       - Pozwolisz sobie potowarzyszyć?
       Kiwnęła głową, przestraszona, czy nie nazbyt wiele zapału wkłada w to
  kiwnięcie.
       Szli wolno wzdłuż szpaleru białopiennych brzózek, leśną dróżką, wśród
  ciemnozielonych  kęp  wrzosu,  jak  parkan  wytyczających  szlak, niekiedy
  rozrosłych, tarasujących drogę.
       Oczywiście,  potknęła  się,  nie trzeba było długo czekać. Podtrzymał
  ją,  wziął  pod  rękę,  a  dotknięcie  jego  ramienia wstrząsnęło nią, jak
  wyładowanie elektryczne. Przyjemne wyładowanie.
       - Lato się kończy - przerwał ciszę trywialnym stwierdzeniem. - Kończą
  się wakacje.
       - Mhm.
       - Trzeba będzie wracać. Do miasta. Do książek, do doktoratu. Szkoda.
       - Będą wakacje i w przyszłym roku - wyjąkała, zastanawiając się, jaki
  sposób  wyzwolenia  ręki  spod  jego  ramienia  może  nie być poczytany za
  obcesowy, agresywny i niegrzeczny.
       - Fakt, będą - uśmiechnął się ładnie, mocniej przyciskając jej ramię.
  -   Ale  to,  że  lato  się  kończy,  smuci  mnie.  Nie  lubię  zakończeń.
  Zakończenie,  to  koniec fabuły. A ja w fabule cenię sobie epizody. Piękne
  epizody,  ratujące  przesmętną fabułę, nędzny scenariusz, jakim jest nasze
  życie. Filozofuję. Nie nudzę cię, Moniko?
       Nie  odpowiedziała.  Wypatrywała odpowiedniej kępy wrzosu, by potknąć
  się o nią i uciec przed ciepłem, którym promieniował.
       - Moniko?
       - Słu...  cham? - potknęła się, ale zbyt wymuszenie,  zbyt sztucznie,
  podtrzymał ją bez trudu, nie puścił ręki.
       - Cały  czas  myślę o... O tym wierszu, który czytałaś.  O "Unter den
  Linden"  Walthera  von  der Vogelweide. Jest w tej balladzie coś dziwnego,
  coś,  czego  nie umiem wyjaśnić... Moniko, chciałbym cię o coś prosić. Nie
  odmawiaj, jeśli to możliwe.
       - Słucham cię, Jacku.
       - Poczytaj mi wiersze Walthera von der Vogelweide. Proszę.
       - Teraz?
       - Nie.  Nie teraz. Po kolacji,  kiedy będzie cicho i spokojnie, kiedy
  zapadnie  mrok.  Wydaje  mi  się, że ta poezja może brzmieć dobrze tylko o
  wieczorze,  chłodnym  i mrocznym jak kamienny, raubritterski zamek. Wpadnę
  do  ciebie  zaraz  po  kolacji,  na  chwilę  poświęcimy  się Minnesangowi,
  pieśniom trubadurów.
       - Jacku, ja...
       - Nie odmawiaj, proszę.
       Monika  zatrzymała  się,  zdecydowanie, ale nie gwałtownie, wyzwoliła
  rękę spod jego ramienia.
       Spojrzała  mu prosto w oczy. Śmiało, choć nie wyzywająco. Naturalnie.
  Szczerze. Odważnie.
       Powiedz mi, czego ode mnie oczekujesz. Czego chcesz ode mnie, właśnie
  ode  mnie,  kiedy  dookoła roi się od dziewcząt, kolorowych i pięknych jak
  kolibry,  wesołych,  rozszczebiotanych,  chętnych  jeśli nie do flirtu, to
  przynajmniej  do  zabawy  we flirt. One wszystkie patrzą na ciebie i żadna
  nie  czułaby  się  nieswojo,  mogąc  spacerować  z tobą po lesie i słuchać
  twoich  słów.  Każda  z nich cieszyłaby się myślą o wieczorze, spędzonym z
  tobą  na  czytaniu  wierszy. Żadna nie drżałaby w środku, tak, jak ja drżę
  teraz.  Powiedz  więc,  otwarcie  i szczerze dlaczego właśnie ja? Przecież
  ja...
       Jestem nieładna!
       Spuściła  oczy,  chowając  głowę w ramiona. Jak żółw, pomyślała. Boję
  się.
       - Moniko?
       - Dobrze, Jacku.

                                    * * *

       Co   ja   robię,   pomyślała,  schylona  nad  książką.  Co  ja  robię
  najlepszego.  Przecież  można  było  wykręcić  się  bólem  głowy, zaraz po
  kolacji zniknąć, wrócić późno, zamknąć drzwi na klucz, udawać, że mnie nie
  ma. Można było zrobić cokolwiek. A teraz siedzę tu z nim i...
       - Czytaj dalej, Moniko. Proszę.

       Ich kam gegangen
       Hin zur Aue,
       Mein Trauter harrte schon am Ort,
       Wie ward ich empfangen
       O Himmelsfraue!
       Dass ich bin selig immerfort,
       Ob er mich küsste? Wohl manche Stund.

       Tandaradei!

       Seht, wie ist so rot mein Mund.

       - Masz piękny głos, Moniko.
       Nie.  Nie.  Nie  chcę  tego, co już kiedyś było. Nie zniosę, nie chcę
  znosić upokorzenia, żalu, pustki, samotności. Nie chcę obwiniać ani szukać
  winy w sobie. Czemu on tak na mnie patrzy? Patrzy tak, jak gdybym była...
       (Ładna?)
       - Czytaj, Moniko.

       Da tät er machen
       Uns ein Bette
       Aus Blumen mannigfalt und bunt,
       Darob wird lachen
       Wer an der Stätte
       Vorüberkommt, aus Herzensgrund.
       An den Rosen er wohl mag

       Tandaradei!

       Sehen, wo das Haupt mir lag...

       - W  rzeczy  samej, to piękna pieśń, Moniko.  Słychać nieledwie brzęk
  strun lutni trubadura. Czy ktoś przełożył "Under den Linden" na polski?
       - Tak. Leopold Staff.
       - Nie  pytam nawet, czy znasz ten przekład.  Wiem, że znasz. Powiedz,
  proszę. Te dwie ostatnie strofki.
       - Jacku... Nie pamiętam...
       - Ślicznie  się  czerwienisz.  Ale  ja  wiem,  że pamiętasz.  Proszę,
  Moniko.

       Gdym porą nocną
       W to ustronie
       Przyszła, mój miły już tam był
       Tulił mnie mocno
       Na swym łonie
       Dotąd mam słodycz w głębi żył
       Czy całował? Rozdział z chust?

       Tandaradei!

       Patrz na czerwień moich ust!

       - Czytaj, Moniko. Nie przestawaj. Proszę.

       I poszedł łoże
       Popod lasem
       Z przeróżnych kwiatów usłać nam
       Śmiałby się może
       Ktoby czasem
       Przechodził i przystanął tam
       Zaraz by po różach zgadł

       Tandaradei!

       Mej leżącej głowy ślad.

       - Pięknie, Moniko. Naprawdę pięknie.  Tylko, wybacz, tego wiersza nie
  można  deklamować  z  głową  na  kolanach, ani takim grobowym głosem. Sama
  wiesz,  że  Walther  von  der  Vogelweide odrzuca w tej pieśni bezsensowny
  kanon  Minnesangu  i  miłości  rycerskiej,  egzaltację  i  westchnienia do
  nieosiągalnej  damy  serca. To jest, Moniko, pieśń o miłości spełnionej, o
  jedynej miłości, jaka ma sens, jaka jest radosna. Piękny epizod, opisany w
  piękny  sposób. Tę pieśń śpiewa dziewczyna, która leżała razem z ukochanym
  na  łożu  z  kwiatów...  Boże,  jak  ty  ślicznie  się czerwienisz. Była z
  ukochanym i jest szczęśliwa, i chce o tym głosić całemu światu, chciałaby,
  aby  wszyscy  widzieli  odciśnięty  w  kwiatach ślad jej głowy, by wszyscy
  dowiedzieli się o jej szczęściu.
       - Już strasznie późno, Jacku. I trochę boli mnie głowa...
       - Ostatnia strofka, Moniko.
       - Nie pamiętam przekładu, naprawdę...
       - Przeczytaj   w   oryginale.   Ale   przeczytaj   głosem  dziewczyny
  szczęśliwej. Proszę.


       Wie ich bei ihm ruhte
       Wenn jemand es wüsste
       Du lieber Gott - ich schämte mich.
       Wie mich der Gute
       Herzte und küsste
       Keiner erfuhr
       es als er und ich
       Und ein kleines Vögelein

       Tandaradei!

       Das wird wohl verschweigen sein!

       - Fascynujesz mnie, Moniko.
       - Przestań, Jacku. Proszę cię.
       - Jesteś urocza, wiesz? Masz w sobie mnóstwo czaru. Zaczynam wariować
  z  twojego  powodu.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało, Moniko, ale nie mogę
  przestać myśleć o tobie.
       - Jacku... Wprawiasz mnie w zakłopotanie.
       - Moniko... Gdy zamykam oczy, widzę twoją twarz,  twój uśmiech. Czuję
  wówczas, jak coś we mnie drga, jak coś ściska mi gardło...
       - Proszę, nie. Idź już. Jest już bardzo późno, Ela zaraz wróci.
       - Jeszcze chwilę...
       - Nie, proszę. Do jutra. Jacku.
       - Powiedz mi to.
       - Co?
       - Że mnie lubisz, Moniko.
       (Ja?)
       - Moniko.
       - Lubię cię.

                                    * * *

       Minnesänger  jest  szczupły,  drobny,  delikatny,  wiatr szarpie jego
  czarną  peleryną.  Skąd  ten wiatr, tutaj, w sali tronowej, gdzie nie drżą
  nawet  płomyki  świec,  ani  powłóczyste  welony  na szpiczastych czepcach
  zasłuchanych,   pogrążonych   w   dźwięku   lutni   dam?  Ale  za  plecami
  minnesängera  nie  ma  już  arrasu  z jednorożcem, nie ma kolumn i ostrych
  łuków witrażowych okien. Za jego plecami jest urwisko i czarny las.
       Oczy  minnesängera płoną w półmroku, żarzą się czarnym ogniem. W jego
  twarzy nie ma niczego, niczego, co nie jest tymi oczami, tym żarem.
       Daj rękę.
       Zapomniana. Nie ma wątpliwości. Przyciąga cię Rzeka, przyciąga cię to
  wzgórze. Daj rękę. Seht, wie ist so rot mein Mund.
       Na  pierwszy  rzut oka widać, że to nie jest naturalne wzgórze. Tu, w
  dominującym miejscu, był z pewnością gród, strzegący przeprawy. Świątynia,
  święty chram, ofiarny ołtarz...
       Nie, krzyczy Elka, zwana Pardwą. Nie, nie pójdę tam za nic w świecie,
  patrzcie, jaki okropnie ciemny jest ten las, jak tam mokro, tam są pająki,
  boję się pająków.
       Daj  rękę. Fascynujesz mnie. Pozostali śmieją się, klaszczą, futrzane
  maski  na  ich  głowach śmiesznie kiwają olbrzymimi uszami. Zernebock, der
  Schwartze Wahnsinn, krzyczy Elka, naga do pasa.
       Daj rękę.
       Nie!  Uciekaj!  Oczy  jasne,  prawie przezroczyste. Nie wracaj tu, bo
  spłoniesz, zgaśniesz, przeżre cię rdza.
       Moniko,  Moniko,  dotąd  mam  słodycz  w  głębi  żył.  Jesteś urocza,
  wiesz?
       Wiem.
       Zapomniana.  Boże, jak ty ślicznie się czerwienisz. Gdy zamykam oczy,
  widzę twój uśmiech. Czerwień twoich ust.
       Daj rękę.
       Bagno,  czarne,  lśniące  grzęzawisko,  porośnięte rzęsą, rozchodzącą
  się  wolno  wśród  baniek,  pękających na oleistej powierzchni. Otchłań, w
  głąb  której  wiedzie  Tysiąc  Stopni.  A  na  dnie  otchłani coś, co jest
  nieodgadnioną  tajemnicą,  coś,  co  drga,  pulsuje  i  tętni.  I czeka na
  wezwanie.
       Tandaradei!
       Spłoniesz. Zgaśniesz. Przeżre cię rdza.

                                    * * *

       Obudziła się.
       Leżąc  na mokrym od potu, starganym, zmiętym prześcieradle, długo nie
  mogła  usnąć,  na próżno starając się posklejać w jedną całość urywki snu,
  którego nie pamiętała.

                                    * * *

       Następnego   dnia  cała  kompania,  jak  zwykle,  radośnie  i  wesoło
  załadowała  się  do  samochodów,  by  tradycyjnie zawieźć rejwach, hałas i
  zamieszanie w jakiś odległy zakątek, gdzie było cicho i spokojnie.
       Cała   kompania,   oprócz  Moniki,  która  tym  razem  zdecydowanie i
  przekonywująco   symulowała  migrenę.  Oczywiście,  namawiano  ją.  On  ją
  namawiał. Oczywiście, odmówiła. Chciał zostać z nią. Odmówiła również.
       Dlaczego,  zastanawiała  się  później, spacerując sama, bez celu, nie
  zwracając  uwagi  ani  na  okolicę ani na snujących się szlakiem ścieżek i
  deptaków  innych  wczasowiczów.  Dlatego  odmówiłam?  Czego  ja  się boję,
  myślała, gnąc długi patyk, znaleziony przy drodze. Czego ja unikam? Życia?
  Dlatego, że życie nie jest poezją?
       Będę tak spacerować do wieczora, myślała. A wieczorem...
       Wieczorem  głowa  będzie  mnie  bolała  naprawdę.  Już czuję ból. Coś
  niedobrego dzieje się ze mną. Coś bardzo niedobrego.
       Malec,  przemocą  odciągany przez matkę od kiosku, pełnego kolorowych
  wspaniałości,  spojrzał  na  przechodzącą Monikę i rozkrzyczał się ostrym,
  nagłym, niepohamowanym krzykiem.
       Nie zwróciła uwagi.
       Czego  ja  się  obawiam,  myślała.  Rozczarowania? A czy to, co teraz
  robię,  nie  jest  rozczarowaniem?  Co będę czuła, jeśli dzisiaj wieczorem
  schowam  się, zamknę przed nim na klucz? Spełniona miłość, o której śpiewa
  kochanka  Walthera  von der Vogelweide, może rzeczywiście jest w tym sens?
  I może nie kryje się on w słowie "miłość", ale w słowie "spełnienie"? Może
  rzeczywiście  nazajutrz, pomyślała, coraz to silniej wyginając swój patyk,
  może  rzeczywiście nazajutrz byłabym w stanie rozejrzeć się dumnie dookoła
  i krzyknąć, patrzcie wszyscy, patrzcie na czerwień moich ust!
       Może.
       Wiem, czego się boję, pomyślała, przechodząc przez most.
       Własnej słabości.
       Ileż  ja  bym  dała, myślała, gnąc patyk, za to, żeby stać się silną.
  Nie, nie piękną, chociaż...
       Ale silną.
       Patyk złamał się z trzaskiem.
       Pod  mostem,  na  zalewie,  jeden z przepływających tamtędy kajakarzy
  zaklął  plugawie, w osłupieniu patrząc na dwa ułomki wiosła, które zostały
  mu w rękach.

                                    * * *

       Płomienie.  Rozjuszone  płomienie,  opasujące ją ze wszystkich stron,
  żar,  roztapiający  oczy, dym, pozbawiający tchu. łańcuch, wżarty w ciało,
  bezlitośnie  wiążący...  Ryk  płonącego  pieca, gotowego bluzgnąć ogniem i
  węglami...
       Słońce.  I  wiatr. Wiatr od Rzeki, furkot olchowych liści. Obejmujące
  ją  ramię,  emanujące  ciepłem  i siłą. Jesteś urocza, wiesz? Masz w sobie
  mnóstwo czaru. Gdy zamykam oczy, widzę twoją twarz.
       Och, Jacku.
       Nie  chcę  do  lasu,  krzyczy Elka, zwana Pardwą. Nie, tam są pająki!
  Boję się pająków! Umarłabym chyba, gdyby...
       Tandaradei!  Oczy  jasne,  prawie  przezroczyste.  Jeśli wrócisz ćmą,
  spłoniesz.
       Powiedz,  że  mnie  lubisz.  Oczy  minnesängera  są czarne i ogromne.
  Powiedz   to   głosem  dziewczyny  szczęśliwej,  która  spoczywała  wraz z
  ukochanym na łożu z kwiatów. I tam, na łożu z kwiatów...
       Spłoniesz. Zgaśniesz. Przeżre cię rdza.
       Gdzie ja widziałam ten uśmiech?
       Czarny  bór,  ogromne,  pokrzywione  dęby,  ich  ciemna  kora pokryta
  naroślami,  wyglądającymi  jak wrzody. Gromada ludzi, wszyscy w futrzanych
  maskach z wielkimi, stojącymi uszami. Dziewczyna, naga do pasa.
       Kamień, czarny, płaski. Na nim... Róże?
       An den Rosen er wohl mag Sehen, wo das Haupt mir lag...
       Tandaradei!
       Zernebock,  krzyczy  Elka,  zwana Pardwą. Ciągnie was Rzeka, ciągnie,
  jak   magnes.  Oczy  jasne,  prawie  przezroczyste.  Jednorożec,  unoszący
  przednie nogi w heraldycznej pozie.
       Daj rękę. To minnesänger. Nie, nie, krzyczy Elka, zabierzcie go, jest
  obrzydliwy, wiecie, że boję się pająków.
       Budzisz  mnie...  Pamiętam  pełne  usta  Beatrix, córki Berengara von
  Passau.
       Zernebock,  krzyczy  półnaga  dziewczyna,  ciskając  różę  na płaski,
  czarny kamień. Der Schwartze Wahnsinn!
       Daj  rękę.  Wstań.  Pójdziesz  ze  mną, by poznać prawdę. Mądrość nie
  niesie  zdrady,  nie wierz temu. Mądrość daje siłę. Prawda jest siłą. A ty
  przecież pragniesz być silna, pragniesz siły i władzy. Daj rękę.
       Nie! Oczy jasne, prawie przezroczyste.
       Wstań. Pójdź ze mną, by poznać prawdę. Pokażę ci, jak wygląda prawda.
       - Daj rękę.
       Obudziła się.

                                    * * *

       Mam  wstać  i  wyjść,  pomyślała  trzeźwo, natychmiast. Muszę wstać i
  wyjść. Wówczas poznam prawdę. Tak powiedział...
       Nie. On powiedział: Die Wahrheit.
       (Die Wahrheyt?)
       Monika Szreder wstała, stąpnęła prosto w kałużę rozlanego na podłodze
  księżycowego światła.

                                    * * *

       - No, i jak było?
       - Próbujesz wymuszać na mnie komplementy?
       - Aha.
       - Męskie  ego, prawda? Dobrze więc było bosko.  Taka odpowiedź mieści
  się w konwencji, jak sądzę? Aj, przestań! Co robisz, wariacie?
       - Zmieniam konwencję.
       - Aj! To ma być zmiana, według ciebie? Nie czuję różnicy.
       - Robisz się nieprzyzwoicie nieprzyzwoita.
       - Przyganiał kocioł garnkowi. Mmmm. Lubisz tak?
       - Mam odpowiedzieć zgodnie z konwencją?
       - Możesz w ogóle nie odpowiadać. Niech czyny mówią za ciebie.
       - Myślisz, że co ja jestem? Clockwork lover? Na zawołanie?
       - Starałeś  się, jak mogłeś, żebym tak właśnie o tobie myślała,  więc
  się  teraz  nie  wykręcaj. Ja zresztą i tam wezmę sobie, co chcę, taka już
  jestem. Nie ruszaj się.
       - Tak?
       - Mmmm. Ooooch!
       - Co?
       - Komar ugryzł mnie w tyłek.
       -  Zaraz  go złapię i rozgniotę rozpustnika. Co on sobie myśli, że to
  jest menage a trois? Gdzie cię ugryzł? Tu? Niegłupi owad.
       - Ajjjj!
       - Ela?
       - Mmmmm?
       - Czemu nazywają cię Pardwą?
       - Kiedyś,  w  pociągu,  rozwiązywaliśmy krzyżówkę,  było tam hasło, z
  którym   nikt  nie  mógł  sobie  poradzić.  Poziomo,  sześć  liter.  Ptak,
  zamieszkujący mszary i tundry Północy. I ja zgadłam.
       - Ela...
       - Och... Mmmm... Jacek...
       (Monika,  przytulona  do  muru  tuż  obok uchylonego okna, dygotała z
  obrzydzenia. Chciała odejść. Nie mogła.)
       - Jacek?
       - Mhm?
       - A Monika?
       - Co, Monika?
       - Dobrze  wiesz,  o co mi chodzi. Myślisz, że nikt nie widzi,  jak ją
  czarujesz? Jak koło niej skaczesz?
       - O Boże, Pardwa. Nie wyciągaj pośpiesznych i banalnych wniosków. Żal
  mi jej, to wszystko. Chcę, by miała miłe wakacje. Takiej jak ona potrzebne
  jest  trochę  adoracji. Co jakiś czas trzeba takiej jak ona powiedzieć, że
  jest piękna, wówczas faktycznie pięknieje. W miarę skromnych możliwości.
       - Jeszcze  lepiej  się  z  taką  przespać,  wtedy  pięknieje  jeszcze
  bardziej. To miałeś na myśli?
       - Ha!  Że  też ja się od razu nie domyśliłem.  To temu zawdzięczam tę
  sympatyczną przygodę, Elu? Doprawdy, podtekst nietrudny do rozszyfrowania.
       - No,  no,  teraz  ty  jesteś  banalny,  posądzając mnie  o zazdrość.
  Gorzej,  o  zawiść.  I  o  kogo?  O  taką  myszkę.  Boże.  Nie odgrywaj tu
  Pygmaliona.  Znalazł  się  dobroczyńca.  Mówię  całkiem poważnie, prześpij
  się  z  nią.  Jeśli  tego  nie zrobisz, zepsujesz jej wakacje. Pozostawisz
  uczucie niedosytu. Prześpij się z nią, Jacek.
       - Sęk w tym, że nie chcę. Nie czuję do niej woli bożej.
       - Co to ma zatem być, sztuka dla sztuki? Mówiłam, Pygmalion. Profesor
  Higgins dla ubogich.
       - Ona jest... Ona jest nieładna. Po prostu nieładna. I aseksualna.
       - Egoista. Poświęć się i zrób to tylko dla niej.  Zamknij oczy i myśl
  o  Anglii.  Ale  ja  myślę,  że  kłamiesz. Właśnie ta jej myszkowatość cię
  podnieca.
       - Ela,  czy  naprawdę  nie  znajdziemy   wdzięczniejszego  tematu  do
  rozmowy?
       - Sądzę, chłopczyku, że w ogóle tracimy za dużo czasu na gadanie.
       - Elka!
       - Mmmmmm.

                                    * * *

       Biegła  przed  siebie,  na oślep przez las, obijała się o pnie drzew,
  plątała   w   szponiastych   łodygach  jeżyn,  potykała  w  wykrotach,  na
  korzeniach,  na  zwalonych  pniach.  Biegła,  chcąc  jak  najdalej za sobą
  zostawić  wstręt,  upokorzenie, od którego puchła twarz, wstyd, od którego
  tętniło w skroniach. Chcąc jak najdalej za sobą zostawić...
       Nie będę płakać. Nie będę. Nie. Nie. Nie.
       Gałąź,  elastyczna  i jadowita jak pejcz, smagnęła ją przez policzek,
  wypełniając   oczy   mokrym,  oślepiającym  bólem,  usprawiedliwiającym...
  Dającym pretekst...
       Na kolanach, tłukąc pięściami o pień olchy, Monika Szreder wybuchnęła
  łzami, zatrzęsła się w tłumionym, rzężącym krzyku.

                                    * * *

       W  białym  domu  na płaskim szczycie wzgórza, omywanego niespokojnym,
  rozgadanym  nurtem  Rzeki, doktorka uniosła głowę znad pożółkłych stronic.
  Przez  chwilę  przysłuchiwała  się ciszy, jaka niespodziewanie zapadła nad
  okolicą.  Czarny  kot,  zwinięty w kłębek na haftowanej poduszce, otworzył
  złociste oczy i zasyczał, wpatrzony w mrok.
       Doktorka wróciła wzrokiem do księgi.
       "...wiadomym iest, iako onego, który wiele ma imion, nie lza przyzwać
  ni  zawezwać proprio motu - on przybywa ieno wonczas ieśli taka wola iego.
  On  wyhynie  z Otchłani, imię ktorey iest Radm- Agakh, stąpaiąc po Tysiącu
  Stopni.  On przybędzie na krzyk, nawet ieśli w krzyku tym nie masz imienia
  iego.  On,  który  Pluribus  Mortis  Imago  iest i który Wychudły iest. Ni
  ieden,  choćby  i  naymędrszy,  na  drodze  iego stanąwszy extra periculum
  liczyć  się  nie może. Bo ieśli przyzwać go niełatwo, to po stokroć ciężey
  zatrzymać, gdy przyzwany po żer swóy kroczy, po Tysiącu Stopni z Otchłani,
  imię którey iest Radm-Agakh..."
       O szybę stuknęła szara ćma. Potem druga. I trzecia.

                                    * * *

       Monika  zaszlochała,  obejmując  pień olchy, przytulona policzkiem do
  mokrej  kory.  Las,  zalany  bladym,  upiornym światłem księżyca, zamarł w
  nienaturalnej ciszy.
       Nagły rozbłysk, erupcja siły. Biały jednorożec uniósł przednie nogi w
  heraldycznej  pozie.  Monika,  czując  wzbierającą  w sobie moc, wciągnęła
  powietrze  do płuc, unosząc w górę obie pięści wrzasnęła, wrzasnęła w mrok
  makabrycznym, nie swoim głosem.
       - Tandaradei!!!

                                    * * *

       Doktorka jęknęła, patrząc na ćmy, tłukące o szyby obłędnym staccato.
       - Przez Żelazo i Miedź - szepnęła. - Przez Srebro. Magna Mater, Magna
  Mater...
       Księżyc,  do połowy wysunięty zza podświetlonych chmur, roześmiał się
  jej prosto w twarz, skrzywiony w obelżywym, trupim grymasie.

                                    * * *

       Zanim wyczuła obecność, poczuła zapach. Zapach czarnego, porośniętego
  rzęsą,  zgniłego,  dyszącego  metanem  bagna. Zapach bezdennej otchłani, w
  której coś, co jest tajemnicą, okropnością i zgrozą drga, pulsuje i tętni.
  I czeka na wezwanie.
       Nie  przestraszyła  się.  Wiedziała,  że  zna  tego, który nadchodzi.
  Wiedziała, że przyjdzie na jej wezwanie, na krzyk.
       Nie  zlękła  się,  słysząc  mokre, chlupiące kroki, strzykające wodą,
  wyciskaną z gąbczastego gruntu.
       Monika Szreder uniosła głowę.
       - Jestem - powiedziała minnesänger.
       Poczuła,  jak ogarnia ją spokój. Przywracający wiarę w siebie, silny,
  niezwyciężony spokój, spokój, który jest chłodny i błękitny, jak woda, jak
  płomień, jak...
       - Daj rękę - powiedział minnesänger.
       Jak nienawiść.
       Spojrzała.
       Minnesänger  -  wciąż  nie mogła zdobyć się na to, by chociaż w myśli
  nazwać  go  jego prawdziwym imieniem - uśmiechnął się. Monika widziała już
  kiedyś  taki  uśmiech.  Już  pamiętała,  gdzie.  Widziała  taki uśmiech na
  ilustracji Johna Tenniela, przedstawiającej Kota z Cheshire. Zaraz będę po
  drugiej stronie lustra, pomyślała niespodziewanie.
       Oczy  minnesängera,  wielkie  i niezmrużone w uśmiechu, były czarne i
  bezdenne. W bezwargich ustach lśniły długie zęby, okrągłe, stożkowate, jak
  u drapieżnej ryby.
       Nie czuła lęku.
       - Daj rękę - powtórzył minnesänger, tchnąc na nią zapachem mokradła.
       Wyciągnęła dłoń.

                                    * * *

       Tamci,  w głębi ciemnego boru, w kręgu potężnych, pokrytych naroślami
  dębów,  czekali,  stłoczeni dookoła płaskiego, czarnego kamienia, usłanego
  tysiącem  róż.  Czekali  w zupełnej ciszy, wysoko unosząc głowy, ustrojone
  w  uszate,  futrzane  maski, w otworach których płonęły obłędem błyszczące
  oczy.

                                    * * *

       Palce  minnesängera  były  zimne, przeszyły ją igłami palącego mrozu,
  wybuchły w ciele miliardem odłamków bólu. Bólu, który przyjęła z rozkoszą.

                                    * * *

       Doktorka,   siedząc   na   krześle  ustawionym  pośrodku  pentagramu,
  wpisanego  w  koło, nakreślone kredą na podłodze, odjęła dłonie od skroni,
  wyrzuciła  w  górę  ręce  w  gwałtownym  geście.  Rozpalony,  huczący piec
  zawył, zaryczał, o szyby zadudniły chmary nocnych owadów.
       - Deeeeeskaaaaath!!!
       Drzwiczki  pieca  odskoczyły z trzaskiem, palenisko bluznęło ogniem i
  dymem,  płonące  węgle zadudniły po blasze i deskach podłogi jak kartacze,
  siejąc iskrami.
       Z  ognia  wytoczył się, jak kula, nagi malec, najwyżej półtoraroczny.
  Przeturlał  się,  przekoziołkował,  stanął,  zataczając  się  na tłustych,
  niepewnych  nóżkach. Jego skóra pokryta była chropowatymi, szarymi śladami
  poparzeń.  Pojedynczy  kosmyk  cienkich  włosków  na  łysej  główce pełgał
  chwiejnym, kopcącym płomieniem.
       - Deskath - powiedziała doktorka.
       Malec dymił, stojąc wśród rozrzuconych na podłodze węgli.
       - Deskath - powtórzyła. - Jesteś...
       - Jestem - odrzekł niewyraźnie chłopczyk. - Jak ci się  podobało moje
  entrée,  starucho?  To  zawsze  robi  wrażenie,  nieprawdaż?  Ożywia pewne
  wspomnienia. Pamiętasz?
       - Dosyć - szepnęła doktorka.
       Bardzo chudy, czarno odziany młodzieniec, który raptownie pojawił się
  w  miejscu  płonącego  malca,  uśmiechnął się, ukazując długie, stożkowate
  zęby.
       - Wolisz  mnie  w  tej  postaci?  Proszę,  jestem.   No,  wiedźmo, do
  rzeczy.  Wezwałaś mnie w najmniej sposobnej po temu chwili. Przeszkodziłaś
  mi  w  czymś  ogromnie ważnym. Jak mi się zdaje, już kiedyś zapowiedziałem
  ci,  co  się  stanie,  jeśli  będziesz  mi przeszkadzać. Jeśli jeszcze raz
  odważysz się stanąć mi na drodze.
       - Zawsze będę stawać ci na drodze, Deskath.
       Czarny młodzieniec przecząco pokręcił głową.
       - Nie  powiedział. - Nie będziesz. Za późno.  Dziś w nocy odrodzi się
  Płonący, w lawinie ognia, tak, jak to przed chwilą widziałaś. Wszystko już
  jest   przygotowane.   Myślałaś,   że  tych  marnych  kilkudziesięciu  lat
  wystarczy,  by  o  mnie zapomniano? Myliłaś się. Są tacy, którzy nigdy nie
  zapomną. Pamięć przetrwa przez pokolenia.
       Nowe  roje  owadów  załupały  o  szyby, pokrywając je grubą, ruchliwą
  warstwą.
       - Przyjdzie   ci  pogodzić  się  z   tym   faktem,  jędzo  -  ciągnął
  młodzieniec,   powolutku   obchodząc   krąg,  wewnątrz  którego  siedziała
  doktorka.  - Niczego już nie możesz zrobić. Nie pomoże ci ani twój kredowy
  znak, ani dyletancki przekład wiadomej księgi. Za późno.
       - Nigdy  nie  jest  za  późno - powiedziała  wolno doktorka. - Patrz,
  Deskath.
       Unosząc  rękę,  pokazała  bursztynowy  amulet, zwisający z łańcuszka,
  ciasno  oplatającego  kiść  lewej  dłoni. Oczy czarnego młodzieńca zwęziły
  się.
       - Śmieć  - stwierdził. - Dlaczego nie zawieziesz tego do  miasta, nie
  sprzedasz na pchlim targu? Może masz jeszcze krucyfiks, co? Święconą wodę?
  Śmieszysz mnie, wiedźmo.
       - Przez Powietrze i Wodę - wyrzekła powoli doktorka. - Przez  Wierzby
  i  Oczerety.  Deskath!  Wracaj na dno moczaru. Wracaj w Otchłań, która cię
  wypluła. Zapadnij się z powrotem w Bagno, w Bajoro, w Ploso.
       - Słowa,   słowa,  słowa  -  młodzieniec  zbliżył  się  do   kręgu  i
  przekroczył  go,  stając  przed  staruszką  z  uśmiechem.  -  Słowa, które
  straciły  moc  i  znaczenie  już  dawno  temu, zanim jeszcze kolej żelazna
  zaczęła  kursować po naszej Dolinie. Nic nie zostało z twojej dawnej siły,
  jędzo. Nie idziesz z duchem czasu.
       - To ty przeceniasz swoją siłę, Deskath.
       - Tak  sądzisz?  Zaraz  zobaczymy. Nie zabiję cię, o nie.  Połamię ci
  tylko  obie  ręce.  W  twoim  wieku  złamania  zrastają  się z trudnością.
  Zagipsują cię po same pachy, a gips będzie zimny, bardzo zimny. A wówczas,
  gdy  ogarnie  cię  gorączka,  odwiedzę  cię w domu choroby. Wejdę w ciebie
  przez igły kroplówki, wbite w twoje zwapniałe żyły. Porozmawiamy wówczas o
  dawnych  czasach.  Pooglądamy  obrazki.  Weźmy się zatem do pracy. Śpieszę
  się.  Tam, wśród olch, czeka na mnie cudowne, płowowłose stworzenie, które
  po  nocach  śpiewało  mi  pieśni. Nie mogę pozwolić, by czekała, to byłoby
  bardzo nieuprzejme.
       - Jeden  krok,  Deskath  -  szepnęła doktorka - jeszcze jeden krok, i
  Tysiąc Stopni otworzy się pod tobą.
       - Za późno. Dotknęła mojej dłoni. Jest moja.  Dziś w nocy odrodzi się
  Płonący.
       - Dotknęła twojej dłoni?
       - Tak - uśmiechnął się młodzieniec. - Dotknęła mojej dłoni.
       - Spójrz zatem na twoją dłoń, Deskath.
       Zaryczał, unosząc rękę, potrząsając bezkształtnym, broczącym kikutem,
  ociekającym  zieloną  mazią, roniącym czarnosine, dymiące ochłapy. Długie,
  cienkie  kości,  wyłaniające  się  spod rozpadającej się tkanki gięły się,
  rozpływały  i  skwierczały, jak guma wrzucona do żaru. Bulgotała, wzdymała
  się bąblami skóra na chudym przedramieniu.
       - Sam  nie  wiesz,  czego  dotknąłeś,  Deskath  - rzekła  doktorka. -
  Fatalna pomyłka.
       Chudy  młodzieniec  znikł.  Nagi chłopczyk, pokryty skorupą poparzeń,
  zakrzyczał,  zatupał  bosymi  nóżkami,  zakiwał dymiącą główką, potrząsnął
  czerniejącym kikutem.
       - Precz, Deskath! Na Bajora i Plosa!
       Maluch  zakrzyczał  jeszcze  głośniej.  Na paluszkach nie uszkodzonej
  dłoni wyrosły mu szpony, wielkie, jak u kani.
       - Magna Mater! - krzyknęła doktorka. - Gladius Domini!
       Węgle  na  podłodze i w palenisku zasyczały, jak zlane wodą, buchnęły
  kłębami pary, czarnego dymu.
       - Dostanę cię! Dostanę cię jeszcze! - wizgnął malec,  skryty w dymie.
  - Słyszysz, wiedźmo?
       Dym rozwiał się na moment, na krótko, na tyle, by zobaczyła go w jego
  własnej  postaci,  ogromnego,  zgarbionego,  z  krętymi rogami rzucającymi
  cienie na powałę.
       - I  ją  - zahuczał z wyraźnym wysiłkiem,  ledwo zrozumiale. - Ją też
  dostanę... Dosta... nę...
       - Nie sądzę, żeby to było możliwe, Deskath.
       - Dostaa... nę...  - zabełkotał, rozwiewając się w cierpkim, gryzącym
  dymie, powoli wypełniającym izbę.
       - Nie  -  szepnęła  doktorka,  z  trudem  łapiąc  oddech.   Serce jej
  łomotało, adrenalina biła w przełyk ciężkimi falami, ćmiła oczy.
       - Nie, Deskath. Jej już nie dostaniesz. Jej już nikt nie dostanie.
       Ćmy,  zalepiające  szyby,  zakręciły  się w szaleńczym wirze, zerwały
  się, odleciały w noc.
       - Nikt  - zaszlochała sucho doktorka. - Nikt jej już nie  dostanie. I
  nikt nie powstrzyma.

                                    * * *

       Monika  stała  sama wśród olch, patrząc na czubki palców wyciągniętej
  dłoni. Patrząc, powiedziała...
       Nie. To nie ona powiedziała. To powiedziało to coś, co było w niej, w
  środku. To coś, co było nią.
       - Nareszcie. Nareszcie wolna.

                                    * * *

       Tamci,  w  głębi  boru, zakotłowali się. Rozebrana do pasa dziewczyna
  zdarła   z   głowy   groteskową   maskę.   Ktoś   zakrzyczał,  ktoś  upadł
  konwulsyjnie  rzucając  się wśród zeschłych liści. Ktoś inny odwrócił się,
  pomknął przed siebie, w las, trzeszcząc w chruście, łamiąc gałęzie.
       - Zernebock! Zerneboooock!
       Półnaga dziewczyna zaczęła wyć, urywanie, histerycznie, strasznie.

                                    * * *

       Doktorka wciąż nie odważała się opuścić kręgu, chociaż wyraźnie czuła
  pełną  ulgi  pustkę,  pulsującą  w  powietrzu nieobecność zła. Patrzyła na
  drzwi.  Jestem  wycieńczona,  myślała,  zbyt  słaba, następny wysiłek mnie
  zabije. Jeżeli... ona...
       Czarny  kot wyczołgał się ostrożnie spod łóżka, przeciągnął, miauknął
  cicho,  niepewnie. Potem usiadł, polizał łapkę, potarł nią ucho, spokojny,
  nieobecny.
       Doktorka odetchnęła z ulgą, prawdziwą, wyczekiwaną i ostateczną.
       To,  co  szło  przez  ciemny  bór,  uśmiechając  się  i szepcząc, nie
  kierowało się w stronę jej wzgórza.
       Szło w kierunku przeciwnym.

                                    * * *

       Monika   przetarła   oczy   wierzchem   dłoni,  spojrzała  na  palce,
  zazielenione  od  omszałego  pnia  olchy, o który tłukła pięściami, tam, w
  głębi  lasu. Ale teraz stała pośrodku własnego, wczasowego domku, pośrodku
  jasnej  plamy  księżycowego  światła,  wpadającego przez okno. Elka, zwana
  Pardwą,   jej   współmieszkanka,   spała   na  swoim  łóżku,  na  wznak, z
  półotwartymi  ustami,  pochrapując  lekko.  Zdążyła  już wrócić do swojego
  łóżka.
       Monika Szreder uśmiechnęła się, pełna siły i spokoju.
       Spojrzała  za  okno,  na  pokraczną sosnę, gdzie w rozwidleniu gałęzi
  koncentryczna pajęczyna srebrzyła się kropelkami rosy.
       Lekkim, niedbałym ruchem wyciągnęła rękę, kiwnęła palcem.
       Wielki,  opasły  pająk  krzyżak  natychmiast wyskoczył ze zrolowanego
  liścia  w rogu pajęczyny, błyskawicznie zjechał po nici w dół. Po krótkiej
  chwili  pełzł  już po parapecie, po firance, po podłodze. Zatrzymawszy się
  przy stopie Moniki zamarł, uniósł dwie przednie nogi na znak, że czeka.
       Wciąż  uśmiechnięta,  Monika  wskazała  na  otwarte usta Elki, zwanej
  Pardwą.  Nie  czekając,  wyszła  z  domku. Nie musiała w tym celu otwierać
  drzwi.
       Pająk, posłuszny rozkazowi, prędko popełzł w stronę łóżka.

                                    * * *

       Otworzył  oczy,  krztusząc  się, przerażony koszmarem. Chciał sięgnąć
  ręką   do   ust,  nie  mógł.  Chciał  unieść  głowę.  Nie  mógł.  Był  jak
  sparaliżowany.   Czuł  przenikliwy,  słodki  zapach  kwiatów,  czuł  dotyk
  płatków,  łodyżek,  kolców,  mokrych  listków, wszędzie, na policzkach, na
  szyi, na ramionach.
       Leżał wśród sterty kwiatów.
       Monika   Szreder  podeszła  bliżej  i  uśmiechnęła  się.  Widząc  ten
  uśmiech,  otworzył  usta  do  wrzasku. Do wrzasku, który w swoim założeniu
  miał  postawić  na  nogi cały ośrodek wczasowy, cały Tleń, a nawet i straż
  pożarną  w  odległych Laskowicach. Ale to, co wydobył z krtani, ściśniętej
  przez  niewidzialną  garotę,  było  tylko  ledwie słyszalnym, rozpaczliwym
  skrzekiem.
       Monika  Szreder podeszła jeszcze bliżej, stanęła nad nim, szepcząc, a
  w szepcie tym była tętniąca namiętność, szaleńczy, wściekły zew, przemożna
  siła.  Zareagował,  przerażony  tym,  że reaguje. Słyszał jej szept, coraz
  wyraźniej.

       Gdym porą nocną
       W to ustronie
       Przyszła, mój miły już tam był
       Tulił mnie mocno
       Na swym łonie
       Dotąd mam słodycz w głębi żył
       Czy całował? Rozdział z chust?

       Tandaradei!

       Rozbierała  się  powoli, nie śpiesząc się i nie przestając uśmiechać.
  Patrzył na nią oczami rozwartymi aż do bólu. I aż do bólu był dla niej.
       Gdy  go  dotknęła,  zatrząsł  się, jak gdyby przytknięto mu do piersi
  rozżarzony  pogrzebacz.  Gdy go objęła i ścisnęła udami, miał wrażenie, że
  wylano na niego wiadro ciekłego tlenu. Zobaczył jej oczy, tuż nad sobą.
       - Patrz na czerwień moich ust.

                                    * * *

       - I co, panie doktorze?
       - Masywny wylew. Poszła tętnica w mózgu. Wysilił się, Casanova jeden,
  ponad miarę.
       - To znaczy, pan myśli, że...
       - Sekcja potwierdzi. Ale z tego, co widzę, wnoszę, że była to piękna,
  męska śmierć. Padł w walce, na placu boju, że się tak wyrażę.
       - Taki młody? On nie ma czterdziestki, na moje oko.
       - Młodzi   też   miewają   kruche   tętniczki,   panie  Kaziku.  Cóż,
  romantyczny  był  chłopak, popatrz pan tylko na te kwiaty. Co za fantazja,
  cholera. Nasypał kwiatów do łóżka i na tych kwiatach ją...
       - Szlag  by  to  trafił.  Co ja mam teraz robić?  Przecież ja ją będę
  musiał odnaleźć, tę babę, co z nim była. I jak? Mam chodzić i pytać?
       - Po co? Od kiedy to karalne? To był wylew, mówię panu.  Mogło mu się
  to przydarzyć w pracy, albo przy wódce.
       - No,  te...  zeznania, czy protokół jakiś trzeba by spisać.  Z tego,
  co pan mówi, panie doktorze, wynika, że była z nim, gdy... No, wie pan.
       - Jeszcze  jak  była.  Dziwne,  że  sama  nie dostała wtedy szoku.  A
  zresztą,  co za różnica. Idę wezwać transport, ja go wieźć nie będę. A pan
  szukaj sobie tej kobitki, panie Kaziku, jeśli masz pan ochotę. Choćby i po
  śladach.
       - Po jakich śladach?
       - Sherlock  Holmes  to  pan nie jesteś.  Popatrz pan na te kwiaty, na
  poduszce.
       - Patrzę, no i co?
       - Tu jest odciśnięty ślad głowy.

                                    * * *

       Pociąg   z   Czerska,   jadący   do  Laskowic,  przybył  na  stacyjkę
  punktualnie,   wtoczył   się   na   peron,   ledwie  przebrzmiał  szalony,
  natarczywy  dzwonek  przy  szlabanie.  Peron  był  pusty,  jedynie  trzech
  wędkarzy,  obarczonych  torbami,  plecakami  i  rurowatymi  futerałami  na
  wędziska wspięło się po żelaznych stopniach do wagonu.
       Rozładowali  bagaż  na półkach i siedzeniach, wyłuskali się z grubych
  kurtek,  które  mieli  na  sobie,  pomimo iż ranek był ciepły i słoneczny.
  Jeden   wydobył   z  kieszeni  fantazyjnej  kamizelki  paczkę  papierosów,
  wyciągnął ją w stronę kolegów.
       Ale   koledzy   wędkarza   siedzieli   nieruchomo,   wpijając  oczy w
  płowowłosą  dziewczynę,  która  obok, po drugiej stronie przedziału, lekko
  kłoniła głowę nad książką.
       Wędkarz  zamarł  z  wyciągniętą  ręką. Nie mógł oderwać wzroku. Bo ta
  dziewczyna była... była... nieprawdopodobnie wręcz... Niewiarygodnie...
       Piękna.


                                                           Andrzej Sapkowski

    [ TEKST ZAMIESZCZONY ZA ZGODĄ AUTORA DO PUBLIKACJI TYLKO NA STRONACH ]
    [      Andrzej Sapkowski Zone:  http:\/\/sapkowski.fantasy.art.pl\/      ]

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl