Kiedyś prenumerowałem Fantastykę. Byłem wtedy magistrem w kraju,
zwanym Polska Rzeczpospolita Ludowa. Potem kraj zmienił nazwę, ja zostałem
doktorem i już nie było mnie stać na prenumeratę Nowej Fantastyki. To się
nazywa "awans ekonomiczny, szerokie możliwości po zrzuceniu okowów". Tylko
przypadkiem wpadła mi ręce NF z kwietnia 1997 roku. Właściwie to
przestałem żałować, że już nie prenumeruję...
W dziale "Krytycy o fantastyce" na str. 65 znalazłem tekst Roberta
Klementowskiego pt. "Czas podagry", który mnie zdenerwował. Nad tytułem
mianowicie jest w jednym zdaniu cała treść artykułu: "Popularność Andrzeja
Sapkowskiego w ostatnich dziesięciu latach stała się zjawiskiem bez
precedensu, dlatego przy okazji ostatniej jego książki, 'Chrzest ognia',
warto rozważyć, na czym owa popularność się zasadza." Może i warto, ale
związek tekstu Klementowskiego z "Chrztem ognia" polega na tym, że
a) tytuł powtórzony jest pięciokrotnie;
b) przypomniano jedną z postaci, która się w "Chrzcie ognia" pojawia.
Postać ma skomplikowane imię (czy też nazwisko), więc są w nim _dwa_
błędy. Tak, według Roberta Klementowskiego "(...) postać, która moim
zdaniem uratowała tę książkę. Emil Regis Rohellec Terzieff-Godefray,
wampir-abstynent (...)";
c) w końcowej złośliwości, nie pasującej do niczego, Robert
Klementowski pisze o wiedźminie, hartującym się w ogniu.
Może warto wyjaśnić młodszym, o co chodzi z tym hartowaniem. Chodzi o
"Jak hartowała się stal" - tytuł powieści uznanej za symbol tzw.
realizmu socjalistycznego. Od dawna nikt nie wie, kto ją napisał, o co w
niej chodziło, jak była napisana (podobno nieźle). Tytuł jest symbolem
negatywnym etykietki "realizm socjalistyczny". Stał się elementem
syntetycznej rzeczywistości świata haseł "prawicowych". Kiedy ktoś
krytykuje jakąś książkę, "prawicowcowi" wystarczy powiedzieć "Wolałbyś
pewnie czytać 'Jak hartowała się stal'" - i wszyscy ryczą ze śmiechu. Bo
od dawna nikt nie wie, kto ją napisał, o co w niej chodziło, jak była
napisana...
Za dużo polityki? Cóż, tekst Klementowskiego zaczyna się od
"przedstawienia" "tła politycznego" kariery Sapkowskiego. To znaczy, że
Klementowski wrzuca parę haseł w stylu, który kiedyś nazwałem CUCUMBER
(Completely Unreal, Completely Unlike, Misunderstood Blather, Erratic,
Ridiculous). O śmierci Zajdla, o "lepszym świecie", o którym miało marzyć
pokolenie Zajdla (gorliwie wychwalając ten "gorszy" w swoich utworach,
później pokazując w nich, że byłby całkiem, całkiem gdyby poprawić to i
tamto) i o tym, że ten "lepszy świat" brzydko potraktował swoich
"piewców", "wymarzycieli". To miał być wstęp do Argumentu Antysapkowego nr
1 (nazwanego poważnym wnioskiem!).
Argument Antysapkowy nr 1.
"Literatura zachodnia w swej przewadze obliczona była na dogadzanie
niewysokim gustom czytelniczym. Jeżeli więc AS mógł z nią konkurować,
musiał owe gusta zaspokoić."
Tutaj pretensja do redakcji NF. Jak można nazwać krytykiem człowieka,
który o jakości utworu poważnie wnioskuje nie z jego treści, wyrazu,
formy, a z tego, że czytelnicy wola go od utworów kiepskich!
Argument Antysapkowy nr 2.
Rozrzucony po całym tekście. Sapkowski jest do niczego, bo "objawił
się jako twórca krótkiej formy", a dopiero potem wziął się za cykl
powieściowy.
Jak wiadomo, wszyscy normalni, wartościowi pisarze debiutowali
powieściami-rzekami, potem pisali pojedyncze powieści, aby skończyć na
krótkich formach, nieprawdaż?
Argument Antysapkowy nr 3.
"Wielka polityka zdominowała poczynania bohaterów, którzy okazują się
pionkami w rozgrywce sił wyższych. Schyłkowość, i fatalizm powodują, że
Sapkowski popada w schematyzm, powtarza to, co wielu innych autorów
zdążyło już powiedzieć."
Oczywiście przy stałym przeciwstawianiu "Sapkowskiego od dobrych
opowiadań" "Sapkowskiemu od złej powieści". Radziłbym przeczytać Kwestię
ceny, Miecz przeznaczenia i Coś więcej. Raz, że odnoszą się wprost do
cyklu, dwa - że są tymi "dobrymi opowiadaniami", trzy - że w nich
bohaterowie uginają się pod presją wielkiej polityki i przeznaczenia
(fatalizm!).
I oczywiście, gdyby cykl nie miał tła - historii, geografii,
polityki, obyczajów, ludów, języków, przebogatego świata przedstawionego,
to co? Wtedy byłby "nieschyłkowy"? Czy "nieschematyczny"? Nawet tak
oryginalny twórca tekstów, jak Robert Klementowski, niestety, w tym
tekście popada w schematyzm i powtarza to, co wielu innych już zdążyło
powiedzieć. Tylko oni robili to z sensem.
Swoją drogą, gdyby tak Klementowski przeczytał "Kolor magii"
Pratchetta... No tak, ale gdyby przeczytał, to nie mógłby go recenzować,
nieprawdaż?
Argument Antysapkowy nr 4.
"Na pewno przyciągają do książek Sapkowskiego ciekawi bohaterowie.
(...) Nie stworzył tu Sapek nic nowego, przeciwnie, czerpał jak mógł z
konwencji fantasy."
To jak to się dzieje, że ci bohaterowie jednak się ciekawi i bez
precedensu? Haszek tworząc Szwejka nie stworzył nic nowego - czerpał jak
mógł z konwencji literackiej swojej epoki. Szekspir - tworząc Hamleta -
też. (To całkiem ogólna sprawa. Każda zjadliwość Klementowskiego pasuje
równie dobrze do każdego pisarza i każdego utworu. Długo się
zastanawiałem, czy nie przepisać "Czasu podagry " podstawiając za
Sapkowskiego: Szekspira, Balzaka, Dostojewskiego, Sienkiewicza albo
wszystkich po kolei.)
Dalej idą argumenty antygeraltowe.
Argument Antygeraltowy nr 1.
"Geralt, w którego osobie czytelnicy cierpiący na syndrom Conana
otrzymali inteligentniejszą, polską wersje zabijaki" i parę innych
niewybrednych "uprzejmości" pod adresem czytelników, z "tłem politycznym",
a jakże.
Czyli Robert Klementowski, pisząc "Lata siedemdziesiąte i
osiemdziesiąte przyniosły człowieka zagubionego, poszukującego swej
tożsamości w świecie totalitarnym, uginającego się pod realiami życia"
trafia we własny Argument Antysapkowy nr 3. I też pisze o fantastycznym,
nie istniejącym realnie świecie. Ale w odróżnieniu od Roberta
Klementowskiego, Andrzej Sapkowski nie uznaje tworzonej przez siebie
fikcji za rzeczywistość. Ile jest z Conana w Geralcie? Ten ma miecz i
tamten ma miecz. Są też pewne podobieństwa w budowie fizycznej: obaj maja
po dwie ręce, po dwie nogi, po jednej głowie... Obaj stykają się z
niebezpieczeństwem. Jakie jeszcze się podobieństwa? Czy jest ich więcej
niż na przykład między rzeczonym Conanem a Hamletem? Zbyszkiem z Bogdańca?
Longinusem Podbipiętą?
Argument Antygeraltowy nr 2.
"Wiedźmin jest perfekcjonistą, fachowcem wzbudzającym szacunek"
Oczywiście, to niewybaczalna wada. W rozwinięciu czytamy "Rzecz nie
bez znaczenia, zważywszy na fakt, jaką estymą cieszyli się u nas
wszelkiego rodzaju mistrzowie śrubokręta i klucza francuskiego". Paradne.
Zanim Stefanowi Bratkowskiemu "odbiło na prawo", kiedy jeszcze był
dziennikarzem, starającym się (bez powodzenia - uwierzył w mit i sparzył
się) zrobić karierę przez wydanie w Wydawnictwie Harcerskim cukierkowej
biografii Marksa, a może trochę później, wprowadził on pojęcie
"polonistyczność". Było to zjawisko, które ilustrował przykładem:
fachowiec, współtwórca i organizator przemysłu polskiego, który to
przemysł później - pod kierunkiem tego fachowca - dostarczał powstańcom
walczącym w Powstaniu Listopadowym ponad pięćset karabinów dziennie,
znalazł się w polskich encyklopediach z tego powodu, że w wolnych chwilach
malował obrazy. Jako malarz. Nie jako fachowiec od czegoś większego niż
młotek i śrubokręt. Albo że w tych samych encyklopediach można znaleźć
amerykańską "poetkę", która łącznie opublikowała dwa wiersze, a nie ma w
nich twórcy Gdyni - niebywałego przedsięwzięcia inżynieryjnego,
zrealizowanego w niesłychanym tempie i z bardzo dobra jakością wykonania.
Dlaczego? Nie opublikował ani jednego wierszyka.
Estyma dla "fachowców" ograniczała się po pierwsze do pewnego kręgu
ludzi - zwących siebie humanistami (profanacja szlachetnego słowa) i
dumnych z tego, że wbicie gwoździa przekracza dalece ich możliwości, tak
manualne, jak i umysłowe. I ograniczała do bardzo wąskiego kręgu
"fachowców", właśnie tych "fachowców" z anegdot. Od młotka i klucza
francuskiego. Istnienia innych fachowców, ludzi, którzy na czymś się znają
i coś umieją na trochę większą skalę, cierpiący na polonistyczność
"humaniści" nie byli i nie są świadomi. Dalej, nie wydaje mi się żeby np.
Marszałek (nie dość, że fachowiec, to jeszcze sportowiec i mistrz, więc
my, ciemna masa wielbicieli fachowości Geralta, powinniśmy go czcić na
kolanach) był poważany za swoja niebywałą, fachowa umiejętność naprawiania
silników szybkich motorówek. Czy my, wielbiciele Sapkowskiego, poważamy go
za jego fachowość w zakresie cyklu arturiańskiego? Kogo z nas bardziej
pociąga w Geralcie jego wiedza fachowa o obyczajach okogłowa, niż jego
bieg z wyciągniętymi ramionami do Ciri i słowa "Jesteś czymś więcej"? Czy
bardziej pociąga nas w Geralcie to, że mógłby nas nauczyć, jak mieczem
pokonać oszluzga, gigaskorpiona lub gryfa, czy to, że dwie noce
zastanawiał się, jak zacząć list do Yennefer? I że ostateczny efekt budzi
w nim ogromną ochotę, by podjąć próbę ugryzienia się w tyłek?
Nie da się ukryć, mam do sprawy "fachowców" osobisty stosunek. Po
pierwsze sam jestem fachowcem - jednym z najlepszych na świecie - w pewnej
dziedzinie. Nieco bardziej skomplikowanej od dziedziny klucza nastawnego i
wkrętaka. Nie zjednuje mi to jednak jakoś powszechnego szacunku. Muszę się
starać o szacunek inaczej. Po drugie - pozwólcie mi opowiedzieć pewną
historyjkę. Podobno mój ojciec był równie uzdolniony matematycznie jak ja.
Różnica miedzy nami polegała na tym, że on dorastał we wspaniałym ustroju
Polski międzywojennej, a ja w straszliwym PRL. Wiec on po śmierci swego
ojca, a mojego dziadka, musiał porzucić właśnie rozpoczęte studia i podjąć
pracę, żeby utrzymać rodzinę - był najstarszym synem. Pracował w stajni.
Ja natomiast mimo, że dochody mojej rodziny były wprost śmieszne, mogłem
studia podjąć, zakończyć i - mimo śmierci ojca - zrobić doktorat. Tak ja
przeżyłem różnicę miedzy Rzeczpospolitą Polską a Polską Rzeczpospolitą
Ludową. W każdym razie brak wykształcenia wyzwolił w moim ojcu na starość
przeświadczenie o jakimś magicznym charakterze ówczesnej techniki. Żeby
urządzenie techniczne mogło działać, musiał się nim zajmować fachowiec.
Który mógł być parszywym łajdakiem albo idiotą, ale był _fachowcem_. Kiedy
przyszło do wymiany piecyka gazowego w łazience, ja, licealista,
oświadczyłem, że to zrobię, ale nie teraz, bo jestem zajęty. Ojciec
wyciągnął skądś sto złotych i spiesznie wyszedł z mieszkania. Po pewnym
czasie pojawił się z innym staruszkiem. "E tam, ty nie znasz się na tym, a
to jest prawdziwy, przedwojenny majster!" Wróciłem do swoich zajęć. Po
godzinie okazało się, że prawdziwy przedwojenny majster różnymi
zaimprowizowanymi dźwigniami próbuje wcisnąć nakrętkę zwężoną stroną na
rurkę z pierścieniem, który ta nakrętka miała dociskać do innej rurki.
Potrzeba było pomocy - większej siły fizycznej. Odłożyłem dźwignie,
zdjąłem z rurki pierścień, założyłem nakrętkę, a potem pierścień.
Prawdziwy przedwojenny majster długo jeszcze rozwodził się nad młodymi,
"które mądre som, panie, szkoły majom, wszystko widzom od razu". Nie
sądzę, żeby memu ojcu spodobała się twórczość Sapkowskiego, a zwłaszcza
wiedźmin Geralt. Mnie się podoba.
Koniecznie trzeba przypomnieć, że właśnie w "Chrzcie ognia" występuje
jeszcze jeden fachowiec, prawdziwy rzemieślnik, "solidny kawał
profesjonała". Czy budzi on w czytelnikach estymę, która "cieszyli się u
nas wszelkiego rodzaju mistrzowie śrubokręta i klucza francuskiego"?
W każdym razie przypuszczenie, że Robert Klementowski zaspokajał
wiedźminem swój "syndrom Conana", że zazdrościł wiedźminowi umiejętności
walenia rzeczywistości po pysku ("I oto pojawił się ktoś, kto tę
rzeczywistość wali po pysku"), a także wykształcenia, pozwalającego pewnie
i z powodzeniem wykonywać swój zawód - takie przypuszczenie wydaje się
usprawiedliwione. Stąd gorzkie żale, że Geralt nie jest dość "conanowy",
że jest pionkiem na szachownicy Wielkiej Polityki. Żeby Robert
Klementowski zaspokoił swoje nie niewysokie gusta, Geralt powinien dać
Wielkiej Polityce po pysku!
Argument Antygeraltowy nr 3.
"Geralt uosabia człowieka zagubionego w świecie wartości, mającego
kłopoty z wyborem miedzy dobrem a złem"
Geralt wypracował sobie pewien system wybierania i unikania wyborów,
który nazywał (upraszczam!) Kodeksem. Sapkowski z upodobaniem pakował
Geralta w sytuacje, w których Kodeks nie wystarcza, albo okazuje się
niewłaściwy. Każdy normalny człowiek, w starciu z rzeczywistością (a nie
zestawem syntetycznych haseł) postępuje w taki sposób. Stara się określić
dla siebie zasady, mówiące co jest dobrem, co złem, czego unikać. I każdy
normalny człowiek, w starciu z rzeczywistością, co rusz przekonuje się, że
jego zasady są niekompletne albo nie zawsze słuszne. Ludzi, którzy zawsze
bez wahania wiedzą, co jest dobre, co złe i nie miewają wątpliwości unikam
jak ognia. Jest sporo tego typu postaci w literaturze. Jeszcze więcej
takich jest wśród "polityków" i politykierów.
I właśnie to jest niepokojące. Robert Klementowski co zdanie przeczy
sam sobie (o zdrowym rozsądku nie wspominając) i nie ma żadnych
wątpliwości! Czy Conan albo Kane miewają wątpliwości? A Geralt?
Argument Antygeraltowy nr 4.
"wiedźmin nawet kiedy żartuje, jest sarkastyczny, ironiczny"
Według Roberta Klementowskiego prawdziwi ludzie miewają złe chwile,
ale to jest "emocjonalne ekstremum", normalnie się tak nie zachowują. W
ten sposób "Kreacja Białego Wilka okazuje się zbyt jednostronna". Ciekawe.
Wychodzi na to, że ten, kto stworzył mnie, też dopuścił się zbyt
jednostronnej kreacji. Dawno nie zdarzyło mi się czegoś pochwalić. Coraz
częściej i coraz plugawiej klnę pod nosem. Nawet jeśli żartuję, to
zazwyczaj jest to sarkazm, albo ironiczne docinki. Według Klementowskiego
"W opowiadaniach to jeszcze nie przeszkadza. W dłuższej formie jednak
zaczyna męczyć, a nawet śmieszyć." Nasza lista jest już chyba forma, która
można nazwać dłuższą. Niejednemu uczestnikowi dociąłem. Zgodzę się, że
jestem dla czytelników męczący. A czy jestem dla was śmieszny? A sam
Sapkowski... Ale wróćmy do Geralta. Oto zawalił się świat. Zamordowano
znajomych, przyjaciół. Zniknęły miejsca związane ze wspomnieniami. Wciąż
rozsypuje się każda nadzieja na jakakolwiek przyszłość. Jedyne co
pozostaje, to szaleńcza wyprawa jednego przeciw wszystkim. Gdyby chcieć
zobaczyć w Geralcie coś więcej niż zaspokojenie syndromu Conana, to trzeba
zauważyć, że "Zmienił się. Sprawiał wrażenie, jakby się postarzał. (...)
wystarczyło jednego spojrzenia, by pojąć, że mutacja mogła powstrzymać
fizyczny proces starzenia. Psychicznego nie mogła. Posieczona zmarszczkami
twarz Geralta była tego najlepszym dowodem. Triss z uczuciem głębokiej
przykrości oderwała wzrok od oczu białowłosego wiedźmina. Oczu, które
ewidentnie widziały zbyt wiele." "Chrzest ognia" rozpoczyna się dzień po
tym, jak o Geralcie powiedziano "Swego czasu wydawało mi się, że
wszystkiego nie można stracić, że zawsze coś zostaje. Zawsze. Nawet w
czasach pogardy, w których naiwność potrafi się zemścić w najokrutniejszy
sposób, nie można utracić wszystkiego. A on... On stracił kilka kwaterek
krwi, możliwość sprawnego chodzenia, częściową władzę w lewej ręce,
wiedźminski miecz, ukochana kobietę, zyskana cudem córkę, wiarę... No,
pomyślałam, ale coś przecież musiało mu zostać? Myliłam się. On nie ma już
nic. Nawet brzytwy."
I według Roberta Klementowskiego Geralt powinien śmiać się wesoło,
żartować, cieszyć życiem? Może któraś z bardzo późnych wersji Conana
mogłaby. To by zaspokoiło nie niewysokie gusta czytelnicze Roberta
Klementowskiego? A jak to się stało, że tych drobnych, jakże mało
istotnych szczególikow Robert Klementowski nie zauważył?
Najzabawniejsze są Klementowskiego argumenty przeciw "Chrztowi
ognia". Po pierwsze ów brak wesołości ma być szczególnie widoczny w
"Chrzcie ognia". Gdyby Geralt, który nie ma już nic, którego dręczą
niepokojące koszmary o Ciri, zaspokajał "syndrom Conana" śmiejąc się,
śpiewając i żartując, cisnąbym "Chrztem ognia" w kąt. Ale ja przeczytałem
"Czas pogardy" do końca. Nie tylko sceny walk, przeczytałem cały.
Szczególnie męczący ma być Geralt "gdy pojawiają się dłużyzny, kiedy
momentami nic się nie dzieje". To zapewne należy rozumieć "gdy się nie
bija" - Robert Klementowski nie raczył wskazać w _tekście_ takiej dłużyzny
czy zastoju. Rzeczywiście, scen walki jest tylko kilka. Akcja obejmuje
ponad półtora miesiąca. W tym czasie na nowo wybucha wojna, padają
królestwa, wokół Ciri zaciska się sieć, powstaje Loża, wyjaśnia się
zniknięcie Yennefer, widzimy jak Dijkstra postanawia zostać królem,
poznajemy sto dwadzieścia lat historii i genealogię rodów panujących,
pojawiają się lub uzyskują pełnię życia zadziwiający bohaterowie:
zakochana szybkostrzelna Milva, która przeczy standardowi
kobiet-przedmiotów, kobiet-ozdobników, obowiązującemu w fantasy, jest
jedną z bardziej udanych postaci kobiecych w polskiej literaturze, wesoła
królowa Meve, która czyni Geralta Geraltem z Rivii, straszny Faoiltiarna,
który dotąd był tylko bezimiennym dowódcą Scoia'tael, wojewoda Vissegerd
przestaje być tylko statysta, grubym wojewodą z Cintry - zostaje jednym z
macherów Wielkiej Polityki, w których niesławną działalność uwikłał się
Geralt, pojawia się Zoltan Chivay, który musi dostarczyć Geraltowi miecz,
Percival Schuttenbach, dla którego szmaragd to glinokrzemian berylu,
rubiny to korundy, diamenty to krystaliczny węgiel "Do świdrów i do
pilników. Do łożysk." Który znalazł Graala i wymienił go na muła. Który
usprawiedliwia cudowność miecza, otrzymanego przez Geralta. Bo, jak wiemy
z ust Yarpena Zigrina, w tym świecie najpierw były gnomy, potem
krasnoludy, elfy pojawiły się zaś całkiem niedawno, ledwie tysiąc lat
przed ludźmi. Którzy z kolei zamieszkują te ziemie co najmniej od tysiąca
pięciuset lat. Cahir przestaje być senna zjawa, a staje się bohaterem.
Bohaterem, który - żeby dać wampirowi szanse uratowania Milvy - musi
stanąć na czele wojsk Rivii i Lyrii i zaatakować swoich. I doprowadzić do
śmierci kogoś, z kim się zapewne przyjaźnił od dziecka, bo ten ktoś
dowodzi jego ziomkami. Według Klementowskiego "Saga przynosi jednak
zupełnie nową jakościowo sytuację i tu dylemat wyboru traci na
aktualności, staje się sztuczny." Przynajmniej w "Chrzcie ognia" Geralt
już wybrał - pod jednym względem. Zrezygnował z niewybierania, z
neutralności. Ale podejmuje się tu wiele innych, bardziej dramatycznych
wyborów.
Dalej, poznajemy Daniela Etcheverry, hrabiego Garramone, który
okazuje się krewniakiem Ciri. Co potwierdza opinię czarodziejki z Koviru o
eksperymencie, który wymknał się spod kontroli.
Poznajemy Assire var Anahid, spokrewnioną z Cahirem i Fringillę Vigo,
która oślepiła Yennefer na Wzgórzu Sodden. Która pozwala nam wysłuchać i
drugiej strony: "Zakładała, że osoby tak wykształcone powinny rozumieć, że
Cesarstwo niesie na Północ kulturę, dobrobyt, porządek i stabilność
polityczną." Która wreszcie pozwala - że posłużę się wytartym frazesem -
wystrzelić kilku spośród strzelb, pozawieszanych na ścianach w poprzednich
tomach: "Żadna też nie miała odkrytych piersi. Wręcz przeciwnie, dwie były
niezwykle skromnie zapięte pod szyje - surowa, odziana w czerń Sheala de
Tancarville i młodziutka Triss Merigold o błękitnych oczach i przepięknych
kasztanowych włosach." Żeby to zauważyć, trzeba zwracać uwagę na coś
więcej, niż walki - trzeba by zapamiętać, jak Triss mówiła "Ale ja już
nigdy nie założę wydekoltowanej sukni, Geralt. Nigdy." I dlaczego jej nie
założy. I dlaczego uznano ja za zmarłą. Takie subtelności jak ten pokaz,
czym jest prawda według relacji naocznego świadka... to nie bijatyka. To
nie na nie niewysokie gusta czytelnicze Roberta Klementowskiego.
Pojawia się Sheala de Tancarville i Ida Emean aep Sivney z kolejną
porcją wiedzy o historii i kulturze elfów. I kolejny wysłannik
Przeznaczenia - fachowiec Bonhart. Który zapewne umie dać w pysk nie tylko
Rzeczywistości. Z tego wszystkiego Robert Klementowski zauważa tylko, że
Sapkowski stara się oddać wrażenie wędrówki. Że jeśli bohaterowie nie chcą
zajeździć na śmierć swoich koni, to musza przystawać, odpoczywać. Że muszą
rozpoznawać drogę przed sobą, kryć się przed wszechobecnymi wojskami. Ze
jadąc konno rozmawiają ze sobą ("można być znudzonym pseudofilozofowaniem
członków DRUŻYNY" - to akurat etap podróży z grupą kobiet z dziećmi, który
Geralt określił tak: "Z prostej kalkulacji wynika, że w tym tempie dotrę
tam za rok i cztery miesiące.") Tylko to jest zdaje się podstawowe
nieporozumienie. Sapkowski swą opowieść tworzy z obrazów i dłuższych,
dramatycznych scen. Tak, żeby wrażliwy czytelnik mógł poczuć wydarzenia, a
nie tylko odczytać, że były. Ale że nie się one scenami bijatyk, więc maja
być dłużyznami! Oczywiście, ciągle powtarzające się konstrukcje klamrowe
nie rzucają się w oczy czytelnika, szukającego ciosów, krwi i rozpłatanego
mięsa. W Krwi elfów na przykład "wstydliwość dziwek" kontrastuje z tym, że
Shani nawet się nie zarumieniła. W "Czasie pogardy" klamra wokół Czarnej
Rayli otwiera się zupełnie logiczną krytyką wojsk najemnych ze strony
Yennefer, a kończy słowami "Mój miecz zbyt wiele kosztował, by nim rzucać,
elfie! - krzyknęła - Żeby go wziąć, będziesz musiał łamać mi palce! Jestem
Czarna Rayla! No, chodźcie!" W "Chrzcie ognia" klamrę otwiera dość
subtelne odkrycie przez Dijkstrę, że Ciri nie ma w Nilfgaardzie. Ale ta
klamra nie całkiem zamyka się, gdy Ciri w czasie napadu na baronównę
Casadei zanadto rozpuszcza języczek i daje poznać swój status społeczny.
Dłużyzna? Czy gra z czytelnikami? Robert Klementowski podsumowuje:
"Sapkowski przestał grać z czytelnikami, zaczął opowiadać." I jednocześnie
ma pretensje do Sapkowskiego, że ten, zamiast opowiedzieć krótko o tym, co
cieszy wrażliwego czytelnika, pieczołowicie tka historie z obrazów i
dramatów - ku radości takiego czytelnika.
Słowem, z obfitości wątków, postaci, aluzji, powiązań, Robert
Klementowski zobaczył tylko pojawienie się wampira-abstynenta, w którego
nazwisku, wieloczłonowym zgodnie z obyczajami jego ludu, zrobił dwa błędy.
Według Klementowskiego po to, żeby na zasadzie deus ex machina wyciągnąć
Geralta ze zbyt beznadziejnych tarapatów. Nie zauważył za to, ile w tej
książce kręci się wokół Emiela Regisa Rohellec Terzieff-Godefroy. Ze jest
on kolejnym szturchańcem Przeznaczenia. Bo to taka subtelność, że Geralt
rozpaczliwie rwie się na _południe_, do Nilfgaardu, do Ciri, która
rzeczywiście bardzo potrzebuje jego obecności, z którą rzeczywiście
samotność robi coś strasznego. A Przeznaczenie rękami Milvy, Zoltana
Chivay i Emiela Regisa pcha go na _wschód_, gdzie jest Ciri. I Wieża
Jaskółki. No, ale to nie są bijatyki. O tym można napisać, że "nic się nie
dzieje", nieprawdaż? Postać Regisa według Roberta Klementowskiego
"uratowała tę książkę". Jest też wadą tej książki: "Sapkowski uległ
pokusie i uprościł fabułę. Myślę, że nie wyszło jej to na dobre, bo teraz
można powiedzieć: 'Cóż nam wszelkie przeciwności, skoro mamy takiego
Regisa w kompanii!'" Czyli wadą "Chrztu ognia" jest to, że w Wieży
Jaskółki będą mogły się pojawić uproszczenia fabuły...
Po tych pięciu zdaniach, które wiążą się z "Chrztem ognia" przez
osobę wampira wraca nasz "krytyk" do ogólnych argumentów antysapkowych.
Pod koniec jeszcze powtarza tytuł "Chrzest ognia": Sapkowski "potrafi
znakomicie malować poszczególne epizody, bawić humorem sytuacyjnym i
słownym. W powieści jako całości nie wychodzi jednak poza pewna
przeciętność, popada w konwencje znana już z innych utworów fantasy."
Akapit wyżej ten sam Robert Klementowski pisze, że to już nie jest tylko
fantasy. Może dobrze by było, gdyby ktoś poinformował niefortunnego, i
jakże konsekwentnego "krytyka", że "Chrzest ognia" _nie_ jest powieścią!
Jest trzecim tomem powieści. Że trzeci jest miedzy drugim a czwartym.
Opowieść o losach dziedziczki genu Lary, pani Tor Zirael składać się
będzie z pięciu tomów. Trzeci tom (miedzy drugim a czwartym!) jest częścią
większej kompozycji. Na razie wyraźnie widać, jak wieńczy poprzednie dwa
tomy i ze smakiem można zgadywać, jak z niego wyrosną następne dwa.
Wystarczy tylko przeczytać. Ale cały cykl i nie tylko sceny walk i
bijatyk.
Argument Antysapkowy nr 5.
"Sapkowski zdawał sobie sprawę, że nic tak nie przyciąga uwagi jak
cudza tragedia, nieszczęście, którym można się wzruszyć, ale o którym się
wie, że powstało w wyobraźni autora."
Jak na mój gust, to z tego - może z wyjątkiem lokalizacji w wyobraźni
- zdawali sobie również sprawę inni (jak widać nie lepsi od Sapkowskiego)
literaci, znani powszechnie ze schlebiania niewysokim gustom czytelniczym:
Homer, Ajschylos, Sofokles, Eurypides, Corneille, Szekspir, Byron i wielu
innych.
Ale miedzy nieszczęściem, wypadkiem, katastrofą a tragedią jest pewna
różnica. Nie wystarczy cierpienie, trzeba czegoś więcej. Trzeba, by
uczestnicy wydarzeń zrodzili się, a przynajmniej działali w cieniu
Przeznaczenia. Którego miecz ma dwa ostrza, rani tego, w kogo jest
wymierzony i tego, kto go wymierzył. I potrzebny jest jeszcze artysta,
który kolejne doniesienie z rubryki "Wypadki" czy "Zmarli" zamieni na
opowieść o mieczu o dwóch ostrzach.
Argument Antysapkowy nr 6.
"Do związku dwojga dorosłych włączył Sapkowski jeszcze jeden element,
coś czego oboje bardzo pragną, czego nie się w stanie sobie dać, ale co
może ich połączyć na stale - dziecko. Chwyt podobny do tego z filmu
amerykańskiego, tylko sprawniej rozegrany - trójkąt: Murzyn, kobieta
dziecko. Albo: Murzyn, kobieta, Żyd itd."
No, zabijcie mnie, nie wiem o co chodzi z tym Żydem. Ani Murzynem. I
nie widzę związku z cyklem Sapkowskiego. Ciri pojawia się miedzy Geraltem
a Yennefer w "Czasie pogardy", na grobli w Hirundum. I ma wtedy od dwóch
miesięcy piętnaście lat. W tym wieku jej matka ...
Argument Antysapkowy nr 7.
"(...) zazdrość, chęć dominacji, rywalizacja. Miłość i niechęć -
ambiwalentne uczucia, wzbogacające wewnętrznie, motywujące do działania.
To już nie fantasy, to nasze codzienne emocje."
Owszem, z "Czasu podagry" przebija zazdrość, chęć dominacji,
rywalizacja. I niechęć. Żeby uznać za wadę to, że Sapkowski wykracza poza
granice sztampowej fantasy, syndromu Conana....
Argument Antysapkowy nr 8.
"Wszystko to dowodzi sprawności pióra pisarza, dla którego napędem do
tworzenia się finanse."
To akurat nie bierze się ani z cyklu, ani z opowiadań. To o
pieniądzach jest zdaniem z wywiadu. Sapkowski zapewne zdawał sobie sprawę,
że tym zdaniem zrazi do siebie wielu świętoszków. Ponoć kiedyś, na jakimś
procesie prokurator w swej mowie szczególnie podkreślał motyw - chęć zysku
- jako okoliczność obciążająca oskarżonego. Który odpowiedział
oświadczeniem: "Proszę to zaprotokołować! Ja nigdy w życiu nie słyszałem,
żeby ktoś coś zrobił z chęci straty!"
Robert Klementowski widzi w "Chrzcie ognia" tylko "parę dowcipnych
dialogów" i "udane scenki rodzajowe", zauważa, że pojawił się "nowy
interesujący bohater" - jeden !?!?! Stwierdza więc, że "Tylko kilka
momentów w tej książce przypomina dawnego Sapkowskiego". Nie zauważył ani
kontynuacji, ani cudownie złożonego świata przedstawionego, ani
Przeznaczenia, ani rozmytej, względnej Prawdy, ani roli powszechnie
przyjętych sądów, które z prawdą nie mają najmniejszego związku - nie
tylko gdy chodzi o wampiry.
Natomiast zakończenie "Czasu podagry" urąga wszystkiemu, z dobrymi
obyczajami na czele: "Mówi się, że na starość ludzi stają się zrzędliwi,
dziecinnieją, marudzą. Jeśli tak odczytywać nastroje wiedźmina pławiącego
się w elfiej krwi, gardzącego wartościami i hartującego się w ogniu, to w
końcu przyjdzie i pora na 'Czas podagry'. Tylko czy da się to jeszcze
wtedy czytać?"
Otóż nie, "Czasu podagry" Roberta Klementowskiego nie da się czytać.
Przynajmniej nie da się czytać spokojnie. Najgorsze jest to, że całe to
podagryczne, dziecinnie niekonsekwentne zrzędzenie i marudzenie nie ma
żadnego związku z tekstami, których rzekomo dotyczy. Żeby odczytywać
nastroje wiedźmina, trzeba najpierw przeczytać teksty Sapkowskiego, które
te nastroje przedstawiaja. I to jest podstawowy brak Roberta
Klementowskiego: wymądrza się w związku z książkami, których nie
przeczytał. Na przykład wiedźmin, który według Klementowskiego pławi się w
elfiej krwi, u Sapkowskiego, w "Chrzcie ognia", był zakutany w szarą elfią
opończę, "nosił otrzymany w prezencie od driad kubrak z ulubionym przez
elfy liściastym motywem, siedział na koniu z typowo elfim rzędem i
charakterystycznie zdobionymi tręzlami."
Pamiętam wywiad ze znanym etnografem Gumiłowem, synem Anny
Achmatowej. I poety, Nikołaja Gumiłowa. Wspominał on, jak to w szkole miał
napisać wypracowanie o wybranym tekście literackim. I w gazecie znalazł
artykuł, piętnujący utwór jakiegoś pisarza z ideologicznego punktu
widzenia. Taka krytyka była zwykle - tam i wtedy, ale nie tylko - wstępem
do eliminacji z życia kulturalnego i czasem z życia w ogóle. Przepisał
artykuł w całości do zeszytu i oddał zeszyt do sprawdzenia nauczycielowi.
Kiedy nauczyciel oddał uczniom poprawione i ocenione wypracowania, Gumiłow
stwierdził, ze zdziwieniem, że nie otrzymał oceny. Podszedł do nauczyciela
i zapytał, czemu jego wypracowanie nie zostało ocenione. Nauczyciel
zapytał go, czy przeczytał książkę, której dotyczy jego wypracowanie.
Gumiłow odpowiedział, że nie, ale przecież on napisał to, co w gazecie,
więc to musi być prawda. Nauczyciel z gniewną miną zrobił jednocześnie
dwie rzeczy: wpisał piątkę i powiedział: "Nie waż się! Nigdy nie waż się
krytykować autora książki, której nie przeczytałeś!" Gumiłow zapamiętał to
na cale życie. Tacy ludzie jak ten nauczyciel pozwolili Rosjanom zachować
człowieczeństwo w straszliwych warunkach, gdy bezwzględni władcy uznali,
że oni się właścicielami jedynie słusznej idei. Ze maja monopol na jedynie
słuszną moralność, jedynie słuszną sprawiedliwość. Pozostaje żałować, że
teraz, gdy walczą o pełną władzę inni, którzy uznali się za właścicieli
innej jedynie słusznej idei, jedynie słusznej moralności, jedynie słusznej
sprawiedliwości, nie znalazł się nikt, kto powiedziałby to samo Robertowi
Klementowskiemu: Nie waż się krytykować pisarza za książkę, której nie
przeczytałeś!!!
Marek Szyjewski
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl