AS ZONE:

RECENZJE
Recenzja "Chrztu ognia"


Czas paranoi
[Lista dyskusyjna SAPEK]

       Kiedyś  prenumerowałem  Fantastykę.  Byłem  wtedy  magistrem w kraju,
  zwanym Polska Rzeczpospolita Ludowa. Potem kraj zmienił nazwę, ja zostałem
  doktorem  i już nie było mnie stać na prenumeratę Nowej Fantastyki. To się
  nazywa "awans ekonomiczny, szerokie możliwości po zrzuceniu okowów". Tylko
  przypadkiem  wpadła  mi  ręce  NF  z  kwietnia  1997  roku.  Właściwie  to
  przestałem żałować, że już nie prenumeruję...
       W  dziale  "Krytycy  o fantastyce" na str. 65 znalazłem tekst Roberta
  Klementowskiego  pt.  "Czas  podagry", który mnie zdenerwował. Nad tytułem
  mianowicie jest w jednym zdaniu cała treść artykułu: "Popularność Andrzeja
  Sapkowskiego  w  ostatnich  dziesięciu  latach  stała  się  zjawiskiem bez
  precedensu,  dlatego  przy okazji ostatniej jego książki, 'Chrzest ognia',
  warto  rozważyć,  na  czym owa popularność się zasadza." Może i warto, ale
  związek tekstu Klementowskiego z "Chrztem ognia" polega na tym, że
       a) tytuł powtórzony jest pięciokrotnie;
       b) przypomniano jedną z postaci, która się w "Chrzcie ognia" pojawia.
  Postać  ma  skomplikowane  imię  (czy  też  nazwisko), więc są w nim _dwa_
  błędy.  Tak,  według  Roberta  Klementowskiego  "(...)  postać, która moim
  zdaniem  uratowała  tę  książkę.  Emil  Regis  Rohellec Terzieff-Godefray,
  wampir-abstynent (...)";
       c) w   końcowej  złośliwości,  nie  pasującej  do   niczego,   Robert
  Klementowski pisze o wiedźminie, hartującym się w ogniu.
       Może warto wyjaśnić młodszym, o co chodzi z tym hartowaniem. Chodzi o
  "Jak  hartowała  się  stal"  -  tytuł  powieści  uznanej  za  symbol  tzw.
  realizmu  socjalistycznego.  Od dawna nikt nie wie, kto ją napisał, o co w
  niej  chodziło,  jak  była  napisana (podobno nieźle). Tytuł jest symbolem
  negatywnym   etykietki   "realizm   socjalistyczny".  Stał  się  elementem
  syntetycznej   rzeczywistości   świata  haseł  "prawicowych".  Kiedy  ktoś
  krytykuje  jakąś  książkę,  "prawicowcowi"  wystarczy powiedzieć "Wolałbyś
  pewnie  czytać  'Jak hartowała się stal'" - i wszyscy ryczą ze śmiechu. Bo
  od  dawna  nikt  nie  wie,  kto ją napisał, o co w niej chodziło, jak była
  napisana...
       Za   dużo   polityki?  Cóż,  tekst  Klementowskiego  zaczyna  się  od
  "przedstawienia"  "tła  politycznego"  kariery Sapkowskiego. To znaczy, że
  Klementowski  wrzuca  parę  haseł  w stylu, który kiedyś nazwałem CUCUMBER
  (Completely  Unreal,  Completely  Unlike,  Misunderstood Blather, Erratic,
  Ridiculous).  O śmierci Zajdla, o "lepszym świecie", o którym miało marzyć
  pokolenie  Zajdla  (gorliwie  wychwalając  ten "gorszy" w swoich utworach,
  później  pokazując  w  nich, że byłby całkiem, całkiem gdyby poprawić to i
  tamto)  i  o  tym,  że  ten  "lepszy  świat"  brzydko  potraktował  swoich
  "piewców", "wymarzycieli". To miał być wstęp do Argumentu Antysapkowego nr
  1 (nazwanego poważnym wnioskiem!).

       Argument Antysapkowy nr 1.
       "Literatura  zachodnia  w swej przewadze obliczona była na dogadzanie
  niewysokim  gustom  czytelniczym.  Jeżeli  więc  AS mógł z nią konkurować,
  musiał owe gusta zaspokoić."

       Tutaj pretensja do redakcji NF. Jak można nazwać krytykiem człowieka,
  który  o  jakości  utworu  poważnie  wnioskuje  nie z jego treści, wyrazu,
  formy, a z tego, że czytelnicy wola go od utworów kiepskich!

       Argument Antysapkowy nr 2.
       Rozrzucony  po  całym tekście. Sapkowski jest do niczego, bo "objawił
  się  jako  twórca  krótkiej  formy",  a  dopiero  potem  wziął się za cykl
  powieściowy.

       Jak   wiadomo,  wszyscy  normalni,  wartościowi  pisarze  debiutowali
  powieściami-rzekami,  potem  pisali  pojedyncze  powieści, aby skończyć na
  krótkich formach, nieprawdaż?

       Argument Antysapkowy nr 3.
       "Wielka polityka zdominowała poczynania bohaterów, którzy okazują się
  pionkami  w  rozgrywce  sił wyższych. Schyłkowość, i fatalizm powodują, że
  Sapkowski  popada  w  schematyzm,  powtarza  to,  co  wielu innych autorów
  zdążyło już powiedzieć."

       Oczywiście  przy  stałym  przeciwstawianiu  "Sapkowskiego  od dobrych
  opowiadań"  "Sapkowskiemu  od złej powieści". Radziłbym przeczytać Kwestię
  ceny,  Miecz  przeznaczenia  i  Coś  więcej. Raz, że odnoszą się wprost do
  cyklu,  dwa  -  że  są  tymi  "dobrymi  opowiadaniami",  trzy  - że w nich
  bohaterowie  uginają  się  pod  presją  wielkiej  polityki i przeznaczenia
  (fatalizm!).
       I  oczywiście,  gdyby  cykl  nie  miał  tła  -  historii,  geografii,
  polityki,  obyczajów, ludów, języków, przebogatego świata przedstawionego,
  to  co?  Wtedy  byłby  "nieschyłkowy"?  Czy  "nieschematyczny"?  Nawet tak
  oryginalny  twórca  tekstów,  jak  Robert  Klementowski,  niestety,  w tym
  tekście  popada  w  schematyzm  i powtarza to, co wielu innych już zdążyło
  powiedzieć. Tylko oni robili to z sensem.
       Swoją   drogą,   gdyby  tak  Klementowski  przeczytał  "Kolor  magii"
  Pratchetta...  No  tak, ale gdyby przeczytał, to nie mógłby go recenzować,
  nieprawdaż?

       Argument Antysapkowy nr 4.
       "Na  pewno  przyciągają  do książek Sapkowskiego ciekawi bohaterowie.
  (...)  Nie  stworzył  tu  Sapek nic nowego, przeciwnie, czerpał jak mógł z
  konwencji fantasy."

       To  jak  to  się  dzieje,  że ci bohaterowie jednak się ciekawi i bez
  precedensu?  Haszek  tworząc Szwejka nie stworzył nic nowego - czerpał jak
  mógł  z  konwencji  literackiej swojej epoki. Szekspir - tworząc Hamleta -
  też.  (To  całkiem  ogólna sprawa. Każda zjadliwość Klementowskiego pasuje
  równie   dobrze   do   każdego   pisarza   i  każdego  utworu.  Długo  się
  zastanawiałem,   czy  nie  przepisać  "Czasu  podagry  "  podstawiając  za
  Sapkowskiego:   Szekspira,   Balzaka,  Dostojewskiego,  Sienkiewicza  albo
  wszystkich po kolei.)

       Dalej idą argumenty antygeraltowe.

       Argument Antygeraltowy nr 1.
       "Geralt,  w  którego  osobie  czytelnicy  cierpiący na syndrom Conana
  otrzymali   inteligentniejszą,  polską  wersje  zabijaki"  i  parę  innych
  niewybrednych "uprzejmości" pod adresem czytelników, z "tłem politycznym",
  a jakże.

       Czyli    Robert    Klementowski,   pisząc   "Lata   siedemdziesiąte i
  osiemdziesiąte   przyniosły   człowieka  zagubionego,  poszukującego  swej
  tożsamości  w  świecie  totalitarnym,  uginającego się pod realiami życia"
  trafia  we  własny Argument Antysapkowy nr 3. I też pisze o fantastycznym,
  nie   istniejącym   realnie   świecie.   Ale   w  odróżnieniu  od  Roberta
  Klementowskiego,  Andrzej  Sapkowski  nie  uznaje  tworzonej  przez siebie
  fikcji  za  rzeczywistość.  Ile  jest  z Conana w Geralcie? Ten ma miecz i
  tamten  ma miecz. Są też pewne podobieństwa w budowie fizycznej: obaj maja
  po  dwie  ręce,  po  dwie  nogi,  po  jednej  głowie... Obaj stykają się z
  niebezpieczeństwem.  Jakie  jeszcze  się podobieństwa? Czy jest ich więcej
  niż na przykład między rzeczonym Conanem a Hamletem? Zbyszkiem z Bogdańca?
  Longinusem Podbipiętą?

       Argument Antygeraltowy nr 2.
       "Wiedźmin jest perfekcjonistą, fachowcem wzbudzającym szacunek"

       Oczywiście,  to  niewybaczalna wada. W rozwinięciu czytamy "Rzecz nie
  bez  znaczenia,  zważywszy  na  fakt,  jaką  estymą  cieszyli  się  u  nas
  wszelkiego  rodzaju mistrzowie śrubokręta i klucza francuskiego". Paradne.
  Zanim  Stefanowi  Bratkowskiemu  "odbiło  na  prawo",  kiedy  jeszcze  był
  dziennikarzem,  starającym  się (bez powodzenia - uwierzył w mit i sparzył
  się)  zrobić  karierę  przez wydanie w Wydawnictwie Harcerskim cukierkowej
  biografii   Marksa,   a   może   trochę  później,  wprowadził  on  pojęcie
  "polonistyczność".   Było   to   zjawisko,  które  ilustrował  przykładem:
  fachowiec,   współtwórca  i  organizator  przemysłu  polskiego,  który  to
  przemysł  później  -  pod kierunkiem tego fachowca - dostarczał powstańcom
  walczącym  w  Powstaniu  Listopadowym  ponad  pięćset  karabinów dziennie,
  znalazł się w polskich encyklopediach z tego powodu, że w wolnych chwilach
  malował  obrazy.  Jako  malarz. Nie jako fachowiec od czegoś większego niż
  młotek  i  śrubokręt.  Albo  że w tych samych encyklopediach można znaleźć
  amerykańską  "poetkę",  która łącznie opublikowała dwa wiersze, a nie ma w
  nich   twórcy   Gdyni   -   niebywałego   przedsięwzięcia  inżynieryjnego,
  zrealizowanego  w niesłychanym tempie i z bardzo dobra jakością wykonania.
  Dlaczego? Nie opublikował ani jednego wierszyka.
       Estyma  dla  "fachowców" ograniczała się po pierwsze do pewnego kręgu
  ludzi  -  zwących  siebie  humanistami  (profanacja  szlachetnego słowa) i
  dumnych  z  tego, że wbicie gwoździa przekracza dalece ich możliwości, tak
  manualne,   jak  i  umysłowe.  I  ograniczała  do  bardzo  wąskiego  kręgu
  "fachowców",  właśnie  tych  "fachowców"  z  anegdot.  Od  młotka i klucza
  francuskiego. Istnienia innych fachowców, ludzi, którzy na czymś się znają
  i  coś  umieją  na  trochę  większą  skalę,  cierpiący  na polonistyczność
  "humaniści"  nie byli i nie są świadomi. Dalej, nie wydaje mi się żeby np.
  Marszałek  (nie  dość,  że fachowiec, to jeszcze sportowiec i mistrz, więc
  my,  ciemna  masa  wielbicieli  fachowości Geralta, powinniśmy go czcić na
  kolanach) był poważany za swoja niebywałą, fachowa umiejętność naprawiania
  silników szybkich motorówek. Czy my, wielbiciele Sapkowskiego, poważamy go
  za  jego  fachowość  w  zakresie cyklu arturiańskiego? Kogo z nas bardziej
  pociąga  w  Geralcie  jego  wiedza fachowa o obyczajach okogłowa, niż jego
  bieg  z wyciągniętymi ramionami do Ciri i słowa "Jesteś czymś więcej"? Czy
  bardziej  pociąga  nas  w  Geralcie to, że mógłby nas nauczyć, jak mieczem
  pokonać   oszluzga,   gigaskorpiona  lub  gryfa,  czy  to,  że  dwie  noce
  zastanawiał  się, jak zacząć list do Yennefer? I że ostateczny efekt budzi
  w nim ogromną ochotę, by podjąć próbę ugryzienia się w tyłek?
       Nie  da  się  ukryć,  mam do sprawy "fachowców" osobisty stosunek. Po
  pierwsze sam jestem fachowcem - jednym z najlepszych na świecie - w pewnej
  dziedzinie. Nieco bardziej skomplikowanej od dziedziny klucza nastawnego i
  wkrętaka. Nie zjednuje mi to jednak jakoś powszechnego szacunku. Muszę się
  starać  o  szacunek  inaczej.  Po  drugie - pozwólcie mi opowiedzieć pewną
  historyjkę. Podobno mój ojciec był równie uzdolniony matematycznie jak ja.
  Różnica  miedzy nami polegała na tym, że on dorastał we wspaniałym ustroju
  Polski  międzywojennej,  a  ja w straszliwym PRL. Wiec on po śmierci swego
  ojca, a mojego dziadka, musiał porzucić właśnie rozpoczęte studia i podjąć
  pracę,  żeby  utrzymać rodzinę - był najstarszym synem. Pracował w stajni.
  Ja  natomiast  mimo, że dochody mojej rodziny były wprost śmieszne, mogłem
  studia  podjąć,  zakończyć i - mimo śmierci ojca - zrobić doktorat. Tak ja
  przeżyłem  różnicę  miedzy  Rzeczpospolitą  Polską a Polską Rzeczpospolitą
  Ludową.  W każdym razie brak wykształcenia wyzwolił w moim ojcu na starość
  przeświadczenie  o  jakimś  magicznym charakterze ówczesnej techniki. Żeby
  urządzenie  techniczne  mogło  działać, musiał się nim zajmować fachowiec.
  Który mógł być parszywym łajdakiem albo idiotą, ale był _fachowcem_. Kiedy
  przyszło   do   wymiany  piecyka  gazowego  w  łazience,  ja,  licealista,
  oświadczyłem,  że  to  zrobię,  ale  nie  teraz,  bo jestem zajęty. Ojciec
  wyciągnął  skądś  sto  złotych i spiesznie wyszedł z mieszkania. Po pewnym
  czasie pojawił się z innym staruszkiem. "E tam, ty nie znasz się na tym, a
  to  jest  prawdziwy,  przedwojenny  majster!" Wróciłem do swoich zajęć. Po
  godzinie   okazało   się,   że   prawdziwy  przedwojenny  majster  różnymi
  zaimprowizowanymi  dźwigniami  próbuje  wcisnąć nakrętkę zwężoną stroną na
  rurkę  z  pierścieniem,  który  ta nakrętka miała dociskać do innej rurki.
  Potrzeba  było  pomocy  -  większej  siły  fizycznej.  Odłożyłem dźwignie,
  zdjąłem   z  rurki  pierścień,  założyłem  nakrętkę,  a  potem  pierścień.
  Prawdziwy  przedwojenny  majster  długo jeszcze rozwodził się nad młodymi,
  "które  mądre  som,  panie,  szkoły  majom,  wszystko widzom od razu". Nie
  sądzę,  żeby  memu  ojcu spodobała się twórczość Sapkowskiego, a zwłaszcza
  wiedźmin Geralt. Mnie się podoba.
       Koniecznie trzeba przypomnieć, że właśnie w "Chrzcie ognia" występuje
  jeszcze   jeden   fachowiec,   prawdziwy   rzemieślnik,   "solidny   kawał
  profesjonała".  Czy  budzi on w czytelnikach estymę, która "cieszyli się u
  nas wszelkiego rodzaju mistrzowie śrubokręta i klucza francuskiego"?
       W  każdym  razie  przypuszczenie,  że  Robert Klementowski zaspokajał
  wiedźminem  swój  "syndrom Conana", że zazdrościł wiedźminowi umiejętności
  walenia  rzeczywistości  po  pysku  ("I  oto  pojawił  się  ktoś,  kto  tę
  rzeczywistość wali po pysku"), a także wykształcenia, pozwalającego pewnie
  i  z  powodzeniem  wykonywać  swój zawód - takie przypuszczenie wydaje się
  usprawiedliwione.  Stąd  gorzkie żale, że Geralt nie jest dość "conanowy",
  że   jest   pionkiem   na   szachownicy  Wielkiej  Polityki.  Żeby  Robert
  Klementowski  zaspokoił  swoje  nie  niewysokie gusta, Geralt powinien dać
  Wielkiej Polityce po pysku!

       Argument Antygeraltowy nr 3.
       "Geralt  uosabia  człowieka  zagubionego w świecie wartości, mającego
  kłopoty z wyborem miedzy dobrem a złem"

       Geralt  wypracował sobie pewien system wybierania i unikania wyborów,
  który  nazywał  (upraszczam!)  Kodeksem.  Sapkowski  z upodobaniem pakował
  Geralta  w  sytuacje,  w  których  Kodeks  nie wystarcza, albo okazuje się
  niewłaściwy.  Każdy  normalny człowiek, w starciu z rzeczywistością (a nie
  zestawem  syntetycznych haseł) postępuje w taki sposób. Stara się określić
  dla  siebie zasady, mówiące co jest dobrem, co złem, czego unikać. I każdy
  normalny człowiek, w starciu z rzeczywistością, co rusz przekonuje się, że
  jego  zasady są niekompletne albo nie zawsze słuszne. Ludzi, którzy zawsze
  bez wahania wiedzą, co jest dobre, co złe i nie miewają wątpliwości unikam
  jak  ognia.  Jest  sporo  tego  typu postaci w literaturze. Jeszcze więcej
  takich jest wśród "polityków" i politykierów.
       I  właśnie to jest niepokojące. Robert Klementowski co zdanie przeczy
  sam   sobie  (o  zdrowym  rozsądku  nie  wspominając)  i  nie  ma  żadnych
  wątpliwości! Czy Conan albo Kane miewają wątpliwości? A Geralt?

       Argument Antygeraltowy nr 4.
       "wiedźmin nawet kiedy żartuje, jest sarkastyczny, ironiczny"

       Według  Roberta  Klementowskiego prawdziwi ludzie miewają złe chwile,
  ale  to  jest  "emocjonalne ekstremum", normalnie się tak nie zachowują. W
  ten sposób "Kreacja Białego Wilka okazuje się zbyt jednostronna". Ciekawe.
  Wychodzi  na  to,  że  ten,  kto  stworzył  mnie,  też  dopuścił  się zbyt
  jednostronnej  kreacji.  Dawno nie zdarzyło mi się czegoś pochwalić. Coraz
  częściej  i  coraz  plugawiej  klnę  pod  nosem.  Nawet  jeśli żartuję, to
  zazwyczaj  jest to sarkazm, albo ironiczne docinki. Według Klementowskiego
  "W  opowiadaniach  to  jeszcze  nie  przeszkadza. W dłuższej formie jednak
  zaczyna męczyć, a nawet śmieszyć." Nasza lista jest już chyba forma, która
  można  nazwać  dłuższą.  Niejednemu  uczestnikowi dociąłem. Zgodzę się, że
  jestem  dla  czytelników  męczący.  A  czy  jestem dla was śmieszny? A sam
  Sapkowski...  Ale  wróćmy  do  Geralta. Oto zawalił się świat. Zamordowano
  znajomych,  przyjaciół.  Zniknęły miejsca związane ze wspomnieniami. Wciąż
  rozsypuje   się  każda  nadzieja  na  jakakolwiek  przyszłość.  Jedyne  co
  pozostaje,  to  szaleńcza  wyprawa jednego przeciw wszystkim. Gdyby chcieć
  zobaczyć w Geralcie coś więcej niż zaspokojenie syndromu Conana, to trzeba
  zauważyć,  że  "Zmienił się. Sprawiał wrażenie, jakby się postarzał. (...)
  wystarczyło  jednego  spojrzenia,  by  pojąć, że mutacja mogła powstrzymać
  fizyczny proces starzenia. Psychicznego nie mogła. Posieczona zmarszczkami
  twarz  Geralta  była  tego  najlepszym dowodem. Triss z uczuciem głębokiej
  przykrości  oderwała  wzrok  od  oczu  białowłosego wiedźmina. Oczu, które
  ewidentnie  widziały  zbyt wiele." "Chrzest ognia" rozpoczyna się dzień po
  tym,  jak  o  Geralcie  powiedziano  "Swego  czasu  wydawało  mi  się,  że
  wszystkiego  nie  można  stracić,  że  zawsze coś zostaje. Zawsze. Nawet w
  czasach  pogardy, w których naiwność potrafi się zemścić w najokrutniejszy
  sposób,  nie  można utracić wszystkiego. A on... On stracił kilka kwaterek
  krwi,  możliwość  sprawnego  chodzenia,  częściową  władzę  w  lewej ręce,
  wiedźminski  miecz,  ukochana  kobietę,  zyskana cudem córkę, wiarę... No,
  pomyślałam, ale coś przecież musiało mu zostać? Myliłam się. On nie ma już
  nic. Nawet brzytwy."
       I  według  Roberta  Klementowskiego Geralt powinien śmiać się wesoło,
  żartować,  cieszyć  życiem?  Może  któraś  z  bardzo późnych wersji Conana
  mogłaby.  To  by  zaspokoiło  nie  niewysokie  gusta  czytelnicze  Roberta
  Klementowskiego?  A  jak  to  się  stało,  że  tych  drobnych,  jakże mało
  istotnych szczególikow Robert Klementowski nie zauważył?
       Najzabawniejsze   są   Klementowskiego  argumenty  przeciw  "Chrztowi
  ognia".  Po  pierwsze  ów  brak  wesołości  ma  być szczególnie widoczny w
  "Chrzcie  ognia".  Gdyby  Geralt,  który  nie  ma  już nic, którego dręczą
  niepokojące  koszmary  o  Ciri,  zaspokajał  "syndrom Conana" śmiejąc się,
  śpiewając  i żartując, cisnąbym "Chrztem ognia" w kąt. Ale ja przeczytałem
  "Czas pogardy" do końca. Nie tylko sceny walk, przeczytałem cały.
       Szczególnie  męczący ma być Geralt "gdy pojawiają się dłużyzny, kiedy
  momentami  nic  się  nie  dzieje". To zapewne należy rozumieć "gdy się nie
  bija" - Robert Klementowski nie raczył wskazać w _tekście_ takiej dłużyzny
  czy  zastoju.  Rzeczywiście,  scen  walki jest tylko kilka. Akcja obejmuje
  ponad  półtora  miesiąca.  W  tym  czasie  na  nowo  wybucha wojna, padają
  królestwa,  wokół  Ciri  zaciska  się  sieć,  powstaje  Loża, wyjaśnia się
  zniknięcie  Yennefer,  widzimy  jak  Dijkstra  postanawia  zostać  królem,
  poznajemy  sto  dwadzieścia  lat  historii  i genealogię rodów panujących,
  pojawiają   się   lub  uzyskują  pełnię  życia  zadziwiający  bohaterowie:
  zakochana     szybkostrzelna     Milva,    która    przeczy    standardowi
  kobiet-przedmiotów,  kobiet-ozdobników,  obowiązującemu  w  fantasy,  jest
  jedną  z bardziej udanych postaci kobiecych w polskiej literaturze, wesoła
  królowa  Meve, która czyni Geralta Geraltem z Rivii, straszny Faoiltiarna,
  który  dotąd  był tylko bezimiennym dowódcą Scoia'tael, wojewoda Vissegerd
  przestaje  być tylko statysta, grubym wojewodą z Cintry - zostaje jednym z
  macherów  Wielkiej  Polityki,  w których niesławną działalność uwikłał się
  Geralt,  pojawia się Zoltan Chivay, który musi dostarczyć Geraltowi miecz,
  Percival  Schuttenbach,  dla  którego  szmaragd  to  glinokrzemian berylu,
  rubiny  to  korundy,  diamenty  to  krystaliczny  węgiel  "Do świdrów i do
  pilników.  Do  łożysk."  Który znalazł Graala i wymienił go na muła. Który
  usprawiedliwia  cudowność miecza, otrzymanego przez Geralta. Bo, jak wiemy
  z   ust  Yarpena  Zigrina,  w  tym  świecie  najpierw  były  gnomy,  potem
  krasnoludy,  elfy  pojawiły  się  zaś  całkiem niedawno, ledwie tysiąc lat
  przed  ludźmi. Którzy z kolei zamieszkują te ziemie co najmniej od tysiąca
  pięciuset  lat.  Cahir  przestaje  być senna zjawa, a staje się bohaterem.
  Bohaterem,  który  -  żeby  dać  wampirowi  szanse uratowania Milvy - musi
  stanąć  na czele wojsk Rivii i Lyrii i zaatakować swoich. I doprowadzić do
  śmierci  kogoś,  z  kim  się  zapewne  przyjaźnił  od dziecka, bo ten ktoś
  dowodzi  jego  ziomkami.  Według  Klementowskiego  "Saga  przynosi  jednak
  zupełnie   nową   jakościowo   sytuację  i  tu  dylemat  wyboru  traci  na
  aktualności,  staje  się  sztuczny." Przynajmniej w "Chrzcie ognia" Geralt
  już   wybrał   -  pod  jednym  względem.  Zrezygnował  z  niewybierania, z
  neutralności.  Ale  podejmuje  się tu wiele innych, bardziej dramatycznych
  wyborów.
       Dalej,   poznajemy  Daniela  Etcheverry,  hrabiego  Garramone,  który
  okazuje się krewniakiem Ciri. Co potwierdza opinię czarodziejki z Koviru o
  eksperymencie, który wymknał się spod kontroli.
       Poznajemy Assire var Anahid, spokrewnioną z Cahirem i Fringillę Vigo,
  która  oślepiła  Yennefer na Wzgórzu Sodden. Która pozwala nam wysłuchać i
  drugiej strony: "Zakładała, że osoby tak wykształcone powinny rozumieć, że
  Cesarstwo  niesie  na  Północ  kulturę,  dobrobyt,  porządek  i stabilność
  polityczną."  Która  wreszcie pozwala - że posłużę się wytartym frazesem -
  wystrzelić kilku spośród strzelb, pozawieszanych na ścianach w poprzednich
  tomach: "Żadna też nie miała odkrytych piersi. Wręcz przeciwnie, dwie były
  niezwykle  skromnie  zapięte pod szyje - surowa, odziana w czerń Sheala de
  Tancarville i młodziutka Triss Merigold o błękitnych oczach i przepięknych
  kasztanowych  włosach."  Żeby  to  zauważyć,  trzeba  zwracać uwagę na coś
  więcej,  niż  walki  -  trzeba by zapamiętać, jak Triss mówiła "Ale ja już
  nigdy  nie założę wydekoltowanej sukni, Geralt. Nigdy." I dlaczego jej nie
  założy.  I  dlaczego uznano ja za zmarłą. Takie subtelności jak ten pokaz,
  czym  jest  prawda według relacji naocznego świadka... to nie bijatyka. To
  nie na nie niewysokie gusta czytelnicze Roberta Klementowskiego.
       Pojawia  się  Sheala  de Tancarville i Ida Emean aep Sivney z kolejną
  porcją   wiedzy   o   historii  i  kulturze  elfów.  I  kolejny  wysłannik
  Przeznaczenia - fachowiec Bonhart. Który zapewne umie dać w pysk nie tylko
  Rzeczywistości.  Z  tego wszystkiego Robert Klementowski zauważa tylko, że
  Sapkowski stara się oddać wrażenie wędrówki. Że jeśli bohaterowie nie chcą
  zajeździć na śmierć swoich koni, to musza przystawać, odpoczywać. Że muszą
  rozpoznawać  drogę  przed sobą, kryć się przed wszechobecnymi wojskami. Ze
  jadąc  konno rozmawiają ze sobą ("można być znudzonym pseudofilozofowaniem
  członków DRUŻYNY" - to akurat etap podróży z grupą kobiet z dziećmi, który
  Geralt  określił  tak: "Z prostej kalkulacji wynika, że w tym tempie dotrę
  tam  za  rok  i  cztery  miesiące.")  Tylko  to  jest zdaje się podstawowe
  nieporozumienie.  Sapkowski  swą  opowieść  tworzy  z obrazów i dłuższych,
  dramatycznych scen. Tak, żeby wrażliwy czytelnik mógł poczuć wydarzenia, a
  nie tylko odczytać, że były. Ale że nie się one scenami bijatyk, więc maja
  być  dłużyznami!  Oczywiście, ciągle powtarzające się konstrukcje klamrowe
  nie rzucają się w oczy czytelnika, szukającego ciosów, krwi i rozpłatanego
  mięsa. W Krwi elfów na przykład "wstydliwość dziwek" kontrastuje z tym, że
  Shani  nawet  się nie zarumieniła. W "Czasie pogardy" klamra wokół Czarnej
  Rayli  otwiera  się  zupełnie  logiczną  krytyką wojsk najemnych ze strony
  Yennefer, a kończy słowami "Mój miecz zbyt wiele kosztował, by nim rzucać,
  elfie! - krzyknęła - Żeby go wziąć, będziesz musiał łamać mi palce! Jestem
  Czarna  Rayla!  No,  chodźcie!"  W  "Chrzcie  ognia"  klamrę  otwiera dość
  subtelne  odkrycie  przez  Dijkstrę, że Ciri nie ma w Nilfgaardzie. Ale ta
  klamra  nie  całkiem  zamyka  się,  gdy  Ciri w czasie napadu na baronównę
  Casadei  zanadto  rozpuszcza języczek i daje poznać swój status społeczny.
  Dłużyzna?   Czy  gra  z  czytelnikami?  Robert  Klementowski  podsumowuje:
  "Sapkowski przestał grać z czytelnikami, zaczął opowiadać." I jednocześnie
  ma pretensje do Sapkowskiego, że ten, zamiast opowiedzieć krótko o tym, co
  cieszy  wrażliwego  czytelnika,  pieczołowicie  tka  historie  z obrazów i
  dramatów - ku radości takiego czytelnika.
       Słowem,   z  obfitości  wątków,  postaci,  aluzji,  powiązań,  Robert
  Klementowski  zobaczył  tylko pojawienie się wampira-abstynenta, w którego
  nazwisku, wieloczłonowym zgodnie z obyczajami jego ludu, zrobił dwa błędy.
  Według  Klementowskiego  po to, żeby na zasadzie deus ex machina wyciągnąć
  Geralta  ze  zbyt  beznadziejnych tarapatów. Nie zauważył za to, ile w tej
  książce  kręci się wokół Emiela Regisa Rohellec Terzieff-Godefroy. Ze jest
  on  kolejnym  szturchańcem Przeznaczenia. Bo to taka subtelność, że Geralt
  rozpaczliwie  rwie  się  na  _południe_,  do  Nilfgaardu,  do  Ciri, która
  rzeczywiście  bardzo  potrzebuje  jego  obecności,  z  którą  rzeczywiście
  samotność  robi  coś  strasznego.  A  Przeznaczenie  rękami Milvy, Zoltana
  Chivay  i  Emiela  Regisa  pcha  go  na _wschód_, gdzie jest Ciri. I Wieża
  Jaskółki. No, ale to nie są bijatyki. O tym można napisać, że "nic się nie
  dzieje",   nieprawdaż?   Postać   Regisa  według  Roberta  Klementowskiego
  "uratowała  tę  książkę".  Jest  też  wadą  tej  książki: "Sapkowski uległ
  pokusie  i uprościł fabułę. Myślę, że nie wyszło jej to na dobre, bo teraz
  można  powiedzieć:  'Cóż  nam  wszelkie  przeciwności,  skoro mamy takiego
  Regisa  w  kompanii!'"  Czyli  wadą  "Chrztu  ognia"  jest  to, że w Wieży
  Jaskółki będą mogły się pojawić uproszczenia fabuły...

       Po  tych  pięciu  zdaniach,  które  wiążą się z "Chrztem ognia" przez
  osobę  wampira  wraca  nasz "krytyk" do ogólnych argumentów antysapkowych.
  Pod  koniec  jeszcze  powtarza  tytuł  "Chrzest ognia": Sapkowski "potrafi
  znakomicie  malować  poszczególne  epizody,  bawić  humorem  sytuacyjnym i
  słownym.   W   powieści  jako  całości  nie  wychodzi  jednak  poza  pewna
  przeciętność,  popada  w  konwencje  znana  już z innych utworów fantasy."
  Akapit  wyżej  ten sam Robert Klementowski pisze, że to już nie jest tylko
  fantasy.  Może  dobrze  by  było, gdyby ktoś poinformował niefortunnego, i
  jakże  konsekwentnego  "krytyka", że "Chrzest ognia" _nie_ jest powieścią!
  Jest  trzecim  tomem  powieści.  Że  trzeci jest miedzy drugim a czwartym.
  Opowieść  o  losach  dziedziczki  genu  Lary,  pani Tor Zirael składać się
  będzie z pięciu tomów. Trzeci tom (miedzy drugim a czwartym!) jest częścią
  większej  kompozycji.  Na razie wyraźnie widać, jak wieńczy poprzednie dwa
  tomy  i  ze  smakiem  można  zgadywać,  jak  z niego wyrosną następne dwa.
  Wystarczy  tylko  przeczytać.  Ale  cały  cykl  i  nie  tylko sceny walk i
  bijatyk.

       Argument Antysapkowy nr 5.
       "Sapkowski  zdawał  sobie  sprawę, że nic tak nie przyciąga uwagi jak
  cudza  tragedia, nieszczęście, którym można się wzruszyć, ale o którym się
  wie, że powstało w wyobraźni autora."

       Jak na mój gust, to z tego - może z wyjątkiem lokalizacji w wyobraźni
  -  zdawali sobie również sprawę inni (jak widać nie lepsi od Sapkowskiego)
  literaci, znani powszechnie ze schlebiania niewysokim gustom czytelniczym:
  Homer,  Ajschylos, Sofokles, Eurypides, Corneille, Szekspir, Byron i wielu
  innych.
       Ale miedzy nieszczęściem, wypadkiem, katastrofą a tragedią jest pewna
  różnica.  Nie  wystarczy  cierpienie,  trzeba  czegoś  więcej.  Trzeba, by
  uczestnicy  wydarzeń  zrodzili  się,  a  przynajmniej  działali  w  cieniu
  Przeznaczenia.  Którego  miecz  ma  dwa  ostrza,  rani  tego,  w kogo jest
  wymierzony  i  tego,  kto  go wymierzył. I potrzebny jest jeszcze artysta,
  który  kolejne  doniesienie  z  rubryki  "Wypadki" czy "Zmarli" zamieni na
  opowieść o mieczu o dwóch ostrzach.

       Argument Antysapkowy nr 6.
       "Do związku dwojga dorosłych włączył Sapkowski jeszcze jeden element,
  coś  czego  oboje  bardzo pragną, czego nie się w stanie sobie dać, ale co
  może  ich  połączyć  na  stale  -  dziecko.  Chwyt podobny do tego z filmu
  amerykańskiego,  tylko  sprawniej  rozegrany  -  trójkąt:  Murzyn, kobieta
  dziecko. Albo: Murzyn, kobieta, Żyd itd."

       No,  zabijcie mnie, nie wiem o co chodzi z tym Żydem. Ani Murzynem. I
  nie  widzę związku z cyklem Sapkowskiego. Ciri pojawia się miedzy Geraltem
  a  Yennefer  w "Czasie pogardy", na grobli w Hirundum. I ma wtedy od dwóch
  miesięcy piętnaście lat. W tym wieku jej matka ...

       Argument Antysapkowy nr 7.
       "(...)  zazdrość,  chęć  dominacji,  rywalizacja.  Miłość i niechęć -
  ambiwalentne  uczucia,  wzbogacające wewnętrznie, motywujące do działania.
  To już nie fantasy, to nasze codzienne emocje."

       Owszem,   z   "Czasu  podagry"  przebija  zazdrość,  chęć  dominacji,
  rywalizacja.  I niechęć. Żeby uznać za wadę to, że Sapkowski wykracza poza
  granice sztampowej fantasy, syndromu Conana....

       Argument Antysapkowy nr 8.
       "Wszystko to dowodzi sprawności pióra pisarza, dla którego napędem do
  tworzenia się finanse."

       To  akurat  nie  bierze  się  ani  z  cyklu,  ani  z  opowiadań. To o
  pieniądzach jest zdaniem z wywiadu. Sapkowski zapewne zdawał sobie sprawę,
  że  tym zdaniem zrazi do siebie wielu świętoszków. Ponoć kiedyś, na jakimś
  procesie prokurator w swej mowie szczególnie podkreślał motyw - chęć zysku
  -   jako   okoliczność   obciążająca   oskarżonego.   Który   odpowiedział
  oświadczeniem:  "Proszę to zaprotokołować! Ja nigdy w życiu nie słyszałem,
  żeby ktoś coś zrobił z chęci straty!"
       Robert  Klementowski  widzi  w "Chrzcie ognia" tylko "parę dowcipnych
  dialogów"  i  "udane  scenki  rodzajowe",  zauważa,  że  pojawił się "nowy
  interesujący  bohater"  -  jeden  !?!?!  Stwierdza  więc,  że "Tylko kilka
  momentów  w tej książce przypomina dawnego Sapkowskiego". Nie zauważył ani
  kontynuacji,   ani   cudownie   złożonego   świata   przedstawionego,  ani
  Przeznaczenia,  ani  rozmytej,  względnej  Prawdy,  ani  roli  powszechnie
  przyjętych  sądów,  które  z  prawdą  nie mają najmniejszego związku - nie
  tylko gdy chodzi o wampiry.
       Natomiast  zakończenie  "Czasu  podagry" urąga wszystkiemu, z dobrymi
  obyczajami  na  czele: "Mówi się, że na starość ludzi stają się zrzędliwi,
  dziecinnieją,  marudzą. Jeśli tak odczytywać nastroje wiedźmina pławiącego
  się  w elfiej krwi, gardzącego wartościami i hartującego się w ogniu, to w
  końcu  przyjdzie  i  pora  na  'Czas podagry'. Tylko czy da się to jeszcze
  wtedy czytać?"
       Otóż  nie, "Czasu podagry" Roberta Klementowskiego nie da się czytać.
  Przynajmniej  nie  da  się czytać spokojnie. Najgorsze jest to, że całe to
  podagryczne,  dziecinnie  niekonsekwentne  zrzędzenie  i marudzenie nie ma
  żadnego  związku  z  tekstami,  których  rzekomo  dotyczy. Żeby odczytywać
  nastroje  wiedźmina, trzeba najpierw przeczytać teksty Sapkowskiego, które
  te   nastroje   przedstawiaja.   I   to   jest   podstawowy  brak  Roberta
  Klementowskiego:   wymądrza   się  w  związku  z  książkami,  których  nie
  przeczytał. Na przykład wiedźmin, który według Klementowskiego pławi się w
  elfiej krwi, u Sapkowskiego, w "Chrzcie ognia", był zakutany w szarą elfią
  opończę,  "nosił  otrzymany  w prezencie od driad kubrak z ulubionym przez
  elfy  liściastym  motywem,  siedział  na  koniu  z  typowo  elfim rzędem i
  charakterystycznie zdobionymi tręzlami."
       Pamiętam   wywiad   ze   znanym   etnografem  Gumiłowem,  synem  Anny
  Achmatowej. I poety, Nikołaja Gumiłowa. Wspominał on, jak to w szkole miał
  napisać  wypracowanie  o  wybranym tekście literackim. I w gazecie znalazł
  artykuł,   piętnujący  utwór  jakiegoś  pisarza  z  ideologicznego  punktu
  widzenia.  Taka krytyka była zwykle - tam i wtedy, ale nie tylko - wstępem
  do  eliminacji  z  życia  kulturalnego i czasem z życia w ogóle. Przepisał
  artykuł  w całości do zeszytu i oddał zeszyt do sprawdzenia nauczycielowi.
  Kiedy nauczyciel oddał uczniom poprawione i ocenione wypracowania, Gumiłow
  stwierdził, ze zdziwieniem, że nie otrzymał oceny. Podszedł do nauczyciela
  i  zapytał,  czemu  jego  wypracowanie  nie  zostało  ocenione. Nauczyciel
  zapytał  go,  czy  przeczytał  książkę,  której dotyczy jego wypracowanie.
  Gumiłow  odpowiedział,  że  nie, ale przecież on napisał to, co w gazecie,
  więc  to  musi  być  prawda. Nauczyciel z gniewną miną zrobił jednocześnie
  dwie  rzeczy:  wpisał piątkę i powiedział: "Nie waż się! Nigdy nie waż się
  krytykować autora książki, której nie przeczytałeś!" Gumiłow zapamiętał to
  na  cale życie. Tacy ludzie jak ten nauczyciel pozwolili Rosjanom zachować
  człowieczeństwo  w  straszliwych warunkach, gdy bezwzględni władcy uznali,
  że oni się właścicielami jedynie słusznej idei. Ze maja monopol na jedynie
  słuszną  moralność,  jedynie słuszną sprawiedliwość. Pozostaje żałować, że
  teraz,  gdy  walczą  o pełną władzę inni, którzy uznali się za właścicieli
  innej jedynie słusznej idei, jedynie słusznej moralności, jedynie słusznej
  sprawiedliwości,  nie znalazł się nikt, kto powiedziałby to samo Robertowi
  Klementowskiemu:  Nie  waż  się  krytykować pisarza za książkę, której nie
  przeczytałeś!!!

                                                             Marek Szyjewski

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl