Współczesna literatura fantastyczna jest, rzec można, traktowana
przez kręgi naukowe po macoszemu. (Jeden z profesorów-literaturoznawców
przyznał się, że nie zna nawet Lema; jedyne co czytał, to słownikową
definicję gatunku). Przyczyny tego zjawiska mogą być dwie.
W czasach dawniejszych opisywano Nipu, krainy Houyhnhnmów i inne
Utopie w celach dydaktycznych, społeczeństwu ku nauce. Kiedy odkryto już
wszystkie lądy i zrobiono satelitarne zdjęcia, które udowodniły, że Ziemia
nie opiera się na czterech żółwiach, nieznane krainy siłą rzeczy
przeniesiono na inne niedostępne miejsca - w przestrzeń kosmiczną.
Równolegle zaś literatura skomercjalizowała się. Dorośli naszych czasów
nie przepadają za tym, by ich pouczać, i to za ich własne pieniądze.
Baśnie, Gulliwery i wszelką fantastykę kupują swoim dzieciom, a sami są
"ponad to". Dzieci zresztą także się wyemancypowały i stwierdziły, że nie
mają ochoty wysłuchiwać pouczeń. Twórcy tekstów dla dzieci zostawili więc
temat, a odrzucili dydaktyzm - oto proweniencja produkcji takich jak
Spider-man, Punisher, He-man itp. (Mówię: tekstów, gdyż są to głównie
komiksy i kreskówki). A że w Naszych Czasach - Czasach Permanentnego Braku
Czasu - rodzice nie cenzurują tego, co dziecko ogląda i czyta ("nie mam
kiedy") - ono samo zmienia kanały i kupuje komiksy w kiosku. Jednym słowem
- fantastyka stała się popularna wśród młodszej części społeczeństwa i w
klasyfikacji umieszczono ją na uboczu literatury "poważnej". I takie
arcydzieła jak Cyberiada czy Władca Pierścieni są lekturami w szkole
podstawowej (i przedmiotem badań "dzieciologów"). A ludzie prawie nigdy do
nich nie wracają po dorośnięciu, gdy potrafią już dostrzec ich
filozoficzną głębię.
Drugą przyczyna apriorycznego najczęściej odrzucania fantastyki jest
tzw. snobistyczny elitaryzm. My, intelektualne wyżyny społeczeństwa,
zazwyczaj unikamy kontaktu z masą, ponad którą jesteśmy. Wszak kultura
masowa czy też raczej produkcje lekkostrawnej papki "duchowej" to rzecz
niska. Założenie to generalnie jest słuszne. Aby mieć pojęcie o tysiącu
siedmiuset pozycjach (cokolwiek to oznacza) serii "Harlequin", wystarczy
przeczytać jedną, gdyż - jak twierdzi znany autorytet literaturoznawczy,
różnią się one tylko imieniem bohaterki i numerem pozycji w Kamasutrze.
Prawdą jest, że przeciętni odbiorcy poszukują w literaturze najczęściej
takich bodźców, na które najłatwiej reaguje ich wyobraźnia. Są tacy, co
lubią książki (lub filmy) ze strzelaninami, napadami, wybuchami i ujęciami
Jean Claude'a Van Damme'a w zwolnionym tempie, gdy na tle płonących
samochodów robi salto strzelając z dwóch obrzynów jednocześnie. Inni do
szczęścia potrzebują trupa na początku a autora trupa na końcu. Jeszcze
inni (inne) preferują dwoje pięknych i młodych, problemy i intrygi, a na
końcu łoże (w naszych niemoralnych czasach, już niekoniecznie małżeńskie).
Inni wolą łoże przez cały czas, przy czym stan cywilny już ich nie
interesuje. Są też tacy, których można złapać na tematy wojenne,
szpiegowskie, podróżnicze, albo... magię i miecz, czy to statki kosmiczne.
Jednym słowem, przeciętny odbiorca szuka w treści utworu pewnych form
(biust, rakieta, pif-paf), a nie treści (tzw. drugie dno, przesłanie
światopoglądowo - aksjologiczno - moralno - filozoficzno - metafizyczno-
transcendentalno - etceateralne). I nasz elitarny umysł, aby się nie
ubrudzić, miewa skłonność do odrzucania wszystkiego, w czym się te formy
treści znajdą.
Uprzedzając się do pewnych gatunków możemy nie zauważyć perełek,
jakie się czasem zaplączą wśród kamyków. Uprzedzamy się też do tego, co
jest popularne - bo jeśli podoba się masie, to dobre być nie może. Tak z
reguły bywa. Ale nie zawsze.
Przykładem jest twórczość Andrzeja Sapkowskiego, o którym jeden z
entuzjastów powiedział, że jego nazwiska używać się będzie kiedyś zamiast
słowa cudowny (Np. Miałem dziś Sapkowski dzień!). Fanów niewątpliwie
przyciąga wartka akcja, nieprawdopodobne mistrzostwo plastycznych scen
walk, trup ludzki i nieludzki gęsto się ścielący, porażająco wirtuozerski
humor słów, sytuacji i postaci, a także sam główny bohater, Rambo z
mieczem, w pojedynkę kładący doborowe drużyny. Filozofia, którą jest to
podszyte, nie jest tania. O ile założymy, że ta filozofia istnieje, a nie
jest tylko kolejną drwiną narratora, który ironicznie opisuje ironistów
ironizujących na temat ironii. Ironia do potęgi. Sądy formułują wszyscy
oprócz opowiadającego. On nie wskazuje nam, jak odsunąć pryzmat ironii i
obejrzeć całą prawdę. Który głos ją przekazuje. Jak mamy interpretować
Opowieść o Wiedźminie. Zdaje się wręcz ironicznie zachęcać: pomyślcie,
pomęczcie główki. Spróbujcie dojść, o co tu chodzi.
Możliwości zaś jest do wyboru, do koloru. Teorię ukuć możemy każdą,
proszę bardzo. Na przykład:
Saga o Wiedźminie to diagnoza współczesnego świata, ukrytego pod
maską średniowiecznej dawności. Właśnie konwencja umożliwia hiperbolizację
zjawisk, które znamy z życia. Początkowo ukazany świat wydaje się nam
odległy. Ale to, co się w nim dzieje, widzimy też wokół nas, i to wcale w
nie tak dużo mniejszej skali. Wydaje się nam, że takich mordów, rzezi,
tortur i egzekucji nie ma w naszych czasach. A przecież wystarczy włączyć
telewizor. ...Cel uświęca dla nich środki i zmienia znaczenie pojęć. Oni
nie mordują, oni ratują porządek. Oni nie torturują, nie szantażują, oni
zabezpieczają rację stanu i walczą o ład. Samo życie. Historia młodej
Angouleme: w domu była nędza, więc trafiła do grupy młodocianych
przestępców. Samo życie. Żołnierzom podczas szkolenia robi się pranie
mózgu. Narkotyki jako sposób na życie. Destruktywny wpływ zmian
klimatycznych. Zwyciężać zło dobrem czy złem? Terror przestępców czy
terror stróżów prawa? Demokracja czy monarchia? Wojna to patriotyczny
obowiązek czy obrona interesów władzy? Zabicie smoka to walka ze złem
czy naruszenie równowagi ekologicznej? Czyż nie są naszymi dylematy i
problemy bohaterów? Nawet magiczne urządzenie do rozmów na odległość
przypomina telefon komórkowy...
Saga o wiedźminie to diagnoza natury ludzkiej. Diagnoza bardzo
pesymistyczna, jak przystało w końcu wieku (ba, tysiąclecia!). Świat
zdominowany przez ludzi, którzy prawie zupełnie podporządkowali sobie inne
rasy (elfy, krasnoludy, driady) oraz dziką przyrodę (smoki itp.) to świat
wojny, gwałtów, tortur, pożarów, grabieży, ciemnych interesów, cynizmu,
bezwzględności. Szał i burza, które go ogarnęły, to burza ludzkich
namiętności, jak: żądza władzy, zysku, zemsty; ksenofobia, szowinizm
(przejawiające się w eksterminacji innych narodów, ras...). Podłość natury
ludzkiej zaraża inne istoty, które od ludzi przejmują najgorsze cechy.
(Np. elfy, rasa szlachetna, przez ekspansję człowieka pozbawiona
przestrzeni życiowej i zepchnięta do lasów zmienia się w bandy
podstępnych, brutalnych partyzantów. Hybrydy, półelfy przejawiają
wyjątkowe okrucieństwo.) Jest to nawiązanie do starotestamentalnej
koncepcji pochodzenia zła w wyniku grzechu człowieka upadku doznało całe
stworzenie.
Ludzie to po części jednostki okrutne, bezlitosne, aktywne i ambitne.
Inni żyją spokojnie, ale i ci bywają kłamliwi, podli, sprzedajni, tępi.
Nawet nieliczni pozytywni bohaterowie mają swoje wady, granice, po
przekroczeniu których przestają panować nad sobą, stają się zazdrośni,
mściwi, próżni, nieufni, egocentryczni.
Saga o Wiedźminie to opowieść o ludzkiej wędrówce przez życie. Motyw
podróży idealnie nadaje się do takiej metafory. Drużyna poszukuje
zaginionej księżniczki (alegoria celu, najwyższej wartości w życiu itp.) a
ona wciąż zmienia miejsce pobytu. Wędrowcy stawiają czoło różnym
niebezpieczeństwom, spotykają różnych ludzi, a kończy się to wszystko...
nie wiadomo jak, bo ukazał się dopiero czwarty tom sagi.
Saga o Wiedźminie to diagnoza stanu wartości moralnych we
współczesnym świecie. Bohaterów nurtują problemy etyczne. Nie zawsze
znajdują odpowiedź, ale ich czyny są przejawami określonych postaw
życiowych. Jaskier to zarozumiałość, hedonizm, lenistwo i tchórzostwo...
ale i szlachetność; Geralt osobnik zbyt samoświadomy, wzniosły i
gwałtownie namiętny; itd. Narrator sam nic nie rozstrzyga. Pozwala
czytelnikowi przerazić się wizją kary, którą sąd chce wymierzyć młodej
rozbójniczce (deokulizacja, debiustyzacja i pal), a potem przypomina, co
tego typu ludzie potrafią zrobić z jeńcami... Akcent antyanimalistyczny
(obrońca zwierząt, protestujący przeciw widowiskowym cyrkom, nie
sprzeciwia się zabijaniu ludzi na arenie) sąsiaduje z antyhumanizmem (To
nie demony, to diabły. Gorzej. To ludzie.) Narrator nie ocenia a mimo to
steruje sympatią i odczuciami czytelnika. Bonhart, który (między innymi
pieszczotami) rozdeptuje ręce Ciri, budzi nienawiść i odrazę. Ale Ciri,
która obcina mu palce, już mniej. Czytelnik łapie się na tym i przeraża
się samym sobą, wątpi we własne zasady.
(Na marginesie ciekawe, czy imię Bonhart ma taką formę przypadkowo,
czy jest to ironiczny breakword fonetyczny francusko-angielski [Dobre
serce]?).
Saga o Wiedźminie to opowieść o literaturze. Tradycyjne schematy
baśniowe obracają się tu w swoją własną parodię. Królewna Śnieżka okazuje
się dowódcą bandy i ma sadystyczne skłonności, a do tego uwodzi Geralta.
Siedmiu braci zamienionych w łabędzie to wymysł barda; w rzeczywistości
zaklęty był jeden mężczyzna i to w kormorana. Towarzyszący Geraltowi poeta
Jaskier także układa ballady o Wiedźminie niezupełnie zgodne z prawdą.
Jaka jest zatem wiarygodność naszego narratora?[1] Opowiadania z
pierwszego tomu pojawiają się znów w trzecim jako wspomnienie Wiedźmina,
który dopowiada do nich reinterpretujące komentarze. Czytelnik znów nie
wie, co jest prawdą.
Sapkowski igra też z konwencją. Racjonalizuje baśniowość i urealnia
ją. Sceneria to nie wieże zamków lśniące w zachodzącym słońcu, które igra
z rozsypanymi na wietrze włosami uwięzionych księżniczek, wypatrujących
lśniącej zbroi i białego rumaka. Tu widzimy ludzi z krwi i kości, i
flaków, które jeśli nie wydobywają się ze swego w organizmie przez rany
cięte, to przynajmniej oddają swoją zawartość tam, skąd przyszła, na
skutek niedyspozycji żołądkowych lub widoku cudzych flaków. Wszelkie
istoty, oprócz tego, że mówią, myślą, śpiewają, całują itd. częściej klną,
defekują, chędożą i psują powietrze. Myją się w strumieniach i noszą
majtki (za które już Sapkowskiego gromiono czy elfki Tolkiena nosiły
majtki? To niezgodne z konwencją!) Język postaci stylizowany jest na
średniowieczny (poczynając od Daj, ać ja pobruszę...) ale przeplatany jest
stricte współczesną frazeologią (...pobruszę, a ty skocz do piwnicy po
piwo) i terminologią (...zdominowana i wykorzystywana seksualnie).
Racjonalizacja dotyka nawet sfery magii (na którą można mieć
uczulenie) ot, umiejętność sterowania naturą przy pomocy naturalnej
energii. Kobiety są piękne, ale nie nadnaturalnie, mężczyźni waleczni, tak
samo. Można w pojedynkę pokonać sześciu, ale dzięki narkotykowi
przyspieszającemu reakcje. Baśń Sapkowskiego jest bardziej przekonująca i
iluzyjna niż dzieła mistrzów naturalizmu.
Saga o wiedźminie jest obrazem wszechświata i istniejących w nim
sił...[2]
Wniosek: nie wiadomo, co jest prawdą. Czy w ogóle jest jakaś prawda.
Nie znajdujemy sformułowanej odpowiedzi na żadne pytanie. I słusznie, bo
nikt z żyjących nie ma monopolu na absolutna rację. Nie wiadomo nawet, czy
jesteśmy. Kartezjusz rzekł nie wiem, więc wątpię, więc myślę, więc jestem.
U Sapkowskiego wiadomo tylko, że się wątpi, szeroko i głęboko. Jednym
słowem, mamy do czynienia z czymś więcej niż czytadło do tramwaju. Gdyż na
dobrą sprawę odnalezienie głębi treści zależy głównie od czytającego. Gdyż
dzieło sztuki (każde) jest jak slajd, rzucony na ekran osobowości
odbiorcy. Efekt ostateczny to suma barw. Jeśli ktoś jest tabula rasa, nic
nie wpisze w białe plamy. Jeśli ma w sobie bogactwo, wypełni je kolorem.
Najnowsza, czwarta (i ponoć przedostatnia) część sagi zdaje się być
bardziej udana od drugiej i trzeciej. Ten typ geniuszu, jakim dysponuje
Sapkowski, lepiej niż w wielotomowej opowieści sprawdził się w
opowiadaniach, które ją poprzedziły. Każde z nich jest rodzynkiem,
kondensowaną w niewielkiej formie słodyczą. A większe ciasto musi posiadać
sporo wypełniacza, nie może składać się z samych rodzynków... a po ich
skosztowaniu już nie smakuje tak bardzo. Poprzednie tomy sagi zawierały
sporo tkanki łącznej, szkieletu (dlatego zarzucali im dłużyzny Szanowni
Przedpiszcy), ale po jego zarysowaniu, zmierzając ku finałowi, twórca
koncentruje się już na samej esencji. Ujawnia też mistrzostwo w operowaniu
czasem i poziomami narracji, stwarza kilka przeplatających się ram.
Przypomina to oglądanie filmu, w którym widzimy świadka zdarzenia
rozpoczynającego opowieść, miękkie cięcie i oglądamy rzecz samą. Po chwili
kontynuuje ją inny opowiadacz, w innym czasie i w innym miejscu. Zarzucano
Sapkowskiemu, że stosuje tani chwyt z serialu przerywa w najciekawszym
momencie, by przejść do innego wątku. W czwartym tomie opowieść zaczyna
się niemal od samego końca więc nie niepokoimy się o życie wspominającej
bohaterki, a mimo to książka trzyma w napięciu przez ponad czterysta
stron...
Czy Sapkowski jest geniuszem? Pojawiają się głosy krytyki, ale i Adam
miał swojego Koźmiana... A dziś nikt już nie zastanawia się, czy był on
geniuszem. Ważne jest, że był Wydarzeniem i stworzył Epokę. Sapkowski jest
Homerem polskiej fantasy; nie wiadomo tylko, czy znajdzie swojego
Wergiliusza, Ariosta et caetera.
Przypisy
[1] Materska D., Popiołek E.: Trzy gry Andrzeja Sapkowskiego. Nowa
Fantastyka 1994 nr 8, s. 65.
[2] Przerwę to wyliczanie, choć jest to dobra metoda na napisanie
pracy naukowej. Ukazane tu koncepcje są w większości zupełnie nowe, więc
jeśli dadzą początek zwalczającym się szkołom interpretacji Sapkowskiego,
to wyniki badań tych szkół referowane będą w każdym wstępie BN-owskim do
wydania dzieł za parędziesiąt lat oczywiście. Będzie tam wtedy można podać
ładny przypis, bo myśl z przypisem robi lepsze wrażenie w którego robieniu
ćwiczymy się już od podstawówki jakby bardziej naukowej, nieprawdaż? Jest
udokumentowana (mniejsza o to, czyjego autorstwa to dokument, przypisów i
tak nikt nie czyta).
Monika Hernik
Z zachowaniem oryginalnej pisowni wklepał: Mad Wizard.
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl