Waldemar Czerniszewski z Andrzejem Sapkowskim
,,Udaj głupiego, popie, to jeszcze najlepsze, co można zrobić. Ja też będę
udawał wariata aż do czasu, kiedy skończy się nasze życie i wywiniemy się
z opresji''.
Nikos Kazantzakis - pisarz
,,Ja ci to może wybaczę, ale sztuka nigdy!''
Jaskier, zwany Niezrównanym - poeta
Andrzeja Sapkowskiego, twórcę "Wiedźmina", spotkałem nie w wysokim
zamku, a nawet nie w secesyjnej kamienicy, lecz w łódzkim biurowcu ze
"szkła i cyny", trudzącego się jako "kupiec bławatny". Niestety, trudno
zarobić w naszym kraju robiąc to, co się potrafi i lubi, a "żyć trzeba -
jak mawiała pewna znajoma czarodziejka". Białowłosy, sympatyczny
handlowiec dla wielu stanowi zagadkę, tym bardziej, że nie tylko jest
najciekawszym obecnie autorem polskiej fantastyki, lecz także jednym z
naszych najbardziej poczytnych pisarzy.
Myślę, że sam ze sobą tworzy jednoosobową spółkę, niczym Dainty
Biberveldt z opowiadania "Wieczny ogień" - kupiec, trubadur i wiedźmin.
Wiedźmin zajmujący się czarno-biała magią... słowa.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Panie Andrzeju, przygoda z "Wiedźminem"
rozpoczęła się w 1985 roku od nadesłania opowiadania na konkurs literacki
"Fantastyki". Jak powstał "Wiedźmin" - czy został napisany specjalnie na
ten konkurs, czy też dla siebie, do szuflady?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: "Wiedźmina" stworzyłem specjalnie do konkursu i
było to opowiadanie celowo "konkursowe". Cyzelowałem je po to, żeby ten
konkurs wygrać... lub przynajmniej zdobyć którąś z nagród. Ot, zahaczyć
pieniądze i... uciec. Nie spodziewałem się tak potężnego odzewu
czytelników, ani tego, że będę tę zabawę literacką kontynuował. Swojego
czasu miałem takie hobb: napadało mnie aby wysłać opowiadanie na konkurs.
Tematyka była nieistotna! Równie dobrze mogły to być wspomnienia łagierne
z Kołyny lub... styropianowe z Gdańska. Natomiast miało znaczenie
zapotrzebowanie czytelnicze. Ówcześnie fantasy w Polsce zaczynała już się
szerzyć, chociaż nie osiągnęła jeszcze stadium epidemii. Rynek na taką
literaturę z wolna powstawał. Studiując krajową literaturę fantastyczną
nie widziałem, aby ktoś zrobił coś mądrego, wartościowego pod szyldem
fantasy. Można rzec, że mój cios był precyzyjnie wymierzony, nie
przypuszczałem jednak, że trafię z takim hukiem i to w środek tarczy.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: A pisane do szuflady?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Już przed "Wiedźminem" siedziałem sobie nad
powieścią fantasy. To był szaleńczy pomysł, tak od razu "strzelać
powieścią"! Niemniej, mnóstwo rzeczy z tej powieści wykorzystałem w
"Wiedźminie" i późniejszych opowiadaniach, m.in. nazwy i imiona. Teraz
troche mi tego żal, gdyż powieść - patrząc na nią z dzisiejszej
perspektywy - nieźle się zapowiadała. Typowa powieść drogi, z której jeden
wątek wykorzystałem w opowiadaniu "Droga, z której się nie wraca". Ściąłem
ten wątek tak, że drugi raz z tego materiału powieści się nie zrobi.
Szkoda.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Kolejne opowiadania ukazywały się
niechronologicznie w porównaniu z czasem fabuły i czasem narracji, to
kłopotliwe dla czytelnika, który nie może się zorientować jak się ma czas
świata przedstawionego na przykład do wieku Wiedźmina, co działo się
wcześniej, a co później...
ANDRZEJ SAPKOWSKI: "Wiedźmin" ukazał się jako pierwsze opowiadanie
("Fantastyka" 12/1986), następnie "Droga, z której się nie wraca"
("Fantastyka" 8/1988), a później "Ziarno Prawdy" (3/1989) i "Mniejsze Zło"
(3/1990). Kolejne opowiadanie - "Kwestia Ceny") ukazało się już w "Nowej
Fantastyce" (3/1990). Jeśli je porównamy pod względem chronologicznym, to
czas ich akcji nie rozwijał się linearnie. Były to różne czasy, tak jak
różne były światy, wątki nie następowały chronologicznie i początkowo nie
miało to większego znaczenia. Problem czasu pojawił się przy drugim
zbiorku opowiadań "Miecz Przeznaczenia" (superNOWA 1992), które siłą
rzeczy zaczęły łączyć się w logicznie rozwijającą się całość. Maciek
Parowski - redaktor "Nowej Fantastyki" - po przeczytaniu opowiadania
"Kwestia Ceny" wykrzyknął: "Jezus, Maria! Jak to się ładnie zaczyna. Teraz
się dziecko urodzi i... dopiero będzie. To jest całkiem ładny kawałek".
Zdanie to podzieliła także jedna z fanek i ja sam, chociaż nie byłem do
tego przygotowany, bo zaczął działać czas... fabuły. Zaraz, zaraz -
pomyślałem - musi upłynąć sporo czasu w świecie przedstawionym. Dziecko
musi się urodzić, a następnie dorosnąć, żeby można było mówić o
wprowadzniu do fantasy nowego bohatera, a raczej bohaterki. Od początku
było wiadomo, że to dziewczynka. I to Parowski - hm, hm, ciekawe - wpadł
na ten pomysł.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Księżniczka Cirila z Cintry, jako mała Ciri,
pojawia się w ostatnich opowiadaniach "Miecz Przeznaczenia" i "Coś
Więcej", i faktycznie, coś więcej to znaczy dla czasu narracji...
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Zgoda. Ma 10-11 lat i jest "okropeczna". Musiała
minąć w wiedźmińskim świecie jedna dekada, a więc dużo przez ten czas
powinno się dziać. Wprowadziłem Yennefer, która kiedyś była, później
trochę była, później znowu jej nie ma. I wyszło tak, jakby para Geralt -
Yennefer mijała się w czasie. Oj! Nawywijałem. Ale dzięki temu zrealizuję
swój pomysł, nad którym siedzę od dawna. Napiszę powieść fantasy. Jej
bohaterką będzie... dziewczynka, no może już nie taka mała. Powiedzmy -
czternastoletnia. Ponownie staję więc przed kwestią czasu. Powieść rządzi
się trochę innymi prawami niż opowiadanie. Opowiadania zawsze pisało mi
się łatwiej, bo można było zawrzeć "konkretną sprawę" na paru kartkach.
Niestety, coraz dłuższe wychodziły mi te kartki, ale w sumie pracowało się
łatwo, z tym, że była to zabawa jednego pomysłu. Teraz, po prostu, mam
większą praktykę i umiejętność sterowania całą zabawą. W powieści musi być
jeden przewodni pomysł i mnóstwo pomysłów pobocznych. To komplikuje
fabułę, ustawia chronologię wydarzeń i trzeba myśleć o... wieku bohaterów.
Ile lat może mieć Geralt w opowiadaniu "Wiedźmin", a ile zaś w "Coś
więcej"? Ile tam jest różnicy: 20 czy 30 lat? Trzeba zacząć to liczyć. Z
drugiej zaś strony, ten świat wiedźmiński jest równoległy z innymi
światami i niektóre osoby w ogóle się nie starzeją. Dlaczegóż by nie? To
jest prawdopodobne, przecież fantasy ma swoje prawa.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Wróćmy do naszego czasu. Od pierwszego do
ostatniego, na razie, opowiadania o Wiedźminie upłynęło siedem lat. Autor
przez ten czas poznał nowe zjawiska społeczne, nowych ludzi, nowe książki
i udoskonalił swój warsztat. Czy nowe doświadczenia i upływający czas
powodują, że odcinki przygód Geralta są rozrzucone po bezkresnej
przestrzeni Wieloświata?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Bezwzględnie tak. W opowiadaniach, jeśli
chronologia nie wychodzi, to walczę z czasem i nie muszę nad nią pracować.
Nie musi być dopowiedziane, którego opowiadania akcja rozgrywa się
wcześniej, a którego później. Chyba, że jakiś wątek wyraźnie zmusza
pisarza do tego lub jedno opowiadanie jest kontynuacją drugiego. Każdy
pisarz, wiadomo, musi się trochę rozwijać. Jednemu udaje się to lepiej,
drugiemu gorzej. Niektórzy zbyt kostnieją, nabierają zubożającej rutyny.
Jak jest w moim przypadku - nie wiem. Staram się natomiast robić rzeczy
różne. Ostatnio opublikowałem politpunkowe opowiadanie "W leju po bombie"
i... krytycznego piroga "Nie Ma Złota W Szarych Górach", pierwsze w
"Fenixie", a drugi w "Fantastyce" - prawdziwie wolna konkurencja.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: W pewien sposób, choć może tylko doraźnie,
odchodzisz, panie Andrzeju, od wiedźmińskiego świata, wyruszając na
zupełnie inne ścieżki. Nie tylko z Kałakutasem od Bodziewa przez
Skiroławki i z Bagginsem do Gór Szarych, ale także z Maladie do Bretanii.
Wywracasz na nice najpiękniejszy mit, jak chędożony Kozojed skórę baranią.
Czy oznacza to, że do Wiedźmina w opowiadaniach nie wrócisz?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Wiedźmin - powiem nieskromnie - jest moim zdaniem
postacią ciekawą i utrafioną, zarówno w styl fantasy, jak i upodobania
konsumenta (zwanego także czytelnikiem). Mi się Wiedźmin osobiście podoba
i tylko dlatego... nie zabiłem go w pierwszym opowiadaniu! Postąpiłem więc
troszkę bezczelnie, mniej więcej tak, jak Sienkiewicz z Kminicem (*1),
którego też miał zamiar wykończyć, ale... czytelnicy mu zabronili. Nie mam
zamiaru z Geralta jako bohatera tak szybko zrezygnować. Wycieczki na inne
tereny wynikają z wewnętrznej potrzeby napisania czegoś innego. Czasami
mam konkretne zamówienie. Kilka razy wchodziłem (lub próbowałem wchodzić)
w antologie, lecz stawiano mi warunek, że nie ma to być fantasy. ukazanie
się opowiadania "Droga, z której się nie wraca" w antologii "Co większe
muchy - 25 polskich opowiadań fantastyki naukowej" z okazji
dziesięciolecia "Fantastyki" i "Nowej Fantastyki", a wydanej przez
Reportera, było czymś wyjątkowym. Co prawda ostatnio już mi wydawcy
warunków nie stawiają, widocznie zauważyli, że napiszę, co będę chciał.
Ha, ha, ha - z "moją pozycją" mogę sobie na to pozwolić. Uwielbiam jednak
skoki w bok od fantasy - na przykład w horror. Podszedłem do tego dwa
razy, mając zamiar zrobić z horrorem to, co udało mi się popełnić w
fantasy, czyli pokazać ten gatunek w sposób nowy, nietypowy.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Jak zareagował pan, kiedy dowiedział się o
inicjatywie, aby czytelnicy mogli zobaczyć świat wiedźmiński, czyli na
wieść o planowanej adaptacji komiksowej?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Z początku byłem trochę przestraszony całą zabawą.
Już wcześniej, mówiąc szczerze, miałem bardzo wiele propozycji, aby
przedstawić "Wiedźmina" w postaci komiksu. Zaczęło się od konwentu Polkom
w Olsztynie, na którym mnóstwo rysowników i "komiksiarzy" mnie obległo. Ja
im jednakże odmawiałem, nie bardzo wiedząc, czy to w ogóle jest możliwe.
Ostatczenie zdecydowałem się na propozycję wydawcy i Bohdana Polcha,
którzy przekonali mnie, że w "Komiksie" wszystko jest możliwe. Potwierdza
się to w praktyce. Liczba komiksów, które obejrzałem i przeczytałem,
dowodzi faktu, że za pomocą obrazka, kreski i "dymka" oraz ramki można
przedstawić wiele spraw.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Spotykam się z interesującymi reakcjami wielu
znajomych, którzy dowiadując się, że oprócz innych zajęć zawodowych
zajmuję się komiksem, mówią: "Stary, co ty robisz, po co, to jest
literatura dla idiotów!" Co, panie Andrzeju, myślisz o komiksie, jako
gatunku?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Nie jestem tego zdania, chociaż nigdy nie
pasjonowałem się komiksem w taki sposób, w jaki zachwyca się nim mnóstwo
ludzi, zwłaszcza młodych, którzy są po prostu komiksowymi maniakami.
Natomiast wielokrotnie, z wielką przyjemnością, czytałem komiksy.
Kupowałem komiksy polskie i zagraniczne, pożyczałem nawet od kolegów i
zapoznawałem się z różnymi typami komiksów. Nigdy nie uważałem, że komiks
jest "literaturą dla idiotów", podobnie jak nie myślę, że literatura jest
"twórczością dla idiotów". W każdej formie - rysowanej, opowiadanej,
pisanej, filmowej - znajdzie się coś dla "idiotów" i coś dla "nieidiotów".
Moim zdaniem komiks nie odbiega w żaden sposób od innej literatury, od
innej formy... SZTUKI. Za mało znam się na komikse, aby wygłaszać
kategoryczne opinie, ale oprócz komiksów będących dziełami sztuki są
takie, które mi się nie podobają.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Jak kreator świata, w którym żyje Wiedźmin,
ocenia pracę rysownika, patrząc na już narysowaną kraine w "widłach Iny i
Jarugi"?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: W tym jest największy problem, wynikający z
prostego faktu, że ja nigdy nie miałem ambicji kreatora światów. Nigdy!
Świat "Wiedźmina" traktowałem zawsze jako świat alegoryczny. Nie robiłem
tego, co jest jakby świętym przekazaniem każdego pisarza fantasy, a
zwłaszcza takiego, który bierze się do dłuższego opowiadania lub powieści.
Zaczyna on wtedy od ciężkiej pracy... kartograficznej, polegającej na
narysowaniu MAPY. Nanosi na północy góry, na południu morze, bagno,
jezioro, kilka rzek, i wszyscy dokładnie wiedzą, którędy i przez jakie
mosty bohater się porusza oraz jak daleko jest od stolicy. A jeżeli
pójdzie dalej na wschód, to prawdopodobnie trafi na Szare Góry, gdzie
złota, jak wiadomo, nie ma. Nigdy nie zadawałem sobie takiego trudu i
postępowałem tak całkowicie celowo. Wynikało to z tego, że mój świat miał
być alegorią i z tego, że brałem się za przerabianie bajek! Ważniejsza
była tematyka i problem, a nawet te dwa słowa, z których z reguły
budowałem tytuł i które często przeplatały się w dialogach w środku.
Świat w kategoriach "geograficznych" dla mnie nie istniał. Miał to jednak
być, oczywiście, świat fantasy, który jest quasi-feudalny. Mieszkają w nim
czarownicy, wiedźmini, czarodzieje; ludzie i inne rasy: krasnoludy,
hobbity, elfy, driady i półelfy. Ale tego świata i ładu w nim jakby na
dobrą sprawę nie było! Mimo że wymyśliłem wiele nazw geograficznych,
miasteczek, a nawet zadałem sobie niemały trud, aby w następnych
opowiadaniach nie powtarzały się ich nazwy. Później zacząłem od tego
odchodzić i kilka nazw zaczęło się powtarzać...
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: ...na przykład Novigrad, stolica świata, gdyż
w założeniu musiał być to ten sam świat...
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Tak. Taki Never-Never Land, czyli kraina
Nigdy-Nigdy. Jest zasługą Bogdana, że widząc ten świat narysowany,
zacząłem po raz pierwszy widzieć go całościowo! Ale w szczegółach już
tkwiło licho. Wyobrażałem sobie ładną dziewczynę, Polch narysował... Banda
Refri miała wyglądać jak heavy-metalowa kapela stanistów, u Bogusia wyszła
grupa odpustowych dziadów w worach pokutnych z kapturami. Co ja się będę
krzywił: gdybym potrafił rysować, to sam bym narysował. Ale czasami mnie
kusiło. Mam znajomą plastyczkę i kiedyś, gdy znajdę trochę wolnego czasu,
to siądę razem z nią, a dziewczyna będzie rysowała dokładnie tak, jak ja
to sobie wyobrażam.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: To już wiemy skąd wziął się smok
Villentretenmerth, zwany także rycerzem Borch Trzy Kawki, który broni nie
nosił, bo za nim sama chodziła w postaci wojowniczek z Zerrikanii...
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Podobnie jak Wiedźmin złotego smoka (a jak
powszechnie wiadomo - złotych smoków nie ma), tak ja zobaczyłem ten świat.
Rzewcz jasna, nie był to mój świat, tylko świat rysownika. Wcale się temu
nie dziwię. Skoroa ja nie stworzyłem tego świata do końca, to musiał to
zrobic rysownik. Musiał go pokazać! Ja mogłem tylko nazwać miasteczko,
które na przykład Aedd Gynvael. Koniec - nikt się nie dowie gdzi i jakie
to miasteczko jest.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Jak wygląda porównanie oryginału i adaptacji?
W jaki sposób przebiega współpraca ze scenarzystą-adaptatorem i jaka jest
rola tego ostatniego, widziana z pozycji pisarza. Mówiąc innymi słowy:
gdzie kończy się twórczość Sapkowskiego, a zaczyna się Parowskiego? A może
jest to praca wspólna?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Na ten temat dużo i mądrze powiedział Maciek
Parowski w artykule "Wiedźmin - krnąbrny bohater, tajemniczy świat",
opublikowanym w "Komiksie" 2/1993. Rozdzielił zadania adaptatora i pisarza
wyraźnie, kierując się kilkoma prawami. Wynika z nich, że pewne historie z
opowiadania adaptator, autor scenariusza komiksu, musi przekazać w inny
sposób niż wierne trzymanie się pierwotniego dzieła. Szczerze mówiąc,
zespołowej współpracy między nami nie ma żadnej. Maciek czyta opowiadanie
i przerabia je na komiks. Czasami bawimy się świetnie razem, kiedy
Parowski pokazuje mi, co zrobił. Innym razem tylko ja się śmieję lub
płaczę. Czasami zwracam mu uwagę, że to miało być nie tak lyb że
gdzieniegdzie za bardzo się rozpędził. W każdym razie widzę, że Maciek
dobrze spełnia rolę adaptatora - musi zrobić coś odrobinę innego niż jest
to w opowiadaniu, które rządzi się swoimi prawami. Bardzo łatwo jednym
zdaniem zasygnalizować wiele spraw, wydarzeń, nastrojów. Tego nie da się
zrobić kreską i dymkiem, gdyby podejść do adaptacji w sposób dosłowny. To
inny rodzaj sztuki.
[...]
[Wklepał: Jacek Suliga]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl