Oczekiwana przez wielbicieli Sapkowskiego (i nie tylko) "Wieża
jaskółki" weszła na rynek z niespotykanym dotychczas zadęciem - Gazeta
Wyborcza zamieściła w pierwszym dniu sprzedaży panegiryczny artykuł
Wojciecha Orlińskiego. Artykuł był zresztą - łagodnie mówić - niemądry:
kolejny tom "sagi" doprawdy nie kończy się "czymś w rodzaju happy endu", a
to, skąd autor wziął "wspaniałą scenę kulminacyjnego pojedynku", pozostaje
jego słodką (?) tajemnicą. Finałowa walka Ciri z prześladowcami nie jest -
jako żywo - pojedynkiem. Zaś zajmujące prawie połowę artykułu porównanie
twórczości Sapkowskiego i Tolkiena wypada żenująco, gdyż autor dość
gruntownie nie rozumie tego drugiego. Inna rzecz, że jest to interesujące
zagadnienie.
Ta książka udała się Sapkowskiemu znacznie bardziej niż nie tylko
"Chrzest Ognia", ale i "Czas Pogardy". Czyta się ją znakomicie.
Niespotykana dotąd, "szufladkowa" technika poprowadzenia wątku Ciri, choć
nie ułatwia lektury, wciąga tym bardziej, a także daje namiastkę
samodzielności fabularnej tego tomu. Zerwanie ciągłości narracji (losy
Geralta zostają podjęte kilka miesięcy po bitwie na moście, kończącej
Chrzest ognia) także wyszło opowieści na dobre. Wreszcie "Wieża..." kończy
się też wyraźną cezurą - Ciri dociera do Tor Zireael, Wieży Jaskółki,
gdzie przechodzi do innej sfery rzeczywistości. Będzie już kimś innym. Kim
- dowiemy się za rok.
Mamy tu ASa w najlepszej formie - gawędziarza, złośliwca, aluzjonistę
i facecjonistę. Wprawdzie "postmodernistyczny" dialog ze współczesnością
zajmuje tu mniej miejsca niż w poprzednich tomach, jest on intensywniejszy
- i chyba głębszy. Choć motta zaczerpnięte z Tolkiena, a zwłaszcza z
Bettelheima są niewątpliwym zgrzytem. Mniej razi (mnie rozbawił)
bezpośredni cytat z Potopu (nie zdradzę, gdzie - poszukajcie sami). Więcej
tu jednak niż w poprzednich tomach okrucieństwa, wręcz potworności - autor
najwyraźniej lubuje się w takich opisach. Ale też są one lepiej osadzone w
konwencji, zapewne dlatego, że nie ma tu działań wojennych, które
Sapkowski za bardzo postrzega przez pryzmat doświadczeń naszego stulecia.
Jednak opowieść o Ciri ("Wieża jaskółki" przekonuje ostatecznie, że
to nie jest "saga o wiedźminie", tj. Geralcie) jest zbytnio obciążona tymi
okropieństwami. Podczas lektury przypomniała mi się opinia PWC, że
Donaldson jest głębszy od Tolkiena, ale nie wracam do niego, bo jego
książki odbierają chęć do życia. Z tą rzecz jasna poprawką, że Sapkowski
ponad wszelką wątpliwość nie jest głębszy od Tolkiena (ani Donaldsona). I
że nie snuje on opowieści o walce dobra ze złem, jak tamci autorzy (i
niemal wszyscy twórcy fantasy).
Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły powiem, że coraz więcej wskazuje
na to, iż "Coś się kończy, coś się zaczyna" było tylko żartem, że nie
należy traktować go jako wskazówki co do finału "sagi". Tym bardziej, że w
tamtym opowiadaniu Wiedźminlandia (określenie zaczerpnięte ze strony www,
której adres podano w książce; zręczniej brzmiałoby chyba Wiedźminia)
znajduje się najwyraźniej w Ameryce, tu zaś - w innym świecie, nie na
"naszej" Ziemi. Po raz pierwszy bowiem daje Sapkowski wyraźną wskazówkę -
ludzie wtargnęli tu podczas Koniunkcji Sfer, są - a raczej byli - obcy w
tym świecie, który nieuchronnie zdominują, chyba że... Cóż, zobaczymy w
piątej części, kogo Sapkowski zechce zniszczyć, kogo zaś ułaskawi.
Warto poświęcić chwilę uwagi grom językowym Sapkowskiego. Z rozmachem
czerpie on słowa, nazwy i imiona z różnych języków europejskich, czasem
bawi się pozornymi błędami, jak np. używając rusycyzmu "po koniach" (pa
kaniam) zamiast polskiej formy "w konie", czy ukrainizmu "niewidymka",
albo podsuwając dwie równorzędne interpretacje etymologiczne "ksenoglazu":
angielskie glass (szkło) i rosyjskie głaz (oko). Jedno z określeń bandytów
brzmi tu "rezun" (z ukraińskiego), o co zresztą dziennikarz Naszego Słowa
(pismo Związku Ukraińców w Polsce) miał do Sapka pretensję. Obok
staroniemieckiej "hanzy" mamy brzmiący z ukraińska neologizm,
"hulajpartię", Las Myrkvid to nic innego, jak Mirkwood (w polskich
przekładach Tolkiena - Mroczna Puszcza), Toussaint i Angouleme brzmią z
francuska, Dijkstra - z niderlandzka, Vysogota - słowiańsko, a Wyzima jest
chyba urobiona od Vidzeme (jeden z okręgów Łotwy). Imię jednego z
bohaterów brzmi Houvenaghel, czyli hufnal, gwóźdź do podków (niewielu
pamięta, że było w polszczyźnie takie słowo) - szkoda, że nie ma on "pary"
imieniem Brethenaghel (bretnal, inny rodzaj gwoździa). Zaś największy łotr
w całej tej opowieści - oprócz może Vilgefortza - zwie się Bonhart, Dobre
Serce... Etymologie tego świata to wdzięczny temat na pracę magisterską -
może jakiś promotor da się przekonać?
Podsumowując - czwarty tom "sagi" jest sukcesem pisarskim, gdy
poprzedni był niewątpliwą porażką. Ale coraz lepiej widać, że Sapkowskiemu
ciasno już w gorsecie tego świata, że dobrze mu zrobi, gdy po zakończeniu
"Pani jeziora" znajdzie innego bohatera, inną konwencję. Choć, by uniknąć
pokusy sequeli (silnej zwłaszcza dla wydawcy), musi on dość gruntownie
zakończyć tę opowieść. Może epoka lodowa - wyraźnie już zapowiedziana -
nadejdzie szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa? W każdym razie coś
czarno widzę dalsze - i niedługie - losy Ciri, Geralta, Yennefer i Jaskra.
Aha, byłbym zapomniał: to lelki kozodoje, nocne, demoniczne (w
tradycji słowiańskiej) ptaki krzyczą (wg autora, bo to nie może być ludowa
interpretacja) liik-worr z krwi, liik-worr z krwi. AS najwyraźniej gustuje
w tym napoju...
Tadeusz Andrzej Olszanski
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl