AS ZONE:

PUBLICYSTYKA
Kontrowersyjny Piróg
[PIROG.TXT | PIROG.DOC]


Piróg
albo
Nie ma złota w Szarych Górach

[Nowa Fantastyka 5(128)/1993]

       Gdzie   należy   szukać   początków   gatunku   -   lub  subgatunku -
  literackiego,  którym  przyjdzie nam się oto zająć? Zdania specjalistów są
  podzielone.  Jedni  odsyłają  do Walpole'a, Anny Radcliffe i Mary Shelley,
  inni  wolą  wskazywać  na  Lorda Dunsany, Merrita i Clarka Ashtona Smitha.
  Jeszcze  inni  -  a  zdanie  tych  ostatnich  podziela  niżej  podpisany -
  poszukują  źródeł  Białego  Nilu  w tak zwanych pulp-magazines. W jednym z
  takich  zeszytów  niejaki  Winsor  McCay  zaczął około roku 1905  drukować
  komiks  o  przygodach  bohatera,  noszącego  trywialne  imię Nemo. Komiks,
  wydawany  w  tygodniowych  odstępach,  ukazywał  się  przez  czas długi, a
  obrazki   McCaya   wyróżniała   spośród   innych   komiksów   jedna,  dość
  charakterystyczna cecha - perypetie wzmiankowanego Nemo nie rozgrywały się
  na  Dzikim  Zachodzie,  nie  w  opanowanym  przez  gangsterów  Chicago lat
  prohibicji, nie w głębi Czarnej Afryki i nie na innej planecie. Rozgrywały
  się  w  dziwnej  krainie,  nazwanej  przez  McCaya Slumberlandem - krainie
  bogatej   w  zamki  na  skale,  piękne  księżniczki,  walecznych  rycerzy,
  czarodziejów  i  straszne  potwory.  Slumberland  McCaya stał się pierwszą
  prawdziwie  populistyczną  Krainą  Nigdy-Nigdy, Never-Never Landem. Krainą
  Marzeń.  Komiks  McCaya  nie  mógł  być  zakwalifikowany jako "przygodowy"
  (adventure), nie był fantastyką naukową (science fiction). Był - fantazją.
  Po angielsku - fantasy.
       Nieco  później,  w roku 1930, Robert E. Howard, mając lat dwadzieścia
  jeden,  wymyśla  postać osiłka Conana z Cimmerii dla potrzeb pulp-magazynu
  "Weird Tales". Pierwszą z historyjek o Conanie Ameryka ogląda w roku 1932.
  W  roku  1936  Howard  odbiera  sobie  życie, zostawiając schedę w postaci
  kilku  krótkich  opowiadań  i noweletek dziejących się w podobnym nieco do
  naszej   Ziemi,   ale  przecież  najzupełniej  fikcyjnym  i  fantastycznym
  Never-Never  Landzie.  Bohaterski Conan robi tam to, czego jego twórca nie
  potrafił.  Howard  zostawia  po  sobie  wyłącznie  jedną  większą  rzecz o
  Conanie,  a  mianowicie  "The  Hour  of  the Dragon". Rzecz tę już po jego
  śmierci  publikuje  się ponownie pod tytułem "Conan the Conqueror". Howard
  leży  sobie  w  mogile  ciemnej, a światek amerykańskich fanów zaczyna się
  trząść  od  kolejnych  "Conan  the  ...",  produkowanych  przez spryciarzy
  czujących  biznes.  Spryciarze  czują  dobrze i czują już: Howard stworzył
  nowy,  poczytny,  dobrze sprzedawalny genre - sword and sorcery, określany
  też niekiedy jako heroic fantasy.

       Fantasy - wielki wybuch!

       Krótko  po  śmierci  Howarda,  w  roku  1937, mało znany pan Tolkien,
  mający  lat  czterdzieści  pięć,  publikuje w Anglii książeczkę dla dzieci
  zatytułowaną  "Hobbit,  czyli  tam  i  z  powrotem".  Tolkienowa koncepcja
  Never-Never Landu, zwanego Śródziemiem, urodziła się w latach dwudziestych
  naszego  stulecia.  I dopiero w roku 1954 wydawnictwo Allen i Unwin wydaje
  "Władcę  Pierścieni".  Tworzenie  dzieła,  trylogii,  która  ma wstrząsnąć
  światem, zajęło autorowi dwanaście lat. Wyprzedził go C. S. Lewis ze swoją
  "Narnią",  wydaną  w  roku  1950,  ale mimo tego to nie Lewis, ale Tolkien
  rzucił świat na kolana. Jako, że jednak nikt nie jest prorokiem we własnym
  kraju,  owo  rzucenie  na  kolana  dokonuje  się na dobrą sprawę dopiero w
  latach  1965/1966  po  wydaniu w Stanach wersji paperbackowej.(1) Z faktem
  paperbackowego  wydania  trylogii zbiega się reedycja (i reredakcja) całej
  serii  "Conanów",  popełniona  przez L. Sprague de Campa. Zauważmy - dwóch
  autorów  i  dwa  dzieła.  Dzieła  tak  różne,  jak  różni  są ich autorzy.
  Młodziutki  neurotyk  i  dojrzały,  stateczny profesor. Conan z Cimmerii i
  Frodo  Baggins z Hobbitonu. Dwie jakże różne krainy Nigdy-Nigdy. I wspólny
  sukces. Rozpoczęty kult i szał.
       Gdy   rozpoczął   się  kult  i  szał,  spojrzano  wstecz.  Oczywiście
  dostrzeżono  "Narnię"  Lewisa  i  triumfalnie dopisano trzecie nazwisko do
  listy.  Ale  dostrzeżono też starodawny "Las za światem" Williama Morrisa,
  "Alicję w Krainie Czarów" Lewisa Carolla, nawet "Czarodziejka z Oz" Franka
  L.  Bauma  z  roku  1900.  Dostrzeżono też "The Once and Future King" T.H.
  White'a  z  roku  1958.  Owszem, to także była fantasy - znacząca wszak po
  angielsku  tyle co "fantazja". Wszelakoż, jak zauważyli trzeźwi osądzacze,
  owe  pretolkienowskie kawałki nie miały aż tak populistycznego charakteru,
  co  "Władca Pierścieni" czy "Conan". A poza tym, dodali trzeźwi osądzacze,
  jeśli  aż  tak  nagniemy  kryteria,  to gdzie miejsce dla Piotrusia Pana i
  Kubusia Puchatka? To przecież także fantazja, fantasy. Ukuto więc naprędce
  termin  adult  fantasy  - ani chybi po to, by zagrodzić Kubusiowi drogę na
  listę fantastycznych bestsellerów.

       Fantasy - ekspansja

       Gatunek rozwija się lawinowo, kładzie kolejne kamienie milowe, szybko
  zapełnia  się  portretami  autorów Aleja Zasłużonych, Hall of Fame. W roku
  1961 powstają sagi "Elric" i "Hawkmoon" Michaela Moorcocka. W 1963 pojawia
  się  pierwszy  "Świat  Czarownic"  Andre  Norton. Wznawia się w paperbacku
  "Fafhrda  i  Szarego  Kocura"  Fritza Leibera. Wreszcie, w 1968, z wielkim
  hukiem  -  "Wizard  of  Earthsea" Ursuli Le Guin, a jednocześnie "The Last
  Unicorn" Petera S. Beagle - dwie rzeczy o absolutnie kultowym charakterze.
  Nastają   lata   siedemdziesiąte   -   pojawiają   się   i   biją  rekordy
  sprzedawalności książki Stephena Kinga. Więcej tam, co prawda, horroru niż
  fantasy,  ale  to  praktycznie  pierwszy  przypadek,  by  pisarz z "getta"
  wykosił  mainstreamowców  z wszystkich możliwych list bestsellerów. Krótko
  po   tym  pojawia  się  "Thomas  Covenant  the   Unbeliever"  Stephena  R.
  Donaldsona,  "Amber" Zelaznego, "Xanth" Piersa Anthony, "Deryni" Katherine
  Kurtz,  "Birthgrave"  Tanith Lee, "Mists of Avalon" Marion Zimmer Bradley,
  "Belgariada"  Davida Eddingsa. I następne. Następne. Następne. Koniunktura
  nie słabnie.
       Jak  powiedziano,  szał,  kult,  sprzedaże  bijące  rekordy.  Ogromna
  popularność  i  ogromny  biznes. I jak zwykle - zmarszczone nosy krytyków.
  Popularne,  poczytne,  lubiane, dobrze sprzedawalne - a zatem guzik warte.
  Fantasy   jakaś!  Wywodząca  się,  na  domiar  złego,  w  prostej  linii z
  pulp-magazines   i   "Weird   Tales",   wydawanych   na  nędznym  papierze
  prymitywnych  czytadełek  dla  kretynów.  Nikt  nie  słuchał Tolkiena, gdy
  stary,  uśmiechnięty  hobbit  tłumaczył spokojnie, że swego Śródziemia nie
  tworzył   jako   azylu   dla   dezerterów   z   pracowitej  armii  realnej
  rzeczywistości,  a  wręcz  przeciwnie,  chciał  otworzyć  bramy więzienia,
  pełnego  nieszczęsnych skazańców codzienności. Fantazjowanie - mówił stary
  J.R.R.  -  jest  naturalną  tendencją  w  rozwoju  psychicznym  człowieka.
  Fantazjowanie  ani nie obraża rozsądku, ani nie szkodzi mu i nie przytępia
  dążenia  do poznania. Przeciwnie, im bardziej żywy i przenikliwy rozsądek,
  tym piękniejsze fantazje zdolen on tworzyć.(2) Prawda, chciałoby się rzec.
  I  odwrotnie,  chciałoby  się  dodać. Bo gdy zaczął się biznes, za twórcze
  fantazjowanie  wzięły  się  różne, bardzo różne rozsądki. I talenty. Ale o
  tym  potem.  Pierwej  warto  by  popatrzeć i zastanowić się, czymże to owe
  słynne fantasy jest.

       Definicje w karecie z dyni

       Fantasy - odpowie na to każdy prawdziwy fan - jaka jest, każdy widzi.
  A wywodzi się owa fantasy z baśni. Już Lem pisał - rzeknie każdy prawdziwy
  fan  - że fantasy to baśń pozbawiona optymizmu deterministycznego losu, to
  opowieść, w której determinizm losu podniszczony zostaje przez stochastykę
  trafów.
       Ha!  Brzmi  to  tak mądrze, że aż zęby bolą, a to przecież nie koniec
  jeszcze. Studiując klasyka dalej, dowiemy się, że fantasy zasadniczo różni
  się  od  baśni, bo fantasy jest grą o sumie niezerowej, a zarazem zupełnie
  się  od  baśni  nie  różni,  bo  jest jednako antywerystyczna pod względem
  zdarzeniowych ziszczeń. Zęby bolą nie do wytrzymania, ale cóż, "Fantastyka
  i  futurologia"  nie  była pomyślana dla takich jak ja prostaczków, którym
  trzeba  wyłożyć  kawę  na  ławę  i  jeszcze  poprzeć  wszystko  trywialnym
  przykładem, o tak:
       Bajka  i  fantasy  są  tożsame,  bo  antywerystyczne.  I w bajce, i w
  fantasy,  Kopciuszek,  weźmy,  jedzie  na  bal dynią zaprzężoną w myszy, a
  trudno   o   coś   bardziej  antywerystycznego.  Determinizm  zdarzeń,  ów
  "homeostat"  bajki  wymaga,  by  wydający  bal  królewicz  doznał na widok
  Kopciuszka ataku nagłej miłości graniczącej z obsesją, a "zerowa suma gry"
  żąda,  by  się  pobrali  i  żyli długo i szczęśliwie, ukarawszy wprzód złą
  macochę  i  przyrodnie  siostry. W  fantasy  natomiast  m o ż e  zadziałać
  "stochastyka  trafów"  -  królewicz,  dajmy  na  to,  umiejętnie symulując
  uczucie  zwabi  dzieweczkę  na ciemny krużganek i zdefloruje, po czym każe
  hajdukom  wyrzucić  za  wierzeje.  Żądny  zemsty  Kopciuszek  skryje się w
  Szarych  Górach,  gdzie  złota,  jak  wiadomo,  nie  ma.  Tam  zorganizuje
  partyzantkę,  by obalić i zdetronizować lubieżnika. Wkrótce, dzięki starej
  przepowiedni  wyjdzie  na  jaw,  że  to  Kopciuszkowi przysługują prawa do
  korony,  a  wstrętny książę jest bękartem i uzurpatorem, a do tego jeszcze
  marionetką w ręku złego czarnoksiężnika.
       Wróćmy    jednak   do   owego   "antyweryzmu",   stanowiącego   cechę
  charakterystyczną  lub  - jak chcą inni, a zwłaszcza przeciwnicy gatunku -
  stygmat  fantasy. I wróćmy do opowieści o Kopciuszku. Niech opowieść nasza
  rozpocznie  się w sposób już lekko podniszczony przez stochastykę trafów -
  dajmy  na to, na balu. Cóż tu mamy? Ano, mamy zamek, krużganki, królewicza
  i szlachtę, panie w atłasach i koronkach, lokajów w liberiach i kandelabry
  -  wszystko  werystyczne aż do rzygu. Jeśli dodatkowo przeczytamy fragment
  dialogu,  w  którym  goście  królewicza  komentują  wyniki  obrad Soboru w
  Konstancji,  weryzm  będzie już zupełny. Ale mamy z nagła wróżkę, karetę z
  dyni i ciągnące ją polne myszy. Oj, niedobrze. Antyweryzm! pozostaje tylko
  mieć  nadzieję,  że  może  akcja  toczy się na inne j planecie, tam, gdzie
  myszy  ciągają  karety  na  co  dzień.  Może  naszą dobrą wróżką okaże się
  kosmonautka  z NASA lub też przebrany Mr. Spock. Względnie, że akcja toczy
  się  na  Ziemi,  po  straszliwym  kataklizmie,  który  cofnął  ludzkość do
  feudalizmu  i  krużganków,  ale  wzbogacił  świat o myszy-mutanty. Bo taki
  zwrot  akcji byłby przecież naukowy, poważny i - ha, ha - werystyczny. Ale
  magia?  Wróżki?  Nie.  Wykluczone.  Niepoważna bzdura. Wyrzucić, cytuję za
  Lemem, do kosza.
       Ha,  kochani, bijcie mnie, ale ja nie widzę zbytniej różnicy pomiędzy
  antyweryzmem   magicznej   dyni  a  antyweryzmem  odległych  galaktyk  lub
  Wielkiego  Bangu.  A  dyskusja  o  tym,  że  magicznych dyń nie było i nie
  będzie,  zaś  Wielki  Bang  mógł  niegdyś  mieć  miejsce  lub  może kiedyś
  nastąpić,  jest  dla  mnie dyskusją czczą i śmieszną, prowadzoną z pozycji
  owych  komiteckich  działaczy  od  kultury,  żądających niegdyś od Teofila
  Ociepki,  by  przestał  malować  krasnoludki,  a  zaczął  malować zdobycze
  komunizmu, bo komunizm jest, a krasnoludków nie ma. I powiedzmy sobie raz,
  a  do  końca - pod względem antyweryzmu fantasy jest ani gorsza ani lepsza
  od   tzw.  science  fiction.  A  nasza  opowieść  o  Kopciuszku,  by  była
  werystyczna,  musiałaby w ostatnich akapitach okazać się snem sekretarki z
  biura projektów w Bielsku-Białej, opitej wermutem w noc sylwestrową.

       Między historią a baśnią

       Wracamy  jednak do fantasy i jej - jakoby - baśniowych korzeni. Fakty
  są, niestety inne. Niezmiernie mało jest klasycznych utworów tego gatunku,
  które   motyw   bajeczny   eksploatują,   dogrzebują   się  do  symboliki,
  postmodernistycznie  interpretują  przesłanie;  które  wzbogacają narrację
  bajki  tłem  i  bawią  się  wykoślawieniem  cytowanego  wyżej determinizmu
  trafów,  próbują  ułożyć  logiczne  równanie matematyczne z owej cytowanej
  wyżej  gry o sumie niezerowej. Czegoś takiego nie ma lub jest bardzo mało.
  Anglosasi,  którzy  w fantasy dominują i którzy stworzyli gatunek, mają do
  dyspozycji   o   wiele   lepszy   materiał:  mitologię  celtycką.  Legenda
  arturiańska, podania irlandzkie, bretońskie czy walijski Mabinogion nadają
  się  na  tworzywo  do  fantasy stokroć lepiej niż infantylna i prymitywnie
  skonstruowana bajka.
       Mit  arturiański  jest  wśród  Anglosasów  wiecznie  żywy, jest mocno
  wrośnięty  w  kulturę  swym  archetypem.  I  dlatego archetypem, prawzorem
  WSZYSTKICH  utworów  fantasy  jest  legenda  o  królu  Arturze i rycerzach
  Okrągłego  Stołu.(3)  Kto  chce, niechaj zamknie oczy i na oślep wyciągnie
  rękę ku półce z książkami, niechaj wytaszczy z niej na chybił-trafił jedną
  powieść  fantasy.  I  niechaj  sprawdzi.  Książka  opisuje  dwa  królestwa
  (krainy, imperia) - jedno jest Krainą Dobra, drugie wręcz przeciwnie. Jest
  Dobry  Król, z tronu i dziedzictwa wyzuty i próbujący je odzyskać, przeciw
  czemu  są  Siły  Zła  i  Chaosu. Dobrego Króla wspiera Dobra Magia i Dobry
  Czarodziej,  jak  również  zgromadzona wokół sprawiedliwego władcy Drużyna
  Dzielnych  Chwatów. Do totalnego zwycięstwa nad Siłami Ciemności niezbędny
  jest  jednakowoż  Cudowny  Artefakt, przedmiot magiczny o niebywałej mocy.
  Przedmiot  ten  we  władzy  Dobra i Ładu posiada właściwości integrujące i
  pokojowe, w ręku Zła jest siłą destrukcyjną. Magiczny artefakt trzeba więc
  odnaleźć i zawładnąć nim, zanim wpadnie w łapy Odwiecznego Wroga...
       Skąd  my  to  znamy?  Znamy  to  z  sir  Thomasa  Malory, z "Le Morte
  Darthur".  Dla  nas,  co prawda, to jest jedynie cudza kulturowo  legenda,
  jedna   z   wielu  legend,  obca  nam  jak  bajki  Eskimosów  czy  podania
  czerwonoskórych   ze   Związku   Sześciu  Plemion.  Natomiast  w  kulturze
  anglosaskiej  mit  arturiański  siedzi  mocno  a twardo, jest z tą kulturą
  absolutnie  zintegrowany.  I  jest  -  trzeba  to stwierdzić - trochę mało
  baśniowy. Jest quasi-historyczny. Do dziś poważnie dyskutuje się w Anglii,
  czy  aby  Camelot znajdował się na miejscu dzisiejszego Winchesteru, chyba
  podejmuje  się nawet stosowne wykopki. Do dziś Tintagel czy Glastonbury są
  miejscami zjazdów różnych maniaków, postdruidów i psychomediewistów.
       Byłoby zapewne zbyt wielkim uproszczeniem równoległe czytanie "Władcy
  Pierścieni" i "Le Morte Darthur",  byłoby uproszczeniem odkrywcze wołanie,
  że Artur to Aragorn, Anduril to Excalibur, że Pierścień to Graal, Frodo to
  Galahad, Merlin to Gandalf, a Sauron to kombinacja Morgan Le Fay i dzikich
  Saksonów, pokonanych pod Mount Badon (na polach Pelennoru). Ale nie sposób
  nie  zauważyć podobieństw w głębszej warstwie obu tych utworów i faktu, że
  cały  gatunek  fantasy  eksploatuje  mit atruriański w jednym, podstawowym
  kanonie,  w  leitmotivie walki Sił Dobra i Postępu, reprezentowanych przez
  Artura,   Merlina,   Excalibur   i  Okrągły  Stół,  a  Siłami  Ciemności i
  Destrukcji,  uosobianymi  przez  Morganę, Mordreda i stojące za nimi moce.
  Legenda o Arturze stała się nie tylko archetypem, prawzorem fantasy - była
  też  polem  do  popisu dla utworów, którzy woleli twórczo eksploatować sam
  mit  miast  opierać  na nim "własne" pomysły. Przede wszystkim wymienić tu
  należy  T.H. White'a i jego "The Once and Future King", sztandarowe dzieło
  fantasy "kamelockiej". Następnym wydarzeniem było opublikowanie "The Mists
  of  Avalon", pięknego i nagrodzonego dzieła Marion Zimmer Bradley. Spośród
  innych  autorów  tego  subgatunku wymienić można - znacznie ciszej, iż dwa
  poprzednie  nazwiska  -  Gillian  Bradshaw,  Petera Hanratty i Stephena R.
  Lawheada.  Ostatnio  doszlusowała  Diana  L.  Paxton z interesującym, choć
  wybitnie  wtórnym  wobec "Mgieł Avalonu" dziełem, zatytułowanym "The White
  Raven".

       Gandalf na prezydenta!

       Mamy  tedy  pierwszy korzeń, root fantasy - jest nim archetyp legendy
  arturiańskiej. Ale fantasy nie jest drzewem o jednym korzeniu. Nie zdobyła
  popularności  tylko  dlatego,  że  grała  na dźwięcznych strunach legendy,
  splecionej  z  kulturą. Zdobyła popularność, bo była gatunkiem określonego
  CZASU.
       A  dokładniej - czasów. Sposobu, w jaki autorzy fantasy odreagowywali
  na  czasy,  w których przyszło im żyć. Przypomnijmy - eksplozja fantasy na
  przełomie  lat  sześćdziesiątych  i  siedemdziesiątych,  gdy literatura ta
  została   zaakceptowana   i   podniesiona  do  rangi  symbolu  na  równi z
  Beatlesami,  dziećmi-kwiatami, Woodstock, była reakcją na strzały w Dallas
  i  na  Wietnam,  na technicyzację, zatrucie środowiska, na rozkwit religii
  welfare  state,  lansowanej przez filisterską część społeczeństwa, na kult
  leniwej   konsumpcji   przed  ekranem  telewizora,  z  którego  sączy  się
  "Bonanza",  "Dynastia"  czy inny pean na cześć American Way of Life. W tym
  to  czasie  rodzi  się  inny  kult  -  kult  buntu. Na murach stacji metra
  pojawiają   się   optymistyczne   napisy  "FRODO  LIVES"  i  "GANDALF  FOR
  PRESIDENT!".  Notka  prasowa  o  bezmyślnym  niszczeniu środowiska zostaje
  zatytułowana "Another Bit of Mordor!"
       Oczywiście   w  tym  samym  czasie  następuje  eksplozja  drapieżnej,
  buntowniczej lub ostrzegawczej SF, ale daleko jej do popularności fantasy.
  Bo  czytelnik  zaczyna rozumieć i czuć tlące się w nim pragnienie ucieczki
  od  ohydnej i przerażającej codzienności, od otaczającej go bezduszności i
  znieczulicy,  od  alienacji. Chce uciec od "postępu", bo to wszak nie jest
  postęp,  ale  "Road  to  Hell",  jak zaśpiewa wiele lat później Chris Rea.
  Zejść z tej drogi choćby na kilka chwil, zagłębić się w lekturze, uciec do
  Krainy  Nigdy-Nigdy,  by  razem  z  bohaterami uda się w Szare Góry, gdzie
  złota,  jak wiadomo nie ma. By u boku wiernych druhów stoczyć bój z Siłami
  Ciemności,  bo  owe  Siły  Ciemności, ów Mordor, który na kartach powieści
  zagraża  fantastycznemu  światu,  symbolizuje  i  uosabia te siły, które w
  świecie realnym zagrażają indywidualności - i marzeniom.
       Promieniujący  z  takich  pragnień  eskapizm  jest  wszak  eskapizmem
  melancholijnym.  Wszakże  tego, co się dookoła nas wyrabia, marzeniami ani
  powstrzymać,  ani  zmienić  się  nie  da. I tu wracamy ponownie do Legendy
  Okrągłego  Stołu.  Bo  archetyp  arturiański  przenosi  żywcem  do fantasy
  szczególną,  poetycką  melancholię,  właściwą temu gatunkowi. Bo legenda o
  Arturze  jest  przecież legendą smutną i melancholijną, jest - jak zapewne
  powiedziałby  Lem  -  legendą  o  "sumie  niezerowej". Pamiętamy: Arturowi
  śmierć  zadana  ręką  Mordreda  uniemożliwia  stworzenie  Królestwa Dobra,
  Światła  i  Pokoju.  Graal,  zamiast zintegrować, rozprasza i antagonizuje
  Rycerzy  Okrągłego  Stołu,  dzieli  ich na godnych i niegodnych dotknięcia
  Świętego  Kielicha.  A  dla  tego, który jest najgodniejszy, dla Galahada,
  zetknięcie  z  Graalem  oznacza  pożegnanie tego świata. Lancelot wariuje,
  Merlin daje się ogłupić i uwięzić Nimue. Coś się kończy, kończy się epoka.
  Starszy  Lud  Dużej  i  Małej Brytanii, elfy i inne rasy muszą odpłynąć na
  Zachód,  do  Avalonu  lub  Tir-Nan-Ogu, bo w naszym świecie nie ma już dla
  nich miejsca.
       W samej rzeczy, niezbyt czujemy tu "homeostat bajki".
       A walka Dobra ze Złem? W legendzie Zło nie tryumfuje bezpośrednio i w
  sposób  oczywisty  -  Morded  ginie,  Morgan  Le Fay przegrywa. Ale śmierć
  Artura  musi  -  wiemy  to przecież - spowodować załamanie się wspaniałych
  planów  króla.  Brak  następcy  musi  spowodować  chaos,  walkę  o władzę,
  anarchię, mrok.
       Ale równocześnie Merlin jest wieczny i wróci kiedyś - jako Gandalf? A
  zatem  -  GANDALF FOR PRESIDENT. Wróci również z Avalonu Artur, który jest
  wszakże  The  Once  and  Future  King. A wróci wtedy, gdy z naszym światem
  będzie  już  naprawdę  źle, oczyści nasz świat z resztek Mordoru i wówczas
  zapanują  pokój, zgoda i szczęśliwość wieczna, viribus unitis przy boskich
  (czarodziejskich ?) auxiliach.

       Wezwany - ścigany

       I   właśnie   tę  liryczną  melancholię,  smutek  mijającego  czasu i
  przemijającej  ery,  złagodzony optymizmem i nadzieją, wykorzystał pięknie
  Tolkien we "Władcy Pierścieni". Niżej podpisanemu łezka kręciła się w oku,
  gdy  Szary  Statek  zabierał Froda z Szarej Przystani i smarkało się, ech,
  smarkało,  gdy  Sam  Gamgee  komunikował  Różyczce  Cotton, że właśnie był
  wrócił.  Tak,  tak.  Z  Szarej Przystani. Na Zachód. Do Avalonu. Tak, tak.
  Mistrz  Tolkien  pojechał  po  arturiańskim archetypie jak doński Kozak po
  stepie,  ale cóż - był Pierwszy i Wielki. Kto później ruszał po tym samym,
  archetypicznym  śladzie,  dostawał  etykietkę  naśladowcy.  A jak nie miał
  dostać? Przecież archetyp był ten sam. I nadal jest ten sam.
       Na  plus  Mistrza Tolkiena powiedzieć trzeba, że wykorzystał rzeczony
  archetyp  tak  znakomicie,  włożył tyle intensywnego trudu w przetworzenie
  archetypu  w  opowieść  przyswajalną  współcześnie,  że... stworzył własny
  archetyp,  archetyp  Tolkiena.  Powtórzmy  eksperyment, sięgnijmy znowu po
  książkę fantasy z naszej półki, zobaczmy, o czym to.
       Oto  w  mniej  lub bardziej sielskiej okolicy żyje sobie bohater i ma
  się  nieźle.  Nagle  pojawia  się  tajemnicza postać, zwykle czarodziej, i
  tenże  czarodziej  komunikuje  protagoniście,  że  ten  nie zwlekając musi
  wyruszyć  na wielką wyprawę, bo od niego, protagonisty, zależy los świata.
  Bo oto Zło zamierza dokonać agresji na Dobro, a jedynym, co można temu Złu
  skutecznie  przeciwstawić,  to  Magiczne  Coś  Tam.  Magiczne Coś Tam jest
  ukryte  Gdzieś Tam, cholera wie, pewnie w Szarych Górach, gdzie złota, jak
  wiadomo, nie ma.
       Wezwany  robi  wielkie  oczy,  gdyż  w  najśmielszych  marzeniach nie
  sądził,  że  od  niego  będzie  zależał  los  świata.  Wątpi nieco w słowa
  czarodzieja, ale znienacka dopadają go obowiązkowo Czarni Wysłannicy Zła i
  musi  przed nimi umykać. Umyka do Dobrego Miejsca, tam ma chwilę spokoju i
  tam  też  dowiaduje  się  o  Legendzie i Przeznaczeniu. Ha, trudno, nie ma
  wyjścia.  Protagonista  musi odbyć wielką Wyprawę - Quest, zgodnie z mapą,
  którą  autor  przezornie  zamieścił  na  początku  książki.  Mapa  posiada
  rozsiane  bogato  Góry, Puszcze, Bagna i Pustynie o Strasznych Nazwach. To
  nic,  że  Główna  Kwatera Wroga, do której trzeba dotrzeć, znajduje się na
  północnym  lub  wschodnim skraju mapy. Możemy być pewni, że bohater będzie
  podróżował  zygzakiem,  bo  musi  odwiedzić  wszystkie  Straszne  Miejsca.
  Chodzenie  prostą  drogą  jest  w  fantasy  zabronione.  Bohater  nie może
  podróżować  sam,  więc  montuje  mu  się  Drużynę  - zespół malowniczych i
  charyzmatycznych  osobników.  Zaczyna się Quest, zygzakiem, rzecz jasna, a
  mrożące  krew  w  żyłach  przygody  w  Strasznych Miejscach przeplatane są
  sielskim  odpoczynkiem w Miejscach Przyjaznych. Wreszcie dochodzi do final
  show-down  w  Siedzibie Zła. Tutaj jednego z członków Drużyny trafi szlag,
  ale  reszta  zwycięży.  Zło  zostanie pokonane, przynajmniej do czasu, gdy
  autor  nie  zechce  pisać  dalszego  ciągu  - bo wtedy Zło się "odrodzi" i
  trzeba będzie zaczynać da capo al fine.
       Powyższy,  celowo  uproszczony  i  prześmiewczy  glajszacht  miał  za
  zadanie  przenieść  nas  do  następnego tematu - do faktu, że cała potężna
  fala   fantasy   posttolkienowskiej   jest   gatunkiem   mało  odkrywczym,
  sztampowym, tandetnym, mizernym i niewartym, by o nim mówić poważnie. Taka
  bowiem  jest  opinia  krytyków,  a z czymże się liczyć, jeśli nie z opinią
  krytyków.  Na  opinie  powyższą, poza obśmianą dopiero co wtórnością fabuł
  wobec  Mistrza  Tolkiena  i archetypu arturiańakiego w ogóle, składają się
  jeszcze  dwa elementy - chorobliwa skłonność autorów fantasy do montowania
  wielotomowych sag i... okładki książek.

       Frontem do zagorzałego

       Zacznijmy od okładek. Okładka książki to jej wizytówka. Nie oszukujmy
  się,  krytycy  nie  są w stanie czytać wszystkiego, co się ukazuje - i nie
  czytają.  Czytanie  nie  jest  warunkiem  sine  qua  non pisania recenzji.
  Wystarczy  obejrzeć  okładkę.  Jeśli  na  niej,  dla przykładu, mamy tytuł
  wymalowany  ociekającymi  posoką  literami, a poniżej widzimy wyszczerzoną
  gębę  z  wytrzeszczem  oczu  -  wiadomo  z miejsca, że to splatter-horror,
  innymi słowy - pardon my french - przerażające gówno. Jeśli zaś na okładce
  jest  półgoła  panienka w objęciach herosa o bicepsach błyszczących od Oil
  of  Ulay  czy innej Jojoby, i jeśli ten heros ma w dłoni jatagan, a z góry
  spogląda  na to wszystko smok o wyglądzie wygłodniałego aksolotla, to mamy
  do  czynienia z nędzną fantasy, z "pulpą" i mizerią, i taką trzeba napisać
  o  tym recenzję. I trafi się, trafi, w samo centro, tak, że pozazdrościłby
  Kevin  Costner  z  Lasu Sherwood. Dlaczego? Bo nie w sposób nie trafić! Bo
  centro  jest  wielkie jak Okrągły Stół króla Artura, przy którym zasiadało
  równocześnie  stu pięćdziesięciu rycerzy nie licząc królowej Ginewry i jej
  fraucymeru.
       Dlaczego  tak się dzieje? Dlaczego, zapyta ktoś, wydawca fantasy sam,
  własną  ręką,  przylepia własnemu produktowi ów "jarłyczok", ową etykietkę
  tandety?  Odpowiedź jest prosta. Wydawca celuje w tak zwanego ZAGORZAŁEGO.
  A  tak  zwany  ZAGORZAŁY  chce  na  okładce  Borisa  Vallejo,  chce gołych
  półdupków  i  biustów, które grożą wypryśnięciem spod pancernych staników.
  ZAGORZAŁY nie szuka w fantasy sensu, który to sens winien głośno krzyczeć,
  że  w  ażurowej zbroi nie rusza do walki nikt, bo w takiej zbroi nie tylko
  walczyć  niebezpiecznie,  w  takiej zbroi nie sposób nawet przedzierać się
  przez  pokrzywy,  gęsto  porastające  jary  Mrocznych Puszcz i Szare Góry,
  gdzie  złota,  jak wiadomo, nie ma. A z gołą - excusez le mot - dupą można
  robić  tylko  jedno,  to,  co  nie  jest  ani  "heroic"  ani  "fantasy". W
  większości przypadków.
       Fantasy  jako  gatunek  sprawia  wrażenie, jak gdyby przestraszył się
  krytyków  tak  bardzo, że w swym rozwoju zaczął uprawiać swoista mimikrę -
  porzucił  jak  gdyby  wszelkie  pretensje  i  całkowicie zaniechał walki o
  miejsce  na świeczniku, czyli na liście dzieł nominowanych do Hugo, Nebuli
  czy  chociażby International Fantasy Award. Fantasy nie potrzebuje uznania
  -  wystarczą  jej tabuny ZAGORZAŁYCH, kupujących w ciemno wszystko, co się
  ukazuje.  Fantasy  ma  swą  pewną  i  niezawodną  grupę  konsumencką i dba
  wyłącznie  o  gusta tejże. Najlepszym przykładem o takie dbanie o gusta są
  słynne  cykle,  seriale  fantasy,  potworne kobyły o zatrważającej liczbie
  odcinków.
       Rekord w tym względzie należy chyba do niejakiego Alana Burta Akersa,
  którego  cykl "Scorpio" osiągnął ponad czterdzieści tomów. Niezły jest też
  stary  nudziarz  Piers  Anthony ze swym "Xanth" - nałupał równo trzynaście
  książek w serii, a przy okazji kropnął jeszcze siedem sztuk odcinków cyklu
  "Apprentice Adept", cztery "Taroty" i mnóstwo innych książek i cykli. John
  Norman,  o  którym  jeszcze  pomówimy, ma na sumieniu coś jakby jedenaście
  tomów  cyklu  "Gor".  Skromnych  autorów  ograniczających  się do pięcio-,
  cztero-  lub  trzytomowych  sag,  nie  da  się  zliczyć, ale imię ich jest
  legion.  Niestety.  Dlaczego  niestety, zapyta ktoś. Ano. dlatego, że poza
  nielicznymi wyjątkami wszystkie wzmiankowane kobyły zaczynają być ciężkie,
  powtarzające  się  i  nudne już na etapie drugiej, trzeciej, góra czwartej
  książki.  Opinię  tę powtarzają ZAGORZALI, którzy masowo przecież wykupują
  ciągnące  się  jak  smród za pospolitym ruszeniem cykle, bo uparli się, że
  muszą wiedzieć, jak się to skończy. Krytycy i jurorzy prestiżowych nagród,
  jak  powiedziano,  lekceważą  owe sagi, bo nie są w stanie ich śledzić. Ja
  sam,  a  mam  się  za pilnego kontrolera fantastycznych nowości, rezygnuję
  niekiedy  z  zakupu  ukazującego  się właśnie szóstego tomu sagi, bo jakoś
  umknęło   mojej  uwadze  poprzednich  pięć.  Znacznie,  znacznie  częściej
  rezygnuję z nabycia tomu pierwszego, jeśli z okładki szczerzy do mnie zęby
  ostrzeżenie:  "First  Book of the Magic Shit Cycle". Cóż, zdarza mi się, i
  to  nierzadko,  kupić  "Book  Three"  i  być  szczęśliwym,  że nie kupiłem
  poprzednich  dwóch,  i  wiedzieć  z  całą  pewnością,  że nie kupię trzech
  następnych.  Niestety,  nobody's  perfect  -  czekam właśnie, przebierając
  nogami,  na  dziesiąty  "Amber"  Zelaznego.  I wiem, że się rozczaruję. To
  trochę  tak,  jak z ładnym dziewczęciem - doświadczenie uczy, że wszystkie
  one  takie  same,  ale  co  z  tego,  nie  strzymasz,  człowieku,  oj, nie
  strzymasz.

       Żądza pieniądza

       Interesujące jest, że większość z tłukących owe straszne sagi autorów
  to pisarze zdolni, sprawni i ciekawi. Cóż sprawia, że dobrzy pisarze rypią
  tom po tomie, ciągną cykle niby gumę do żucia, miast wykorzystywać pomysły
  do  czegoś  zupełnie nowego, popracować nad czymś odkrywczym, oryginalnym,
  pięknym,  nad  czymś, co utarłoby nosa krytykom i wrogom fantasy, etatowym
  przedrzeźniaczom  i  prześmiewcom  tego  gatunku?  Wydaje  mi się, że znam
  odpowiedź.  Autorzy  zakochują  się  w swoich bohaterach i trudno im się z
  nimi  rozstać. Nawet gdy czują, że wyeksploatowali protagonistów do suchej
  nitki, walą kolejne tomy o ich dzieciach (Zelazny, Piers Anthony, a czuję,
  że i Eddings nie wytrzyma).
       Autorzy  zakochują  się  w  swoich  "światach" i ich mapach. Jeśli na
  takiej  mapie  są Szare Góry, a pięciu tomów nie wystarczyło protagonistom
  na stwierdzenie, że złota tam nie ma, pisze się tom szósty. A w następnym,
  siódmym,  zobaczymy  sąsiedni arkusz mapy i dowiemy się, co jest na północ
  od  Szarych  Gór  -  a jest to niewątpliwie - pardon my french - płaskowyż
  Szarego Gówna.
       I  wreszcie  -  autorzy to lenie i nie chce im się myśleć. Autorzy to
  ograniczone  matoły  i  choćby  pękli,  nie  wykrzeszą  z  siebie  niczego
  oryginalnego,  zmuszeni  są klepać ograny schemat. A nade wszystko autorzy
  to wyrachowane bestie i idzie im o forsę, jaka leci od tomu. Piers Anthony
  ciągnie  "Xanth",  cykl,  przy  którego  czytaniu  boli z nudów otrzewna i
  hemoroidy,  bo  bierze  a  konto  każdego nowego odcinka potężne zaliczki.
  Autorzy  to  aroganckie łobuzy, przekonane, że czytelnik kupi wszystko, co
  zamarkują jako tako wyrobionym nazwiskiem.
       Wszystko to napisał facet produkujący "Wiedźminy".
       Jak  do  tej pory, facet produkujący "Wiedźminy" zdaje się przyznawać
  rację  przeciwnikom  fantasy,  którzy  dowodzą,  że  powtórzę  za  Markiem
  Oramusem  -  mizerii  gatunku. Zgoda, gatunek w swojej masie potwornie się
  umizernił.  Nie  mogę  natomiast przyznać rację tym, którzy twierdzą, że o
  owej mizerii decyduje fakt umieszczania akcji w wyimaginowanych światach i
  uzbrajania  bohaterów  w  miecze.  Nie  mogę twierdzić niczego innego poza
  twierdzeniem, że hard SF, cyberpunk, political fiction są równie mizerne -
  w  swej masie. Nikt mnie nie przekona, że świat zniszczony przez wojnę lub
  kataklizm,  gdzie każdy walczy z każdym, a wszyscy z mutantami jest lepszy
  od  Krainy  Nigdy-Nigdy,  świata  quasi-feudalnego,  gdzie  każdy walczy z
  każdym,  a poluje się na gobliny. Choćby mnie bito, nie zauważam wyższości
  podróży  gwiazdolotem  na  Tau Ceti nad wyprawą w Szare Góry, gdzie złota,
  jak  wiadomo,  nie  ma.  Zbuntowany  komputer  pokładowy nie jest dla mnie
  więcej  wart  fabularnie  niż zdrajca-czarodziej i żaden laser-blaster nie
  stoi  dla  mnie  automatycznie wyżej niż miecz, halabarda czy okuty cep. A
  wyższość pilota Pirxa lub Endera nad Conanem, którą chętnie przyznaję, nie
  wynika  dla  mnie  z  faktu,  że  dwaj  pierwsi  noszą skafandry, a trzeci
  przepaskę  biodrową.  Co  dokładnie  widać,  jeśli  obok  postawi się Geda
  Sparrowhawka  lub  Thomasa  Covenanta  Niedowiarka, bohaterów fantasy, nie
  noszących przepasek biodrowych.

       Le Guin kontra Tolkien

       W  nowoczesnej  fantasy daje się jednak obserwować pewien trend, chęć
  wyłamania   się   z   arturaińsko-tolkienowskiego   schematu,   pragnienie
  przemycenia  wśród  "fantastycznych"  rekwizytów  treści i praw ogólnych i
  ważnych.  Główny  trend  - żeby nie powiedzieć "mutacja" fantasy, jaką się
  zauważa, ma ciekawy charakter - jest prawie wyłącznie domeną autorek.
       W  fantasy  ostatnich  lat panuje zdecydowana przewaga piszących pań.
  Pomijając  niezłomnych  autorów  sag,  jak  wspomniany już Piers Anthony i
  parodysta  Terry  Pratchett,  po  placu  boju  kołacze  się  jeszcze David
  Eddings,  który niedawno rzucił na rynek ostatni (?) tom cyklu "Malloreon"
  i ostatni (?) odcinek "Ellenium". Walczą jeszcze Tad Williams i Charles de
  Lint.  Roger  Zelazny  w  ciężkich  bólach  urodził  wreszcie  ostatni (?)
  "Amber", a Terry Brooks - nową "Shannarę". Reszta - a imię ich jest legion
  - to kobiety.

       Rewolucja  zaczęła  się  zaś  od  Ursuli  Le Guin, która w całej swej
  bynajmniej  nie ubogiej popełniła w zasadzie tylko jedną klasyczną fantasy
  -  ale  za to taką, dzięki której stanęła na podium obok Mistrza Tolkiena.
  Chodzi o trylogię Ziemiomorza, Earthsea.(4)
       Z  zatrważającą  łatwością pani Ursula wyłamała się z tolkienowskiego
  prawidła  i  zrezygnowała z arturiańskiego archetypu. Na rzecz symboliki i
  alegorii. Ale jakiej? Przyjrzyjmy się uważnie.
       Już  sam  Archipelag  Ziemiomorza  to  głęboka alegoria - rozsiane po
  morzu wyspy są jak samotni, wyalienowani ludzie. Mieszkańcy Ziemiomorza są
  odizolowani,  samotni,  zamknięci w sobie. Ich stan jest taki, a nie inny,
  bo  coś  utracili - do pełnej szczęśliwości i spokoju psychicznego brakuje
  im utraconej Runy Królów z pękniętego Pierścienia Erreth Akbe.
       Samotność  i  alienacja  mieszkańców  Ziemiomorza  uzewnętrznia się w
  fakcie  ukrywania  swych  prawdziwych  imion - ukrywania uczuć. Ujawnienie
  uczuć,  tak  jak i ujawnienie imienia, czyni człowieka bezbronnym, wydanym
  na  cudzą  łaskę.  Elita  Ziemiomorza,  czarodzieje z Roke, pokonuje etapy
  trudnej, masońskiej wręcz inicjacji, dążąc do doskonałości - ta wyraża się
  między  innymi  w tym, że sprawny czarodziej bez wysiłku umie rozszyfrować
  prawdziwe,  ukryte imię człowieka lub rzeczy i tym samym zdobyć władzę nad
  bliźnim  lub  materią. Ale zło - w książce przybierające postać gebbetha -
  bez  wysiłku  rozszyfrowuje  prawdziwe imię Geda. Czyżby zatem czarodzieje
  poświęcali lata nauki po to tylko, by móc dorównać Złu?
       W  pierwszym  tomie trylogii mamy klasyczny problem Dobra i Zła, mamy
  też  wyprawę  -  quest  -  bohatera. Ale quest Geda różnie się od zwykłych
  wypraw  w  Szare  Góry  -  quest Geda to alegoria, to wieczne pożegnania i
  rozstania,  wieczna  samotność. Ged walczy o doskonałość w ciągłej walce z
  samym  sobą  i z samym sobą stacza ostatni, finalny bój, bój symboliczny -
  zwycięża,  jednocząc  się  z się z pierwiastkiem Zła, akceptując jak gdyby
  dwoistość  ludzkiej  natury. Osiąga doskonałość, akceptując fakt, że pełno
  doskonałość  jest nieosiągalna. Wątpimy nawet w osiągniętą już doskonałość
  Geda, i słusznie. Po "Wizard of Earthsea" następują "Grobowce Atuanu".
       "Grobowce  Atuanu" prowadzą nas jeszcze głębiej w zakamarki psychiki,
  prowadzą  prosto  tam, gdzie autorka chce nas mieć. Oto atuański Labirynt,
  wzięty  żywcem  z  archetypu,  z  kreteńskiego  Labiryntu  Minosa. Tak jak
  Labirynt  z  Krety, również Labirynt Atuanu ma swojego Minotaura - ale nie
  jest  to potwór w stylu klasycznej sword and sorcery, potwór, który ryczy,
  pluje,  kopie  i obrywa uszy, śmiejąc się przy tym złowieszczo. Na to pani
  Ursula  jest  zbyt  inteligentna.  Minotaur  atuańskiego  Labiryntu to Zło
  czyste  i  skoncentrowane,  Zło niszczące psychikę niepełną, niedoskonałą,
  nie przygotowaną na takie spotkanie.
       I  w  taki  Labirynt  wkracza  zuchwale  Ged,  heros,  Tezeusz. I jak
  Tezeusz, Ged zdany jest na Ariadnę. Tenar jest jego Ariadną. Bo Tenar jest
  tym,  czego  w  herosie  brakuje,  bez  czego  jest on niepełny, bezradny,
  zagubiony  w  symbolicznej  plątaninie korytarzy, ginący z pragnienia. Ged
  pragnie  alegorycznie  -  nie  chodzi  mu  wszakże  o  H2O,  ale o animę -
  pierwiastek    żeński,    bez   którego   psychika   jest   niedoskonała i
  niedokończona,  bezradna  wobec  Zła. Ged, sławny Dragonlord, potężny mag,
  staje   się   nagle   przerażonym   dzieckiem  -  w  skarbcu  Labiryntu, w
  przepojonych  oddechem  Zła ciemnościach, ratuje go dotknięcie ręki Tenar.
  Ged  idzie  za  swoją  animą  - bo musi. Bo właśnie odnalazł utraconą runę
  Erreth Akbe. Symbol. Graala. Kobietę.
       Ponownie  działa  archetyp  -  tak  jak Tezeusz, Ged porzuca Ariadnę.
  Teraz  Tenar  urasta do potężnego symbolu, do bardzo współczesnej i bardzo
  feministycznej  alegorii. Alegorii kobiecości. Strzeżona klauzurą, kultowa
  dziewiczość  i  pierwszy  mężczyzna, który wywraca poukładany świat. Tenar
  wyprowadza  Geda  z Labiryntu - dla siebie, dokładnie tak, jak to uczyniła
  Ariadna  z Tezeuszem. A Ged - jak Tezeusz - nie umie tego docenić. Ged nie
  ma  czasu  na  kobietę,  on  musi  przecież najpierw osiągnąć The Farthest
  Shore.  Kobieca  anima  nie  jest  mu potrzebna. Rezygnuje więc, choć lubi
  cieszyć  się myślą, że ktoś czeka na niego, myśli o nim i tęskni na wyspie
  Gont. Cieszy go to. Jakież to brzydko męskie!
       Po osiemnastoletniej przerwie pani Ursula pisze "Tehanu", dalszy ciąg
  trylogii,  dalszy  ciąg swej alegorii kobiecości - tym razem tryumfującej.
  Pani  Ursula  zawsze  była wojującą feministką. Kto nie wierzy, a są tacy,
  niech  przeczyta zbiór jej esejów pod tytułem "The Language of the Night".
  Pani  Ursula nigdy nie wybaczyła swym wydawcom, którzy na początku kariery
  żądali,  by  podpisywała  się  enigmatycznym  "U.  K.  Le Guin". Nigdy nie
  darowała  Andre Norton i Julian May ukrywania się za męskimi pseudonimami.
  W  "Tehanu"  - jak należało oczekiwać - złamany i zniszczony Ged przypełza
  do  swej  animy  na kolanach, a ona już tym razem wie, jak go zatrzymać, w
  jakiej  roli  go  ustawić, by stać się dla niego wszystkim, najważniejszym
  sensem  i  celem życia, by ów były Archmage i Dragonlord został u jej boku
  do  kresu  swych  dni,  i  to  kwicząc z radości niby prosię. A zadufanych
  czarodziejów  z Roke czeka niewesoła przyszłość - praca w firmie z kobietą
  jako dyrektorem. Ojej-jej-jej-jej!

       Synowie Amazonek - córki Gigantów

       "Tehanu",  jak  się rzekło, przyszła późno, w tak zwanym międzyczasie
  przez  półki  przewaliła  się  lawina  feministycznej  fantasy.  Z jednym,
  wspólnym  tematem - kobieta w świecie mężczyzn. Kobieta w świecie Conanów,
  tak,  jak  kobieta w świecie Fordów, Rockefellerów i Iaccoców. Nie gorsza,
  wręcz  lepsza.  Z trudem, w ciężkiej walce, ale lepsza. Kobieta, bohaterka
  Marion  Zimmer  Bradley,  C.  J.  Cherrych,  Tanith  Lee,  Barbary Hambly,
  Patricii  McKillip, Julian May, Diany Paxson, Mercedes Lackey, Jane Yolen,
  Pauli  Volsky,  Susan  Dexter,  Patricii Kennealy, Friedy Warrington, Jane
  Morris,   Sheri   Tepper,   Jennifer   Robertson,  Margaret  Weis,  Phylis
  Eisenstein, Judith Tarr i innych.
       "Damska"   fantasy  to  odbicie  wojującego  feminizmu  przełomu  lat
  sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, walki kobiet o equal rights, których
  jakoby nie chcieli dać kobietom mężczyźni, określani podówczas jako męskie
  szowinistyczne  świnie,  w  skrócie  MCP,  male chauvinistic pigs. Jak to,
  wrzasnęły  chórem autorki, a za nimi czytelniczki, to oprócz dyskryminacji
  na  codzień,  mająż  nas  jeszcze  MCP  dyskryminować  w Krainie Marzeń, w
  Never-Never Landzie? Nawet tam nie ma ucieczki?
       Ano,  okazało  się,  że  nie  ma. bo wcześniej uciekli do Never-Never
  Landu  autorzy  "męscy".  Już  praojciec  Conan szalał po krainie marzeń z
  mieczem  i...  pomińmy  milczeniem,  z  czym.  Bo  wynalazca Conana i jego
  spadkobiercy uciekli w marzenia... przed kobietami.
       Conan  i  jego bracia byli wyśnionymi ideałami autorów, uosabiali ich
  marzenia. Byli herosami, których dowcipny Stephen King zdefiniował krótko,
  ale  tak  dosadnie,  że  cytatu  muszę  użyć w oryginale: ...strong-thewed
  barbarians  whose  extraordinary  prowess  at fighting is only excelled by
  their extraordinary prowess at fucking.
       Opowieści  o  takich herosach, dowodzi King, przemawiają wyłącznie do
  impotentnych    słabeuszy,   nieudaczników,   waginofobów,   nieśmiałków i
  życiowych  pierdołów,  lubiących  identyfikować  się  z  bohaterem wzrostu
  siedmiu  stóp, wyrąbującym sobie mieczem drogę poprzez hurmę nieprzyjaciół
  na   alabastrowych   schodach   zrujnowanej  świątyni,  ze  skąpo  odzianą
  pięknością dyndającą na swobodnym ramieniu.
       Rekord  w  tym  względzie  bije  John  Norman.  Z  jego  cyklu  "Gor"
  przebijają  potworne  a  ewidentne  kompleksy  i problemy, z którymi autor
  winien  co  rychlej  biec  do  seksuologa, zanim nie przejdą mu one w stan
  maniakalny.   Prawda,  i  w  innych  opowieściach  i  powieściach  fantasy
  bohaterowie   bywają  męscy,  męskością  zgodną  z  definicją  Kinga.  Swą
  archetypową  męskość  objawiają,  rzecz jasna, poprzez tłuczenie wrogów po
  głowach i zdobywanie bez trudu wszystkich kobiet, poza tymi, które uciekły
  na czubek drzewa. Bohaterowie ci mają wszelakoż i inne zajęcia - ratują od
  zagłady światy i królestwa, szukają magicznych artefaktów, zabijają smoki.
  U Johna Normana herosi wyłącznie gwałcą. Zaś kobieta u Johna Normana przed
  zgwałceniem   musi   być   związana,   zakuta  w  łańcuchy,  wychłostana i
  napiętnowana   gorącym  żelazem.  Kliniczny  przypadek  fobii  waginalnej,
  wzbogaconej  kompleksem  ofermy,  który boi się zbliżyć do kobiety mającej
  wolne  ręce  i  mogącej  zdecydowanie  odmówić  awansów.(5) W opowieściach
  fantasy  feministycznej  kobiety  wyłamują  się  z  conanowsko-gorowskiego
  schematu.  Same  potrafią  walnąć  nachała  mieczem lub zaklęciem, a jeśli
  nawet  ktoś  je  zgwałci,  to  biada mu. Zapłaci za to drogo, najpóźniej w
  piątym  tomie  sagi.  Niektóre  autorki  doszły tu już do pewnej przesady.
  Bohaterki  cyklu  "Vows  and  Honor"  Mercedes Lackey, wojowniczkę Tarmę i
  czarodziejkę  Kethry  gwałci  się na okrągło, często-gęsto zbiorowo, a one
  się  otrząsają  i  mszczą.  Parę  stron o niczym i da capo. Kilka dalszych
  stron i mamy Tarmę i Kethry siedzące przy ognisku i opowiadające o dawnych
  gwałtach.  Banalny  opis  przyrody  i  mamy  trzecią,  całkiem przypadkową
  zgwałconą  kobietę i Tarmę z Kethry, mszczące się przez solidarność. Jezus
  Maria.
       W  trylogii  "Last  Herald  Mage"  tej  samej  autorki bohaterem jest
  Vanyel,  mężczyzna. Kupiłem,  ciekaw,  co  też autorka ma do powiedzenia o
  mężczyznach.  Ano,  ma  wiele.  Vanyel  ma  dość  nietypowe  dla mężczyzny
  skłonności erotyczne, a autorka wyłazi ze skóry, aby przekonać czytelnika,
  że to jest właśnie to, co tygrysy powinny lubić najbardziej. Zrezygnowałem
  z  nabycia  dwóch  dalszych  tomów przerażony perspektywą tego, co czeka w
  nich  bohatera.  W  podobnie  typowym  cyklu  "Lythande" autorstwa słynnej
  Marion  Zimmer  Bradley,  bohaterką jest czarodziejka, ukrywająca płeć pod
  męskim  przebraniem.  Magiczka ukończyła czarodziejski uniwerek jako lipny
  mężczyzna.   Inaczej   nigdy  nie  dostąpiłaby  zaszczytu  immatrykulacji.
  Przejrzysta  alegoria  wyrzeczeń  kobiety, chcącej zrobić karierę w firmie
  Rank Xerox. Widziałem "Yentl". Wolę "Tootsie".
       Jeśli już o Zimmer Bradley mowa, to jest ona promotorką znanego cyklu
  "Sword  and  Sorceress",  czyli  -  uwaga!  -  "Mieczem  i  damską  magią"
  (tłumaczenie  moje  i  nader  swobodne).  Wchodzące  w skład cyklu zbiorki
  opowiadań  osiągnęły  właśnie numer dziewiąty i mają się nieźle. Jest to -
  jeżeli  chodzi  o fantasy - na dobry porządek jedyne dobre i pewne miejsce
  udanego  startu  dla  debiutantów  i  młodych  pisarzy.  A raczej pisarek,
  zważywszy  leitmotiv.  Autorów też się tam czasem wprawdzie dopuszcza, ale
  patrz  wyżej.  Muszą  schylić  głowę  i  ugiąć kolana, musi im zwiotczeć i
  opaść... męska duma. Przyszłość gatunku widzę więc jak na dłoni.

       8:33

       Szał  fantasy  nie  mógł,  rzecz jasna, ominąć Polski. Pojawienie się
  fantasy  w naszym kraju zbiegło się jednakowoż w czasie z pewnym przełomem
  w  dziedzinie  kultury,  polegającym  na  całkowitym zaniechaniu mozolnego
  procesu, jakim jest czytanie, na rzecz łatwiejszego w obsłudze i percepcji
  oglądalnictwa   wideo.  Stąd  też  -  obok  znakomitego  skądinąd  "Conana
  barbarzyńcy"  w reżyserii Miliusa i z muzyką Poledourisa - fantasy dotarła
  do  nas  głównie  w  postaci  przerażającego  wideo-łajna,  piątego  sortu
  prodotto  italiano  de Cinecitta lub wytwórni Cheapo Films z Santa Monica,
  Kalifornia.  Mieliśmy i książki, a jakże. Był Tolkien, wydany gdzieś tam w
  latach sześćdziesiątych, był "Czarnoksiężnik z Archipelagu". Zwracam uwagę
  na  tłumaczenie  tego  tytułu.  Po  pierwsze  -  brak  znajomości kanonu i
  nomenklatury  fantasy.  "Wizard"  nie  może  w fantasy być tłumaczone jako
  "czarnoksiężnik",  bo  zawsze  ten rodzaj parającego się magią osobnika, o
  który  chodzi  tu  Le  Guin,  w  fantasy  określa  się  jako "czarodziej".
  "Czarnoksiężnik",  względnie  "czarownik",  określenia  lekko pejoratywne,
  zakładające "złą" magię, tłumaczy się jako socerer lub necromancer. Bardzo
  złych czarowników określa się jako warlocks.
       Po  drugie  -  "Archipelag".  Tłumacz  przestraszył  się Ziemiomorza,
  Earthsea, nie zaakceptował Krainy Nigdy-Nigdy. Wolał określenie bardziej -
  ha, ha - werystyczne.
       Popularyzowały   fantasy   również   amatorskie  tłumaczonka  w  tzw.
  fanzinach,   pisemkach   czytanych   przez  tzw.  fanów,  czyli  osobników
  zrzeszonych  w  tzw.  -  excusez  le  mot  -  fandomie. Nawet jednak wśród
  bywałych,  otrzaskanych  i  zagorzałych fanów wiedza na temat fantasy jest
  znikoma.  I nic dziwnego, bo oprócz wymienionych wyżej Tolkiena i Le Guin,
  Leibera  i  White'a  nie  przetłumaczono  na  polski ŻADNEGO liczącego się
  utworu  tego  gatunku.  Aby  uniknąć  nieporozumień wyjaśniam, że chodzi o
  utwory,  które  ja  uważam  za  liczące się.(6) Dla tych, którzy chcieliby
  zarzucić  mi  subiektywizm  lub  wręcz  niewiedzę, podaję co następuje - z
  opracowanej  przez  "Locusa"  listy  33  bestsellerów fantasy wszechczasów
  przetłumaczono  i  wydano  w  Polsce 8 tytułów. Z opublikowanego w książce
  Davida  Pringle  "Modern  Fantasy"  zestawienia stu najlepszych dzieł tego
  gatunku  -  dziewięć  tytułów,  z  czego cztery powtarza się za poprzednią
  listą.  Za  każdym razem uwzględniam Tolkiena i Le Guin, a pomijam tytuły,
  które na obu listach znalazły się ewidentnie przez przypadek. Bo należą do
  horroru  ("The  Shining"  Kinga), SF ("Jeźdźcy Smoków" Anne McCaffrey) lub
  fantastyki dziecięcej ("Alicja w Krainie Czarów")
       Wyobraźmy  sobie  więc  per  analogiam,  że  gatunek  science fiction
  reprezentowany  jest  w Polsce przez "Kroniki Marsjańskie" Raya Bradbury i
  cykl  "Perry Rhodan", a "Diuna" Herberta znana jest nam wyłącznie z wersji
  filmowej.  Do  kolekcji  polski  miłośnik  SF  zna  jeszcze film "Alien" i
  widział  na  taśmie  wideo  dwa  lub  trzy  odcinki "Star Trek - The  Next
  Generation".  I  na  tym,  wyobraźmy  sobie,  koniec  - ani czytelnik, ani
  krytyk,  ani  autor,  który  chciałby  pisać  SF  nie  zna  ŻADNEGO innego
  przykładu  na  to,  czym jest gatunek. Powtarzam - żadnego. Ale co z tego,
  wszyscy twierdzą, że uwielbiają SF, zaczytują się Perry Rhodanami i po raz
  setny  z  rzędu  oglądają  Star  Trek.  A  krytycy  kręcą  nosami i po raz
  tysięczny  dowodzą  głębokiej  prawdy, że Bradbury, owszem, niczego sobie,
  ale  reszta  gatunku to mizeria. Boki zrywać, prawda? A przecież dokładnie
  taka sytuacja panuje u nas w odniesieniu do fantasy.
       Fantasy,  jaka  jest,  każdy  widzi.  A  ponieważ  rynek  polski jest
  wygłodniały,   wyposzczony  na  klubówkach  i  sinym  powielaczu,  wyczuto
  koniunkturę  i  obecnie  wyspecjalizowane w tym kierunku jednostki starają
  się  zaspokoić  głód,  powetować  nam  dawne  straty - a przy tym zarobić.
  Zasypano  stragany książkami o kolorowych okładkach, na których mamy nasze
  upragnione   miecze,   topory,  muskularnych  herosów  ,  gołe  panienki i
  aksolotle, udające smoki.
       Mamy  też  na straganach mnóstwo nowych autorów - dokładniej mówiąc -
  dwóch.  Bo  rąbie  się  bez  litości  Howarda  z jego pogrobowcami i Andre
  Norton.  Idzie  się szlakiem przetartym przez "Fantastykę". Miesięcznik ma
  pełne  podstawy,  aby żądać od wydawców, owych pożal się Boże biznesmenów,
  gratyfikacji  finansowych  za  "zrobienie  rynku".  Czytelnicy i miłośnicy
  fantasy  mają  zaś wszelkie podstawy, aby na "Fantastykę" pluć i psioczyć,
  mogła  wszak  wylansować  coś  bardziej  wartościowego.  Tymczasem  jedyna
  tłumaczona wartościowsza pozycja, "Amber" Rogera Zelaznego, została gdzieś
  zagubiona  po  wydaniu  dwóch  pierwszych tomów i kamień w wodę, mogiła. W
  zamian  ruszono  "Xanth"  Piersa Anthony. Mes felicitations, jakkolwiek de
  gustibus non est disputandum.

       Piróg, czyli Polak potrafi

       Panująca   u   nas   totalna  niewiedza  co  do  kanonu  gatunku  nie
  powstrzymała jednak rodzimych autorów przed próbami napisania fantasy made
  in  Poland.  I  wszystko  było,  o  dziwo,  w  miarę dobrze dopóty, dopóki
  dziabano   schemacik  howardowsko-tolkienowski,  dopóki  u  Jacka  Piekary
  imperia  ścierały  się  w  walce  o  dominację nad Never-Never Landem, a u
  Feliksa  Kresa  mroczni  bohaterowie zmagali się z losem i przeznaczeniem.
  Wszystko  rozwijało  się  jakoś  normalnie  dopóty,  dopóki autorzy choć w
  ogólnym   założeniu  wiedzieli,  co  robią  i  czego  chcą.  Zaczerpując z
  terminologii  muzycznej  -  mieli  nuty,  mieli  kawałek partytury i nieco
  słuchu,  a  że  wprawy i wirtuozerii nie było kiedy nabrać, grali moderato
  cantabile  i  nawet  dawało  się tego słuchać. Ale cóż, ich następcom tego
  było mało.
       Młodszym  przyśniło  się,  że każdy z nich Paganini. I zagrzmiała nam
  muszla  koncertowa od straszliwych fantasy alla polacca fortissimo e molto
  maestoso e furioso andante doloroso con variazioni.
       Komuś  bowiem  przypomniało  się,  żeśmy  nie  gęsi  i nie jacy tacy.
  Wychodząc z pozornie słusznego założenia, że opierające się na archetypach
  jest wstecznictwem i wtórnictwem, autorzy młodszego pokolenia wzięli pióra
  w garść - i stało się.
       Nagle  zrobiło  się  w naszej fantasy słowiańsko, przaśnie i kraśnie,
  jurnie,  żurnie,  podpiwkowo i lnianie. Swojsko. Zapachniało grodziszczem,
  wsią-ulicówką    i    puszczańskim    wyrębem,    powiało,   jak   mawiają
  przyjaciele-Moskale  - lietom, cwietom i - izwinitie - gawnom. Łup! Co tak
  huknęło?  Czy to Bolko wbija słupy w Odrę? Czy to może Czcibor łupi Hodona
  i Zygfryda pod Cedynią? Czy też to może komar ze świętego dębu spadł?
       Nie. To tylko nasza, rodzima, słowiańska fantasy.
       Ni  z  tego,  ni  z  owego  zniknęły wampiry, pojawiły się wąpierze i
  strzygaje  (sic!),  zamiast  elfów  mamy  bożęta i inne niebożęta, zamiast
  olbrzymów  i  trolli  mamy  stoliny.  Zamiast  czarodziejów  i  magów mamy
  wieszczych, wołchwów i żerców. Zaiste, brakuje jeno chlejców.
       I  co nam Conan, Ged Sparrowhawk, co nam Fellowship of the Ring. mamy
  swojskich  wojów, zwanych, ma się rozumieć, równie swojsko: Zbiróg, Piróg,
  Kociej,  Pociej,  Zagraj,  Zabój,  Przybój  i  Pozamiataj.  I  ruszyli owi
  Pirogowie  od  grodziszcza do grodziszcza, zygzakiem, rzecz jasna, ruszyli
  przez  lasy, bory i welesy, przez tramy i chramy, skórznie, gopła, młaki i
  kotołaki,  poprzez  łany bujne i stepy, porosłe burzanem i chrzanem, przez
  święte gaje i ruczaje.
       Zaiste,  Przy zagaju, przy ruczaju, jechał Piróg na buhaju. Jam, pry,
  jest  Piróg. Ale nie ruski. Nie celtycki. Jestem nasz, swojski, słowiański
  Piróg,  przyszłość  i  nadzieja  fantastyki.  I jeno kwestą czasu jest, by
  narodziła  się nowa, kultowa saga, epicka fantasy, Wielka Pirogiada, Słowo
  o Wyprawie Wieszczego Piroga na Strzygajów. O Łado, Łado, Kupało! Przewróć
  się w grobie, Tolkienie! Płacz, Le Guin! Gryź bezsilnie wargi z zazdrości,
  Eddingsie! Drżyj z zawiści, Zelazny!
       Tych,  którzy  na  Wielką Pigoriadę doczekać się nie mogą , uspokoję,
  streszczając  dzieło.  W Szarych Wierchach, dokąd wyprawi się Piróg i jego
  przaśna  drużyna, złota nie ma i prawdopodobnie nigdy nie było. Ale niecny
  Strzygaj  i  wspierający go renegaci, źli zagraje Wolec i Stolec, zginą od
  sulicy  w  Pirogowej  prawicy,  przy czym chrobremu Pirogowi nawet weles z
  głowy  nie  spadnie.  Skradzione  Święte  Żyto i Wieszcza Śmietana zostaną
  odzyskane i wrócą do chramu Swantewita, bo tam ich miejsce. Koniec.
       Rzecze Marek Oramus, fantasy, pry, jest mizerna. Mizeria tytułów tego
  gatunku,  jakie się nam serwuje, jest, pry, okropna. Dyletanctwo, tępota i
  arogancja   dokonujących  przekładów  "tłumaczy"  jest,  pry,  straszliwa.
  Poczekaj,  marku  na  Piroga  i  Pirogiadę,  dopiróż  ci  będzie.  Dopiróż
  zawyjesz, niczym strzygaj do miesiąca w pełni, zamiauczysz, jak kotołak na
  blaszanym  dachu. I wówczas, z łezką w oku wspomnisz Andre Norton, Howarda
  i "Xanth".
       Mamy  już  liczne Pirogi, będące pochodnymi Conana i klasycznej sword
  and  sorcery,  mamy  coś  na kształt spirogowanego Lowercrafta, mamy próby
  pirogowatego  posttolkienizmu,  mamy  nawet  Czarne  Pirogi,  udające dark
  fantasy.  Nie  mogło zabraknąć pochodnych "Mists of Avalon", czyli Pirogów
  fantastyczno-historycznych. I oto zamiast Artura, Lancelota i Gawaina mamy
  Pirogów,  Kuśmidrów  i  Svenssonów  z Jomsborga. Zamiast Piktów i Saksonów
  mamy  Swijów,  Dunów  i  Pomorców.  Zamiast  Merlina  i Morgan Le Fay mamy
  wołchwów  i  wspomnianych  wyżej  żerców. Wojna i pożoga, kile normańskich
  drakkarów  zgrzytają  o  piach  słowiańskich  plaż, stoliny wyją, Jomsborg
  atakuje,  bersekerzy  szczerzą  zęby.  Niemce na gród się walą, nasi górą,
  krew  się  leje,  Swarożyc  się swaroży, a antylopa się gnu. Żerce, jak to
  żerce, żrą i używają czarów w stosunku. Do wszystkich. I co?
       I Piróg, Piróg, Piróg, po trzykroć Piróg.

       Postmodernistyczny babol

       Dotykając  zjawiska  pt.  "Polska fantasy" staram się unikać nazwisk,
  albowiem  mogłoby  to  być  poczytane za bezpardonową walkę z konkurencją.
  Jednakowoż z samego choćby kronikarskiego obowiązku - w końcu, mówiliśmy o
  Tolkienie  i Howardzie - godzi się nadmienić, że Praojcem Polskich Pirogów
  w  Słowiańskiej  Śmietanie jest młody i zdolny autor Rafał A. Ziemkiewicz,
  który wpierw wstrząsnął czytelnikiem komiksem "Wilcza klątwa", a następnie
  stworzył  "Skarby  stolinów",  powieść  fantasy. Chapeaux bas, mesdames et
  messieurs! Voila le Grande Pirogue Brillante!
       W  tym  miejscu  muszę  z  wielkim hukiem uderzyć się w wątłe piersi.
  Napisałem,  przyznaję  ze skruchą, kilka opowiadań o charakterze, nazwijmy
  to, antywerystycznym. W tychże opowiadaniach, nie bacząc na święte prawa i
  zakony  fantasy,  co  i  rusz  popełniałem  -  za  pewną młodą krytyczką z
  "Fenixa"  -  lapsusy.  Młoda  krytyczka  z  właściwą sobie przenikliwością
  bezbłędnie  mnie rozszyfrowała dowodząc, że lapsusy owe są zbyt częste, by
  były przypadkowe. Biję się w piersi po raz wtóry. Nie były.
       Do  najstraszliwszych  lapsusów, które przy tym nie dały się z tekstu
  ani  wyrzucić  ani  wysubstytucić  czujnym  poprawiaczom  z  "Fantastyki",
  należały  batystowe  majtki Renfri z opowiadania "Mniejsze zło". Tak zwane
  środowisko zawrzało i zaczęło dyskutować. Majtki! W fantasy! Bzdura i brak
  poszanowana  dla konwencji! Grzech i anatema! Tolkiena nie czytał, czy co?
  Kanonu  nie  zna,  czy  jak?  Czy  Galadriela  nosi  majtki?  Nie nosi, bo
  podówczas majtek nie noszono!
       Po  jakimś  czasie  środowisko wychłódło nieco i spacyfikowało się, a
  majtki  uznano  za  "oryginalne".  Być może i innym poza Maćkiem Parowskim
  zapachniało  w  tych  majtkach postmodernizmem i podróżami w czasie. Tylko
  jeden młody Piróg zareagował na majtki Renfri dumnie, zimno i pogardliwie,
  opisując  własną bohaterkę, która przystępując do aktu płciowego zdejmuje,
  -: ...przepaskę biodrową i zwój podtrzymujący piersi. Efekt zarówno zimnej
  pogardy  jak  i  wiedzy  co  do  tego, co "podówczas" nosiły niewiasty pod
  giezłem,  został  jednak  zepsuty  opisem samego aktu płciowego, śmiesznym
  ponad miarę i wyobrażenie.
       Inni  Pirogowie  zadumali  się  głęboko. Aha, pomyśleli, Sapkowskiemu
  wolno  lapsusić  i to jest postmodernizm. A przecież "Lapsus", słowo obce,
  na  polski  tłumaczy  się  jako "babol". Jeżeli więc, pomyśleli Pirogowie,
  zaczniemy strzelać lub "sadzić" straszliwe babole, to i my doszlusujemy do
  postmodernistów.
       I  poszło  szybko.  pewna młodziutka Pirożka uzbroiła straż miejską w
  kopie.  Wolno  było  Renfri  nosić  majtki, to wolno i piechocińcom kopie,
  prawda?  Owe  kopie  oburzyły  jednak  innego  młodego Piroga, oburzyły do
  żywego  i  dogłębnie. Młody Piróg jest wyczulonym na takie rzeczy purystą.
  Sam  wszelakoż  w  licznych  utworach  dał  taki  popis postmodernizmu, że
  batystowe  majtki  mogą  opaść  ze  śmiechu.  Przykład pierwszy z brzegu -
  ustroił oto jakiegoś Piroga czy Pirogsona z Birki, nie pamiętam, w kaftan,
  naszywany łuskami suma-olbrzyma. Wielka sztuka, zważywszy, że sumy w ogóle
  łusek nie posiadają, ani te malutkie, ani te olbrzymie. Próba naszycia zaś
  na  kaftan  czegoś,  czego  nie ma, wymaga albo silnej magii, albo silnego
  postmodernizmu.  Jeśli  mam  być  szczery,  uznałbym  za oryginalniejsze i
  zabójczo   postmodernistyczne,   gdyby   kaftan  rzeczonego  Piroga  nabić
  srebrnymi półdolarówkami.
       Inni  Pirogowie noszą napięte kusze w jukach. Brakuje tylko, by brali
  dupy  w  troki.  Jeszcze  inni  przepływają  szerokie  i  rwące  rzeki  na
  uplecionych   naprędce   łódeczkach   z   sitowia.   Szkoda,   że  nie  na
  świętojańskich wiankach, które wszakże mają wyporność niewiele mniejszą, a
  o ile łatwiej je upleść.
       Ręka, noga, mózg na ścianie!
       Dość  jednak o tym, revenons a nos moutons, wróćmy jednak do rozprawy
  o  metodzie, drobne złośliwości zostawiwszy sobie na konwenty. Wniosek zaś
  postawmy następujący: w polskiej fantastyce mamy "postmodernizm" i Pirogi,
  prawdziwej   fantasy   nie  mamy,  poza  kilkoma  potwierdzającymi  regułę
  wyjątkami. Nie mamy fantasy, bo - po pierwsze - nie mamy archetypu.
       Tak,  wiem,  mamy  słowiańską  mitologię,  mamy  różnych  Swarożyców,
  Swantewitów  i  innych  Welesów.  Ale  mitologia  owa  nie  sięga nas swym
  archetypem i nie czujemy jej projekcji na sferę marzeń. Albowiem zadbano o
  to  skutecznie. Mitologia słowiańska tożsama jest z pogaństwem, a my, jako
  przedmurze chrześcijaństwa, przyjęliśmy Dąbrówkę z Czech i krzyż z Rzymu z
  radością  i  rozkoszą, z dnia na dzień, i to jest nasz archetyp. U nas nie
  było  elfów i Merlina, przed rokiem 966 niczego u nas nie było, był chaos,
  czerń  i  pustka,  mrok. który rozjaśnił nam dopiero rzymski krzyż. Jedyny
  kojarzący się archetyp to owe zęby, które Mieszko kazał wybijać za łamanie
  postu.  I  to  nam  zostało  zresztą  do dziś: tolerancja, wyrozumiałość i
  miłosierdzie  oparte  na  zasadzie - kto myśli i naczej, niech myśli - ale
  zęby trzeba mu obowiązkowo wybić. I cała prasłowiańska mitologia wyleciała
  z naszej kultury i z naszych marzeń niby owe zęby, wyplute z krwią.
       Magia  i  miecz,  oparte  na  polskim  archetypie? Jaka magia? Polski
  archetyp  czarodzieja?  Magia  to  diabelstwo,  paranie  się  czarami jest
  niemożliwe  bez  zaparcia  się  Boga  i  odpisania diabelskiego cyrografu.
  Twardowski,  nie  Merlin.  A  różne  welesy,  domowiki, wąpierze, bożęta i
  strzygaje   (sic!)   to   bóstwa  i  postaci  o  charakterze  chtonicznym,
  personifikacja Złego, Szatana, Lucyfera. nasza Kraina Nigdy-Nigdy? Toczący
  się  tam  bój,  walka  Dobrego  ze  Złym,  Ładu  z  Chaosem?  W  polskiej,
  archetypicznej  krainie  marzeń  nie  było  wszak  Dobra  i  Zła, było tam
  wyłącznie Zło, na szczęście Mieszko przyjął chrzest i wybił Złu zęby, i od
  tej  pory  jest  już  tylko dobro i Ład, i Przedmurze, i co nam tam diabeł
  Boruta, wodą święconą go, skurwysyna.
       Nasze  legendy,  mity,  ba,  nawet  baśnie i bajeczki, na których się
  wychowaliśmy,  zostały odpowiednio skastrowane przez różnych katechetów, w
  większości zapewne świeckich, bo tacy, jak wiadomo, są najgorsi. W związku
  z  tym  nasze  bajki  przypominają  do złudzenia żywoty świętych - anioły,
  modlitwy,  krzyż,  różaniec,  cnota  i  grzech  -  a  wszystko  zabarwione
  wysmakowanym  sadyzmem.  Z  naszych  bajek  morał  jest  jeden - jeśli nie
  zmówimy  paciorka,  diabeł  porwie  nas  do  piekła na widłach. Na wieczne
  męczarnie.  A  Bóg  jest  w  polskich  bajkach  wszędzie, wyjąwszy komórkę
  Kowalskiego,  i to wyłącznie dlatego, że Kowalski nie ma komórki. Nic tedy
  dziwnego,  że jedyny archetyp, jaki z tych bajek przebija, jest archetypem
  kruchty. Na czasie, nawiasem mówiąc. Ale nie dla fantasy.
       Fantasy to eskapizm. To ucieczka do Krainy Marzeń. Archetyp przemawia
  do  nas  także  tym, że wiemy, PRZED CZYM uciekamy. Wędrując u boku Froda,
  Aragorna,  Geda,  Karrakaz  czy  Belgariona  uciekamy  w  świat,  w którym
  tryumfuje  dobro,  sprawdza  się  przyjaźń,  liczy  się  honor  i prawość,
  zwycięża   miłość.   Uciekamy   w   świat,  w  którym  magia,  odpowiednik
  wszechmocnej,  ale  bezdusznej techniki, nie służy, jak technika, każdemu,
  niegodziwemu  na  równi  ze  sprawiedliwym.  Uciekamy  w  świat,  w którym
  okrucieństwo, nietolerancja, chorobliwa żądza władzy i dążenie, by zieloną
  Krainę  Nigdy-Nigdy  zamienić w Mordor, w Ziemię Jałową, po której grasują
  hordy orków, zostają powstrzymane, pokonane i ukarane.
       A  my, przed czym mamy uciekać? Pomijając przemożną chęć, aby uciekać
  w   ogóle   jak  najdalej  od  tego,  co  obserwujemy  dookoła?  Bezduszna
  technicyzacja  nie  dotknęła  nas  jeszcze tak mocno jak Amerykanów. U nas
  kaloryfery  wciąż  bezdusznie  nie grzeją, pociągi się spóźniają, z kranów
  leci  zimna  i  śmierdząca  woda, nie istnieje coś takiego jak książka bez
  błędów  drukarskich, a i mały fiat nie znuży luksusem na tyle, by marzyć o
  jeździe wierzchem przez Las Broceliande. Sąsiedzi zza miedzy też znają ten
  problem  i  jego  implikacje. Ondrej Neff, pytany, dlaczego nie tworzy tak
  modnego  dziś  cyberpunku,  odrzekł,  że  nie znajduje w sobie podniety do
  straszenia  rodaków-Czechów  straszliwymi perspektywami stechnicyzowania i
  skomputeryzowania  świata,  gdy  jednocześnie  we  współczesnej mu Pradze,
  cytuję, clovek nenajde ani fungujici telefonni budku.
       Azaliż  szukamy w fantasy ucieczki w przygodę, w quest, w solidarność
  i  przyjaźń  drużyny  bohaterskiej?  Fascynuje  nas szlachetność i prawość
  bohaterów,  atrybuty nie do pokonania, przeciwstawiane Złu? Chcemy marzyć,
  że  w  walce  o sprawiedliwość tryumfuje nie biceps, nie pięść i nie zimna
  stal,   ale   szlachetność,   tolerancja  i  umiejętność  wybaczania?  Czy
  zachowanie Froda wobec pokonanego Sarumana mieści się w kategorii jakiegoś
  polskiego  archetypu? Nie, nie mieści się. Bliższy i sympatyczniejszy jest
  nam  imć pan Nowowiejski i Azja Tuhaj-bejowicz. I Pawluk w wole miedzianym
  usmażon.  I  taka  jest nasza fantasy. Ręka, noga, mózg na ścianie. Miecz,
  wbity  aż  po  jelec.  Prute flaki. Niegodziwiec wzięty na męki, a tam, że
  zacytuję:  trysnęła  krew  i  pociekł szpik. Mniam, mniam. Miła, oniryczna
  wizja. Kraina naszych marzeń.
       Oprócz  posoki i szpiku kostnego serwuje nam się szczodrze także inne
  płyny,  produkowane przez organizm. opisy zbliżeń męsko-damskich opisywane
  są   -   ponownie   skorzystam   z  terminologii  muzycznej  -  fortissimo
  appassionato, językiem i stylem godnym zaiste entuzjastycznych ginekologów
  ze  skłonnościami  do  wynaturzeń. Cóż, nihil novi sub sole -  przypominam
  casus Johna Normana i definicję Kinga.

       Dziecinada

       Skąd się to bierze, zapyta ktoś. Odsyłam zainteresowanych do "Wariata
  z  pochodnią"  Jacka Inglota. Trzeba przecie naszym fantastom konkurować z
  pokupną zagraniczną mizerią, a zatem "więcej krwi i spermy!" A gatunek, że
  cierpi? A fantasy? Przecież i tak nikt nie ma pojęcia, co to takiego. Nikt
  nie  czytał.  Przecież  nawet  tacy  znawcy,  jak Kołodziejczak i Szrejter
  określają  fantasy jako konwencję "rozrywkową", zapewne dla odróżnienia od
  SF,  która,  tuszę,  w  rozumieniu obu panów rozrywkowa nie jest i dlatego
  stoi wyżej. Jest fantasy, twierdzą zgodnie obaj panowie, konwencją, której
  miłośnicy  pragną  nieskomplikowanych,  ale  za  to krwawych fabuł. Brawo.
  Touch(.  Lubię  te wspaniałe sceny gwałtów na niewiastach u T. H. White'a.
  Uwielbiam krwawą i nieskomplikowaną fabułkę "Thomasa Covenanta" czy "Mists
  of  Avalon". Uszy mi płoną, gdy czytam naturalistyczny opis aktu płciowego
  w wykonaniu Eowiny i Aragorna. Podniecam się scenami tortur u Le Guin.
       Fantasy  jest  w  Polsce domeną autorów młodych - wiekiem i stażem. I
  to,  cholera  jasna,  widać.  Nasza  fantasy  to  nieskoordynowane i słabo
  klejące  się  ze  sobą  obrazki,  tchnące  fascynacją  przemocą fizyczną i
  seksem,  przy  czym obie fascynacje są infantylnie rozumiane i infantylnie
  opisane.  Ale  ponieważ  wycelowane są w infantylnego czytelnika, znajdują
  poklask  i  popularność.  I  autor,  i  czytelnik  żyją  sobie w tej niszy
  ekologicznej w sytej symbiozie.
       Kto  nie wierzy, niechaj się rozejrzy. Oto autorzy, których dokonania
  na  polu  klasycznej - lub nieklasycznej - SF są interesujące, odkrywcze i
  ze  wszech miar godne uwagi, tworzą zapierające dech w piersiach "Pirogi",
  gdy  dotkną  fantasy.  Symptomatyczne?  Oczywiście,  że symptomatyczne. Bo
  inkryminowani  autorzy  znają  kanon SF, wychowali się na nim, fascynowali
  się  lekturami,  dokopywali się w nich przesłania i głębszej treści. Znają
  SF  jako  METODĘ  TWÓRCZĄ. Znają wszystkie odcienie i subtelności gatunku,
  wiedzą,  że  gatunek  ten  niesie  z  sobą  odrobinę  więcej,  niż radosne
  opisywanie  przybyłych  z  otchłani  Kosmosu Bug Eyed Monsters, pragnących
  władzy nad Ziemią, naszej krwi i naszych kobiet.
       Niestety  - powtarzam - w przypadku fantasy brak znajomości kanonu. I
  metody. Nie ma metody. Został Cyryl. I Piróg.
       I  dlatego  nie mamy fantasy mogącej konkurować z Tolkienem, Le Guin,
  Jackiem  Vancem,  Patricią McKillip, Donaldsonem czy Eddingsem. Mamy taką,
  powiedzmy  sobie, splatter-gore-fuck-and-puke fantasy. Fantasy dla takich,
  którym  wystarcza  marzenie o waleniu adwersarza po głowie lub po nerkach,
  nadziewaniu  go  na  sztych  lub  na  pal, marzenie o wejściu w wybrankę i
  trzepotaniu  na  niej całym sobą długo i zapamiętale, podczas gdy rzeczona
  wybranka wyje z rozkoszy i rysuje plecy pazurami. Fantasy dla tych, którym
  ucieczka w takie właśnie, nie inne marzenia pozwala poczuć się lepiej.
       Cóż, każdy ma taką ucieczkę, na jaką zasłużył.

    1. Ten spektakularny sukces i rozpętana w USA tolkienomania dokonały się
       przy  sprzeciwie  autora  i  jego  agenta,  nie wyrażających zgody na
       popularne,  kieszonkowe  wydanie.  Można  zatem śmiało stwierdzić, że
       rozkwit  fantasy dokonał się w drodze wydawniczego piractwa. Piratem,
       nawiasem mówiąc, był zasłużony dla branży Donald A. Wollheim.
    2. Autor przeprasza, ale pomimo że w niniejszym tekście cytuje co i rusz,
       nie  będzie dawał żadnych odsyłaczy, bo owe "Tamże" i "Op. cit" nudzą
       go śmiertelnie
    3. Autor rozumie, że poglądy takie aż proszą się, by z nimi polemizować.
       Autor  przeprasza  i  uprzedza  zarazem,  że  na  żadne  polemiki nie
       zareaguje, bo brak mu czasu na głupstwa.
    4. Oczywiście,  "Miejsce  początku"  też jest fantasy, podobnie pierwsza
       nowela w zbiorku "Orsinian Tales", tytułu nie pamiętam.
    5. Autor jest świadom darmowej reklamy, jaką robi Johnowi Normanowi, jak
       też  i  faktu,  że  wszystkie  stragany w Polsce zakwitną niebawem od
       cyklu "Gor". Cóż, signum temporis.
    6. No, dobrze, oto moja lista, moje prywatne "Top Twelwe".  Po Tolkienie
       i  Le  Guin idą: Stephen R. Donaldson "Thomas Covenant", T. H.  White
       "The Once and Future King", Peter S. Beagle "The Last Unicorn", Roger
       Zelazny  "Amber",  Marion  Zimmer Bradley "The Mists of Avalon", Jack
       Vance   "Lyonesse",   Tanith   Lee  "Birthgrave",  Patricia  McKillip
       "Riddlemaster  of  Hed"  oraz  "The  Forgotten  Beasts of Eld", David
       Eddings  "Belgariad" i Fritz Leiber cykl "Sword of...",  czyli Fafhrd
       i  Szary  Kocur.  Pardon, T.H. White został przetłumaczony. Niedawno.
       Jedna jaskółka, wiosny nie czyniąca.

                                    * * *

                                                       Berlin, listopad 1992
                                                           Andrzej Sapkowski

                                                   [Wklepała: Joanna Słupek]

[ TEKST ZAMIESZCZONY ZA ZGODĄ AUTORA DO PUBLIKACJI TYLKO NA STRONACH ] [ Andrzej Sapkowski Zone: http://sapkowski.fantasy.art.pl/ ]

Przeczytaj polemiki czytelników i autorów fantasy z Pirogiem

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl