Recenzja zbiorów "Ostatnie życzenie" i "Miecz przeznaczenia"
Na ostatnim Polconie w Waplewie, ostatniego skacowanego dnia rano,
kiedy wszyscy snuli się prawie bez życia, wziął mnie Andrzej Sapkowski
podczas jednego ze swych licznych przypływów wigoru i tak do mnie rzekł:
czy pamiętam mianowicie, jak w tym samym miejscu w 1990 roku, trzy
Polcony wcześniej, zetknęliśmy się po raz pierwszy. Coś mi się tam
mroczyło pod czaszką, ale - zgodnie z moją zasadą - wymówiłem się słabą
pamięcią oraz nadużywaniem alkoholu, pragnąc usłyszeć jego wersję.
Sapkower (albo Sapkauskas, jak chce litwinka Rasa) zakonotował sobie, że
było to spotkanie z redakcją "Fantastyki", na którym ja, świeżo w tym
piśmie zatrudniony, siedziałem skromnie z boku i pożytkowałem sobie
piwo. Za to Andrzej, elokwentny jak zwykle, nie dawał się wyprzedzić w
dyskusji (to już moje wrażenie). I w pewnym momencie ja - zdumiony tym
przejawem bezczelności, bo za moich czasów nowym twarzom wolno było
przebywać w towarzystwie po specjalnym zezwoleniu, na którego wydanie
poważny wpływ miały postawione na stole napoje (głównie pewien napój
owocowo-warzywny), a dopiero po paru latach terminowania w ten sposób w
ogóle się odezwać - tedy ja, zaszokowany tym przejawem nieposzanowania
tradycji (ciągle moja wersja) przywołałem go do porządku pytaniem: "A
pan w ogóle czytał coś z fantastyki?"
Treść pytania pomnę jak przez mgłę, ale przytoczył ją w dokładnym
brzmieniu Sapkauskas.
Ludzie, którzy chcą zakpić, przybierają - aby ułatwić temu, z którego
kpią, zrozumienie kpiny - różne grymasy, stosują tembry głosu itp. Tego
typu metoda jest mi zupełnie obca: nie jestem w końcu aktorem. No i S.
połknął gładko pytanie (moja wersja), po czym bluznął listą tytułów
angielskich, w wielkiej przewadze zupełnie mi nie znanych. Na co ja
(wersja Sapkowskiego) spojrzałem na niego z godnością i rzekłem: "A, to
przepraszam" (ciągle wersja twórcy "Wiedźmina").
Przytaczam tę scenkę jako przykład przede wszystkim mojego dobrego
wychowania. Różni szmondacy twierdzą, żem cham i zachowuję się po
chamsku (a jakże inaczej zachowywać się na widok szmondactwa?) - oto
relacja świadka, że gdy się sprężę, potrafię być wytworny. Ale też Sapek
nie był byle nowicjuszem, jego żadne terminowanie nie obowiązywało, tylko
my jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Piszę o tym naszym ścięciu ówczesnym
("ścięli się raz i drugi"), bo oto dla szanownej gawiedzi pokaz: Andrzej
Sapkowski już wkręcony w imadło, a pilnik szeroki i gruboziarnisty w
naszej krzepkiej dłoni ("wreszczie kłódka pękła w potężnej dłoni
Ayrtona").
Do aktu tego zmusiła mnie redakcja "Fenixa" - ani bym, Andrzeju,
porwał się na taki spektakl z własnej inicjatywy. Ale stało się - raz
kozie śmierć, jak mówią w filmie "Park Jurajski".
Zastrzegam tu bardzo stanowczo, że nie interesuje mnie to, co
Sapkowski robi na najwyższym poziomie: czyli jego sposób obrazowania,
wyśmienite dialogi, dowcip, opisy - jednym słowem, to wszystko, co czyni
go niedościgłym wzorem pod względem formy. Ale ja tu jestem od szukania
dziury w całym. Ja tu jestem od czepiania się. Powiedziałem, że jest u
Sapkowskiego scena (on wie, która) tak zasobna w moc literacką, że nawet
sam Mickiewicz przeczytawszy ją, mógłby się ździebko podciągnąć. Zdania
tego, choć wypowiedzianego żartem, nie cofam i nie cofnę.
To, z czym Sapkowski ma kłopoty, wynika z jego przyśpieszonego tempa
dojrzewania literackiego. Startował późno i nie miał czasu na świadome
terminowanie; przyszedł niejako gotowy - ale pod pewnymi względami
przypomina mi wyrostka albo pannicę, którym już sypie się jakiś biust na
cielsko, już to raz za razem pokazuje się jakiś wzwód, którym zmienia się
głos, a łapy robią się długie jak u siatkarza. Oni sami są zaskoczeni tymi
zmianami, śledzą je z pewnym niepokojem - aż wychodzi na to, że do tego
biustu i do tego wzwodu trzeba się przyzwyczaić, że zostaną one na stanie
jako trwałe elementy i trzeba tylko z nimi umiejętnie współżyć. Sapek
rzucał swe opowiadania pośpiesznie, bo rynek się nimi zachłystywał i
zmuszał go do podkręcenia tempa - lecz ulegając naciskom mniej myślał o
całości, na jaką składają się poszczególne teksty. A kiedy już zebrało się
ich więcej, pewne szpary w tym świecie, pewne niekonsekwencje stały się
ewidentne. Próbował twórcy "Wiedźmina" podać pomocną dłoń Maciej Parowski
w szkicu "Wiedźmin Geralt jako podróżnik w czasie", interpretując te
posypki jako zamierzony i do utraty tchu głębokodupny postmodernizm. Tym
samym wyświadczył mu niedźwiedzią przysługę, gdyż Sapek uchwycił się tego
kija (czy tej protezy) kurczowo, zamiast kombinować, jak ten swój świat
uspójnić.
Moim zdaniem Sapkowski zaczął pisać swe opowiadania bez troski o
koherentność objętego nimi świata. Prawdopodobnie zamierzał napisać dwa,
trzy. Działał intuicyjnie - nie ma w tym grzechu, gdyż intuicja jest
narzędziem i nawet motorem artyzmu. Jednak w momencie gdy ich eklektyzm
zbyt już rzucał się w oczy, pojawiła się konieczność znalezienia dlań
jakiegoś uzasadnienia. Alibi, jak rzekłem, dostarczył Sapkowskiemu M.P.,
z czego ten skwapliwie skorzystał i poczuł się dowartościowany.
Andrzej usiłuje sprawiać wrażenie, jakoby wszystkie te pęknięcia były
niezamierzone, pragnie grać rolę autora, który nie popełnia błędów. Nie
ma takich autorów, proszę Państwa. Mało tego, ich błędy, specyfika tych
błędów jest tym, co składa się na oryginalność twórcy i tym, za co
między innymi kochają go czytelnicy. A że Sapek błędy popełnia - garść
przykładów.
W "Okruchu lodu" uraczył wiedźmina kąpielą w wodzie morskiej i z
użyciem mydła. Jak mydło pieni się w zasolonej wodzie, zwrócił autorowi
uwagę jakiś bywały w nadmorskich okolicach czytelnik. W "Mniejszym źle"
Geralt zapobiega aktowi terroryzmu, który istnieje tylko dla niego
samego. Wśród stosunków społecznych, jakie w tym tekście pokazano, nikt by
się gwałtem nie przejął: a niech mordują, byle tylko nie mnie. Tym samym
powód do szantażu upada; niknie wraz z nim główny zamysł opowiadania.
W "Trochę poświęcenia" Geralt walczy z tzw. rybostworami. Mieszkają
one w głębinach, są uzbrojone w miecze i wywijają nimi, niczym ci z
powierzchni. Kłopot w tym, że podwodne stwory mają ciało jakby rzadsze,
sposobne do poruszania się w wodzie, a bez niej, na powietrzu,
flaczejące, przy czym nie chodzi o brak tlenu. Widziałem kiedyś film o
jadowitych wężach wodnych. Takiego węża po wyjęciu z wody niesie się za
ogon - daleko od siebie. Nie jest on w stanie podnieść łba do wysokości
ręki, która dzierży ogon, żeby ją ukąsić - rzecz ta nie sprawiłaby
najmniejszej trudności wężowi naziemnemu. Rybostwory muszą wykazywać taką
samą cechę i do walki wręcz na powierzchni się nie nadają, przeto
gromienie ich powinno być fraszką. Także nie rozumiem, po co im miecze w
głębinach. Jeśli Sapkowski chce się przekonać, że machanie mieczem w
wodzie to rzecz trudna, niechże się opuści choćby na nędzne trzy metry i
tam powywija kijem.
Wtręty ekologiczne - na przykład w "Krańcu świata" - robią wrażenie
dość sztucznych: elfi przywódca odzywa się, wypisz wymaluj, jak wódz
Skóra Ze Starego Szałasu w powieści "Mały wielki człowiek" Bergera. Sporo
do życzenia pozostawia stosunek Sapka do magii; jest ona dla niego
niewyczerpywalnym rezerwuarem mocy, z którego powołani mogą korzystać do
woli i bezboleśnie. Z tego przekonania biorą się owe stoły, wznoszące
się pod powały, czy mury pękające od nadzwyczajnego stężenia magii. Jak
inaczej można rozwiązać gospodarkę magią, która musi być nie mniej
kosztowna niż energia w naszym świecie, pokazuje Le Guin w "Ziemiomorzu".
Gatunki istot zamieszkujących wiedźminowy świat są nad wyraz liczne i
- poza kilkoma - powtarzają się tylko w jednym, dwóch tekstach. To
sprawia, że początkowo odpadają problemy ustalenia związków między nimi
(czy też konfliktów) - a związki być muszą, skoro żyją one na jednej
planecie, oddzielone przestrzeniami, które trzeba sforsować w ciągu
krótkiego czasu. (Wszak wiedźmin porusza się konno, nie zaś
odrzutowcem.) A.S. powinien sobie sporządzić katalog owych potworów (i
postaci), przestać je mnożyć (co przy jego nadzwyczajnej wyobraźni jest
łatwe), w zamian zaś starać się wykorzystać związki między nimi. Nie
domagam się od razu jedności czasu i miejsca akcji, tylko większej
sprawności intrygi. Z tego samego zestawu trzeba by wiciskać więcej.
Największe pretensje mam jednak o to, że w miarę przybywania historii
o Geralcie, ulega on degradacji ideowej, by tak rzec niemile. Z początku
rozprawia się ze strzygami i stworami, które jak cieć Geda wychynęły z
zaświatów, szkodzą ludziom i trzeba je odesłać tam, skąd przyszły. Na
końcu wiedźmin szlachtuje co popadnie i co tylko ma odstręczający wygląd -
i ani mu w głowie nie postoi, że staje się trzebicielem świata, nie jego
chirurgiem. Zuboża swym działaniem świat, zamiast go ratować. Wiedźmin nie
wie, co się z nim dzieje, przestaje kierować własnym mieczem - a
podejrzewam, że wiele by znalazł sposobów zdobywania grosza bez narażania
na szwank wysokiego morale. Gdzie jego sumienie ekologiczne? Zatem etyczny
status bohatera domaga się bezzwłocznego wyjaśnienia, gdyż etyka,
sprowadzona do odbierania zapłaty za rzeźniczą robotę mieczem, mało
odbiega od motywów włóczęgi okazjonalnie najmującego się do rąbania
drewna. Jego robota jest nawet lepsza, bo czystsza i sucha.
Domaga się też pilnego określenia status ontologiczny Sapkowego
świata. Gdyby każde z tych opowiadań miało innych bohaterów, działo się
gdzie indziej, problem by nie istniał. Ale teraz planeta, na której Geralt
męczy zwierzęta, jest łaciata jak piłka "Azteca" albo "Tango". Co
właściwie dzieje się z tym światem? Skąd jest Geralt i inni "podróżnicy w
czasie" - Yennefer, Jaskier i właściwie każdy, kto ma trochę więcej
oleju w głowie? Skąd się wzięli? Parowski Sapkowe niekonsekwencje, obce
wtręty, słowa, pojęcia, całe myślenie nagina do postmodernizmyu - lecz
postmodernizm nie polega na tym, że wszystko wolno. Już raczej
postmodernistą czyni Sapka nicowanie bajek czy legend, jak to wcześniej
robił Wolski ("Antybaśnie").
Takie jednak nagromadzenie sprzeczności, elementów z innych bajek czy
parafii domaga się coraz silniej ujawnienia wyższej prawidłowości, w
której ramach to zagra. Mógłby nią być świat w toku wielkiej zmiany, która
nie wiadomo na czym polega - nawet dla głównych bohaterów. To by
wyjaśniało sypanie się rozmaitych fragmentów tego świata w sposób
nieprzewidywalny. Są momenty, kiedy można myśleć, że autor ku temu idzie
- i są inne, dokładnie tej wersji przeczące. Pora moim zdaniem na coś się
zdecydować, przy czym nie trzeba podawać konkretnego powodu tych zmian,
gdyż prowadziłoby to może do trywializacji. Autor musi jednak znać ten
powód, choćby w zarysie, i nie wstydzić się iść po śladach Tolkiena. W
nieświadomości może natomiast pozostać i Geralt, i czytelnik, choć to
wobec nich mało lojalne postępowanie.
Marek Oramus
PS. Prosiłbym o wstrzymanie się od polemik. Jeśli już, niechże będą
pisane po piątym piwie - dla zachowania stosownego pasma rozważań.
[Wklepała: Joanna Słupek]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl