Recenzja "Świat króla Artura" i "Maladie"
Jest takie generalnie słuszne powiedzenie: "Styl to człowiek", a
trafiają się ludzie, w odniesieniu do których staje się ono jeszcze
słuszniejsze, już nawet nie w stu, ale w stupięćdziesięciu procentach.
Takim właśnie człowiekiem jest Andrzej Sapkowski. Proszę bardzo, komu się
chce wykonać podobnie bezużyteczną robotę, niech przepisze "Wiedźmina"
zdaniami drętwymi jak przeciętny przekład, z dialogiem w języku używanym
przez dystrybutorów wideo - taki obywatel zaraz wrzaśnie z odrazą i
kurcgalopkiem tu przygna, by przyznać mi rację.
Czasy przyszły takie, że o kawałek żywej, współczesnej, a smakowitej
polszczyzny trudniej niz o używaną trumnę i - co gorsza - właściwie mało
kto ten brak odczuwa. Polak młody pasiony jest dziś od małego tak
koszmarnie drętwiutkimi tłumaczonkami, że dobrze, jeśli nie ma w nich
błędów gramatycznych (rzadko jest dobrze). Polakowi młodemu serwuje się
filmy o swojskich tytułach "Unforgiwen" czy "Badygułard", twórczość
rodzimą reprezentuje w jego oczach postawangardowy, dotowany bełkot, a w
radiu, prasie i telewizji czołowe osobistości życia publicznego jąkają się
i dukają, względnie "chrzanią jak potłuczone". Skutkiem tego Polak młody
po prostu nie wyobraża sobie radości obcowania z żywą, jędrną i dowcipną
polszczyzną - bo niby jakim cudem mógłby sobie wyobrażać? Kiedy więc
rzeczony sięgnie ręką po któreś z opowiadań o wiedźminie Geralcie, gdzie
dialog i narracja aż się skrzą, doświadcza uczucia lewitacji. I mniejsza z
tym, że nie ma pojęcia, dlaczego mu się to akurat tak fajnie czyta - nie
musi go mieć. Obcowanie z dobrym, literackim językiem rozbudza nań apetyt,
a w czasach, gdy mowa ojczysta stacza się do roli jakiegoś niewolniczego
narzecza, trudno to przecenić. Za to Sapkowskiego lubię i cenię.
Oczywiście udatność Sapkowej prozy nie wyczerpuje się na poziomie
języka, jakkolwiek on właśnie pozostaje jej główną siłą. Ten przydługi
wstęp nie został tu jednak umieszczony li tylko na wiwat. Podjąłem się
jednak wykonania roboty samobójczej: obszernego zrecenzowania najnowszej
książki Sapkowskiego, powstałej z połączenia znanego już z "Nowej
Fantastyki" opowiadania "Maladie" i nie publikowanego dotąd szkicu "Świat
króla Artura". Żeby tę robotę wykonać, a wcześniej wyjaśnić, dlaczego jest
ona samobójcza, skupienie uwagi na języku, na stylu Sapkowskiego jest
absolutnie niezbędne.
Pierwsza refleksja, do jakiej skłania wspomniana książka, to, że
prawdomówność Sapkowskiego nie dorównuje jego sprawności językowej. Toż
człowiek ten, odkąd pamiętam, bożył się przy każdej okazji, iż pisze li
tylko dla mamony, traktuje swoją robotę jak przyrządzanie posiłków w
garkuchni, opinie krytyków tyleż go obchodzą, co zeszłoroczny grad, a o
żadnych artyzmach nawet mu nie wspominaj. Wiedząc, jaką forsę można mieć z
pisania, z dawna węszyłem w tych oświadczeniach pozę. W ostatnich
miesiącach autor dawał tego coraz bardziej wyraźne znaki. "Świat króla
Artura / Maladie" jest zaś dowodem ostatecznym. Sapkowskiemu nie wystarcza
by być autorem bestsellerowym i kasowym. Gdyby wystarczało, trzaskałby
masowo kolejne "Wiedźminy", przeplatając kolejne tomy powieściowego cyklu
promującymi je opowiadaniami, aż do ostatecznego zajeżdżenia bohatera (jak
się to praktykuje na tzw. zgniłym Zachodzie). Sapkowski jednak zapragnął
uznania krytyków, postanowił zostać Pisarzem przez wielkie P, felietonistą
i eseistą. Zapragnął chyba dość mocno, skoro się zdecydował na poważne
ryzyko, jakim jest omawiana tu książka. Opowiadanie "Maladie" nie należy
do wiedźmińskiego cyklu, fabularnych fajerwerków w nim niewiele, całe jest
literacką grą i przeciętny fan może je uznać za pośledniejsze w dorobku
pisarza; towarzyszący mu tekst wygląda zaś jak historycznoliteracki esej
(dlaczego tylko wygląda, o tym dalej), co też nie jest formą przez
czytelników prozy popularnej umiłowaną.
Z drugiej strony miał też Sapkowski powody liczyć, że ryzyko mu się
opłaci. Długaśny "Piróg", publikowany niegdyś w "Fantastyce", zebrał wszak
wielce pochlebne opinie czytelników. Co charakterystyczne, nie miała na
nie najmniejszego wpływu zawartość merytoryczna rzeczonego "Piroga" (w
istocie nie brakło w nim bzdur), źródłem sukcesu był - znowu do tego
wracamy - język, który pewną czytelniczkę doprowadził do tego, że zwisała
z fotela głowa w dół i wydawała z siebie różne nieartykułowane dźwięki.
Jaki argument może jeszcze taką zwisająca czytelniczkę zainteresować? Oto,
dlaczego recenzowanie Sakowskiego nazwałem czynnością samobójczą.
Recenzent naściąga poważnych argumentów, faktów czy świadectw, a Sapek na
to dictum wsadzi sobie kciuki w uszy i piśnie "thats łajt, łabit", robiąc
z niego i całej jego krytycznej aparatury zwykłego leszcza - tym bardziej
że publiczność będzie za autorem, bo lubi jego opowiadania.
"Piróg" odniósł sukces dzięki chwytowi, którego tym razem zastosować
Sapkowski nie mógł. W "Pirogu" kpił on i szydził, glanując bez litości
młodszych i słabszych autorów fantasy. Niczym innym nie mógłby sprawić
ludziom większej radości. W "Świecie króla Artura" Sapkowski występuje z
pozycji wyznawcy. Taki też jest język, jakim tym razem się posługuje:
entuzjastyczny. Rzekłbym wręcz, że egzaltowany. Ba, momentami
bombastyczny. I to od samego początku, cytuję:
"Są ludzie, którzy nie pamiętają, jak nazywał się ojciec Zeusa -
niewielu jednak znajdzie się takich, którzy nie wiedzą, kim dla Artura był
Uter Pendragon. Są ludzie, którzy pojęcia nie mają, kim był Eliasz czy
Jeremiasz - ale każdy wie, kto to był Merlin (...), każdy wiernie powtórzy
historię o wyciągnięciu miecza, utkwionego w głazie lub kowadle (...),
absolutnie nikt nie zawaha się, gdy przyjdzie mu podać imię narzeczonej
Tristana (...) A nazwę Ekskalibur, gwarantuję, każdy przypomni i skojarzy
sobie od razu".
Hm! Powiedziałbym, że aby pokazać całe mnóstwo ludzi, którzy nigdy w
życiu nie słyszeli o Arturze, Lancelocie i Ekskaliburze, wystarczy podejść
do okna i machnąć ręką. Gdyby zresztą było inaczej, nikt by Sapkowego
wywodu do niczego nie potrzebował. Mniejsza zresztą o to: chodzi mi
jedynie o pokazanie stylu, w jakim pisze Sapkowski o micie Atruriańskim.
Mniej sprawny autor wyłożyłby się może na nim już w pierwszym rozdziale -
a i Sapkowskiemu zdarza się tu i tam dość ostro otrzeć o granicę kiczu.
To jeden plan językowy. Pozostają jeszcze dwa. Tam, gdzie Sapkowski
dokonuje swoistej kwerendy, zbierając na użytek czytelnika fakty i wątki
celtyckich mitologii, jest zazwyczaj rzeczowy. Te partie stanowią
większość tekstu, skupiają się w jego pierwszej części - moim zdaniem
najlepszej, dla której najbardziej warto ten tekst przeczytać - oraz w
partiach końcowych. Trzeba to podkreślić: jako facet relacjonujący (a może
i troszeczkę kompilujący) kilkanaście zachodnich opracowań mitu
arturiańskiego, wykonuje Sapkowski naprawdę wielką robotę. Ze źródeł
wydłubuje głównie konkrety, pomijając rozległe obszary filologicznych i
kulturoznawczych hipotez, wyprodukowanych przez pokolenia autorów. Czyni
tak, ponieważ zamierza przedstawić hipotezę własną, do tego właśnie
prowadzi cały wywód. Przedstawia ją mniej więcej w środku tekstu i tutaj
też daje puentę. Ciekawa konstrukcja - koniec w środku. Co zatem jest na
końcu? Owoż coś, co na pewno uznają za skarb miłośnicy RPG, a zwłaszcza
GM-owie: kilkudziesięciostronicowy remanent postaci, wątków i miejsc - a w
tle również tak zwanych bajerów - występujących w różnych wersjach mitu.
Jeśli jednak ktoś nie gra ani nie przymierza się do napisania własnej
fantasy, może miec pewien kłopot z przebrnięciem przez stos zawiłych
genealogii tudzież niemożliwych do wymówienia imion i nazw, jako i ja
miałem.
Jest wreszcie i trzeci użyty w tym tekście język: ten najbardziej
lubiany, sapkowszczyzna zgryźliwa, złośliwa, a nawet, można powiedzieć,
wojująca. Pojawia się ona tam, gdzie mowa o historii, o epoce
średniowiecza i o wpływie, jaki na kolejne wersje mitu miał Kościół
katolicki. Czyli głównie w części środkowej.
Sapkowski przyjmuje proste założenie, którym tłumaczy niemal
wszystko. Mianowicie: mit dlatego taki piękny, że rzeczywistość
średniowiecza była zła. Im straszniejsza była rzeczywistość, tym
piękniejsze bajeczki wymyślali sobie ludzie, im obrzydliwsi i
okrutniejsi byli prawdziwi rycerze, tym wspanialszych wojowników sadzali
bardowie przy okrągłym stole, dla kontrastu. Proste? Proste. Powiedziałbym
więcej: prostackie.
W istocie, mam tu do Sapkowskiego pretensje największe, jego wiedza o
średniowieczu (poza bronioznawczą) jest bardzo znikoma. Właściwie
ogranicza się do kilku prymitywnych kalek. Średniowiecze było ciemne,
ponure i złe, bo ludzi wtedy mordowano, wierzono w czary i prowadzono
wojny, w czasie których całe miasta szły z dymem. Tak to ustaliło sobie
jakieś jaśnie oświecone oświecenie. Ustaliło nie na podstawie jakiśch
faktów, bo takowych po prostu nie znało, ale ideologicznie. Ideologia
oświecenia głosiła, iż ludzkość stale idzie ku lepszemu. Ponieważ zaś
jaśnie oświecona epoka gilotyny i racjonalizmu (ciekawe, że kult Rozumu
idzie zazwyczaj w parze z masowymi zbrodniami) była pasmem nędzy i
najpotworniejszych mordów, jej piewcy musieli uznać, iż w wiekach
poprzednich musiało być jeszcze gorzej, tym gorzej, im dalej w przeszłość.
Ale, zaraz, zaraz, przecież antyk grecki i rzymski był także epoką Rozumu,
czyż nie? W związku z tym, uradzono, musiało być tak: antyk był OK, ale
potem przyszli barbarzyńcy i nastało ciemne, prymitywne średniowiecze,
epoka, w której wszystko było najgorsze.
Tak skonstruowana bzdura - mało bzdura, arcydurnota! - ciągnie się po
historii jak smród po gaciach, od lat kilkuset. Pokolenia historyków,
zamiast badać średniowiecze, uznawały za stosowne pokazywać jedynie
przejawy jego ciemnoty i zacofania. Właściwie niczego innego w tej epoce
nie szukali: mroki średniowiecza były dla nich czymś tak bezsprzecznym,
jak skąpstwo Szkotów czy zbrodnie Inkwizycji.
A jednak w ostatnich pięćdziesięciu latach co nieco się ruszyło.
Historycy francuscy zabrali się do opracowywania nie ruszanych wcześniej
(!) archiwów i nagle okazało się, że w owej "ciemnej" epoce na terenie
jednego tylko dzisiejszego departamentu postawiono w ciągu 80 lat 120
młynów wodnych. Jacques Le Goff przeliczał różne zachowane dane na
wszystkie możliwe sposoby i za każdym razem wychodziło, iż w wieku XIII
przeciętny wieśniak francuski żył na poziomie, jakiego potem nie zaznał do
wieku XIX! Akurat prace Le Goffa zaczęły się ostatnio w Polsce ukazywać,
bardzo polecam je wszystkim, którzy chcieliby coś na temat średniowiecza
pisać i drukować. Śmieszą czynione przez Sapkowskiego aluzje, jak choćby
ta do rzekomego nierównouprawnienia kobiet w średniowieczu (a propos
Ginewry). Nie tak dawno PIW spolszczył dwie obszerne prace pani Regine
Pernaud, mówiąc nawiasem, feministki (rzadki przypadek - feministka, a
niegłupia!): "Kobieta w czasach katedr" i "Kobieta w czasach wypraw
krzyżowych". W obu autorka udowadnia, że była to jedyna bodaj epoka, kiedy
kobiety odgrywały samodzielne role w życiu publicznym, a prawo nie
traktowało ich jak przedmiotów - co działo się w Rzymie i do czego wrócono
na fali "odradzania się antycznego humanizmu" w renesansie. Słowem, kulą w
płot! I tak samo kulą w płot trafia Sapkowski niemal za każdym razem, gdy
rzuca jakieś ekstremalne stwierdzenie na temat historii. Proszę sięgnąć,
choćby, do Marion Melville ("Dzieje Templariuszy") albo Pierre'a Chaunu
("Czas reform"), żeby już nie wydużać listy.
Tym, co Sapkowskiego gubi, jest chyba właśnie jego niezwykła łatwość
pisania, Jakże lekko i fajnie przekłada się na stylistyczne atrakcje wizję
świata prostą i czarno-białą, bez "ale" i "z drugiej strony". Jest, na
przykład, w literaturze XX wieku jakaś dziwna tendencja do rehabilitowana
albigensów. Wiadomo: skoro ich zwalczał Kościół, musieli byc fajni.
Sapkowski po prostu nie wie, że był to jeden z najbardziej zbrodniczych i
ciemnych kultów w dziejach Europy. Albigensi uważali ciało i cielesność za
największe zło, nienawidzili świata, tam, gdzie sprawowali władzę,
stosowali bezwzględny terror, a miłość czy seks - ciekawostka - zakazane
były u nich absolutnie, zwłaszcza jeśli prowadziły do prokreacji. Gdyby
autor coś o tym wiedział, może trudniej by mu było sympatię do albigensów
łączyć ze stwierdzeniami, że mnisi, którzy spisali kanoniczną wersję mitu
arturiańskiego, zrobili to po to, by kobietom zakazać jedwabiów i miłości
dworskiej, a narzucić "klęcznik, włosienicę i różaniec". "Polityka, i nic
poza tym" - tyle ma Sapkowski do powiedzenia o ich robocie. I dając upust
swym ansom, nawet nie zauważa, jak ślicznie się podkłada do bicia. Po
pierwsze, sławiona przez niego amour courtois (miłość dworska)
upowszechniła się właśnie pod przemożnym wpływem owej rzekomo "politycznie
ocenzurowanej" wersji mitu. Po drugie, żaden zajmujący się tematem
literaturoznawca nie wątpi, iż wersja zawarta w Wulgacie tworzyła się
przez dziesięciolecia, są w niej partie starsze i nowsze, analiza językowa
wskazuje, że praca cystersów miała charakter nie tyle autorski, co
redakcyjny. Po trzecie i najweselsze, odniesiony przez tę wersję sukces
dowodzi, iż lepiej niż inne spełniała ona oczekiwania ludzi epoki.
Sapkowski zdaje się sugerować, że cholerni mnisi narzucili swoją
propagandę, której tak naprawde nikt nie chciał, bo wszyscy pragnęli
dworskiej miłości, a nie "idiosynkrazji ponurych mnichów" (?). Szkoda, że
nie zdradził autor, jakimże sposobem owi ponurzy mnisi zdołali tego gwałtu
na guście epoki dokonać. Siłą? Cenzurą? Wykupując reklamowe billbordy na
największych turniejach? Jużci, "czarni" zawsze mają swoje sposoby, ale
jakaż szkoda, że autor nie wykorzystał takiej okazji, żeby ich
zdemaskować!
Utnijmy ten wątek, bo można by polemizować niemal z każdym
wygłaszanym przez Sapkowskiego zdaniem. Posługiwanie się prostymi,
nachalnymi symetriami i nadrabianie niewiedzy stylistyką przekreśla
Sapkowskiego jako eseistę całkowicie - bez względu na to, jak świetnie się
go czyta.
Przekreśla go także w tej roli naciąganie argumentacji. Otóż w
trakcie lektury stopniowo odsłania nam się myśl, którą autor w swoim
tekście zawarł. Sypiąc róznymi wiadomościami - ani myślę odmawiać tu
Sapkowskiemu arturiańskiej erudycji, stwierdzam tylko, że okazywana
przezeń wiedza nie przechodzi w mądrość - prowadzi Sapkowski do takiej oto
puenty: tak naprawdę cała legenda opowiada o miłości, a Graal to nikt inny
tylko kobieta. I nie byle jaka kobieta, ale Wielka, Biała, Potrójna
Bogini, czczona od czasów niepamiętnych aż po dni dzisiejsze. Potrójna
Bogini to uosobienie kobiecości w jej zasadniczych stadiach: dziewicy,
kochanki i matki. Potrójna Bogini to miłość i o niej właśnie jest ten
esej.
Czyta się ten wywód jak powieść Orsona Scotta Carda - póki człowiek
skacze wzrokiem ze słowa na słowo, jakoś idzie, ale nie daj Bóg na chwilę
oderwać się od lektury i pomyśleć. Toż na tle wszystkich dotychczasowych
arturologów dokonuje Sapkowski odkrycia epokowego! Ale na jakich
przesłankach? Że Marion Zimmer Bradley napisała w swojej powieści, iż
"Bogów jest wielu i mają wiele imion, ale jest tylko jedna Bogini" (w
odniesieniu do jakiejkolwiek historycznej kultury jest to bzdurą). Że w
"Mgłach Avalonu" autorka przedstawiła w przedchrześcijańskiej Brytanii
właśnie ową religię, co więcej, "niezwykle sprawnie splotła kult Wielkiej
Potrójnej z legendą" (a Kraszewski w "Starej Baśni przedstawił kult Lelum
i Polelum). Że jakaś zwariowana sekta, mająca wśród swoich świętych ksiąk
Tolkiena i Le Guin, czci rzeczona Boginię, używając jako przedmiotów
kultowych czary i miecza (sekta, która głosi, że w UFO lata Jezus
Chrystus, który ewakuuje jej wyznawców w przeddzień wojny atomowej, ma 40
000 wyznawców w samej Australii). "Tego, że kult Białej Bogini jest
najstarszym ze znanych ludzkości, zanegować się nie da" - pisze Sapkowski
i po raz kolejny jego słowa są co najmniej wątpliwe - w większości znanych
mi opracowań religioznawczych za najstarsze uważa się jednak kulty
solarne. Podpiera się na dodatek silnie obecnym w legendzie "misterium
miłości" w stylu amour curtois, jakby nie wiedział, że miłość dworska
więcej miała wspólnego z brazylijską soap-operą lub grą w skata niz z
miłością w dzisiejszym tego słowa rozumieniu.
Swe nowatorskie odczytania Graala jako kobiety, a całego mitu jako
efektu kultu "Wielkiej Potrójnej" uzasadnia Sapkowski, niestety, wyłącznie
językową egzaltacją.
"Bo ja sądzę, że Graal to kobieta. Aby ją odnaleźć i zdobyć, aby ją
zrozumieć, warto poświęcić sporo czasu i wysiłku. I to jest właśnie morał
- pisze. I parę stron dalej: "Jest tylko Beatrycze. I właśnie jej nie ma.
Enigma. Misterium. Cała miłosna literatura świata. Graal to kobieta".
A po chwili dobija ostatni gwóźdź: "Nie powiem już nic więcej. Nie
wolno mi".
Hejże, a to czemu? Czyżby autor juz się zapisał do czcicieli Wielkiej
Potrójnej i jakiś ichni kodeks nakazuje mu "w temacie" bogini trzymać
język za zębami? "Wygodny kodeks, mości Wiedźminie" - wypada zacytować. Ja
akurat dostałem książkę za darmo, ale szary czytacz płaci za nią koło
stówy i może jednak byłoby ładnie ze strony autora wyjaśnić mu za te
pieniądze, dlaczego, do licha, Graal ma byc kobietą, na dodatek wielką i
potrójną, a nie, dajmy na to, tłustym burym kotem?
Powtórzę: póki człowiek czyta, to czyta, ale jak się zastanowi, ma
ochotę gwizdać i krzyczeć: Lipa! Autor chyba zdaje sobie z tego sprawę, bo
oświadcza: "reszta jest milczeniem" i, aby czytelnikowi osłodzić miałkość
wywodu, przystępuje jak gdyby nigdy nic do wspomnianego już remanentu,
czyli skarbczyka game-masterów. Teraz już wiecie Państwo, dlaczego
napisałem, iż "Świat króla Artura" tylko wygląda na esej. Gdyby nie owa
remanentowa końcówka, rzekłbym, iż w ogóle z założenia nie miał takowym
być.
W istocie dał Sapkowski pod pozorem eseju raczej tekst literacki,
jakiś wchodzący w najwyższe emocjonalne diapazony hymn na cześć miłości i
jej szafarki - kobiety. Nie odgadnę, czy świadomie, czy tak mu wyszło (ale
stawiam 3:1 na opcję nr 2). Choć, z drugiej strony, na opcję pierwszą
wskzywałaby obecność w tomie opowiadania "Maladie", tekstu o miłości
właśnie, a przy okazji o legendzie widzianej oczyma jej bohaterów, zarazem
obdarzonych zupełnie współczesną świadomością. Tak się składa, że
osobiście zaliczam "Maladie" do najlepszych opowiadań Sapkowskiego. Jak je
jednak mogą ocenić czytelnicy nie znający "Tristana i Izoldy" ani
"Opowieści okrągłego stołu" - nie mam pojęcia.
Trudno mi pisać o przesłaniu książki, taka miłość bowiem, na której
cześć napisał swój żarliwy hymn Sapkowski, nie ma nic wspólnego z tym, co
rozumie się pod tym słowem w moim rodzinnym Czerwińsku nad Wisłą. Nie
chodzi Sapkowskiemu o to piękne, stateczne uczucie, dzięki któremu ludzie
zakładaja rodziny, mają dzieci i nieco piękniejsze życie. Miłość w wydaniu
Sapkowskiego to ostra postać manii prześladowczej, jakiś mroczny obłęd,
rodem z dramatów Przybyszewskiego, odbierający porażonemu człowiekowi
zmysły i rozum. Nie mam pojęcia, co w tym może pociągać. Bezustannie
towarzyszyły mi przy lekturze słowa, które w "Panu Wołodyjowskim" posyła
Zagłoba do bajerującego o amorach Ketlinga: "a każże z takiego miłowania
psom szyć buty".
Mówiąc krótko, sławi Sapkowski coś, w czym zdaje się widzieć
znieczulenie na bóle tego świata. Wskazywałyby na to organizująca jego
wywód antynomia: świat realny, obrzydliwy, podły, niewymownie odrażający -
i "rajska dziedzina ułudy", władana przez Wielką Potrójną, czyli Graala,
czyli kobietę. Kto się zakocha, przechodzi do owej dziedziny i świat
zewnętrzny już go boleć przestaje, rzekł bym wręcz gminną mową, że mu
zwisa jak Merlinowi zapuszkowanemu przez ukochaną w czarnoksięskiej
ciupie. Poczciwa miłość przepoczwarza się więc pod piórem Sapkowskiego w
jakieś zniewalające opium dla niewierzących - tak bym to ujął, gdybym
musiał recenzję z tej książki ograniczyć do jednego zdania.
Rafał A. Ziemkiewicz
[Wklepała: Joanna Słupek]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl