AS ZONE:

RECENZJE
Recenzja "Krwi elfów"


Coś się kończy, coś się zaczyna
[Nowa Fantastyka 11(146)/1994]

       Kiedy  tylko Andrzej Sapkowski zaczął pokazywać się na konwentach SF,
  od  razu  czytelnicy  zaczęli  mu  sugerować, że wiedźmin Geralt to postać
  daleko  wykraczająca poza formę opowiadania. Ten bohater został nakreślony
  z  takim  rozmachem  i  wyrazistością,  że aż prosiło się o powieść. Sam w
  recenzji   z   "Miecza  przeznaczenia"  podsuwałem  Andrzejowi  gotowy  do
  rozwinięcia  wątek:  dzieje  Ciri,  dziewczynki  obiecanej Geraltowi przez
  królową  Cintry,  Calanthe.  No i mamy wreszcie "Krew elfów", pierwszy tom
  sagi o wiedźminie.
       Jeśli  wedle  zasady  pars  pro  toto  sądzić  po  części pierwszej o
  kształcie  całości,  to saga zapowiada się na tomów conajmniej jedenaście.
  "Krew  elfów" to ledwie początek historii, opowiadający o wydarzeniach dwa
  lata   po  bitwie  pod  Sodden.  Wojska  Czterech  Królestw  pokonały  tam
  południowe  cesarstwo  Nilfgaardu,  rządzone totalitarnie przez Emhyra ver
  Emreisa.  Geralt  wraz z odnalezioną po rzezi Cintry dziewczynką udaje się
  do zamku wiedźminów, Kaer Morhen, aby tam odbyła podstawowe przeszkolenie.
  Ciri  jest  Źródłem,  czyli  medium  tajemnych  mocy - ale nie potrafi ich
  kontrolować, dlatego nie wiadomo, przeciwko komu się one obrócą.
       Świat  wiedźmina znajduje się w momencie przełomu; czuło się to już w
  niektórych   wcześniejszych  opowiadaniach.  Krążą  groźne  przepowiednie,
  wieszczące  ostateczną  konfrontację  Dobra  i Zła. Stary świat odchodzi w
  przeszłość,  kształt  nowego  jest  nieznany  i niepokojący. Wszyscy zdają
  sobie  sprawę,  że  coś  się  kończy - królowie i ich poddani, nie-ludzie,
  czarownicy,   nawet  cesarz  Nilfgaardu.  Bitwa  pod  Sodden  niczego  nie
  załatwiła,  w  powietrzu  wisi  nowe,  tym razem ostateczne starcie między
  pluralistycznym  i królestwami Północy a totalitarnym cesarstwem Południa.
  Wszyscy  w oczekiwaniu nadchodzącej rozgrywki chcą mieć Ciri i jej tajemne
  moce  -  Geralt  musi  ją  ukrywać  przed  tajnymi  służbami  i  nasłanymi
  mordercami,  z  których  najgroźniejszy  jest  czarodziej-renegat  Rience,
  uosobienie  zimnego  okrucieństwa.  Dla starzejącego się, zniechęconego do
  świata wiedźmina jest to najważniejsze w jego życiu zadanie.
       Na kartach "Krwi elfów" spotykamy starych znajomych - rybałta Jaskra,
  czarodziejkę  Yennefer,  dobrą  kapłankę  Nenneke czy rubasznego kranoluda
  Yarpena.  Zostają  oni wraz z Geraltem wciągnięci w grę, w której chodzi o
  nie  zdającą  sobie  z  niczego  sprawy  Ciri.  Pojawiają  się też ciekawe
  konotacje  natury  psychologicznej  -  dziewczynka  rywalizuje o Geralta z
  Yennefer,   zaczyna   czuć   się  kobietą.  Z  drugiej  strony  wiedźmin i
  czarodziejka  próbują  odgrywać  wobec osieroconej królewny rolę rodziców.
  Ciekawe, jak to Sapkowski rozwikła.
       Poza  tym  miłośnicy jego talentu dostaną w wystarczającej ilości to,
  do  czego  są  już przyzwyczajeni: wartką akcję, żywy, błyskotliwy dialog,
  efektowne   walki   (Geralt   jak  zwykle  ma  kupę  wrogów),  dynamiczne,
  perfekcyjne  opisy.  Poznajemy  niektóre tajniki wiedźmińskiego szkolenia,
  także  wybrane  zagadnienia  z  magii stosowanej. Po raz pierwszy mamy też
  mapę  wiedźmińskiego  świata  (domagał  się  tego na łamach "Fenixa" Marek
  Oramus),  co  prawda,  nie narysowaną, lecz szczegółowo opisaną w rozmowie
  Ciri  z  młodym adeptem kultu Melite, Jarrem. To logiczne - powieść wymaga
  świata  znacznie  bardziej  uporządkowanego  niż  to  było  w  cyklu  dość
  niefrasobliwie pisanych opowiadań.
       Jedna   rzecz   w   tej  precyzyjnej  powieściowej  konstrukcji  mnie
  zaniepokoiła - podejście Sapkowskiego do języka. Świat wiedźmina Geralta w
  sferze  materialnej  odpowiada  naszemu  późnemu średniowieczu - z drugiej
  strony  co  i  rusz  w  mowach różnych ludzi pojawiają się wszelkiego typu
  kojarzące  się  ze  współczesną nauką profesjonalizmy w rodzaju teleportu,
  intersekcji,  multifikacji,  zmian  somatycznych, alergii, hiperwentylacji
  itp.  -  jest tego mnóstwo. Terminy tego rodzaju brzmią dosyć dziwacznie w
  zestawieniu  ze  staropolską  stylizacją,  dosyć  konsekwentnie  stosowaną
  przez Sapkowskiego. Jest ich tyle, że nie można się wykpić postmodernizmem
  (z którego zresztą autor natrząsa się, gdzie i kiedy może) - trzeba albo z
  nich    zrezygnować,   albo   logicznie   wyjaśnić,   skąd   się   w   tej
  pseudośredniowiecznej rzeczywistości wzięły.
       Podobny brak dyscypliny myślowej daje się zauważyć np. przy wtrąconym
  do  "Krwi  elfów"  motywie  ekologicznym  -  bohaterowie  bez  skrępowania
  dyskutują   o  biotopie  i  niszy  ekologicznej.  Narzekając  na  zatrucie
  środowiska  chyba  lekko  przesadzają:  w  gospodarce  naturalnej  nie  ma
  problemu   z  napradę  groźnymi  ściekami  zawierającymi  metale  ciężkie,
  detergenty  i sztuczne nawozy. Z pospolitymi fekaliami przyroda daje sobie
  radę,  zwłaszcza  przy dość rzadkim zaludnieniu - żadnych oczyszczalni nie
  potrzeba.  Zatem,  mości  Sapkowski, nie mnóżmy bytów nad potrzebę, jak to
  zalecali niejaki Ockham Wilhelm i jego brzytwa.
       Zastrzeżenia  powyższe  bynajmniej  nie  deprecjonują  "Krwi  elfów",
  należy  je  traktować  jako  łyżkę  dziegciu  w  beczce  miodu,  poza  tym
  większości  czytelników nie będą zapewne przeszkadzać. Mnie jednak zależy,
  aby  Sapkowski,  będący  mistrzem  niewątpliwym,  był nim w stu dwudziestu
  procentach. Stać go na to.

                                                                Jacek Inglot

                                                       [Wklepał: Mad Wizard]

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl