AS ZONE:


Waldemar Czerniszewski z Andrzejem Sapkowskim


Dwa słowa / dwa światy
[Komiks 8(26)/1993]


  ,,Udaj głupiego, popie, to jeszcze najlepsze, co można zrobić. Ja też będę
   udawał wariata aż do czasu, kiedy skończy się nasze życie i wywiniemy się
                                                                z opresji''.

                                                  Nikos Kazantzakis - pisarz

                                ,,Ja ci to może wybaczę, ale sztuka nigdy!''

                                         Jaskier, zwany Niezrównanym - poeta


       Andrzeja  Sapkowskiego,  twórcę  "Wiedźmina", spotkałem nie w wysokim
  zamku,  a  nawet  nie  w  secesyjnej kamienicy, lecz w łódzkim biurowcu ze
  "szkła  i  cyny",  trudzącego się jako "kupiec bławatny". Niestety, trudno
  zarobić  w  naszym kraju robiąc to, co się potrafi i lubi, a "żyć trzeba -
  jak   mawiała   pewna   znajoma   czarodziejka".  Białowłosy,  sympatyczny
  handlowiec  dla  wielu  stanowi  zagadkę,  tym bardziej, że nie tylko jest
  najciekawszym  obecnie  autorem  polskiej  fantastyki, lecz także jednym z
  naszych najbardziej poczytnych pisarzy.
       Myślę,  że  sam  ze  sobą  tworzy  jednoosobową spółkę, niczym Dainty
  Biberveldt  z  opowiadania  "Wieczny ogień" - kupiec, trubadur i wiedźmin.
  Wiedźmin zajmujący się czarno-biała magią... słowa.

       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Panie  Andrzeju,  przygoda  z  "Wiedźminem"
  rozpoczęła  się w 1985 roku od nadesłania opowiadania na konkurs literacki
  "Fantastyki".  Jak  powstał "Wiedźmin" - czy został napisany specjalnie na
  ten konkurs, czy też dla siebie, do szuflady?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  "Wiedźmina"  stworzyłem specjalnie do konkursu i
  było  to  opowiadanie  celowo "konkursowe". Cyzelowałem je po to, żeby ten
  konkurs  wygrać...  lub  przynajmniej zdobyć którąś z nagród. Ot, zahaczyć
  pieniądze   i...   uciec.   Nie  spodziewałem  się  tak  potężnego  odzewu
  czytelników,  ani  tego,  że będę tę zabawę literacką kontynuował. Swojego
  czasu  miałem takie hobb: napadało mnie aby wysłać opowiadanie na konkurs.
  Tematyka  była nieistotna! Równie dobrze mogły to być wspomnienia łagierne
  z   Kołyny  lub...  styropianowe  z  Gdańska.  Natomiast  miało  znaczenie
  zapotrzebowanie  czytelnicze. Ówcześnie fantasy w Polsce zaczynała już się
  szerzyć,  chociaż  nie  osiągnęła  jeszcze stadium epidemii. Rynek na taką
  literaturę  z  wolna  powstawał. Studiując krajową literaturę fantastyczną
  nie  widziałem,  aby  ktoś  zrobił  coś mądrego, wartościowego pod szyldem
  fantasy.   Można  rzec,  że  mój  cios  był  precyzyjnie  wymierzony,  nie
  przypuszczałem jednak, że trafię z takim hukiem i to w środek tarczy.

       WALDEMAR CZERNISZEWSKI: A pisane do szuflady?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Już  przed  "Wiedźminem"  siedziałem  sobie  nad
  powieścią  fantasy.  To  był  szaleńczy  pomysł,  tak  od  razu  "strzelać
  powieścią"!  Niemniej,  mnóstwo  rzeczy  z  tej  powieści  wykorzystałem w
  "Wiedźminie"  i  późniejszych  opowiadaniach,  m.in. nazwy i imiona. Teraz
  troche  mi  tego  żal,  gdyż  powieść  -  patrząc  na  nią  z  dzisiejszej
  perspektywy - nieźle się zapowiadała. Typowa powieść drogi, z której jeden
  wątek wykorzystałem w opowiadaniu "Droga, z której się nie wraca". Ściąłem
  ten  wątek  tak,  że  drugi  raz  z tego materiału powieści się nie zrobi.
  Szkoda.

       WALDEMAR    CZERNISZEWSKI:    Kolejne   opowiadania   ukazywały   się
  niechronologicznie  w  porównaniu  z  czasem  fabuły i czasem narracji, to
  kłopotliwe  dla czytelnika, który nie może się zorientować jak się ma czas
  świata  przedstawionego  na  przykład  do  wieku  Wiedźmina, co działo się
  wcześniej, a co później...
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  "Wiedźmin"  ukazał się jako pierwsze opowiadanie
  ("Fantastyka"   12/1986),  następnie  "Droga,  z  której  się  nie  wraca"
  ("Fantastyka" 8/1988), a później "Ziarno Prawdy" (3/1989) i "Mniejsze Zło"
  (3/1990).  Kolejne  opowiadanie - "Kwestia Ceny") ukazało się już w "Nowej
  Fantastyce"  (3/1990). Jeśli je porównamy pod względem chronologicznym, to
  czas  ich  akcji  nie rozwijał się linearnie. Były to różne czasy, tak jak
  różne  były światy, wątki nie następowały chronologicznie i początkowo nie
  miało  to  większego  znaczenia.  Problem  czasu  pojawił  się przy drugim
  zbiorku  opowiadań  "Miecz  Przeznaczenia"  (superNOWA  1992),  które siłą
  rzeczy  zaczęły  łączyć  się  w  logicznie  rozwijającą się całość. Maciek
  Parowski  -  redaktor  "Nowej  Fantastyki"  -  po przeczytaniu opowiadania
  "Kwestia Ceny" wykrzyknął: "Jezus, Maria! Jak to się ładnie zaczyna. Teraz
  się  dziecko  urodzi  i... dopiero będzie. To jest całkiem ładny kawałek".
  Zdanie  to  podzieliła  także jedna z fanek i ja sam, chociaż nie byłem do
  tego  przygotowany,  bo  zaczął  działać  czas...  fabuły.  Zaraz, zaraz -
  pomyślałem  -  musi  upłynąć sporo czasu w świecie przedstawionym. Dziecko
  musi   się   urodzić,  a  następnie  dorosnąć,  żeby  można  było  mówić o
  wprowadzniu  do  fantasy  nowego bohatera, a raczej bohaterki. Od początku
  było  wiadomo,  że to dziewczynka. I to Parowski - hm, hm, ciekawe - wpadł
  na ten pomysł.

       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI: Księżniczka Cirila z Cintry, jako mała Ciri,
  pojawia  się  w  ostatnich  opowiadaniach  "Miecz  Przeznaczenia"  i  "Coś
  Więcej", i faktycznie, coś więcej to znaczy dla czasu narracji...
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Zgoda. Ma 10-11 lat i jest "okropeczna". Musiała
  minąć  w  wiedźmińskim  świecie  jedna  dekada, a więc dużo przez ten czas
  powinno  się  dziać.  Wprowadziłem  Yennefer,  która  kiedyś była, później
  trochę  była,  później znowu jej nie ma. I wyszło tak, jakby para Geralt -
  Yennefer  mijała się w czasie. Oj! Nawywijałem. Ale dzięki temu zrealizuję
  swój  pomysł,  nad  którym  siedzę  od dawna. Napiszę powieść fantasy. Jej
  bohaterką  będzie...  dziewczynka,  no może już nie taka mała. Powiedzmy -
  czternastoletnia.  Ponownie staję więc przed kwestią czasu. Powieść rządzi
  się  trochę  innymi  prawami niż opowiadanie. Opowiadania zawsze pisało mi
  się  łatwiej,  bo  można było zawrzeć "konkretną sprawę" na paru kartkach.
  Niestety, coraz dłuższe wychodziły mi te kartki, ale w sumie pracowało się
  łatwo,  z  tym,  że  była to zabawa jednego pomysłu. Teraz, po prostu, mam
  większą praktykę i umiejętność sterowania całą zabawą. W powieści musi być
  jeden  przewodni  pomysł  i  mnóstwo  pomysłów  pobocznych.  To komplikuje
  fabułę, ustawia chronologię wydarzeń i trzeba myśleć o... wieku bohaterów.
  Ile  lat  może  mieć  Geralt  w  opowiadaniu  "Wiedźmin", a ile zaś w "Coś
  więcej"?  Ile  tam jest różnicy: 20 czy 30 lat? Trzeba zacząć to liczyć. Z
  drugiej  zaś  strony,  ten  świat  wiedźmiński  jest  równoległy  z innymi
  światami  i  niektóre osoby w ogóle się nie starzeją. Dlaczegóż by nie? To
  jest prawdopodobne, przecież fantasy ma swoje prawa.

       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Wróćmy  do  naszego czasu. Od pierwszego do
  ostatniego,  na razie, opowiadania o Wiedźminie upłynęło siedem lat. Autor
  przez  ten czas poznał nowe zjawiska społeczne, nowych ludzi, nowe książki
  i  udoskonalił  swój  warsztat.  Czy  nowe doświadczenia i upływający czas
  powodują,   że   odcinki  przygód  Geralta  są  rozrzucone  po  bezkresnej
  przestrzeni Wieloświata?
       ANDRZEJ   SAPKOWSKI:   Bezwzględnie   tak.   W  opowiadaniach,  jeśli
  chronologia nie wychodzi, to walczę z czasem i nie muszę nad nią pracować.
  Nie  musi  być  dopowiedziane,  którego  opowiadania  akcja  rozgrywa  się
  wcześniej,  a  którego  później.  Chyba,  że  jakiś  wątek wyraźnie zmusza
  pisarza  do  tego  lub  jedno opowiadanie jest kontynuacją drugiego. Każdy
  pisarz,  wiadomo,  musi  się trochę rozwijać. Jednemu udaje się to lepiej,
  drugiemu  gorzej.  Niektórzy zbyt kostnieją, nabierają zubożającej rutyny.
  Jak  jest  w  moim przypadku - nie wiem. Staram się natomiast robić rzeczy
  różne.  Ostatnio opublikowałem politpunkowe opowiadanie "W leju po bombie"
  i...  krytycznego  piroga  "Nie  Ma  Złota  W  Szarych Górach", pierwsze w
  "Fenixie", a drugi w "Fantastyce" - prawdziwie wolna konkurencja.

       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  W  pewien sposób, choć może tylko doraźnie,
  odchodzisz,  panie  Andrzeju,  od  wiedźmińskiego  świata,  wyruszając  na
  zupełnie   inne  ścieżki.  Nie  tylko  z  Kałakutasem  od  Bodziewa  przez
  Skiroławki  i z Bagginsem do Gór Szarych, ale także z Maladie do Bretanii.
  Wywracasz na nice najpiękniejszy mit, jak chędożony Kozojed skórę baranią.
  Czy oznacza to, że do Wiedźmina w opowiadaniach nie wrócisz?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI: Wiedźmin - powiem nieskromnie - jest moim zdaniem
  postacią  ciekawą  i  utrafioną,  zarówno w styl fantasy, jak i upodobania
  konsumenta  (zwanego także czytelnikiem). Mi się Wiedźmin osobiście podoba
  i tylko dlatego... nie zabiłem go w pierwszym opowiadaniu! Postąpiłem więc
  troszkę  bezczelnie,  mniej  więcej  tak, jak Sienkiewicz z Kminicem (*1),
  którego też miał zamiar wykończyć, ale... czytelnicy mu zabronili. Nie mam
  zamiaru  z Geralta jako bohatera tak szybko zrezygnować. Wycieczki na inne
  tereny  wynikają  z  wewnętrznej potrzeby napisania czegoś innego. Czasami
  mam  konkretne zamówienie. Kilka razy wchodziłem (lub próbowałem wchodzić)
  w  antologie, lecz stawiano mi warunek, że nie ma to być fantasy. ukazanie
  się  opowiadania  "Droga,  z której się nie wraca" w antologii "Co większe
  muchy   -   25   polskich   opowiadań   fantastyki   naukowej"   z  okazji
  dziesięciolecia   "Fantastyki"  i  "Nowej  Fantastyki",  a  wydanej  przez
  Reportera,  było  czymś  wyjątkowym.  Co  prawda  ostatnio  już mi wydawcy
  warunków  nie  stawiają,  widocznie zauważyli, że napiszę, co będę chciał.
  Ha,  ha, ha - z "moją pozycją" mogę sobie na to pozwolić. Uwielbiam jednak
  skoki  w  bok  od  fantasy  - na przykład w horror. Podszedłem do tego dwa
  razy,  mając  zamiar  zrobić  z  horrorem  to,  co udało mi się popełnić w
  fantasy, czyli pokazać ten gatunek w sposób nowy, nietypowy.

       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Jak  zareagował pan, kiedy dowiedział się o
  inicjatywie,  aby  czytelnicy  mogli  zobaczyć świat wiedźmiński, czyli na
  wieść o planowanej adaptacji komiksowej?
       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Z początku byłem trochę przestraszony całą zabawą.
  Już  wcześniej,  mówiąc  szczerze,  miałem  bardzo  wiele  propozycji, aby
  przedstawić  "Wiedźmina" w postaci komiksu. Zaczęło się od konwentu Polkom
  w Olsztynie, na którym mnóstwo rysowników i "komiksiarzy" mnie obległo. Ja
  im  jednakże  odmawiałem, nie bardzo wiedząc, czy to w ogóle jest możliwe.
  Ostatczenie  zdecydowałem  się  na  propozycję  wydawcy  i Bohdana Polcha,
  którzy  przekonali mnie, że w "Komiksie" wszystko jest możliwe. Potwierdza
  się  to  w  praktyce.  Liczba  komiksów,  które obejrzałem i przeczytałem,
  dowodzi  faktu,  że  za  pomocą obrazka, kreski i "dymka" oraz ramki można
  przedstawić wiele spraw.

       WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Spotykam się z interesującymi reakcjami wielu
  znajomych,  którzy  dowiadując  się,  że  oprócz  innych  zajęć zawodowych
  zajmuję  się  komiksem,  mówią:  "Stary,  co  ty  robisz,  po  co, to jest
  literatura  dla  idiotów!"  Co,  panie  Andrzeju, myślisz o komiksie, jako
  gatunku?
       ANDRZEJ   SAPKOWSKI:  Nie  jestem  tego  zdania,  chociaż  nigdy  nie
  pasjonowałem  się  komiksem w taki sposób, w jaki zachwyca się nim mnóstwo
  ludzi,  zwłaszcza  młodych,  którzy  są  po  prostu komiksowymi maniakami.
  Natomiast   wielokrotnie,   z   wielką  przyjemnością,  czytałem  komiksy.
  Kupowałem  komiksy  polskie  i  zagraniczne, pożyczałem nawet od kolegów i
  zapoznawałem  się z różnymi typami komiksów. Nigdy nie uważałem, że komiks
  jest  "literaturą dla idiotów", podobnie jak nie myślę, że literatura jest
  "twórczością  dla  idiotów".  W  każdej  formie  - rysowanej, opowiadanej,
  pisanej, filmowej - znajdzie się coś dla "idiotów" i coś dla "nieidiotów".
  Moim  zdaniem  komiks  nie  odbiega w żaden sposób od innej literatury, od
  innej  formy...  SZTUKI.  Za  mało  znam  się  na  komikse,  aby wygłaszać
  kategoryczne  opinie,  ale  oprócz  komiksów  będących  dziełami sztuki są
  takie, które mi się nie podobają.

       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Jak kreator świata, w którym żyje Wiedźmin,
  ocenia  pracę rysownika, patrząc na już narysowaną kraine w "widłach Iny i
  Jarugi"?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  W  tym  jest  największy  problem,  wynikający z
  prostego  faktu,  że  ja nigdy nie miałem ambicji kreatora światów. Nigdy!
  Świat  "Wiedźmina"  traktowałem zawsze jako świat alegoryczny. Nie robiłem
  tego,  co  jest  jakby  świętym  przekazaniem  każdego  pisarza fantasy, a
  zwłaszcza takiego, który bierze się do dłuższego opowiadania lub powieści.
  Zaczyna  on  wtedy  od  ciężkiej  pracy... kartograficznej, polegającej na
  narysowaniu  MAPY.  Nanosi  na  północy  góry,  na  południu morze, bagno,
  jezioro,  kilka  rzek,  i  wszyscy dokładnie wiedzą, którędy i przez jakie
  mosty  bohater  się  porusza  oraz  jak  daleko  jest od stolicy. A jeżeli
  pójdzie  dalej  na  wschód,  to  prawdopodobnie trafi na Szare Góry, gdzie
  złota,  jak  wiadomo,  nie  ma.  Nigdy nie zadawałem sobie takiego trudu i
  postępowałem  tak całkowicie celowo. Wynikało to z tego, że mój świat miał
  być  alegorią  i  z  tego, że brałem się za przerabianie bajek! Ważniejsza
  była  tematyka  i  problem,  a  nawet  te  dwa  słowa,  z których z reguły
  budowałem  tytuł  i  które  często  przeplatały  się w dialogach w środku.
  Świat  w kategoriach "geograficznych" dla mnie nie istniał. Miał to jednak
  być, oczywiście, świat fantasy, który jest quasi-feudalny. Mieszkają w nim
  czarownicy,  wiedźmini,  czarodzieje;  ludzie  i  inne  rasy:  krasnoludy,
  hobbity,  elfy,  driady  i  półelfy. Ale tego świata i ładu w nim jakby na
  dobrą  sprawę  nie  było!  Mimo  że  wymyśliłem wiele nazw geograficznych,
  miasteczek,   a  nawet  zadałem  sobie  niemały  trud,  aby  w  następnych
  opowiadaniach  nie  powtarzały  się  ich  nazwy.  Później zacząłem od tego
  odchodzić i kilka nazw zaczęło się powtarzać...

       WALDEMAR CZERNISZEWSKI: ...na przykład Novigrad, stolica świata, gdyż
  w założeniu musiał być to ten sam świat...
       ANDRZEJ   SAPKOWSKI:   Tak.   Taki  Never-Never  Land,  czyli  kraina
  Nigdy-Nigdy.  Jest  zasługą  Bogdana,  że  widząc  ten  świat  narysowany,
  zacząłem  po  raz  pierwszy  widzieć  go całościowo! Ale w szczegółach już
  tkwiło licho. Wyobrażałem sobie ładną dziewczynę, Polch narysował... Banda
  Refri miała wyglądać jak heavy-metalowa kapela stanistów, u Bogusia wyszła
  grupa  odpustowych  dziadów w worach pokutnych z kapturami. Co ja się będę
  krzywił:  gdybym  potrafił rysować, to sam bym narysował. Ale czasami mnie
  kusiło.  Mam znajomą plastyczkę i kiedyś, gdy znajdę trochę wolnego czasu,
  to  siądę  razem z nią, a dziewczyna będzie rysowała dokładnie tak, jak ja
  to sobie wyobrażam.

       WALDEMAR   CZERNISZEWSKI:   To   już   wiemy   skąd  wziął  się  smok
  Villentretenmerth,  zwany także rycerzem Borch Trzy Kawki, który broni nie
  nosił, bo za nim sama chodziła w postaci wojowniczek z Zerrikanii...
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Podobnie  jak  Wiedźmin  złotego  smoka  (a  jak
  powszechnie wiadomo - złotych smoków nie ma), tak ja zobaczyłem ten świat.
  Rzewcz  jasna, nie był to mój świat, tylko świat rysownika. Wcale się temu
  nie  dziwię.  Skoroa  ja nie stworzyłem tego świata do końca, to musiał to
  zrobic  rysownik.  Musiał  go  pokazać! Ja mogłem tylko nazwać miasteczko,
  które  na  przykład Aedd Gynvael. Koniec - nikt się nie dowie gdzi i jakie
  to miasteczko jest.

       WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Jak wygląda porównanie oryginału i adaptacji?
  W  jaki sposób przebiega współpraca ze scenarzystą-adaptatorem i jaka jest
  rola  tego  ostatniego,  widziana  z pozycji pisarza. Mówiąc innymi słowy:
  gdzie kończy się twórczość Sapkowskiego, a zaczyna się Parowskiego? A może
  jest to praca wspólna?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Na  ten  temat  dużo  i mądrze powiedział Maciek
  Parowski  w  artykule  "Wiedźmin  -  krnąbrny  bohater, tajemniczy świat",
  opublikowanym w "Komiksie" 2/1993. Rozdzielił zadania adaptatora i pisarza
  wyraźnie, kierując się kilkoma prawami. Wynika z nich, że pewne historie z
  opowiadania  adaptator,  autor  scenariusza komiksu, musi przekazać w inny
  sposób  niż  wierne  trzymanie  się  pierwotniego dzieła. Szczerze mówiąc,
  zespołowej  współpracy między nami nie ma żadnej. Maciek czyta opowiadanie
  i  przerabia  je  na  komiks.  Czasami  bawimy  się  świetnie razem, kiedy
  Parowski  pokazuje  mi,  co  zrobił.  Innym  razem tylko ja się śmieję lub
  płaczę.  Czasami  zwracam  mu  uwagę,  że  to  miało  być  nie  tak lyb że
  gdzieniegdzie  za  bardzo  się  rozpędził. W każdym razie widzę, że Maciek
  dobrze  spełnia rolę adaptatora - musi zrobić coś odrobinę innego niż jest
  to  w  opowiadaniu,  które  rządzi się swoimi prawami. Bardzo łatwo jednym
  zdaniem  zasygnalizować  wiele spraw, wydarzeń, nastrojów. Tego nie da się
  zrobić  kreską i dymkiem, gdyby podejść do adaptacji w sposób dosłowny. To
  inny rodzaj sztuki.
  [...]


                                                     [Wklepał: Jacek Suliga]


[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl