AS ZONE:

RECENZJE
Recenzja zbiorów "Ostatnie życzenie" i "Miecz przeznaczenia"


Wiedźmin Geralt jako zagubiony w lesie
[Fenix 2(29)/1994]

       Na  ostatnim  Polconie  w Waplewie, ostatniego skacowanego dnia rano,
  kiedy  wszyscy  snuli  się  prawie bez życia, wziął mnie Andrzej Sapkowski
  podczas  jednego  ze swych licznych przypływów wigoru i tak do mnie rzekł:
  czy  pamiętam  mianowicie,  jak  w  tym  samym  miejscu  w 1990 roku, trzy
  Polcony  wcześniej,  zetknęliśmy  się  po  raz  pierwszy.  Coś  mi się tam
  mroczyło  pod  czaszką,  ale - zgodnie z moją zasadą - wymówiłem się słabą
  pamięcią   oraz  nadużywaniem  alkoholu,  pragnąc  usłyszeć  jego  wersję.
  Sapkower  (albo  Sapkauskas, jak chce litwinka Rasa) zakonotował sobie, że
  było  to  spotkanie  z  redakcją  "Fantastyki", na którym ja, świeżo w tym
  piśmie  zatrudniony,  siedziałem  skromnie  z  boku  i  pożytkowałem sobie
  piwo.  Za  to  Andrzej,  elokwentny jak zwykle, nie dawał się wyprzedzić w
  dyskusji  (to  już  moje  wrażenie). I w pewnym momencie ja - zdumiony tym
  przejawem  bezczelności,  bo  za  moich  czasów  nowym  twarzom wolno było
  przebywać  w  towarzystwie  po  specjalnym  zezwoleniu, na którego wydanie
  poważny  wpływ  miały  postawione  na  stole  napoje (głównie pewien napój
  owocowo-warzywny),  a  dopiero  po paru latach terminowania w ten sposób w
  ogóle  się  odezwać  -  tedy ja, zaszokowany tym przejawem nieposzanowania
  tradycji  (ciągle  moja  wersja)  przywołałem  go do porządku pytaniem: "A
  pan w ogóle czytał coś z fantastyki?"
       Treść  pytania  pomnę  jak  przez mgłę, ale przytoczył ją w dokładnym
  brzmieniu Sapkauskas.
       Ludzie, którzy chcą zakpić, przybierają - aby ułatwić temu, z którego
  kpią,  zrozumienie  kpiny  - różne grymasy, stosują tembry głosu itp. Tego
  typu  metoda  jest  mi  zupełnie obca: nie jestem w końcu aktorem. No i S.
  połknął  gładko  pytanie  (moja  wersja),  po  czym  bluznął listą tytułów
  angielskich,  w  wielkiej  przewadze  zupełnie  mi  nie  znanych. Na co ja
  (wersja  Sapkowskiego)  spojrzałem  na niego z godnością i rzekłem: "A, to
  przepraszam" (ciągle wersja twórcy "Wiedźmina").
       Przytaczam  tę  scenkę  jako przykład przede wszystkim mojego dobrego
  wychowania.  Różni  szmondacy  twierdzą,  żem  cham  i  zachowuję  się  po
  chamsku  (a  jakże  inaczej  zachowywać  się  na widok szmondactwa?) - oto
  relacja  świadka,  że gdy się sprężę, potrafię być wytworny. Ale też Sapek
  nie  był byle nowicjuszem, jego żadne terminowanie nie obowiązywało, tylko
  my  jeszcze  o  tym nie wiedzieliśmy. Piszę o tym naszym ścięciu ówczesnym
  ("ścięli  się  raz i drugi"), bo oto dla szanownej gawiedzi pokaz: Andrzej
  Sapkowski  już  wkręcony  w  imadło,  a  pilnik szeroki i gruboziarnisty w
  naszej   krzepkiej   dłoni  ("wreszczie  kłódka  pękła  w  potężnej  dłoni
  Ayrtona").
       Do  aktu  tego  zmusiła  mnie  redakcja "Fenixa" - ani bym, Andrzeju,
  porwał  się  na  taki  spektakl  z własnej inicjatywy. Ale stało się - raz
  kozie śmierć, jak mówią w filmie "Park Jurajski".
       Zastrzegam  tu  bardzo  stanowczo,  że  nie  interesuje  mnie  to, co
  Sapkowski  robi  na  najwyższym  poziomie:  czyli jego sposób obrazowania,
  wyśmienite  dialogi,  dowcip, opisy - jednym słowem, to wszystko, co czyni
  go  niedościgłym  wzorem  pod względem formy. Ale ja tu jestem od szukania
  dziury  w  całym.  Ja  tu jestem od czepiania się. Powiedziałem, że jest u
  Sapkowskiego  scena  (on wie, która) tak zasobna w moc literacką, że nawet
  sam  Mickiewicz  przeczytawszy  ją, mógłby się ździebko podciągnąć. Zdania
  tego, choć wypowiedzianego żartem, nie cofam i nie cofnę.
       To,  z czym Sapkowski ma kłopoty, wynika z jego przyśpieszonego tempa
  dojrzewania  literackiego.  Startował  późno  i nie miał czasu na świadome
  terminowanie;  przyszedł  niejako  gotowy  -  ale  pod  pewnymi  względami
  przypomina  mi  wyrostka albo pannicę, którym już sypie się jakiś biust na
  cielsko,  już to raz za razem pokazuje się jakiś wzwód, którym zmienia się
  głos, a łapy robią się długie jak u siatkarza. Oni sami są zaskoczeni tymi
  zmianami,  śledzą  je  z pewnym niepokojem - aż wychodzi na to, że do tego
  biustu  i do tego wzwodu trzeba się przyzwyczaić, że zostaną one na stanie
  jako  trwałe  elementy  i  trzeba  tylko z nimi umiejętnie współżyć. Sapek
  rzucał  swe  opowiadania  pośpiesznie,  bo  rynek  się nimi zachłystywał i
  zmuszał  go  do  podkręcenia tempa - lecz ulegając naciskom mniej myślał o
  całości, na jaką składają się poszczególne teksty. A kiedy już zebrało się
  ich  więcej,  pewne  szpary w tym świecie, pewne niekonsekwencje stały się
  ewidentne.  Próbował twórcy "Wiedźmina" podać pomocną dłoń Maciej Parowski
  w  szkicu  "Wiedźmin  Geralt  jako  podróżnik  w czasie", interpretując te
  posypki  jako  zamierzony i do utraty tchu głębokodupny postmodernizm. Tym
  samym  wyświadczył mu niedźwiedzią przysługę, gdyż Sapek uchwycił się tego
  kija  (czy  tej  protezy) kurczowo, zamiast kombinować, jak ten swój świat
  uspójnić.
       Moim  zdaniem  Sapkowski  zaczął  pisać  swe opowiadania bez troski o
  koherentność  objętego  nimi świata. Prawdopodobnie zamierzał napisać dwa,
  trzy.  Działał  intuicyjnie  -  nie  ma  w tym grzechu, gdyż intuicja jest
  narzędziem  i  nawet  motorem artyzmu. Jednak w momencie gdy ich eklektyzm
  zbyt  już  rzucał  się  w  oczy, pojawiła się konieczność znalezienia dlań
  jakiegoś  uzasadnienia.  Alibi, jak rzekłem, dostarczył Sapkowskiemu M.P.,
  z czego ten skwapliwie skorzystał i poczuł się dowartościowany.
       Andrzej usiłuje sprawiać wrażenie, jakoby wszystkie te pęknięcia były
  niezamierzone,  pragnie  grać  rolę autora, który nie popełnia błędów. Nie
  ma  takich  autorów,  proszę Państwa. Mało tego, ich błędy, specyfika tych
  błędów  jest  tym,  co  składa  się  na  oryginalność  twórcy i tym, za co
  między  innymi  kochają  go  czytelnicy. A że Sapek błędy popełnia - garść
  przykładów.
       W  "Okruchu  lodu"  uraczył  wiedźmina  kąpielą w wodzie morskiej i z
  użyciem  mydła.  Jak  mydło pieni się w zasolonej wodzie, zwrócił autorowi
  uwagę  jakiś  bywały  w nadmorskich okolicach czytelnik. W "Mniejszym źle"
  Geralt  zapobiega  aktowi  terroryzmu,  który  istnieje  tylko  dla  niego
  samego. Wśród stosunków społecznych, jakie w tym tekście pokazano, nikt by
  się  gwałtem  nie przejął: a niech mordują, byle tylko nie mnie. Tym samym
  powód do szantażu upada; niknie wraz z nim główny zamysł opowiadania.
       W  "Trochę  poświęcenia" Geralt walczy z tzw. rybostworami. Mieszkają
  one  w  głębinach,  są  uzbrojone  w  miecze  i wywijają nimi, niczym ci z
  powierzchni.  Kłopot  w  tym, że podwodne stwory mają ciało jakby rzadsze,
  sposobne   do   poruszania  się  w  wodzie,  a  bez  niej,  na  powietrzu,
  flaczejące,  przy  czym  nie  chodzi o brak tlenu. Widziałem kiedyś film o
  jadowitych  wężach  wodnych.  Takiego węża po wyjęciu z wody niesie się za
  ogon  -  daleko  od siebie. Nie jest on w stanie podnieść łba do wysokości
  ręki,  która  dzierży  ogon,  żeby  ją  ukąsić  -  rzecz ta nie sprawiłaby
  najmniejszej  trudności wężowi naziemnemu. Rybostwory muszą wykazywać taką
  samą  cechę  i  do  walki  wręcz  na  powierzchni  się  nie nadają, przeto
  gromienie  ich  powinno być fraszką. Także nie rozumiem, po co im miecze w
  głębinach.  Jeśli  Sapkowski  chce  się  przekonać,  że machanie mieczem w
  wodzie  to  rzecz trudna, niechże się opuści choćby na nędzne trzy metry i
  tam powywija kijem.
       Wtręty  ekologiczne  - na przykład w "Krańcu świata" - robią wrażenie
  dość  sztucznych:  elfi  przywódca  odzywa  się,  wypisz wymaluj, jak wódz
  Skóra  Ze Starego Szałasu w powieści "Mały wielki człowiek" Bergera. Sporo
  do  życzenia  pozostawia  stosunek  Sapka  do  magii;  jest  ona dla niego
  niewyczerpywalnym  rezerwuarem  mocy, z którego powołani mogą korzystać do
  woli  i  bezboleśnie.  Z  tego  przekonania biorą się owe stoły, wznoszące
  się  pod  powały,  czy mury pękające od nadzwyczajnego stężenia magii. Jak
  inaczej  można  rozwiązać  gospodarkę  magią,  która  musi  być  nie mniej
  kosztowna niż energia w naszym świecie, pokazuje Le Guin w "Ziemiomorzu".
       Gatunki istot zamieszkujących wiedźminowy świat są nad wyraz liczne i
  -  poza  kilkoma  -  powtarzają  się  tylko  w  jednym, dwóch tekstach. To
  sprawia,  że  początkowo  odpadają problemy ustalenia związków między nimi
  (czy  też  konfliktów)  -  a  związki  być muszą, skoro żyją one na jednej
  planecie,  oddzielone  przestrzeniami,  które  trzeba  sforsować  w  ciągu
  krótkiego   czasu.   (Wszak   wiedźmin   porusza   się   konno,   nie  zaś
  odrzutowcem.)  A.S.  powinien  sobie  sporządzić katalog owych potworów (i
  postaci),  przestać  je  mnożyć (co przy jego nadzwyczajnej wyobraźni jest
  łatwe),  w  zamian  zaś  starać  się  wykorzystać związki między nimi. Nie
  domagam  się  od  razu  jedności  czasu  i  miejsca  akcji, tylko większej
  sprawności intrygi. Z tego samego zestawu trzeba by wiciskać więcej.
       Największe pretensje mam jednak o to, że w miarę przybywania historii
  o  Geralcie,  ulega on degradacji ideowej, by tak rzec niemile. Z początku
  rozprawia  się  ze  strzygami  i stworami, które jak cieć Geda wychynęły z
  zaświatów,  szkodzą  ludziom  i  trzeba  je odesłać tam, skąd przyszły. Na
  końcu wiedźmin szlachtuje co popadnie i co tylko ma odstręczający wygląd -
  i  ani  mu w głowie nie postoi, że staje się trzebicielem świata, nie jego
  chirurgiem. Zuboża swym działaniem świat, zamiast go ratować. Wiedźmin nie
  wie,  co  się  z  nim  dzieje,  przestaje  kierować  własnym  mieczem  - a
  podejrzewam,  że wiele by znalazł sposobów zdobywania grosza bez narażania
  na szwank wysokiego morale. Gdzie jego sumienie ekologiczne? Zatem etyczny
  status   bohatera   domaga  się  bezzwłocznego  wyjaśnienia,  gdyż  etyka,
  sprowadzona  do  odbierania  zapłaty  za  rzeźniczą  robotę  mieczem, mało
  odbiega  od  motywów  włóczęgi  okazjonalnie  najmującego  się  do rąbania
  drewna. Jego robota jest nawet lepsza, bo czystsza i sucha.
       Domaga  się  też  pilnego  określenia  status  ontologiczny Sapkowego
  świata.  Gdyby  każde  z tych opowiadań miało innych bohaterów, działo się
  gdzie indziej, problem by nie istniał. Ale teraz planeta, na której Geralt
  męczy  zwierzęta,  jest  łaciata  jak  piłka  "Azteca"  albo  "Tango".  Co
  właściwie  dzieje się z tym światem? Skąd jest Geralt i inni "podróżnicy w
  czasie"  -  Yennefer,  Jaskier  i  właściwie  każdy,  kto ma trochę więcej
  oleju  w  głowie?  Skąd się wzięli? Parowski Sapkowe niekonsekwencje, obce
  wtręty,  słowa,  pojęcia,  całe  myślenie nagina do postmodernizmyu - lecz
  postmodernizm   nie   polega   na  tym,  że  wszystko  wolno.  Już  raczej
  postmodernistą  czyni  Sapka  nicowanie bajek czy legend, jak to wcześniej
  robił Wolski ("Antybaśnie").
       Takie jednak nagromadzenie sprzeczności, elementów z innych bajek czy
  parafii  domaga  się  coraz  silniej  ujawnienia  wyższej prawidłowości, w
  której ramach to zagra. Mógłby nią być świat w toku wielkiej zmiany, która
  nie  wiadomo  na  czym  polega  -  nawet  dla  głównych  bohaterów.  To by
  wyjaśniało   sypanie  się  rozmaitych  fragmentów  tego  świata  w  sposób
  nieprzewidywalny.  Są  momenty, kiedy można myśleć, że autor ku temu idzie
  -  i są inne, dokładnie tej wersji przeczące. Pora moim zdaniem na coś się
  zdecydować,  przy  czym  nie trzeba podawać konkretnego powodu tych zmian,
  gdyż  prowadziłoby  to  może  do trywializacji. Autor musi jednak znać ten
  powód,  choćby  w  zarysie,  i nie wstydzić się iść po śladach Tolkiena. W
  nieświadomości  może  natomiast  pozostać  i  Geralt, i czytelnik, choć to
  wobec nich mało lojalne postępowanie.

                                                                Marek Oramus

       PS.  Prosiłbym  o wstrzymanie się od polemik. Jeśli już, niechże będą
  pisane po piątym piwie - dla zachowania stosownego pasma rozważań.

                                                   [Wklepała: Joanna Słupek]

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl