Znów kuję neologizm. Ale nie bardzo wiem, jak będzie po polsku
mizerna saga. Może właśnie saska, jeśli laska jest od lagi. A nawet jeśli
sażka brzmi przyjemniej, to jedno wiem: czwarty tom opowieści o wiedźminie
Geralcie, czyli "Wieża Jaskółki" tak sie ma do eposu, jak "Iliada" do
katalogu księgarni wysyłkowej. Kto chce zrozumieć powodzenie Andrzeja
Sapkowskiego, nie musi czytać Tolkiena czy Pratchetta. Głód baśni jest w
nas tak wielki, jak krótkodystansowy, na płytkim oddechu wykrzyczany zda
się świat telewizyjnych list przebojów. Nie wystarczą jednowersowe refreny
technomruczanek i raporyków, by wytłumaczyć kobiecie, czym jest miłość,
mężczyźnie, co to honor, a dziecku, jak podgryzanie jabłka pozwala odkryć
podstawowe prawo fizyczne naszej planety. Do tego potrzeba baśni, mitu,
eposu.
W powieści Sapkowskiego nie ma jednak ani oddechu Homera, ani
Tolkiena. Owszem, autor dobrze zna rzemiosło. Bierze imion własnych
dziwacznych kilkaset, dziewic pięć, zbrojnych mężów wór, trzy stada elfów
i jednorożce. Gdy zmieszasz to bestiarium z opowieściami Kraszewskiego,
otrzymasz kolejny tom sagi o wiedźminie. Nic tu oryginalnego. Nawet humor
żywcem ściągnięty z Witkacego, wyobraźnia podkradziona Rosińskiemu, a
język Gombrowicza. Wszytko barwne co najwyżej jak recepta czy kuchenna
makatka. Wystarczy przeczytać opis ciała Ciri, by prędko zrozumieć, że
Sapkowski swą mądrość cytuje, a nie doświadcza. Za dużo w tym banału i
papieru. Za mało życia.
To dobrze, że nie wszystko da się ustylizować. Na przykład talent. Ja
nie lubię literackich monterów.
Leszek Pułka
Andrzej Sapkowski "Wieża Jaskółki", SuperNOWA, Warszawa 1997. Książka z
listy bestsellerów wrocławskiego Empiku.
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl