AS ZONE:

RECENZJE
Recenzja "Wieży Jaskółki"


Po prostu fantastyczny, czyli o czytaniu Sapkowskich książek
[Pogranicza nr 1(14), Szczecin 1998, s. 122-125]

       Współczesna  literatura  fantastyczna  jest,  rzec  można, traktowana
  przez  kręgi  naukowe  po macoszemu. (Jeden z profesorów-literaturoznawców
  przyznał  się,  że  nie  zna  nawet  Lema; jedyne co czytał, to słownikową
  definicję gatunku). Przyczyny tego zjawiska mogą być dwie.
       W  czasach  dawniejszych  opisywano  Nipu,  krainy Houyhnhnmów i inne
  Utopie  w  celach dydaktycznych, społeczeństwu ku nauce. Kiedy odkryto już
  wszystkie lądy i zrobiono satelitarne zdjęcia, które udowodniły, że Ziemia
  nie   opiera  się  na  czterech  żółwiach,  nieznane  krainy  siłą  rzeczy
  przeniesiono  na  inne  niedostępne  miejsca  -  w  przestrzeń  kosmiczną.
  Równolegle  zaś  literatura  skomercjalizowała się. Dorośli naszych czasów
  nie  przepadają  za  tym,  by  ich  pouczać, i to za ich własne pieniądze.
  Baśnie,  Gulliwery  i  wszelką fantastykę kupują swoim dzieciom, a sami są
  "ponad  to". Dzieci zresztą także się wyemancypowały i stwierdziły, że nie
  mają  ochoty wysłuchiwać pouczeń. Twórcy tekstów dla dzieci zostawili więc
  temat,  a  odrzucili  dydaktyzm  -  oto  proweniencja produkcji takich jak
  Spider-man,  Punisher,  He-man  itp.  (Mówię:  tekstów, gdyż są to głównie
  komiksy i kreskówki). A że w Naszych Czasach - Czasach Permanentnego Braku
  Czasu  -  rodzice  nie cenzurują tego, co dziecko ogląda i czyta ("nie mam
  kiedy") - ono samo zmienia kanały i kupuje komiksy w kiosku. Jednym słowem
  -  fantastyka  stała się popularna wśród młodszej części społeczeństwa i w
  klasyfikacji  umieszczono  ją  na  uboczu  literatury  "poważnej". I takie
  arcydzieła  jak  Cyberiada  czy  Władca  Pierścieni  są lekturami w szkole
  podstawowej (i przedmiotem badań "dzieciologów"). A ludzie prawie nigdy do
  nich   nie   wracają   po  dorośnięciu,  gdy  potrafią  już  dostrzec  ich
  filozoficzną głębię.
       Drugą  przyczyna apriorycznego najczęściej odrzucania fantastyki jest
  tzw.  snobistyczny  elitaryzm.  My,  intelektualne  wyżyny  społeczeństwa,
  zazwyczaj  unikamy  kontaktu  z  masą, ponad którą jesteśmy. Wszak kultura
  masowa  czy  też  raczej produkcje lekkostrawnej papki "duchowej" to rzecz
  niska.  Założenie  to  generalnie jest słuszne. Aby mieć pojęcie o tysiącu
  siedmiuset  pozycjach  (cokolwiek to oznacza) serii "Harlequin", wystarczy
  przeczytać  jedną,  gdyż - jak twierdzi znany autorytet literaturoznawczy,
  różnią  się  one  tylko imieniem bohaterki i numerem pozycji w Kamasutrze.
  Prawdą  jest,  że  przeciętni odbiorcy poszukują w literaturze najczęściej
  takich  bodźców,  na  które najłatwiej reaguje ich wyobraźnia. Są tacy, co
  lubią książki (lub filmy) ze strzelaninami, napadami, wybuchami i ujęciami
  Jean  Claude'a  Van  Damme'a  w  zwolnionym  tempie,  gdy na tle płonących
  samochodów  robi  salto  strzelając z dwóch obrzynów jednocześnie. Inni do
  szczęścia  potrzebują  trupa  na początku a autora trupa na końcu. Jeszcze
  inni  (inne)  preferują dwoje pięknych i młodych, problemy i intrygi, a na
  końcu łoże (w naszych niemoralnych czasach, już niekoniecznie małżeńskie).
  Inni  wolą  łoże  przez  cały  czas,  przy  czym  stan cywilny już ich nie
  interesuje.   Są  też  tacy,  których  można  złapać  na  tematy  wojenne,
  szpiegowskie, podróżnicze, albo... magię i miecz, czy to statki kosmiczne.
  Jednym  słowem,  przeciętny  odbiorca  szuka  w treści utworu pewnych form
  (biust,  rakieta,  pif-paf),  a  nie  treści  (tzw. drugie dno, przesłanie
  światopoglądowo  -  aksjologiczno - moralno - filozoficzno - metafizyczno-
  transcendentalno  -  etceateralne).  I  nasz  elitarny  umysł, aby się nie
  ubrudzić,  miewa  skłonność do odrzucania wszystkiego, w czym się te formy
  treści znajdą.
       Uprzedzając  się  do  pewnych  gatunków  możemy nie zauważyć perełek,
  jakie  się  czasem  zaplączą wśród kamyków. Uprzedzamy się też do tego, co
  jest  popularne  - bo jeśli podoba się masie, to dobre być nie może. Tak z
  reguły bywa. Ale nie zawsze.
       Przykładem  jest  twórczość  Andrzeja  Sapkowskiego, o którym jeden z
  entuzjastów  powiedział, że jego nazwiska używać się będzie kiedyś zamiast
  słowa  cudowny  (Np.  Miałem  dziś  Sapkowski  dzień!). Fanów niewątpliwie
  przyciąga  wartka  akcja,  nieprawdopodobne  mistrzostwo plastycznych scen
  walk,  trup ludzki i nieludzki gęsto się ścielący, porażająco wirtuozerski
  humor  słów,  sytuacji  i  postaci,  a  także  sam główny bohater, Rambo z
  mieczem,  w  pojedynkę  kładący doborowe drużyny. Filozofia, którą jest to
  podszyte,  nie jest tania. O ile założymy, że ta filozofia istnieje, a nie
  jest  tylko  kolejną  drwiną narratora, który ironicznie opisuje ironistów
  ironizujących  na  temat  ironii. Ironia do potęgi. Sądy formułują wszyscy
  oprócz  opowiadającego.  On nie wskazuje nam, jak odsunąć pryzmat ironii i
  obejrzeć  całą  prawdę.  Który  głos ją przekazuje. Jak mamy interpretować
  Opowieść  o  Wiedźminie.  Zdaje  się wręcz ironicznie zachęcać: pomyślcie,
  pomęczcie główki. Spróbujcie dojść, o co tu chodzi.
       Możliwości  zaś  jest do wyboru, do koloru. Teorię ukuć możemy każdą,
  proszę bardzo. Na przykład:
       Saga  o  Wiedźminie  to  diagnoza  współczesnego świata, ukrytego pod
  maską średniowiecznej dawności. Właśnie konwencja umożliwia hiperbolizację
  zjawisk,  które  znamy  z  życia.  Początkowo ukazany świat wydaje się nam
  odległy.  Ale to, co się w nim dzieje, widzimy też wokół nas, i to wcale w
  nie  tak  dużo  mniejszej  skali. Wydaje się nam, że takich mordów, rzezi,
  tortur  i egzekucji nie ma w naszych czasach. A przecież wystarczy włączyć
  telewizor.  ...Cel  uświęca dla nich środki i zmienia znaczenie pojęć. Oni
  nie  mordują,  oni ratują porządek. Oni nie torturują, nie szantażują, oni
  zabezpieczają  rację  stanu  i  walczą  o ład. Samo życie. Historia młodej
  Angouleme:   w  domu  była  nędza,  więc  trafiła  do  grupy  młodocianych
  przestępców.  Samo  życie.  Żołnierzom  podczas  szkolenia robi się pranie
  mózgu.   Narkotyki   jako   sposób  na  życie.  Destruktywny  wpływ  zmian
  klimatycznych.  Zwyciężać  zło  dobrem  czy  złem?  Terror przestępców czy
  terror  stróżów  prawa?  Demokracja  czy  monarchia? Wojna to patriotyczny
  obowiązek  czy  obrona  interesów  władzy?  Zabicie smoka to walka ze złem
  czy  naruszenie  równowagi  ekologicznej?  Czyż  nie są naszymi dylematy i
  problemy  bohaterów?  Nawet  magiczne  urządzenie  do  rozmów na odległość
  przypomina telefon komórkowy...
       Saga  o  wiedźminie  to  diagnoza  natury  ludzkiej.  Diagnoza bardzo
  pesymistyczna,  jak  przystało  w  końcu  wieku  (ba, tysiąclecia!). Świat
  zdominowany przez ludzi, którzy prawie zupełnie podporządkowali sobie inne
  rasy  (elfy, krasnoludy, driady) oraz dziką przyrodę (smoki itp.) to świat
  wojny,  gwałtów,  tortur,  pożarów, grabieży, ciemnych interesów, cynizmu,
  bezwzględności.  Szał  i  burza,  które  go  ogarnęły,  to  burza ludzkich
  namiętności,  jak:  żądza  władzy,  zysku,  zemsty;  ksenofobia, szowinizm
  (przejawiające się w eksterminacji innych narodów, ras...). Podłość natury
  ludzkiej  zaraża  inne  istoty,  które od ludzi przejmują najgorsze cechy.
  (Np.   elfy,   rasa   szlachetna,  przez  ekspansję  człowieka  pozbawiona
  przestrzeni   życiowej   i   zepchnięta  do  lasów  zmienia  się  w  bandy
  podstępnych,   brutalnych   partyzantów.   Hybrydy,   półelfy  przejawiają
  wyjątkowe   okrucieństwo.)   Jest  to  nawiązanie  do  starotestamentalnej
  koncepcji  pochodzenia  zła w wyniku grzechu człowieka upadku doznało całe
  stworzenie.
       Ludzie to po części jednostki okrutne, bezlitosne, aktywne i ambitne.
  Inni  żyją  spokojnie,  ale i ci bywają kłamliwi, podli, sprzedajni, tępi.
  Nawet  nieliczni  pozytywni  bohaterowie  mają  swoje  wady,  granice,  po
  przekroczeniu  których  przestają  panować  nad sobą, stają się zazdrośni,
  mściwi, próżni, nieufni, egocentryczni.
       Saga  o Wiedźminie to opowieść o ludzkiej wędrówce przez życie. Motyw
  podróży   idealnie  nadaje  się  do  takiej  metafory.  Drużyna  poszukuje
  zaginionej księżniczki (alegoria celu, najwyższej wartości w życiu itp.) a
  ona   wciąż   zmienia  miejsce  pobytu.  Wędrowcy  stawiają  czoło  różnym
  niebezpieczeństwom,  spotykają  różnych ludzi, a kończy się to wszystko...
  nie wiadomo jak, bo ukazał się dopiero czwarty tom sagi.
       Saga   o   Wiedźminie   to   diagnoza  stanu  wartości  moralnych  we
  współczesnym  świecie.  Bohaterów  nurtują  problemy  etyczne.  Nie zawsze
  znajdują  odpowiedź,  ale  ich  czyny  są  przejawami  określonych  postaw
  życiowych.  Jaskier  to zarozumiałość, hedonizm, lenistwo i tchórzostwo...
  ale   i   szlachetność;   Geralt  osobnik  zbyt  samoświadomy,  wzniosły i
  gwałtownie  namiętny;  itd.  Narrator  sam  nic  nie  rozstrzyga.  Pozwala
  czytelnikowi  przerazić  się  wizją  kary, którą sąd chce wymierzyć młodej
  rozbójniczce  (deokulizacja,  debiustyzacja i pal), a potem przypomina, co
  tego  typu  ludzie  potrafią zrobić z jeńcami... Akcent antyanimalistyczny
  (obrońca   zwierząt,   protestujący   przeciw   widowiskowym  cyrkom,  nie
  sprzeciwia  się  zabijaniu ludzi na arenie) sąsiaduje z antyhumanizmem (To
  nie  demony,  to diabły. Gorzej. To ludzie.) Narrator nie ocenia a mimo to
  steruje  sympatią  i  odczuciami czytelnika. Bonhart, który (między innymi
  pieszczotami)  rozdeptuje  ręce  Ciri, budzi nienawiść i odrazę. Ale Ciri,
  która  obcina  mu  palce, już mniej. Czytelnik łapie się na tym i przeraża
  się samym sobą, wątpi we własne zasady.
       (Na  marginesie  ciekawe, czy imię Bonhart ma taką formę przypadkowo,
  czy  jest  to  ironiczny  breakword  fonetyczny francusko-angielski [Dobre
  serce]?).
       Saga  o  Wiedźminie  to  opowieść  o literaturze. Tradycyjne schematy
  baśniowe  obracają się tu w swoją własną parodię. Królewna Śnieżka okazuje
  się  dowódcą  bandy i ma sadystyczne skłonności, a do tego uwodzi Geralta.
  Siedmiu  braci  zamienionych  w łabędzie to wymysł barda; w rzeczywistości
  zaklęty był jeden mężczyzna i to w kormorana. Towarzyszący Geraltowi poeta
  Jaskier  także  układa  ballady  o Wiedźminie niezupełnie zgodne z prawdą.
  Jaka   jest   zatem   wiarygodność   naszego  narratora?[1]  Opowiadania z
  pierwszego  tomu  pojawiają się znów w trzecim jako wspomnienie Wiedźmina,
  który  dopowiada  do  nich reinterpretujące komentarze. Czytelnik znów nie
  wie, co jest prawdą.
       Sapkowski  igra  też z konwencją. Racjonalizuje baśniowość i urealnia
  ją.  Sceneria to nie wieże zamków lśniące w zachodzącym słońcu, które igra
  z  rozsypanymi  na  wietrze włosami uwięzionych księżniczek, wypatrujących
  lśniącej  zbroi  i  białego  rumaka.  Tu  widzimy  ludzi z krwi i kości, i
  flaków,  które  jeśli  nie wydobywają się ze swego w organizmie przez rany
  cięte,  to  przynajmniej  oddają  swoją  zawartość  tam, skąd przyszła, na
  skutek  niedyspozycji  żołądkowych  lub  widoku  cudzych  flaków. Wszelkie
  istoty, oprócz tego, że mówią, myślą, śpiewają, całują itd. częściej klną,
  defekują,  chędożą  i  psują  powietrze.  Myją  się w strumieniach i noszą
  majtki  (za  które  już  Sapkowskiego  gromiono  czy elfki Tolkiena nosiły
  majtki?  To  niezgodne  z  konwencją!)  Język  postaci stylizowany jest na
  średniowieczny (poczynając od Daj, ać ja pobruszę...) ale przeplatany jest
  stricte  współczesną  frazeologią  (...pobruszę,  a ty skocz do piwnicy po
  piwo) i terminologią (...zdominowana i wykorzystywana seksualnie).
       Racjonalizacja   dotyka  nawet  sfery  magii  (na  którą  można  mieć
  uczulenie)  ot,  umiejętność  sterowania  naturą  przy  pomocy  naturalnej
  energii. Kobiety są piękne, ale nie nadnaturalnie, mężczyźni waleczni, tak
  samo.   Można   w   pojedynkę  pokonać  sześciu,  ale  dzięki  narkotykowi
  przyspieszającemu  reakcje. Baśń Sapkowskiego jest bardziej przekonująca i
  iluzyjna niż dzieła mistrzów naturalizmu.
       Saga  o  wiedźminie  jest  obrazem  wszechświata i istniejących w nim
  sił...[2]
       Wniosek:  nie wiadomo, co jest prawdą. Czy w ogóle jest jakaś prawda.
  Nie  znajdujemy  sformułowanej odpowiedzi na żadne pytanie. I słusznie, bo
  nikt z żyjących nie ma monopolu na absolutna rację. Nie wiadomo nawet, czy
  jesteśmy. Kartezjusz rzekł nie wiem, więc wątpię, więc myślę, więc jestem.
  U  Sapkowskiego  wiadomo  tylko,  że  się wątpi, szeroko i głęboko. Jednym
  słowem, mamy do czynienia z czymś więcej niż czytadło do tramwaju. Gdyż na
  dobrą sprawę odnalezienie głębi treści zależy głównie od czytającego. Gdyż
  dzieło  sztuki  (każde)  jest  jak  slajd,  rzucony  na  ekran  osobowości
  odbiorcy.  Efekt ostateczny to suma barw. Jeśli ktoś jest tabula rasa, nic
  nie wpisze w białe plamy. Jeśli ma w sobie bogactwo, wypełni je kolorem.

       Najnowsza,  czwarta  (i ponoć przedostatnia) część sagi zdaje się być
  bardziej  udana  od  drugiej i trzeciej. Ten typ geniuszu, jakim dysponuje
  Sapkowski,   lepiej   niż   w   wielotomowej   opowieści  sprawdził  się w
  opowiadaniach,  które  ją  poprzedziły.  Każde  z  nich  jest  rodzynkiem,
  kondensowaną w niewielkiej formie słodyczą. A większe ciasto musi posiadać
  sporo  wypełniacza,  nie  może  składać się z samych rodzynków... a po ich
  skosztowaniu  już  nie  smakuje tak bardzo. Poprzednie tomy sagi zawierały
  sporo  tkanki  łącznej,  szkieletu (dlatego zarzucali im dłużyzny Szanowni
  Przedpiszcy),  ale  po  jego  zarysowaniu,  zmierzając ku finałowi, twórca
  koncentruje się już na samej esencji. Ujawnia też mistrzostwo w operowaniu
  czasem  i  poziomami  narracji,  stwarza  kilka  przeplatających  się ram.
  Przypomina   to  oglądanie  filmu,  w  którym  widzimy  świadka  zdarzenia
  rozpoczynającego opowieść, miękkie cięcie i oglądamy rzecz samą. Po chwili
  kontynuuje ją inny opowiadacz, w innym czasie i w innym miejscu. Zarzucano
  Sapkowskiemu,  że  stosuje  tani  chwyt z serialu przerywa w najciekawszym
  momencie,  by  przejść  do innego wątku. W czwartym tomie opowieść zaczyna
  się  niemal  od samego końca więc nie niepokoimy się o życie wspominającej
  bohaterki,  a  mimo  to  książka  trzyma  w napięciu przez ponad czterysta
  stron...
       Czy Sapkowski jest geniuszem? Pojawiają się głosy krytyki, ale i Adam
  miał  swojego  Koźmiana...  A dziś nikt już nie zastanawia się, czy był on
  geniuszem. Ważne jest, że był Wydarzeniem i stworzył Epokę. Sapkowski jest
  Homerem   polskiej  fantasy;  nie  wiadomo  tylko,  czy  znajdzie  swojego
  Wergiliusza, Ariosta et caetera.

       Przypisy
       [1]  Materska  D.,  Popiołek E.: Trzy gry Andrzeja Sapkowskiego. Nowa
  Fantastyka 1994 nr 8, s. 65.
       [2]  Przerwę  to  wyliczanie,  choć jest to dobra metoda na napisanie
  pracy  naukowej.  Ukazane tu koncepcje są w większości zupełnie nowe, więc
  jeśli  dadzą początek zwalczającym się szkołom interpretacji Sapkowskiego,
  to  wyniki  badań tych szkół referowane będą w każdym wstępie BN-owskim do
  wydania dzieł za parędziesiąt lat oczywiście. Będzie tam wtedy można podać
  ładny przypis, bo myśl z przypisem robi lepsze wrażenie w którego robieniu
  ćwiczymy  się już od podstawówki jakby bardziej naukowej, nieprawdaż? Jest
  udokumentowana  (mniejsza o to, czyjego autorstwa to dokument, przypisów i
  tak nikt nie czyta).


                                                               Monika Hernik

                      Z zachowaniem oryginalnej pisowni wklepał: Mad Wizard.

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl