Kiedy tylko Andrzej Sapkowski zaczął pokazywać się na konwentach SF,
od razu czytelnicy zaczęli mu sugerować, że wiedźmin Geralt to postać
daleko wykraczająca poza formę opowiadania. Ten bohater został nakreślony
z takim rozmachem i wyrazistością, że aż prosiło się o powieść. Sam w
recenzji z "Miecza przeznaczenia" podsuwałem Andrzejowi gotowy do
rozwinięcia wątek: dzieje Ciri, dziewczynki obiecanej Geraltowi przez
królową Cintry, Calanthe. No i mamy wreszcie "Krew elfów", pierwszy tom
sagi o wiedźminie.
Jeśli wedle zasady pars pro toto sądzić po części pierwszej o
kształcie całości, to saga zapowiada się na tomów conajmniej jedenaście.
"Krew elfów" to ledwie początek historii, opowiadający o wydarzeniach dwa
lata po bitwie pod Sodden. Wojska Czterech Królestw pokonały tam
południowe cesarstwo Nilfgaardu, rządzone totalitarnie przez Emhyra ver
Emreisa. Geralt wraz z odnalezioną po rzezi Cintry dziewczynką udaje się
do zamku wiedźminów, Kaer Morhen, aby tam odbyła podstawowe przeszkolenie.
Ciri jest Źródłem, czyli medium tajemnych mocy - ale nie potrafi ich
kontrolować, dlatego nie wiadomo, przeciwko komu się one obrócą.
Świat wiedźmina znajduje się w momencie przełomu; czuło się to już w
niektórych wcześniejszych opowiadaniach. Krążą groźne przepowiednie,
wieszczące ostateczną konfrontację Dobra i Zła. Stary świat odchodzi w
przeszłość, kształt nowego jest nieznany i niepokojący. Wszyscy zdają
sobie sprawę, że coś się kończy - królowie i ich poddani, nie-ludzie,
czarownicy, nawet cesarz Nilfgaardu. Bitwa pod Sodden niczego nie
załatwiła, w powietrzu wisi nowe, tym razem ostateczne starcie między
pluralistycznym i królestwami Północy a totalitarnym cesarstwem Południa.
Wszyscy w oczekiwaniu nadchodzącej rozgrywki chcą mieć Ciri i jej tajemne
moce - Geralt musi ją ukrywać przed tajnymi służbami i nasłanymi
mordercami, z których najgroźniejszy jest czarodziej-renegat Rience,
uosobienie zimnego okrucieństwa. Dla starzejącego się, zniechęconego do
świata wiedźmina jest to najważniejsze w jego życiu zadanie.
Na kartach "Krwi elfów" spotykamy starych znajomych - rybałta Jaskra,
czarodziejkę Yennefer, dobrą kapłankę Nenneke czy rubasznego kranoluda
Yarpena. Zostają oni wraz z Geraltem wciągnięci w grę, w której chodzi o
nie zdającą sobie z niczego sprawy Ciri. Pojawiają się też ciekawe
konotacje natury psychologicznej - dziewczynka rywalizuje o Geralta z
Yennefer, zaczyna czuć się kobietą. Z drugiej strony wiedźmin i
czarodziejka próbują odgrywać wobec osieroconej królewny rolę rodziców.
Ciekawe, jak to Sapkowski rozwikła.
Poza tym miłośnicy jego talentu dostaną w wystarczającej ilości to,
do czego są już przyzwyczajeni: wartką akcję, żywy, błyskotliwy dialog,
efektowne walki (Geralt jak zwykle ma kupę wrogów), dynamiczne,
perfekcyjne opisy. Poznajemy niektóre tajniki wiedźmińskiego szkolenia,
także wybrane zagadnienia z magii stosowanej. Po raz pierwszy mamy też
mapę wiedźmińskiego świata (domagał się tego na łamach "Fenixa" Marek
Oramus), co prawda, nie narysowaną, lecz szczegółowo opisaną w rozmowie
Ciri z młodym adeptem kultu Melite, Jarrem. To logiczne - powieść wymaga
świata znacznie bardziej uporządkowanego niż to było w cyklu dość
niefrasobliwie pisanych opowiadań.
Jedna rzecz w tej precyzyjnej powieściowej konstrukcji mnie
zaniepokoiła - podejście Sapkowskiego do języka. Świat wiedźmina Geralta w
sferze materialnej odpowiada naszemu późnemu średniowieczu - z drugiej
strony co i rusz w mowach różnych ludzi pojawiają się wszelkiego typu
kojarzące się ze współczesną nauką profesjonalizmy w rodzaju teleportu,
intersekcji, multifikacji, zmian somatycznych, alergii, hiperwentylacji
itp. - jest tego mnóstwo. Terminy tego rodzaju brzmią dosyć dziwacznie w
zestawieniu ze staropolską stylizacją, dosyć konsekwentnie stosowaną
przez Sapkowskiego. Jest ich tyle, że nie można się wykpić postmodernizmem
(z którego zresztą autor natrząsa się, gdzie i kiedy może) - trzeba albo z
nich zrezygnować, albo logicznie wyjaśnić, skąd się w tej
pseudośredniowiecznej rzeczywistości wzięły.
Podobny brak dyscypliny myślowej daje się zauważyć np. przy wtrąconym
do "Krwi elfów" motywie ekologicznym - bohaterowie bez skrępowania
dyskutują o biotopie i niszy ekologicznej. Narzekając na zatrucie
środowiska chyba lekko przesadzają: w gospodarce naturalnej nie ma
problemu z napradę groźnymi ściekami zawierającymi metale ciężkie,
detergenty i sztuczne nawozy. Z pospolitymi fekaliami przyroda daje sobie
radę, zwłaszcza przy dość rzadkim zaludnieniu - żadnych oczyszczalni nie
potrzeba. Zatem, mości Sapkowski, nie mnóżmy bytów nad potrzebę, jak to
zalecali niejaki Ockham Wilhelm i jego brzytwa.
Zastrzeżenia powyższe bynajmniej nie deprecjonują "Krwi elfów",
należy je traktować jako łyżkę dziegciu w beczce miodu, poza tym
większości czytelników nie będą zapewne przeszkadzać. Mnie jednak zależy,
aby Sapkowski, będący mistrzem niewątpliwym, był nim w stu dwudziestu
procentach. Stać go na to.
Jacek Inglot
[Wklepał: Mad Wizard]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl