Poprzednia powieść Andrzeja Sapkowskiego "Chrzest ognia" nie wzbudziła
wielkiego entuzjazmu, zarówno pośród czytelników, jak i krytyków. Trzeci
tom sagi o wiedźminie odbiegał w swej formie i zawartości od tego, co
przysparzało autorowi popularności. Standardowa dla fantasy fabuła, prosta
jak drut konstrukcja, niby znani, ale jacyś niemrawi i nieprzekonujący
bohaterowie - prowokowało to do pytań o kondycję pisarską autora. Czy
znudził się opowiadaniem ciągle tej samej historii, czy rozleniwił go i
rozpuścił poklask tłumu? A może celowe wyciszenie przed finałem?
Mam wrażenie, że Sapkowski trochę się przeliczył. Nazwisko nie
gwarantuje sukcesu, knot spod ręki mistrza tyle samo wart, co wypociny
grafomana. W swojej ostatniej książce "Wieża Jaskółki" Sapkowski wziął pod
uwagę głosy krytyki. Postawił na ciekawość, z jaką czytelnik odnosi się
zwykle do przygód ulubionych bohaterów. Zrezygnował więc z nudnych
opisów podróży, zdając się na pamiętnik Jaskra. Podobnie uczynił z
dziejami Ciri, przeplatając tekst opowiadaniem dziewczyny. Obok normalnej
narracji pojawiają się retrospekcje oraz proroctwa i wycieczki w
przyszłość, podające w wątpliwość sądy i gmatwające plany bohaterów.
Niewątpliwie urozmaica to fabułę, różne formy narracji nie pozwalają na
znużenie lekturą. Ma się wrażenie, że historia gna przed siebie długimi
susami, gdzieniegdzie tylko dając okazję przyjrzenia się jakiejś scenie.
Sapkowski przygotował w ten sposób grunt pod ostatni tom sagi. Balon
ciekawości nadmuchany został do granic możliwości.
W "Wieży Jaskółki" tajemnica goni tajemnicę, właściwie niczego nie
można być pewnym, a wrażenia postaci wydają się równie prawdziwe jak
malowany elfią ręką fioletowy bizon. Raczy nas Sapkowski opowieścią o
Przeznaczeniu i nieuchronności jego spełnienia. Mam jednak wrażenie, że
czyni to z przymrużeniem oka. Cóż to za przeznaczenie, które musi się
wspierać na świadomej pomocy człowieka? Poza tym czy w zrelatywizowanym
świecie pojęć i wartości jest miejscem na coś tak pewnego? Paradoksalnie
na plan główny sagi o wiedźminie wysuwa się jego przybrana córka,
księżniczko-wiedźminka. To wokół niej koncentrują się stopniowo liczne
wątki zawiązane przez autora. Który z nich okaże się epizodem, a który
wywrze decydujący wpływ na fabułę, zadecyduje - mam nadzieję - nie tylko
przeznaczenie.
Zbyt długie pozostawianie człowieka w niepewności prowadzi w końcu do
trywialności. Z postacią Ciri wiąże się tajemnica, której straszność jest
tak straszna, że aż straszy. Czas na rozwiązanie zagadki i mam nadzieję,
że Sapkowski zaskoczy nas jeszcze niemiłosiernie. Ciekawe tylko, czy
pozostanie wierny koncepcji świata neutralnego, czy odkryje w końcu jakąś
wartość nadrzędną, punkt odniesienia pozwalający wprowadzić promyk
nadziei? Mam oczywiście świadomość, że zakończenie w stylu "...żyli długo
i szczęśliwie" nie pasuje ani do temperamentu, ani do stylu twórcy
wiedźmina.
Co do tego ostatniego, poszedł autor na kompromis z czytelnikami
(przynajmniej z niektórymi) i pozwolił mu nieco częściej sięgać po broń.
Stał się jednak zbyt jednoznaczny, zgubił gdzieś po drodze swoje skrupuły,
wynormalniał, tracąc wiele ze swego czaru. Generalnie żałować należy, że
najbardziej przyciągające uwagę postaci Sapkowskiego zostały zredukowane
do funkcji służebnych. Jaskier pojawia się jako autor pamiętnika,
niewielki epizodzik odgrywa Yenefer[1]. Barwny język, niekonwencjonalne
zachowanie bohaterów były wszakże jednym z głównych atutów Sapkowskiego.
Brakuje w powieści kogoś, na kim można by zawiesić uwagę.
"Daj, ać ja pobruszę..." w ustach figlarnego barda przypomina nam
jednak, że powieść jest swoistym żartem, zabawą, z której wnioski i nauki
trzeba wyciągać samemu. Świat przedstawiany przez autora staje się coraz
brutalniejszy, materia góruje nad duchem, a człowiek sprowadzony zostaje
do trybika olbrzymiej machiny. Czy jest to aluzja do dzisiejszej
rzeczywistości? Z całą pewnością można tak odbierać twórczość
Sapkowskiego, choć będzie to dość płytka konstatacja. Intelektualna
zabawa, gra schematami czyni pisarstwo Sapkowskiego interesującym
przykładem literatury sięgającej do postmodernizmu, szereg odniesień
skłania do zastanowienia nad rolą i żywotnością wzorców kulturowych
obecnych w naszym życiu. Elementy te znajdziemy w czwartym tomie sagi o
wiedźminie i niech nikogo nie zwiedzie sensacyjna fabuła. Sapkowski zdaje
się wracać do formy, przygotowując nas do wielkiego finału. Czy zwycięży
miłość do dziecka, czy wyrachowanie, strach i nienawiść? Czy nasze serca
zostaną pokrzepione nadzieją? Co tak naprawdę rządzi światem? Miłość i
wierność - czy wyrachowanie i zdrada?
Pytania te stały się punktem stycznym utworu Sapkowskiego i nowej
powieści Jacka Inglota "Quietus". Wrocławski autor przedstawia
alternatywną wizję świata, w którym rzymski cesarz Julian Apostata pokonał
chrześcijan, wprowadzając Pax Romana na terenach Europy, Afryki i Azji.
Resztki chrześcijan schroniły się w odległym kraju Nipu, gdzie przez wieki
dominację zdobył żądny rewanżu odłam chrześcijaństwa zwany donatyzmem.
Inglot pokazuje schyłek starożytności (czy wczesne średniowiecze?)
jako świat fałszywy, pomyłkę historii, która musi zostać naprawiona.
Inglot pisze z pozycji katolika, powtarzając jednak błąd wielu przed nim,
przypisujących wartości, na których opiera się dzisiejsza kultura, jako
przynależne jedynie chrześcijaństwu. Pozostawia to na mnie wrażenie
doraźności, wyraźnej intencjonalności.
Przemiana, na którą czeka świat, dokonuje się najpierw pośród
wybranych, zmęczonych jałowością życia, zniechęconych w swoich bezowocnych
poszukiwaniach sensu istnienia. Najpierw dotknęło to tytułowego Quietusa.
Spokój, z jakim przyjmuje on swój los, staje się ziarnem rzuconym na
podatny grunt. Poczucie winy i ciekawość pchają jego przyjaciela i
denuncjatora Marcusa na drogę przygody, poszukiwania tych wartości, za
które Quietus oddał życie. Sewer, którego literackim pierwowzorem wydaje
się być Petroniusz, staje przed świadomością upadku starego świata, z jego
uzależnieniami politycznymi, społecznymi i religijnymi. Tylko co ma je
zastąpić?
Przemiana Marcusa i Sewera polega na przyjęciu podstawowej i
pierwotnej prawdy Kościoła - fundamentem świata jest miłość. Na niej można
budować gmach przyszłości, dlatego następcą Sewera zostaje człowiek
niosący prawdę objawioną przez Jezusa z Nazaretu. Słowiański patrycjusz
odchodzi jako relikt starego świata. Podobnie Marcus, który poznając jasne
i ciemne strony nowej wiary, dokonuje rachunku sumienia i pogodzony z
samym sobą popełnia samobójstwo. Nic nie pozostaje bez kary bądź nagrody.
Rewolucja pożera swoje dzieci. Tak mówi historia.
W przypadku tego typu utworów zawsze powstaje pytanie o rzeczywiste
możliwości zaistnienia opisywanych zdarzeń. W przypadku Inglota problem
jest o tyle skomplikowany, że pisze on z godnym podziwu rozmachem. Punkt
zwrotny historii (jakim jest zwycięstwo cesarza Juliana) i jego następstwa
dotyczą całego świata, a to z kolei wymaga sporego obeznania z sytuacją
polityczną, kulturalną, społeczną współczesnej bohaterom rzeczywistości.
Nawet gdybanie w historii musi opierać się na rozsądnym
prawdopodobieństwie. Oczywiście, każdy historyk wytknie Inglotowi
skłonność do upraszczania procesu dziejowego, brak wyjaśnienia problemów,
jakie stały przed Cesarstwem za rządów Apostaty. Inglot uniknął
szczególnie rażących błędów, a na swoją obronę ma fakt zasadniczy: to nie
historia jest głównym tematem powieści. W moim odczuciu jest to wyznanie
wiary samego autora, w którego twórczości dostrzec można swoistą ewolucję
poszukiwania prawd pierwszych. Jakże inne w swej wymowie są wczesne utwory
wrocławskiego autora "Dira necessitas", "Konsumenci" czy "Sodomion, czyli
Prawdziwa Istność Bytu" od choćby "Inquisitora". W którą stroną pójdzie
teraz Inglot? Czy wyznanie wiary w istnienie ponadczasowych wartości
zakończyło jakiś etap w życiu i twórczości autora?
Piszę te słowa pod wpływem "Piątego elementu" Luca Bessona. Tam też
świat ma możliwość ocalenia dzięki rzeczy zdałoby się zbyt oczywistej, by
mogło to być prawdą. U Sapkowskiego miłość jeszcze walczy z nienawiścią,
Inglot postawił ją na czele wszelkich wartości, w filmie triumfuje ona nad
złem. Świat nam się kurczy do jednego elementu. Czy słusznie? Na to każdy
musi odpowiedzieć sam.
Robert Klementowski
Wklepała: Joanna Słupek
[1] pisownia oryginalna zachowana
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW
]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl