AS ZONE:

RECENZJE
Recenzja "Wieży Jaskółki"


Tylko miłość?
[Nowa Fantastyka 2(185)/1998]

    Poprzednia powieść Andrzeja Sapkowskiego "Chrzest ognia" nie wzbudziła
   wielkiego entuzjazmu, zarówno pośród czytelników, jak i krytyków. Trzeci
    tom sagi o wiedźminie odbiegał w swej formie i zawartości od tego, co
  przysparzało autorowi popularności. Standardowa dla fantasy fabuła, prosta
    jak drut konstrukcja, niby znani, ale jacyś niemrawi i nieprzekonujący
    bohaterowie - prowokowało to do pytań o kondycję pisarską autora. Czy
   znudził się opowiadaniem ciągle tej samej historii, czy rozleniwił go i
       rozpuścił poklask tłumu? A może celowe wyciszenie przed finałem?


       Mam  wrażenie,  że  Sapkowski  trochę  się  przeliczył.  Nazwisko nie
  gwarantuje  sukcesu,  knot  spod  ręki mistrza tyle samo wart, co wypociny
  grafomana. W swojej ostatniej książce "Wieża Jaskółki" Sapkowski wziął pod
  uwagę  głosy  krytyki.  Postawił na ciekawość, z jaką czytelnik odnosi się
  zwykle  do  przygód  ulubionych  bohaterów.  Zrezygnował  więc  z  nudnych
  opisów  podróży,  zdając  się  na  pamiętnik  Jaskra.  Podobnie  uczynił z
  dziejami  Ciri, przeplatając tekst opowiadaniem dziewczyny. Obok normalnej
  narracji   pojawiają   się   retrospekcje  oraz  proroctwa  i  wycieczki w
  przyszłość,  podające  w  wątpliwość  sądy  i  gmatwające plany bohaterów.
  Niewątpliwie  urozmaica  to  fabułę, różne formy narracji nie pozwalają na
  znużenie  lekturą.  Ma  się wrażenie, że historia gna przed siebie długimi
  susami,  gdzieniegdzie  tylko dając okazję przyjrzenia się jakiejś scenie.
  Sapkowski  przygotował  w  ten  sposób  grunt  pod ostatni tom sagi. Balon
  ciekawości nadmuchany został do granic możliwości.
       W  "Wieży  Jaskółki"  tajemnica goni tajemnicę, właściwie niczego nie
  można  być  pewnym,  a  wrażenia  postaci  wydają się równie prawdziwe jak
  malowany  elfią  ręką  fioletowy  bizon.  Raczy nas Sapkowski opowieścią o
  Przeznaczeniu  i  nieuchronności  jego spełnienia. Mam jednak wrażenie, że
  czyni  to  z  przymrużeniem  oka.  Cóż to za przeznaczenie, które musi się
  wspierać  na  świadomej  pomocy człowieka? Poza tym czy w zrelatywizowanym
  świecie  pojęć  i wartości jest miejscem na coś tak pewnego? Paradoksalnie
  na  plan  główny  sagi  o  wiedźminie  wysuwa  się  jego  przybrana córka,
  księżniczko-wiedźminka.  To  wokół  niej  koncentrują się stopniowo liczne
  wątki  zawiązane  przez  autora.  Który z nich okaże się epizodem, a który
  wywrze  decydujący  wpływ na fabułę, zadecyduje - mam nadzieję - nie tylko
  przeznaczenie.
       Zbyt długie pozostawianie człowieka w niepewności prowadzi w końcu do
  trywialności.  Z postacią Ciri wiąże się tajemnica, której straszność jest
  tak  straszna,  że aż straszy. Czas na rozwiązanie zagadki i mam nadzieję,
  że  Sapkowski  zaskoczy  nas  jeszcze  niemiłosiernie.  Ciekawe tylko, czy
  pozostanie  wierny koncepcji świata neutralnego, czy odkryje w końcu jakąś
  wartość   nadrzędną,   punkt  odniesienia  pozwalający  wprowadzić  promyk
  nadziei?  Mam oczywiście świadomość, że zakończenie w stylu "...żyli długo
  i  szczęśliwie"  nie  pasuje  ani  do  temperamentu,  ani  do stylu twórcy
  wiedźmina.
       Co  do  tego  ostatniego,  poszedł  autor na kompromis z czytelnikami
  (przynajmniej  z  niektórymi) i pozwolił mu nieco częściej sięgać po broń.
  Stał się jednak zbyt jednoznaczny, zgubił gdzieś po drodze swoje skrupuły,
  wynormalniał,  tracąc  wiele ze swego czaru. Generalnie żałować należy, że
  najbardziej  przyciągające  uwagę postaci Sapkowskiego zostały zredukowane
  do   funkcji  służebnych.  Jaskier  pojawia  się  jako  autor  pamiętnika,
  niewielki  epizodzik  odgrywa  Yenefer[1]. Barwny język, niekonwencjonalne
  zachowanie  bohaterów  były wszakże jednym z głównych atutów Sapkowskiego.
  Brakuje w powieści kogoś, na kim można by zawiesić uwagę.
       "Daj,  ać  ja  pobruszę..."  w ustach figlarnego barda przypomina nam
  jednak,  że powieść jest swoistym żartem, zabawą, z której wnioski i nauki
  trzeba  wyciągać  samemu. Świat przedstawiany przez autora staje się coraz
  brutalniejszy,  materia  góruje nad duchem, a człowiek sprowadzony zostaje
  do   trybika  olbrzymiej  machiny.  Czy  jest  to  aluzja  do  dzisiejszej
  rzeczywistości?   Z   całą   pewnością   można   tak   odbierać  twórczość
  Sapkowskiego,  choć  będzie  to  dość  płytka  konstatacja.  Intelektualna
  zabawa,   gra   schematami   czyni  pisarstwo  Sapkowskiego  interesującym
  przykładem  literatury  sięgającej  do  postmodernizmu,  szereg  odniesień
  skłania  do  zastanowienia  nad  rolą  i  żywotnością  wzorców kulturowych
  obecnych  w  naszym  życiu. Elementy te znajdziemy w czwartym tomie sagi o
  wiedźminie  i niech nikogo nie zwiedzie sensacyjna fabuła. Sapkowski zdaje
  się  wracać  do formy, przygotowując nas do wielkiego finału. Czy zwycięży
  miłość  do  dziecka, czy wyrachowanie, strach i nienawiść? Czy nasze serca
  zostaną  pokrzepione  nadzieją?  Co  tak naprawdę rządzi światem? Miłość i
  wierność - czy wyrachowanie i zdrada?
       Pytania  te  stały  się  punktem stycznym utworu Sapkowskiego i nowej
  powieści   Jacka   Inglota   "Quietus".   Wrocławski   autor   przedstawia
  alternatywną wizję świata, w którym rzymski cesarz Julian Apostata pokonał
  chrześcijan,  wprowadzając  Pax  Romana na terenach Europy, Afryki i Azji.
  Resztki chrześcijan schroniły się w odległym kraju Nipu, gdzie przez wieki
  dominację zdobył żądny rewanżu odłam chrześcijaństwa zwany donatyzmem.
       Inglot  pokazuje  schyłek  starożytności (czy wczesne średniowiecze?)
  jako  świat  fałszywy,  pomyłkę  historii,  która  musi zostać naprawiona.
  Inglot  pisze z pozycji katolika, powtarzając jednak błąd wielu przed nim,
  przypisujących  wartości,  na  których opiera się dzisiejsza kultura, jako
  przynależne  jedynie  chrześcijaństwu.  Pozostawia  to  na  mnie  wrażenie
  doraźności, wyraźnej intencjonalności.
       Przemiana,  na  którą  czeka  świat,  dokonuje  się  najpierw  pośród
  wybranych, zmęczonych jałowością życia, zniechęconych w swoich bezowocnych
  poszukiwaniach  sensu istnienia. Najpierw dotknęło to tytułowego Quietusa.
  Spokój,  z  jakim  przyjmuje  on  swój  los, staje się ziarnem rzuconym na
  podatny  grunt.  Poczucie  winy  i  ciekawość  pchają  jego  przyjaciela i
  denuncjatora  Marcusa  na  drogę  przygody, poszukiwania tych wartości, za
  które  Quietus  oddał życie. Sewer, którego literackim pierwowzorem wydaje
  się być Petroniusz, staje przed świadomością upadku starego świata, z jego
  uzależnieniami  politycznymi,  społecznymi  i  religijnymi. Tylko co ma je
  zastąpić?
       Przemiana   Marcusa   i  Sewera  polega  na  przyjęciu  podstawowej i
  pierwotnej prawdy Kościoła - fundamentem świata jest miłość. Na niej można
  budować  gmach  przyszłości,  dlatego  następcą  Sewera  zostaje  człowiek
  niosący  prawdę  objawioną  przez Jezusa z Nazaretu. Słowiański patrycjusz
  odchodzi jako relikt starego świata. Podobnie Marcus, który poznając jasne
  i  ciemne  strony  nowej  wiary,  dokonuje rachunku sumienia i pogodzony z
  samym  sobą popełnia samobójstwo. Nic nie pozostaje bez kary bądź nagrody.
  Rewolucja pożera swoje dzieci. Tak mówi historia.
       W  przypadku  tego typu utworów zawsze powstaje pytanie o rzeczywiste
  możliwości  zaistnienia  opisywanych  zdarzeń. W przypadku Inglota problem
  jest  o  tyle skomplikowany, że pisze on z godnym podziwu rozmachem. Punkt
  zwrotny historii (jakim jest zwycięstwo cesarza Juliana) i jego następstwa
  dotyczą  całego  świata,  a to z kolei wymaga sporego obeznania z sytuacją
  polityczną,  kulturalną,  społeczną współczesnej bohaterom rzeczywistości.
  Nawet    gdybanie    w    historii   musi   opierać   się   na   rozsądnym
  prawdopodobieństwie.   Oczywiście,   każdy   historyk   wytknie  Inglotowi
  skłonność  do upraszczania procesu dziejowego, brak wyjaśnienia problemów,
  jakie   stały   przed   Cesarstwem  za  rządów  Apostaty.  Inglot  uniknął
  szczególnie  rażących błędów, a na swoją obronę ma fakt zasadniczy: to nie
  historia  jest  głównym tematem powieści. W moim odczuciu jest to wyznanie
  wiary  samego autora, w którego twórczości dostrzec można swoistą ewolucję
  poszukiwania prawd pierwszych. Jakże inne w swej wymowie są wczesne utwory
  wrocławskiego  autora "Dira necessitas", "Konsumenci" czy "Sodomion, czyli
  Prawdziwa  Istność  Bytu"  od choćby "Inquisitora". W którą stroną pójdzie
  teraz  Inglot?  Czy  wyznanie  wiary  w  istnienie ponadczasowych wartości
  zakończyło jakiś etap w życiu i twórczości autora?
       Piszę  te  słowa pod wpływem "Piątego elementu" Luca Bessona. Tam też
  świat  ma możliwość ocalenia dzięki rzeczy zdałoby się zbyt oczywistej, by
  mogło  to  być prawdą. U Sapkowskiego miłość jeszcze walczy z nienawiścią,
  Inglot postawił ją na czele wszelkich wartości, w filmie triumfuje ona nad
  złem.  Świat nam się kurczy do jednego elementu. Czy słusznie? Na to każdy
  musi odpowiedzieć sam.

                                                         Robert Klementowski

                                                     Wklepała: Joanna Słupek

  [1] pisownia oryginalna zachowana

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl