AS ZONE:

RECENZJE
Recenzja "Świat króla Artura" i "Maladie"


Sapkowski pod znieczuleniem
[Fenix 5(43)/1995]

       Jest  takie  generalnie  słuszne  powiedzenie:  "Styl to człowiek", a
  trafiają  się  ludzie,  w  odniesieniu  do  których  staje się ono jeszcze
  słuszniejsze,  już  nawet  nie  w stu, ale w stupięćdziesięciu procentach.
  Takim  właśnie człowiekiem jest Andrzej Sapkowski. Proszę bardzo, komu się
  chce  wykonać  podobnie  bezużyteczną  robotę, niech przepisze "Wiedźmina"
  zdaniami  drętwymi  jak przeciętny przekład, z dialogiem w języku używanym
  przez  dystrybutorów  wideo  -  taki  obywatel  zaraz  wrzaśnie z odrazą i
  kurcgalopkiem tu przygna, by przyznać mi rację.
       Czasy  przyszły takie, że o kawałek żywej, współczesnej, a smakowitej
  polszczyzny  trudniej  niz o używaną trumnę i - co gorsza - właściwie mało
  kto  ten  brak  odczuwa.  Polak  młody  pasiony  jest  dziś  od małego tak
  koszmarnie  drętwiutkimi  tłumaczonkami,  że  dobrze,  jeśli nie ma w nich
  błędów  gramatycznych  (rzadko  jest dobrze). Polakowi młodemu serwuje się
  filmy  o  swojskich  tytułach  "Unforgiwen"  czy  "Badygułard",  twórczość
  rodzimą  reprezentuje  w jego oczach postawangardowy, dotowany bełkot, a w
  radiu, prasie i telewizji czołowe osobistości życia publicznego jąkają się
  i  dukają,  względnie "chrzanią jak potłuczone". Skutkiem tego Polak młody
  po  prostu  nie wyobraża sobie radości obcowania z żywą, jędrną i dowcipną
  polszczyzną  -  bo  niby  jakim  cudem  mógłby sobie wyobrażać? Kiedy więc
  rzeczony  sięgnie  ręką po któreś z opowiadań o wiedźminie Geralcie, gdzie
  dialog i narracja aż się skrzą, doświadcza uczucia lewitacji. I mniejsza z
  tym,  że  nie ma pojęcia, dlaczego mu się to akurat tak fajnie czyta - nie
  musi go mieć. Obcowanie z dobrym, literackim językiem rozbudza nań apetyt,
  a  w  czasach, gdy mowa ojczysta stacza się do roli jakiegoś niewolniczego
  narzecza, trudno to przecenić. Za to Sapkowskiego lubię i cenię.
       Oczywiście  udatność  Sapkowej  prozy  nie wyczerpuje się na poziomie
  języka,  jakkolwiek  on  właśnie  pozostaje jej główną siłą. Ten przydługi
  wstęp  nie  został  tu  jednak umieszczony li tylko na wiwat. Podjąłem się
  jednak  wykonania  roboty samobójczej: obszernego zrecenzowania najnowszej
  książki   Sapkowskiego,  powstałej  z  połączenia  znanego  już  z  "Nowej
  Fantastyki"  opowiadania "Maladie" i nie publikowanego dotąd szkicu "Świat
  króla Artura". Żeby tę robotę wykonać, a wcześniej wyjaśnić, dlaczego jest
  ona  samobójcza,  skupienie  uwagi  na  języku, na stylu Sapkowskiego jest
  absolutnie niezbędne.
       Pierwsza  refleksja,  do  jakiej  skłania  wspomniana książka, to, że
  prawdomówność  Sapkowskiego  nie  dorównuje jego sprawności językowej. Toż
  człowiek  ten,  odkąd  pamiętam, bożył się przy każdej okazji, iż pisze li
  tylko  dla  mamony,  traktuje  swoją  robotę  jak przyrządzanie posiłków w
  garkuchni,  opinie  krytyków  tyleż go obchodzą, co zeszłoroczny grad, a o
  żadnych artyzmach nawet mu nie wspominaj. Wiedząc, jaką forsę można mieć z
  pisania,  z  dawna  węszyłem  w  tych  oświadczeniach  pozę.  W  ostatnich
  miesiącach  autor  dawał  tego  coraz bardziej wyraźne znaki. "Świat króla
  Artura / Maladie" jest zaś dowodem ostatecznym. Sapkowskiemu nie wystarcza
  by  być  autorem  bestsellerowym  i kasowym. Gdyby wystarczało, trzaskałby
  masowo  kolejne "Wiedźminy", przeplatając kolejne tomy powieściowego cyklu
  promującymi je opowiadaniami, aż do ostatecznego zajeżdżenia bohatera (jak
  się  to  praktykuje na tzw. zgniłym Zachodzie). Sapkowski jednak zapragnął
  uznania krytyków, postanowił zostać Pisarzem przez wielkie P, felietonistą
  i  eseistą.  Zapragnął  chyba  dość mocno, skoro się zdecydował na poważne
  ryzyko,  jakim  jest omawiana tu książka. Opowiadanie "Maladie" nie należy
  do wiedźmińskiego cyklu, fabularnych fajerwerków w nim niewiele, całe jest
  literacką  grą  i  przeciętny fan może je uznać za pośledniejsze w dorobku
  pisarza;  towarzyszący  mu tekst wygląda zaś jak historycznoliteracki esej
  (dlaczego  tylko  wygląda,  o  tym  dalej),  co  też  nie jest formą przez
  czytelników prozy popularnej umiłowaną.
       Z  drugiej  strony miał też Sapkowski powody liczyć, że ryzyko mu się
  opłaci. Długaśny "Piróg", publikowany niegdyś w "Fantastyce", zebrał wszak
  wielce  pochlebne  opinie  czytelników. Co charakterystyczne, nie miała na
  nie  najmniejszego  wpływu  zawartość  merytoryczna rzeczonego "Piroga" (w
  istocie  nie  brakło  w  nim  bzdur),  źródłem sukcesu był - znowu do tego
  wracamy  - język, który pewną czytelniczkę doprowadził do tego, że zwisała
  z  fotela  głowa  w dół i wydawała z siebie różne nieartykułowane dźwięki.
  Jaki argument może jeszcze taką zwisająca czytelniczkę zainteresować? Oto,
  dlaczego   recenzowanie   Sakowskiego   nazwałem   czynnością  samobójczą.
  Recenzent  naściąga poważnych argumentów, faktów czy świadectw, a Sapek na
  to  dictum wsadzi sobie kciuki w uszy i piśnie "thats łajt, łabit", robiąc
  z  niego i całej jego krytycznej aparatury zwykłego leszcza - tym bardziej
  że publiczność będzie za autorem, bo lubi jego opowiadania.
       "Piróg"  odniósł sukces dzięki chwytowi, którego tym razem zastosować
  Sapkowski  nie  mógł.  W  "Pirogu" kpił on i szydził, glanując bez litości
  młodszych  i  słabszych  autorów  fantasy. Niczym innym nie mógłby sprawić
  ludziom  większej  radości. W "Świecie króla Artura" Sapkowski występuje z
  pozycji  wyznawcy.  Taki  też  jest  język, jakim tym razem się posługuje:
  entuzjastyczny.    Rzekłbym   wręcz,   że   egzaltowany.   Ba,   momentami
  bombastyczny. I to od samego początku, cytuję:
       "Są  ludzie,  którzy  nie  pamiętają,  jak nazywał się ojciec Zeusa -
  niewielu jednak znajdzie się takich, którzy nie wiedzą, kim dla Artura był
  Uter  Pendragon.  Są  ludzie,  którzy pojęcia nie mają, kim był Eliasz czy
  Jeremiasz - ale każdy wie, kto to był Merlin (...), każdy wiernie powtórzy
  historię  o  wyciągnięciu  miecza,  utkwionego w głazie lub kowadle (...),
  absolutnie  nikt  nie  zawaha się, gdy przyjdzie mu podać imię narzeczonej
  Tristana  (...) A nazwę Ekskalibur, gwarantuję, każdy przypomni i skojarzy
  sobie od razu".
       Hm!  Powiedziałbym, że aby pokazać całe mnóstwo ludzi, którzy nigdy w
  życiu nie słyszeli o Arturze, Lancelocie i Ekskaliburze, wystarczy podejść
  do  okna  i  machnąć  ręką.  Gdyby zresztą było inaczej, nikt by Sapkowego
  wywodu  do  niczego  nie  potrzebował.  Mniejsza  zresztą  o to: chodzi mi
  jedynie  o  pokazanie stylu, w jakim pisze Sapkowski o micie Atruriańskim.
  Mniej  sprawny autor wyłożyłby się może na nim już w pierwszym rozdziale -
  a i Sapkowskiemu zdarza się tu i tam dość ostro otrzeć o granicę kiczu.
       To  jeden  plan językowy. Pozostają jeszcze dwa. Tam, gdzie Sapkowski
  dokonuje  swoistej  kwerendy, zbierając na użytek czytelnika fakty i wątki
  celtyckich   mitologii,   jest  zazwyczaj  rzeczowy.  Te  partie  stanowią
  większość  tekstu,  skupiają  się  w  jego pierwszej części - moim zdaniem
  najlepszej,  dla  której  najbardziej  warto ten tekst przeczytać - oraz w
  partiach końcowych. Trzeba to podkreślić: jako facet relacjonujący (a może
  i   troszeczkę   kompilujący)   kilkanaście   zachodnich   opracowań  mitu
  arturiańskiego,  wykonuje  Sapkowski  naprawdę  wielką  robotę.  Ze źródeł
  wydłubuje  głównie  konkrety,  pomijając rozległe obszary filologicznych i
  kulturoznawczych  hipotez,  wyprodukowanych przez pokolenia autorów. Czyni
  tak,  ponieważ  zamierza  przedstawić  hipotezę  własną,  do  tego właśnie
  prowadzi  cały  wywód. Przedstawia ją mniej więcej w środku tekstu i tutaj
  też  daje  puentę. Ciekawa konstrukcja - koniec w środku. Co zatem jest na
  końcu?  Owoż  coś,  co na pewno uznają za skarb miłośnicy RPG, a zwłaszcza
  GM-owie: kilkudziesięciostronicowy remanent postaci, wątków i miejsc - a w
  tle  również  tak zwanych bajerów - występujących w różnych wersjach mitu.
  Jeśli  jednak  ktoś  nie  gra  ani nie przymierza się do napisania własnej
  fantasy,  może  miec  pewien  kłopot  z  przebrnięciem przez stos zawiłych
  genealogii  tudzież  niemożliwych  do  wymówienia  imion i nazw, jako i ja
  miałem.
       Jest  wreszcie  i  trzeci  użyty w tym tekście język: ten najbardziej
  lubiany,  sapkowszczyzna  zgryźliwa,  złośliwa, a nawet, można powiedzieć,
  wojująca.   Pojawia   się   ona  tam,  gdzie  mowa  o  historii,  o  epoce
  średniowiecza  i  o  wpływie,  jaki  na  kolejne  wersje mitu miał Kościół
  katolicki. Czyli głównie w części środkowej.
       Sapkowski   przyjmuje   proste   założenie,  którym  tłumaczy  niemal
  wszystko.   Mianowicie:   mit   dlatego   taki  piękny,  że  rzeczywistość
  średniowiecza   była   zła.   Im  straszniejsza  była  rzeczywistość,  tym
  piękniejsze    bajeczki   wymyślali   sobie   ludzie,   im   obrzydliwsi i
  okrutniejsi  byli  prawdziwi rycerze, tym wspanialszych wojowników sadzali
  bardowie przy okrągłym stole, dla kontrastu. Proste? Proste. Powiedziałbym
  więcej: prostackie.
       W istocie, mam tu do Sapkowskiego pretensje największe, jego wiedza o
  średniowieczu   (poza   bronioznawczą)   jest  bardzo  znikoma.  Właściwie
  ogranicza  się  do  kilku  prymitywnych  kalek. Średniowiecze było ciemne,
  ponure  i  złe,  bo  ludzi  wtedy mordowano, wierzono w czary i prowadzono
  wojny,  w  czasie  których całe miasta szły z dymem. Tak to ustaliło sobie
  jakieś  jaśnie  oświecone  oświecenie.  Ustaliło  nie na podstawie jakiśch
  faktów,  bo  takowych  po  prostu  nie znało, ale ideologicznie. Ideologia
  oświecenia  głosiła,  iż  ludzkość  stale  idzie ku lepszemu. Ponieważ zaś
  jaśnie  oświecona  epoka  gilotyny i racjonalizmu (ciekawe, że kult Rozumu
  idzie  zazwyczaj  w  parze  z  masowymi  zbrodniami)  była  pasmem nędzy i
  najpotworniejszych   mordów,  jej  piewcy  musieli  uznać,  iż  w  wiekach
  poprzednich musiało być jeszcze gorzej, tym gorzej, im dalej w przeszłość.
  Ale, zaraz, zaraz, przecież antyk grecki i rzymski był także epoką Rozumu,
  czyż  nie?  W  związku z tym, uradzono, musiało być tak: antyk był OK, ale
  potem  przyszli  barbarzyńcy  i  nastało ciemne, prymitywne średniowiecze,
  epoka, w której wszystko było najgorsze.
       Tak skonstruowana bzdura - mało bzdura, arcydurnota! - ciągnie się po
  historii  jak  smród  po  gaciach,  od lat kilkuset. Pokolenia historyków,
  zamiast  badać  średniowiecze,  uznawały  za  stosowne  pokazywać  jedynie
  przejawy  jego  ciemnoty i zacofania. Właściwie niczego innego w tej epoce
  nie  szukali:  mroki  średniowiecza były dla nich czymś tak bezsprzecznym,
  jak skąpstwo Szkotów czy zbrodnie Inkwizycji.
       A  jednak  w  ostatnich  pięćdziesięciu  latach co nieco się ruszyło.
  Historycy  francuscy  zabrali się do opracowywania nie ruszanych wcześniej
  (!)  archiwów  i  nagle  okazało się, że w owej "ciemnej" epoce na terenie
  jednego  tylko  dzisiejszego  departamentu  postawiono  w ciągu 80 lat 120
  młynów  wodnych.  Jacques  Le  Goff  przeliczał  różne  zachowane  dane na
  wszystkie  możliwe  sposoby  i za każdym razem wychodziło, iż w wieku XIII
  przeciętny wieśniak francuski żył na poziomie, jakiego potem nie zaznał do
  wieku  XIX!  Akurat prace Le Goffa zaczęły się ostatnio w Polsce ukazywać,
  bardzo  polecam  je wszystkim, którzy chcieliby coś na temat średniowiecza
  pisać  i  drukować. Śmieszą czynione przez Sapkowskiego aluzje, jak choćby
  ta  do  rzekomego  nierównouprawnienia  kobiet  w  średniowieczu (a propos
  Ginewry).  Nie  tak  dawno  PIW spolszczył dwie obszerne prace pani Regine
  Pernaud,  mówiąc  nawiasem,  feministki  (rzadki przypadek - feministka, a
  niegłupia!):  "Kobieta  w  czasach  katedr"  i  "Kobieta  w czasach wypraw
  krzyżowych". W obu autorka udowadnia, że była to jedyna bodaj epoka, kiedy
  kobiety  odgrywały  samodzielne  role  w  życiu  publicznym,  a  prawo nie
  traktowało ich jak przedmiotów - co działo się w Rzymie i do czego wrócono
  na fali "odradzania się antycznego humanizmu" w renesansie. Słowem, kulą w
  płot!  I tak samo kulą w płot trafia Sapkowski niemal za każdym razem, gdy
  rzuca  jakieś  ekstremalne stwierdzenie na temat historii. Proszę sięgnąć,
  choćby,  do  Marion  Melville ("Dzieje Templariuszy") albo Pierre'a Chaunu
  ("Czas reform"), żeby już nie wydużać listy.
       Tym,  co Sapkowskiego gubi, jest chyba właśnie jego niezwykła łatwość
  pisania, Jakże lekko i fajnie przekłada się na stylistyczne atrakcje wizję
  świata  prostą  i  czarno-białą,  bez "ale" i "z drugiej strony". Jest, na
  przykład,  w literaturze XX wieku jakaś dziwna tendencja do rehabilitowana
  albigensów.  Wiadomo:  skoro  ich  zwalczał  Kościół,  musieli  byc fajni.
  Sapkowski  po prostu nie wie, że był to jeden z najbardziej zbrodniczych i
  ciemnych kultów w dziejach Europy. Albigensi uważali ciało i cielesność za
  największe   zło,  nienawidzili  świata,  tam,  gdzie  sprawowali  władzę,
  stosowali  bezwzględny  terror, a miłość czy seks - ciekawostka - zakazane
  były  u  nich  absolutnie, zwłaszcza jeśli prowadziły do prokreacji. Gdyby
  autor  coś o tym wiedział, może trudniej by mu było sympatię do albigensów
  łączyć  ze stwierdzeniami, że mnisi, którzy spisali kanoniczną wersję mitu
  arturiańskiego,  zrobili to po to, by kobietom zakazać jedwabiów i miłości
  dworskiej,  a narzucić "klęcznik, włosienicę i różaniec". "Polityka, i nic
  poza  tym" - tyle ma Sapkowski do powiedzenia o ich robocie. I dając upust
  swym  ansom,  nawet  nie  zauważa,  jak ślicznie się podkłada do bicia. Po
  pierwsze,   sławiona   przez   niego   amour   courtois  (miłość  dworska)
  upowszechniła się właśnie pod przemożnym wpływem owej rzekomo "politycznie
  ocenzurowanej"  wersji  mitu.  Po  drugie,  żaden  zajmujący  się  tematem
  literaturoznawca  nie  wątpi,  iż  wersja  zawarta w Wulgacie tworzyła się
  przez dziesięciolecia, są w niej partie starsze i nowsze, analiza językowa
  wskazuje,  że  praca  cystersów  miała  charakter  nie  tyle  autorski, co
  redakcyjny.  Po  trzecie  i najweselsze, odniesiony przez tę wersję sukces
  dowodzi,  iż  lepiej  niż  inne  spełniała  ona  oczekiwania  ludzi epoki.
  Sapkowski   zdaje   się  sugerować,  że  cholerni  mnisi  narzucili  swoją
  propagandę,  której  tak  naprawde  nikt  nie  chciał, bo wszyscy pragnęli
  dworskiej  miłości, a nie "idiosynkrazji ponurych mnichów" (?). Szkoda, że
  nie zdradził autor, jakimże sposobem owi ponurzy mnisi zdołali tego gwałtu
  na  guście  epoki dokonać. Siłą? Cenzurą? Wykupując reklamowe billbordy na
  największych  turniejach?  Jużci,  "czarni" zawsze mają swoje sposoby, ale
  jakaż   szkoda,   że   autor  nie  wykorzystał  takiej  okazji,  żeby  ich
  zdemaskować!
       Utnijmy   ten   wątek,  bo  można  by  polemizować  niemal  z  każdym
  wygłaszanym   przez   Sapkowskiego  zdaniem.  Posługiwanie  się  prostymi,
  nachalnymi   symetriami  i  nadrabianie  niewiedzy  stylistyką  przekreśla
  Sapkowskiego jako eseistę całkowicie - bez względu na to, jak świetnie się
  go czyta.
       Przekreśla  go  także  w  tej  roli  naciąganie  argumentacji. Otóż w
  trakcie  lektury  stopniowo  odsłania  nam  się  myśl, którą autor w swoim
  tekście  zawarł.  Sypiąc  róznymi  wiadomościami  -  ani myślę odmawiać tu
  Sapkowskiemu   arturiańskiej  erudycji,  stwierdzam  tylko,  że  okazywana
  przezeń wiedza nie przechodzi w mądrość - prowadzi Sapkowski do takiej oto
  puenty: tak naprawdę cała legenda opowiada o miłości, a Graal to nikt inny
  tylko  kobieta.  I  nie  byle  jaka  kobieta,  ale Wielka, Biała, Potrójna
  Bogini,  czczona  od  czasów  niepamiętnych aż po dni dzisiejsze. Potrójna
  Bogini  to  uosobienie  kobiecości  w jej zasadniczych stadiach: dziewicy,
  kochanki  i  matki.  Potrójna  Bogini  to miłość i o niej właśnie jest ten
  esej.
       Czyta  się  ten wywód jak powieść Orsona Scotta Carda - póki człowiek
  skacze  wzrokiem ze słowa na słowo, jakoś idzie, ale nie daj Bóg na chwilę
  oderwać  się  od lektury i pomyśleć. Toż na tle wszystkich dotychczasowych
  arturologów   dokonuje   Sapkowski   odkrycia  epokowego!  Ale  na  jakich
  przesłankach?  Że  Marion  Zimmer  Bradley  napisała w swojej powieści, iż
  "Bogów  jest  wielu  i  mają  wiele imion, ale jest tylko jedna Bogini" (w
  odniesieniu  do  jakiejkolwiek  historycznej kultury jest to bzdurą). Że w
  "Mgłach  Avalonu"  autorka  przedstawiła  w przedchrześcijańskiej Brytanii
  właśnie  ową religię, co więcej, "niezwykle sprawnie splotła kult Wielkiej
  Potrójnej  z legendą" (a Kraszewski w "Starej Baśni przedstawił kult Lelum
  i  Polelum). Że jakaś zwariowana sekta, mająca wśród swoich świętych ksiąk
  Tolkiena  i  Le  Guin,  czci  rzeczona  Boginię, używając jako przedmiotów
  kultowych  czary  i  miecza  (sekta,  która  głosi,  że  w  UFO lata Jezus
  Chrystus,  który ewakuuje jej wyznawców w przeddzień wojny atomowej, ma 40
  000  wyznawców  w  samej  Australii).  "Tego,  że  kult Białej Bogini jest
  najstarszym  ze znanych ludzkości, zanegować się nie da" - pisze Sapkowski
  i po raz kolejny jego słowa są co najmniej wątpliwe - w większości znanych
  mi  opracowań  religioznawczych  za  najstarsze  uważa  się  jednak  kulty
  solarne.  Podpiera  się  na  dodatek silnie obecnym w legendzie "misterium
  miłości"  w  stylu  amour  curtois,  jakby nie wiedział, że miłość dworska
  więcej  miała  wspólnego  z  brazylijską  soap-operą lub grą w skata niz z
  miłością w dzisiejszym tego słowa rozumieniu.
       Swe  nowatorskie  odczytania  Graala jako kobiety, a całego mitu jako
  efektu kultu "Wielkiej Potrójnej" uzasadnia Sapkowski, niestety, wyłącznie
  językową egzaltacją.
       "Bo  ja  sądzę, że Graal to kobieta. Aby ją odnaleźć i zdobyć, aby ją
  zrozumieć,  warto poświęcić sporo czasu i wysiłku. I to jest właśnie morał
  -  pisze. I parę stron dalej: "Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma.
  Enigma. Misterium. Cała miłosna literatura świata. Graal to kobieta".
       A  po  chwili  dobija ostatni gwóźdź: "Nie powiem już nic więcej. Nie
  wolno mi".
       Hejże, a to czemu? Czyżby autor juz się zapisał do czcicieli Wielkiej
  Potrójnej  i  jakiś  ichni  kodeks  nakazuje mu "w temacie" bogini trzymać
  język za zębami? "Wygodny kodeks, mości Wiedźminie" - wypada zacytować. Ja
  akurat  dostałem  książkę  za  darmo,  ale szary czytacz płaci za nią koło
  stówy  i  może  jednak  byłoby  ładnie  ze strony autora wyjaśnić mu za te
  pieniądze,  dlaczego,  do licha, Graal ma byc kobietą, na dodatek wielką i
  potrójną, a nie, dajmy na to, tłustym burym kotem?
       Powtórzę:  póki  człowiek  czyta, to czyta, ale jak się zastanowi, ma
  ochotę gwizdać i krzyczeć: Lipa! Autor chyba zdaje sobie z tego sprawę, bo
  oświadcza:  "reszta jest milczeniem" i, aby czytelnikowi osłodzić miałkość
  wywodu,  przystępuje  jak  gdyby  nigdy nic do wspomnianego już remanentu,
  czyli   skarbczyka  game-masterów.  Teraz  już  wiecie  Państwo,  dlaczego
  napisałem,  iż  "Świat  króla Artura" tylko wygląda na esej. Gdyby nie owa
  remanentowa  końcówka,  rzekłbym,  iż w ogóle z założenia nie miał takowym
  być.
       W  istocie  dał  Sapkowski  pod pozorem eseju raczej tekst literacki,
  jakiś  wchodzący w najwyższe emocjonalne diapazony hymn na cześć miłości i
  jej szafarki - kobiety. Nie odgadnę, czy świadomie, czy tak mu wyszło (ale
  stawiam  3:1  na  opcję  nr  2). Choć, z drugiej strony, na opcję pierwszą
  wskzywałaby  obecność  w  tomie  opowiadania  "Maladie",  tekstu o miłości
  właśnie, a przy okazji o legendzie widzianej oczyma jej bohaterów, zarazem
  obdarzonych   zupełnie   współczesną  świadomością.  Tak  się  składa,  że
  osobiście zaliczam "Maladie" do najlepszych opowiadań Sapkowskiego. Jak je
  jednak  mogą  ocenić  czytelnicy  nie  znający  "Tristana  i  Izoldy"  ani
  "Opowieści okrągłego stołu" - nie mam pojęcia.
       Trudno  mi  pisać o przesłaniu książki, taka miłość bowiem, na której
  cześć  napisał swój żarliwy hymn Sapkowski, nie ma nic wspólnego z tym, co
  rozumie  się  pod  tym  słowem  w moim rodzinnym Czerwińsku nad Wisłą. Nie
  chodzi  Sapkowskiemu o to piękne, stateczne uczucie, dzięki któremu ludzie
  zakładaja rodziny, mają dzieci i nieco piękniejsze życie. Miłość w wydaniu
  Sapkowskiego  to  ostra  postać manii prześladowczej, jakiś mroczny obłęd,
  rodem  z  dramatów  Przybyszewskiego,  odbierający  porażonemu człowiekowi
  zmysły  i  rozum.  Nie  mam  pojęcia,  co w tym może pociągać. Bezustannie
  towarzyszyły  mi  przy lekturze słowa, które w "Panu Wołodyjowskim" posyła
  Zagłoba  do  bajerującego o amorach Ketlinga: "a każże z takiego miłowania
  psom szyć buty".
       Mówiąc  krótko,  sławi  Sapkowski  coś,  w  czym  zdaje  się  widzieć
  znieczulenie  na  bóle  tego  świata. Wskazywałyby na to organizująca jego
  wywód antynomia: świat realny, obrzydliwy, podły, niewymownie odrażający -
  i  "rajska  dziedzina ułudy", władana przez Wielką Potrójną, czyli Graala,
  czyli  kobietę.  Kto  się  zakocha,  przechodzi  do owej dziedziny i świat
  zewnętrzny  już  go  boleć  przestaje,  rzekł bym wręcz gminną mową, że mu
  zwisa  jak  Merlinowi  zapuszkowanemu  przez  ukochaną  w  czarnoksięskiej
  ciupie.  Poczciwa  miłość przepoczwarza się więc pod piórem Sapkowskiego w
  jakieś  zniewalające  opium  dla  niewierzących  - tak bym to ujął, gdybym
  musiał recenzję z tej książki ograniczyć do jednego zdania.

                                                        Rafał A. Ziemkiewicz

                                                   [Wklepała: Joanna Słupek]

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl