AS ZONE:

RECENZJE
Recenzja zbioru "Miecz przeznaczenia"


Narodziny mistrza
[Nowa Fantastyka 1(124)/1993]

       Zjawienie  się  Sapkowskiego wśród nas przypomina historyjkę wziętą z
  fantasy,  gdzie  roi się od dobrych duszków czy skrzatów, podpowiadających
  bohaterom, jak pokonać wroga i zdobyć skarb wraz z piękną księżniczką. Tym
  dobrym duszkiem okazał się dla Sapkowskiego jego syn, prosząc, aby napisał
  coś  na  konkurs  literacki  "Fantastyki" AD 1985. Tak powstał "Wiedźmin",
  opowiadanie,  które  rzuciło  wszystkich  na  kolana.  I  tak  oto  został
  Sapkowski  oblubieńcem  Przenajświętszej  Fantastyki  oraz  jednym  z  jej
  mistrzów.  Po  przeczytaniu  tomu  wydanego przez superNową (to komercyjna
  mutacja  starej,  konspiracyjnej  oficyny Nowa) nie mam co do tego żadnych
  wątpliwości.
       Maciej  Parowski  w  notce  na  okładce "Miecza przeznaczenia" nazywa
  autora  rewolucjonistą.  Nie  sądzę,  aby było to słuszne - rewolucjoniści
  zwykli  burzyć,  a  jeśli  już  budować,  to  najwyżej więzienia. Poza tym
  Sapkowski  nie miał co w polskiej fantasy burzyć; przed nim było jej tyle,
  co  kot  napłakał,  a  jeśli  już,  to  przeważnie  stanowiła kalki wzorów
  zachodnich.  Vide  twórczość  Jacka  Piekary, któremu niniejszym przyznaję
  tytuł  Mistrza  Imitacji.  Sapkowski przerasta wszystkich, ponieważ okazał
  się  zdolny do rzeczywistej kreacji. Nie rewolucjonista tedy, lecz twórca,
  budowniczy - świat Geralta z Rivii jest równie doskonały i komplementarny,
  co  te  u  Tolkiena  czy  Le Guin. W Polsce, powiedzmy szczerze, nikt tego
  prócz Sapkowskiego nie dokonał. (*)
       Jasno widać to po opublikowanych właśnie opowiadaniach, których karty
  roją  się  od  wyrazistych  postaci,  świetnie  szkicowanych ledwie paroma
  celnymi określeniami. Nie są to postacie papierowe, prawie w każdej z nich
  tkwi   jej   tylko   właściwy   rys,  skaza  czy  wątpliwość,  czyniąc  ją
  wielowymiarową. Bohaterowie Sapkowskiego są dynamiczni, czegoś nieustannie
  szukają,  kochają  lub  nienawidzą.  Wyjątkiem  byłby  co  najwyżej rybałt
  Jaskier,  ów towarzyszący Geraltowi poetyczny Sancho Pansa - pieczeniarze,
  jak  wiadomo,  są  raczej  statyczni,  co nie znaczy, że niesympatyczni. W
  samym zaś wiedźminie jest coś z Don Kichota - też szuka swej nieosiągalnej
  Dulcynei, uciekającej przed nim czarodziejki Yennefer.
       Reszta   elementów   świata   przedstawionego   zazębia   się   jak w
  szwajcarskim zegarku. Ludzie i cała gama innych istot żyją obok siebie lub
  zwalczają  się  wedle  precyzyjnie  ułożonego  kodeksu. Nie czujemy tu tak
  charakterystycznego   dla   innych   naginania  okoliczności  dla  potrzeb
  rozwijającej  się  akcji.  U  Sapkowskiego  bieg  wypadków  ma cechy wręcz
  realistycznej  rzeczywistości. Znać rękę mistrza - pod względem sprawności
  opowiadania  wydają  się być w prostej linii potomkiem calvinowskiego Ojca
  Opowieści, mitycznego, boskiego przodka wszystkich pisarzy.
       Zwie  dalej  Maciej Parowski Sapkowskiego postmodernistą - z tym mogę
  się zgodzić. Rzeczywiście, autor "Wiedźmina" pożycza skąd się da i jak się
  da.  Przede  wszystkim  z  baśni  -  pierwotnie  przygody  Geralta zostały
  pomyślane  jako  nowe, "prawdziwe" wersje starych bajek. Niemniej historie
  te  są  w  "Mieczu przeznaczenia" coraz bardziej pretekstowe, szkieletowe,
  obrastają  treścią,  która  pochodzi  tylko od Sapkowskiego. Smutne dzieje
  smoka  wawelskiego  w "Granicy możliwości" to jedynie tło dla gry toczącej
  się  między  Geraltem, Yennefer i Borchem. Pierwsza dwójka kontynuuje ją w
  "Okruchu  lodu", gdzie Andersenowska Królowa Śniegu jest jedynie poetyckim
  odniesieniem.  W  innych  utworach  nie  ma  nawet  i  tego, żyją własnym,
  autonomicznym bytem.
       Wiele też zawdzięcza Sapkowski powieści pikarejskiej, łotrzykowskiej.
  Żywcem  jest  stamtąd  przeniesiony Jaskier. Także nie stroniący od figlów
  wiedźmin  ma  w sobie nieco z Dyla Sowizdrzała. Sapkowski jest w naszej SF
  jednym  z nielicznych, którzy potrafią dowcipkować w sposób niewymuszony i
  naprawdę   komiczny.   To,   jak   sądzę,   jest  jedną  z  przyczyn  jego
  popularności.
       Postmodernizm  dość  osobliwie przejawia się także w strefie języka -
  zwykł   Sapkowski   bez   specjalnych  oporów  mieszać  staropolszczyznę z
  określeniami  zupełnie  współczesnymi,  jak  np. sterylny, psychika itp. W
  świetnym,   pikarejskim  opowiadaniu  "Wieczny  ogień"  Geralt  i  Jaskier
  wyschnięci  jak stare beczki szukają z rana nikogo innego, tylko sponsora.
  Parowski  (W  "NF" 12/91) skłonny jest w tym widzieć skryty zamysł autora,
  mający  sugerować,  iż  rzeczywistość  wiedźmina to nasz świat, tyle że po
  kataklizmie  atomowym.  Stąd też tylu nieludzkich mutantów. Wyjaśnienie to
  niewątpliwie  sprytne, mnie się jednak zdaje, iż w równym stopniu może być
  to  wynik  postmodernistycznej mody na językowe kogle-mogle. Być może jest
  to   też   puszczanie  oka  do  czytelnika,  że  te  z  pozoru  całkowicie
  fantastyczne  historie  mają  z nim więcej wspólnego, niż na pierwszy rzut
  oka wygląda.
       No  właśnie  -  współczesność.  Czytając  kolejne  opowiadania z tomu
  dochodziłem  do  wniosku,  że Geralt to człowiek zaplątany w świat fantasy
  jakby  przez  przypadek.  Nie  myślę, aby był, jak twierdzi Parowski ("NF"
  12/91)  podróżnikiem  w czasie, chodziłoby raczej o świat równoległy, inny
  wymiar.  W  rysach  wiedźmina  odnajduję znajome cechy pewnego detektywa -
  zniechęcenie,  gorycz,  świadomość  własnej  niemocy.  Podobnie  tragiczne
  odczucia  ma  bohater Chandlera, Marlowe. Tak jak wiedźmin żyje na granicy
  dwóch  światów.  U  Chandlera  jest  to  prawo  i zbrodnia, u Sapkowskiego
  kultury  ludzi  i  innych,  przedludzkich  jeszcze  istot.  Geralt tak jak
  Marlowe  wie, że nie zmieni biegu wypadków - np. zagłady leśnego królestwa
  driad w tytułowym opowiadaniu "Mieczu przeznaczenia".
       Ton  tragiczny  potęguje  się  z  opowiadania na opowiadanie - moment
  nieuchronnej  konfrontacji  między  ludźmi  a  innymi (elfami, bobołakami,
  krasnoludami, dziwożonami itp.) jest coraz bliższy. Wiedźmin stoi na styku
  dwóch  światów,  właściwie do żadnego nie należąc. Jest przez to podwójnie
  samotny,  wplątany  w wybory, których nie chce. Stąd może tyle pytań o los
  swój  i  świata,  o  przeznaczenie.  Jego  wewnętrzne rozterki to dylematy
  człowieka  w  gruncie  rzeczy  zagubionego, w którego przypadku wędrówka z
  łotrzykowskiej  zabawy  zmieniła się w uporczywe poszukiwanie celu i sensu
  istnienia w obcym świecie - a czyż to nie współczesność właśnie?
       Zebranie  w  tomie opowiadania rozpadają się na dwie wyraźnie odrębne
  grupy - pikarejskie ("Granica możliwości", "Wieczny ogień"), gdzie mamy do
  czynienia z młodszym, weselszym Geraltem, i refleksyjne (tytułowe, "Okruch
  lodu",   "Trochę   poświęcenia",  "Coś  więcej"),  gdzie  bohater  zaczyna
  zastanawiać  się nad swą wiedźmińską dolą. Znak to, iż Sapkowski dotarł do
  granicy,  za  którą  rozpościera  się  już  rasowa powieść. Ma już do niej
  wszystkie   konieczne   elementy   -   ukształtowanego  bohatera,  galerię
  towarzyszących  postaci  (Yennefer, Jaskier, Visenna), a także potencjalny
  watek,  który  już  teraz  łączy  trzy  opowiadania. Chodzi o dzieje Ciri,
  dziecka,  którego  narodziny  zostały  zapowiedziane  w  "Kwestii ceny", a
  pojawiającej  się  w  "Mieczu  przeznaczenia"  i  "Coś  więcej" jako osoba
  niepokojąco  związana  z przyszłymi losami Geralta. Te trzy opowiadania to
  właściwie  początek  powieści,  otwarta  linia  fabularna,  która,  miejmy
  nadzieję, zostanie dalej pociągnięta.
       Postać wiedźmina Geralta niewątpliwie zapewni Sapkowskiemu literacką,
  fantastyczną  nieśmiertelność,  ale  przesadą byłoby zwać go stąd pisarzem
  monokulturowym. Ma już na swoim koncie ciekawe próby horroru ("Muzykanci",
  "Tandaradei!"),  i  to  osadzonego  w  realiach współczesnych, potrafi też
  napisać   tekst   political   fiction  ("W  leju  po  bombie",  w  druku).
  Niewątpliwie  jest pisarzem pełną gębą, przed którym dopiero otwierają się
  właściwe  rejony penetracji. Aż dziw, że można przeżywać tak bujną twórczą
  "młodość"  po  czterdziestce, gdy wielu innych to. co najlepsze, ma już za
  sobą.
       W  latach  siedemdziesiątych  młodzi autorzy SF chcieli pisać tak jak
  Lem,  on był i sevrskim wzorcem doskonałości. Lata osiemdziesiąte to burza
  antylemowskiej  rewolty,  której  wyrazem  albo  i owocem jest Sapkowski -
  próbujący swych sił młodzi jego uznają za mistrza. Lemowskie racje rozumu,
  które  personifikował  Pirx,  ustępują  racjom uczucia, ponieważ Geralt to
  przede  wszystkim  człowiek  wielkiego  serca.  I to chyba za tym tęsknimy
  najbardziej.

                                                                Jacek Inglot

       (*)  Rewolucjonistami  byli  Chrystus,  Picasso, Joyce, a nie jedynie
  Robespierre,  Lenin,  Stalin.  Szkic  "Wiedźmin  Geralt  jako  podróżnik w
  czasie"  czytałeś  nieuważnie  -  większość  Twoich  pozornie polemicznych
  interpretacji też się w nim znalazła (mp)

                                                   [Wklepała: Joanna Słupek]

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl