|
[Nowa Fantastyka 4(175)/1997]
Popularność Andrzeja Sapkowskiego w ostatnich dziesięciu latach stała się
zjawiskiem bez precedensu, dlatego przy okazji ostatniej jego książki,
"Chrzest ognia", warto rozważyć, na czym owa popularność się zasadza.
Debiut twórcy wiedźmina przypadł na niedobry okres dla polskiej
fantastyki. Śmierć Zajdla stała się początkiem końca pewnego rozdziału w
dziejach gatunku. SF utknęła na pytaniach natury socjologicznej, diagnozy
zostały częściowo postawione, zresztą świat opisywany w tym nurcie
fantastyki odchodził już do historii. Młodzi twórcy nie byli zdolni
konkurować ze swoimi starszymi kolegami na tym polu, a ich fascynacja
fantasy przyniosła więcej rozczarowań niż obiecujących debiutów. Wraz z
rozszerzaniem się mody na gry fabularne rosło zainteresowanie przygodami
spod znaku miecza i magii.
Dodatkowym czynnikiem stał się zalew literatury anglojęzycznej i
doprawdy wiele w tym ironii, że ten lepszy świat, o którym marzyło
pokolenie Zajdla, potraktował ich tak bezwzględnie, eliminując z rynku na
dobrych kilka lat. Jedynym pisarzem, który z akwestionował mit o wyższości
zachodniego nad krajowym, stał się właśnie Sapkowski. Wynika z tego
pierwszy poważny wniosek. Literatura zachodnia w swej przewadze obliczona
byia na dogadzanie niewysokim gustom czytelniczym. Jeżeli więc AS mógł z
nią konkurować, musiał owe gusta zaspokoić.
Sapkowski objawił się jako twórca krótkiej formy. Swoje pomysiy
fabularne oparł na stereotypach i motywach funkcjonujących w nas od
dzieciństwa. Człowiek dzisiejszy odwraca się od bajek, wstydząc się ich
infantylności, nieprzystosowania do realiów życia. Sapek ubrał je jednak
w nowy garnitur, wysnuty ze świata, który w swych motywacjach jest bliższy
rzeczywistości. Czytelnik z przyjemnością uświadamia sobie, że już kiedyś
takie historie czytał, że pamięta nauki, jakie się z nimi wiązały - a to
pozwala czuć się bezpiecznie w zetknięciu ze światem zaproponowanym przez
twórcę wiedźmina. Aluzje (jeśli chce się je dostrzegać) do kondycji
człowieka we współczesności nie są nachalne. Ogólne prawdy sąsiadują tu z
filozofowaniem bohaterów obliczonym na daną chwilę, wielkie problemy
opisywanego świata są tylko tłem dla doświadczeń jednostki.
Sapkowski potrafił barwnie opisywać nie tylko wielkie czyny, ale i
codzienność bohaterów. Nie bez przyczyny jeden z czytelników napisał, że w
wiedźminie znalazł kawałek siebie. Niestety, saga o Białym Wilku zmieniła
tę proporcję. Wielka polityka zdominowała poczynania bohaterów, którzy
okazują się pionkami w rozgrywce sił wyższych. Schyłkowość i fatalizm
powodują, że Sapkowski popada w schematyzm, powtarza to, co wielu innych
autorów zdążyło już powiedzieć. Na pewno przyciągają do książek
Sapkowskiego ciekawi bohaterowie. Najlepszym tego przykładem są postaci
Jaskra, Yarpena, Yen, o wiedźminie nie wspominając. Nie stworzył tu Sapek
nic nowego, przeciwnie, czerpał jak mógł z konwencji fantasy. Kreśli
bowiem postaci o cechach charakteru, zachowaniach przejaskrawionych,
momentami ocierając się o groteskę, ale dzięki temu żyją one w wyobraźni
czytających. Zetknięcie się tak wyrazistych osobowości daje pole do popisu
dla zręcznego pisarza. A czego, jak czego, ale warsztatu Sapkowskiemu nie
brakuje.
Najpopularniejszą postacią stworzoną przez tego autora jest
niewątpliwie Geralt, w którego osobie czytelnicy cierpiący na syndrom
Conana otrzymali inteligentniejszą, polską wersję zabijaki. Jest coś
takiego w narodzie, że uwielbia bohaterów machających szabelką w słusznej,
acz nie zawsze zwycięskiej sprawie. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte
przyniosły człowieka zagubionego, poszukującego swej tożsamości w świecie
totalitarnym, uginającego się przed realiami życia. I oto pojawił się
ktoś, kto tę rzeczywistość wali po pysku, kto będzie cierpiał, ale nie
uzna kompromisu. Niedościgłe marzenia człowieka XX wieku.
Wiedźmin jest perfekcjonistą, fachowcem wzbudzającym szacunek. Rzecz
nie bez znaczenia, zważywszy na fakt, jaką estymą cieszyli się u nas
wszelkiego rodzaju mistrzowie śrubokręta i klucza francuskiego. Geralt
uosabia człowieka zagubionego w świecie wartości, mającego kłopoty z
wyborem między dobrem i złem. Będąc na jego miejscu można żywić
wątpliwości, po której stronie stanąć. Saga przynosi jednak zupełnie nową
jakościowo sytuację i tu dylemat wyboru traci na aktualności, wydaje się
sztuczny. Jest jeszcze coś, co budzi mój sprzeciw. To prawda, że człowieka
nachodzi często chandra, jest zmęczony otoczeniem i samym sobą, ale jest
to emocjonalne ekstremum, nie norma. Tymczasem wiedźmin nawet gdy żartuje,
jest sarkastyczny, ironiczny. Kreacja Białego Wilka okazuje się zbyt
jednostronna. W opowiadaniach to jeszcze nie przeszkadza. W dłuższej
formie jednak zaczyna męczyć, a nawet śmieszyć. Stało się to szczególnie
widoczne w "Chrzcie ognia", gdy pojawiają się dłużyzny, kiedy momentami
nic się nie dzieje.
Ostatnia powieść przynosi nam jeszcze jedną postać, która moim zdaniem
uratowała tę książkę. Emil Regis Rohellec Terzieff-Godefray,
wampir-abstynent pojawia się w momencie, gdy można już być znudzonym
pseudofilozofowaniem członków DRUŻYNY, wędrującej DROGĄ, z której nie
wiadomo, czy się wraca. Regis musiał się pojawić, bo tylko hokus-pokus nie
z tego świata mogło wyzwolić bohaterów z opresji. Sapkowski uległ tu
pokusie i uprościł fabuię. Myślę, że nie wyszło jej to na dobre, bo teraz
zawsze można powiedzieć: "Cóż tam wszelkie przeciwności, skoro mamy
takiego Regisa w kompanii!"
O popularności Sapkowskiego zdecydował też motyw miłosny. W tym wypadku
autor posługuje się niedopowiedzeniem, przenośnią. Dużo ważniejsza jest
strona emocjonalna, wszak wiemy, jak "to" się robi, nie zawsze tylko
zdajemy sobie sprawę z czynników, które pchają nas w szpony pożądania.
Wiedźmin nie jest jurnym don Juanem, Yenefer nie przypomina cycatej
blondynki o sarnim spojrzeniu. Sapkowski zdawał sobie sprawę, że nic tak
nie przyciąga uwagi jak cudza tragedia, nieszczęście, którym można się
wzruszyć, ale o którym się wie, że powstało w wyobraźni autora. Mamy więc
miłość okaleczoną, związek ludzi zmuszonych określić granice wzajemnego
oddania, rozwiązać problem spełnionych i nie spełnionych oczekiwań.
Tęsknota, żal, nadzieja. I lęk - tak Yen określa stosunek między
kochankami.
Do związku dwojga dorosłych włączył Sapkowski jeszcze jeden element,
coś czego oboje bardzo pragną, czego nie są w stanie sobie dać, ale co
może ich połączyć na stałe - dziecko. Chwyt podobny do tego z filmu
amerykańskiego, tylko sprawniej rozegrany - trójkąt: Murzyn, kobieta,
dziecko. Albo: Murzyn, kobieta, Żyd itd. Razem z Cirillą pojawiają się
jednak nowe emocje. Obowiązek wobec ukochanej osoby, zazdrość, chęć
dominacji, rywalizacja. Miłość i niechęć - ambiwalentne uczucia,
wzbogacające wewnętrznie, motywujące do działania. To już nie tylko
fantasy, to nasze codzienne emocje. Nie przypadkiem Geralt i Yenefer są
postaciami funkcjonującymi poza ogólnie przyjętymi normami.
"Chrzest ognia" wykazał, że Sapkowski jest zdecydowanie mistrzem
krótkiej formy. Potrafi znakomicie malować poszczególne obrazy, rozgrywać
epizody, bawić humorem sytuacyjnym i słownym. W powieści jako całości nie
wychodzi jednak poza pewną przeciętność, popada w konwencję znaną już z
innych utworów fantasy. Niewątpliwie "Chrzest ognia" nie jest najlepszą
książką Sapkowskiego. Jest to kolejny utwór zbudowany na zasadach powieści
sensacyjnej: akcja przenosi się błyskawicznie z miejsca na miejsce,
epizody urywają się w najbardziej interesujących momentach, pojawiają się
postaci-łączniki między poszczególnymi sekwencjami, postaci z góry spisane
na straty. Wszystko to dowodzi sprawności pióra pisarza, dla którego
napędem do tworzenia stają się finanse. "Chrzest ognia" zrobił na mnie
właśnie takie wrażenie - pisania jak najdłużej i przekazywania jak
najmniejszej ilości treści. Tak można ciągnąć bez końca, czytelnicy
przywiązani do swoich bohaterów i tak sięgną po następne tomy. Tylko kilka
momentów w tej książce przypomina dawnego Sapkowskiego - parę dowcipnych
dialogów, nowy, interesujący bohater, udane scenki rodzajowe. W sumie
jednak Sapkowski przestał grać z czytelnikami, zaczął opowiadać.
Mówi się, że na starość ludzie stają się zrzędliwi, dziecinnieją,
marudzą. Jeśli tak odczytywać nastroje wiedźmina pławiącego się w elfiej
krwi, gardzącego wartościami i hartującego się w ogniu, to w końcu
przyjdzie i pora na "Czas podagry". Tylko czy da się to jeszcze wtedy
czytać?
Robert Klementowski
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl