To zapewne pierwsza książka w cyklu, która wygląda tak, jak sobie
Sapkowski zaplanował. "Wieża Jaskółki" prezentuje się jako przemyślany,
zamknięty utwór. Otrzymaliśmy powieść, jak na klasyczną fatasy, niebywale
"awangardową": o achronologicznym toku opowieści, stanowiącą kolaż różnych
narracji, złożoną z przeplatających się relacji prowadzonych z różnych
punktów widzenia przez różne postaci, w różnym stopniu oddalone w czasie
od wydarzeń będących treścią sagi.
Widać też wyraźnie, iż zwać się ona powinna "Sagą o Ciri". Wiedźmin
pozostaje na uboczu (zresztą mówią mu to w oczy), ilość uwagi poświęcanej
peregrynacjom jego i jego kompanii (zwłaszcza w "Chrzcie") nijak się ma do
ich faktycznego znaczenia; chodzi raczej o uszanowanie przywiązania do
postaci czytelników. To losy Ciri stanowią oś intrygi, ona jest główną
bohaterką - i ona gwarantuje temu cyklowi oryginalność. Wiedźmin zawiera w
sobie wzorce już od dawna obecne w fantasy: twardego wojownika,
rycerskiego kochanka, utalentowanego outsidera; po opakowaniu go w formę
Eastwoodowskiego head huntera mieści się jakoś w gatunku. Ciri natomiast
jest już zbyt prawdziwa jak na baśń.
To mogłaby być historia córki sąsiada, która na twoich oczach z
uroczej dziewczynki zmienia się w wożącą się w gangsterskich bmw pannicę.
Tatuaże, koka, mętny wzrok, przyjaźń i nienawiść w ułamkach sekund. Żyj
chwilą, żyj na krawędzi - cyberpunkowe hasła; a przecież to było już u
Sienkiewicza: Dalej, mołojcy, raz się umiera! I jeszcze jedno: nie jest
istotą aseksualną. Większość zachodniej fantasy (a już niemal wszystkie
najpopularniejsze megacykle) powstaje podług reguły powieści młodzieżowej
a la Nienacki: seksualność nastoletniej postaci przejawia się wyłącznie
rumienieniem się w nieodpowiednich momentach; dorośli wydają się już bez
wyjątku po menopauzie. Ciri Sapkowskiego jest pod tym względem postacią
kompletną. Można wciąż ją lubić, ale trudno o niej rzec, iż jest w
bajkowym sensie tego słowa "dobra".
"Wieża" chwilami jest wręcz smętna, melancholijna. Najmniej tu
humorystycznej "sapkowszczyzny". Co chwila autor ukazuje wydarzenia i
bohaterów z perspektywy roku, półwiecza. Czego by dokonali, są wszak
śmiertelni. Ciri, wpierw zabawne dziecko, teraz paskudnie obliźniona
morderczyni, wreszcie zestarzeje się i umrze, gdy wypełni się
przeznaczenie. Kulejący Geralt bodaj do końca świata błąkać się będzie po
bezdrożach. Nieposkromiona Yennefer gnije w lochu. Każdy ma swego
Bonharta. Przemija postać świata.
A jakiż właściwie ten świat? Wyciąganie na podstawie wiedźmińskich
opowiadań wniosków co do jego ontologicznych fundamentów zdawało się bez
sensu, dominującą intencją autorską jawiła się zabawa konwencją i
archetypami; w sukurs przyszedł postmodernizm, pozornie usprawiedliwiający
ucieczkę od logiki. Lecz w cyklu powieściowym trudniej utrzymać stan
niedookreśloności i widać już, że Sapkowski zdecydował się na konkretną
wersję powstania i rozwoju swego świata. Podaje ją czytelnikowi - bardzo
mądrze - porcjami, z ust różnych postaci, częściowo wzajem sobie
przeczących. Primo: jest to wygodne dla autora, bo pozostawia mu pole do
manewru; secundo: zgodne z regułą epistomologiczną, bo nigdy nie da się
sprzeczności uniknąć.
"Ubaśniowienie" owego świata następowało etapami, już to przez
pojawienie się w nim magii, już to przez teratogenną Koniunkcję Sfer, już
to przez jakieś niesprecyzowane międzywymiarowe migracje ras (patrz:
"Opowieść o Wojnie Dwóch Światów" Feista). Cofając się tak wstecz dotrzemy
do zaskakującej konkluzji. Otóż postmodernistyczny żart Parowskiego
("Wiedźmin Geralt jako podróżnik w czasie", "NF" 12/91), czyniący z
Geralta mieszkańca odległej przyszłości, Sapkowski najwyraźniej
potraktował serio. To bodaj jedyny sposób na logiczne wyjaśnienie
rzucającej się w oczy anachronistyczności Geraltowego universum. A
wchodząc do Wieży Jaskółki Ciri udowodniła, iż czas nie stanowi w nim
bynajmniej nieprzekraczalnej bariery.
Jacek Dukaj
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl