Byłem kiedyś graczem. Mój scenariusz nosił nazwę "Potop", napisał go
Henryk Sienkiewicz. Odtwarzałem przede wszystkim rolę Kmicica, czasem
Zagłoby czy Wołodyjowskiego. Zasady rozgrywki były bardzo proste - po
zakończeniu kolejnego tomu zamykałem oczy i rozpoczynałem grę...
Dokonywałem tysięcy korekt losów głównego bohatera, dążąc do ulubionego
happy endu, czyli szczęśliwego pożycia z Oleńką.
A potem mi przeszło.
W miarę jak wzrastała moja wiedza o literaturze, zacząłem sobie
uświadamiać, iż jest ona bytem autonomicznym, tworem czysto autorskim.
Pisarz proponuje pewną koncepcję świata, z któą czytelnik może się zgodzić
lub nie - ale której nie ma prawa zmieniać. Autor w stosunku do swego
dzieła sprawuje władzę boską, nikt nie ma prawa się wtrącać, co najwyżej
może podziwiać lub krytykować.
Epokę literatury europejskiej rozpoczyna - moim zdaniem - zarządzenie
tyrana Aten Pizystratosa (VI w. p.n.e.), nakazującego zweryfikować i
ustalić tekst poematów Homera. Od tej pory zaczęło się traktowanie
literatury jako wartości kanonicznej, niezmiennej, a zakończył się czas
ustnych opowieści, dopuszczających rozmaite interpretacje mitów -
łacińskie literatura oznacza "pismo, pisane", zatem nie swobodne gadanie.
Literatura ustna została wygnana z Parnasu i zesłana do wieśniaczej chaty,
stając się częścią folkloru. Ta tęsknota do snucia własnych opowieści
nigdy nie zanikła - czy zatem ruch RPG nie jest przypadkiem renesansem tej
preliteratury?
Ostatnio wśród fanów gier fabularnych podniosły się głosy, że RPG
potrafi być lepsze od tradycyjnej literatury, ponieważ pozwala na wyjście
poza schematy, na swobodną kreację fabuły i bohaterów, tworzenie własnego
świata. Bardzo to efektowne i obrazoburcze - i zarazem całkowicie błędne,
co ostatecznie uświadomiłem sobie w trakcie lektury napisanej przez
Andrzeja Sapkowskiego gry "Oko Yrrhedesa". Przeczytawszy zawarte w książce
scenariusze zadałem sobie pytanie: co z Sapkowskiego-pisarza zostało w
Sapkowskim-autorze gry? Powiedzmy sobie szczerze: prawie nic.
Sukces Sapkowskiego jako pisarza polega na niezwykłości języka,
potrafi on zafascynować czytelnika swoją polszczyzną: giętką, błyskotliwą,
"mięsistą", bogatą i pomysłową w warstwie słownikowej, szatańsko sprawną w
warstwie stylistycznej i składniowej. Sapkowskiemu jako jedynemu
współczesnemu autorowi udało się powtórzyć sukces Sienkiewicza: połączyć
językowy dynamizm z bogactwem frazy i stworzyć opowieść zdolną wciągnąć
każdego. Obaj ci autorzy są dość typowi w fabularnych rozwiązaniach, a
podobnie błyskotliwi językowo.
Co z bogactwa Sapkowego języka zostaje w "Oku Yrrhedesa"? Niewiele,
bo i nie może zostać. Gra składa się z zestawu dość monotonnych
instrukcji, pouczających komu, za co i ile należy się punktów, gdzie
turlać kostkę, gdzie iść, gdzie umierać itd. Sapkowski usiłuje oczywiście
tu i ówdzie dowcipkować, ale wychodzi to marnie - zresztą opis zasad gry
nie temu ma służyć. Same scenariusze obu proponowanych przygód też nie
wydały mi się szczególnie porywające. Tu dopiero wychodzi cała Sapkowa
"typowość" w podejściu do fabuły. Gdyby tę grę napisał ktokolwiek inny,
prawdopodobnie nie zwróciłaby większej uwagi. Wysnuwam stąd prosty
wniosek: jako autor przygód wiedźmina Sapkowski jest nieprzeciętny, jako
twórca scenariuszy RPG nie wyróżnia się niczym szczególnym.
Jak to będzie wyglądało przeniesione na poziom konkretnej gry?
Jeszcze gorzej, jako że już zupełnie odejdziemy od podstawowego waloru
Sapkowskiego, czyli magii jego języka. Nikt mi nie wmówi, że grupa
małolatów, oczytanych w dennych przekładach Howarda, będzie w stanie
stworzyć opowieść równie interesującą jak opowiadanie o wiedźminie.
Językowy poziom młodzieży naszej jest dokładnie żaden (wiem coś o tym jako
wieloletni belfer), bardzo często ma ona poważne trudności z poprawnym
wysłowieniem się. Jak nudna i schematyczna potrafi być wymiana zdań w
czasie gry pokazuje (myślę, że nieświadomie) sam Sapkowski, umieszczając
na początku książki inscenizacje próbnych rozgrywek. Albowiem - jest to
smutna i brutalna prawda - jak poziom książki zależy od klasy pisarza, tak
jakość rozgrywki zależy od intelektualnego poziomu graczy.
Rozegranie jednego ze scenariuszy zawartych w "Oku Yrrhedsa" byłoby
naprawdę fascynujące pod jednym warunkiem: gdyby Mistrzem Gry był sam
Sapkowski. Bez estetycznych ekscytacji dorównujących lekturze jego prozy
gra będzie wyłącznie turlaniem kostki, obliczaniem punktów i młodzieżową
gadką-szmatką.
RPG może być świetną zabawą, o ile do gry zasiądą ciekawi gracze,
nigdy jednak gra nie zastąpi lektury, tak jak nigdy gracz nie stanie się
prawdziwym bohaterem odgrywanych historii. Gracze nie tworzą literatury,
co najwyżej suche reportaże o fikcyjnych, wyobrażonych zdarzeniach. Nawet
jeśli jakaś rozgrywka uda się fenomenalnie, nie będzie można jej powtórzyć
- podobnie jak happeningu. Tu przejawia się wyższość literatury nad RPG.
Sam Sapkowski zdaje sobie zresztą sprawę z ograniczeń gry fabularnej,
podkreślając z naciskiem, że jej celem nie jest nic innego jak dobra
zabawa.
Jacek Inglot
[Wklepał: Mad Wizard]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl