Waldemar Czerniszewski z Maciejem Parowskim
[KINO.DOC]
,,Nie będąc jeszcze w wieku, kiedy się tworzy, zadawalałem się
opowiadaniem''
Aleksander Dumas - pisarz
,,Nie łżę, tylko ubarwiam, a to jest różnica.''
Jaskier, zwany Niezrównanym - poeta
Porozmawiajmy o ideach, o dramacie bohaterów - takie przesłanie niósł
rozwibrowany emocjami głos Macieja Parowskiego 9 października 1993 roku do
zapatrzonych w samych siebie kilkudziesięciu młodych krytyków i amatorów
komiksowych fanzinów, zgromadzonych na IV Ogólnopolskim Konwencie Twórców
Komiksu w Łodzi. Był to głos wołającego na puszczy. O konwencie napiszę w
Komiksie 1/1994, a teraz posłuchamy Maćka. Rozmowa odbyła się w przeddzień
wyjazdu na konwent.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Do tej pory byłeś związany z powstawaniem
komiksów jako scenarzysta lub współscenarzysta. W Wiedźminie jesteś
natomiast adaptatorem, czyli kimś w rodzaju reżysera.
MACIEJ PAROWSKI: Myślę, że nigdy nie byłem reżyserem komiksu. Zawsze
pozostawałem scenarzystą, czyli osobą, która opowiada obrazki tworzące
historię wymyśloną wcześniej. W Wiedźminie biorę od Andrzeja Sapkowskiego
gotową historię, ale muszę ją dopowiadać w obszarach, w których wymaga
uzupełnienia. Po prostu tłumaczę tę opowieść na obraz. Wyobrażam sobie jak
wygląda świat, w którym toczy się akcja i staram się wejść w prozę
Sapkowskiego z "kamerą" bardziej plastyczną niż ruchoma kamera filmowa.
Moja kamera może zajrzeć w oczy, w duszę i pod kołdrę. Patrzy z góry, z
dołu, może także deformować, a nawet myśleć. Ze świata prozy Sapkowskiego
pragnę wychwycić wszystko, co jest obrazem i ruchem. Dialogi i relacje
znajdujące się w opowiadaniach są dla mnie podstawą do przetwarzania ich
na obraz i ruch.
Tym samym dostarczam "tworzywa" na komiks, który Bogusław Polch -
rysownik bardzo zdolny, fachowy i zmieniający styl - będzie mógł zrobić.
Nie porównywałem swej pracy z zawodem reżysera - porównywałem swe zajęcie
zawsze do pracy scenarzysty, np. do... Ścibora-Rylskiego! Mówiłem do
Bogdana: - Ty jesteś Wajda, wiesz co dzisiaj trzeba zmienić na planie, a
ja się na to godzę, bo ufam twojemu instynktowi. - Tak się bowiem składa,
że palce Bogdana są scenografem, operatorem, charakteryzatorem... i
aktorami!
Moją rolę można porównać do czegoś innego. Pamiętam, ile emocji kryło
się w oczekiwaniu, kto będzie filmowym adaptatorem powieści "Wielki
Gatsby" lub "Ostatni z wielkich" czy "Ojciec chrzestny". Pozostaję więc
scenarzystą-pisarzem, który wchodzi pomiędzy innego pisarza-autora i
reżysera-rysownika, rozprostowując w obraz historię zaklętą w słowa.
Rozprostowuję, to znaczy czasami coś wycinam, a czasami coś dodaję.
Wyciągam własne wnioski z opowieści i przekładam je na obraz, dopisując
preludium lub epilog.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Wobec Sapkowskiego zachowałeś się nie tylko
jako pisarz-adaptator, lecz także jako krytyk, który oceniał i
interpretował innego pisarza.
MACIEJ PAROWSKI: Metoda twórcza Sapkowskiego nie była ukryta. Z
ostentacją odwoływał się do różnych mitów, baśni, legend, a także do
współczesnych sporów jakie toczymy, ale jego metoda pozostawała nie
nazwana. Jako krytyk przypisałem ją do postmodernizmu, co jest być może
intelektualnym rozbojem, ale... Później wyciągnąłem z tej diagnozy wnioski
jako adaptator. U Sapkowskiego kobierzec literacki to arras, który ma nie
tylko nitkę złotą, srebrna, wełnianą, ale też nylonową i był tkany w
różnych czasach przez postacie z wielu kultur. Ponieważ autor prowadzi
taką grę literacką, postarałem się, aby w komiksie było to widać.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Pan Andrzej nie podzielił tej opinii. Jednak
twoja komiksowa adaptacja jest wyraźnie postmodernistyczna przez pewne
sztuczki narracyjne, interpretację postaci i zdarzeń. Czy nie jest to aby
uszczęśliwianie Sapkowskiego postmodernizmem na siłę?
MACIEJ PAROWSKI: Mało mnie obchodzi, co Sapkowski mówi - ha! ha! ha!
- o mojej krytyce! Bardziej natomiast zajmuje, co Andrzej zrobi dalej ze
światem Wiedźmina. Oczywiście pisarz się drażni z krytykami i ja to
rozumiem. Twórca nie lubi być przytłoczony przez formułę krytyczną i ma
prawo buntować się przeciwko miejscu wyznaczanemu jego prozie na
literackiej tablicy Mendelejewa. Pisarz może mieć święte prawo i życzenie
pozowania wobec siebie i innych. Przecież nie mówi się dziewczynie: -
Twoja uroda ma numer 17/B-3/XXXVI/AWY; tylko mówi się - Jesteś piękna!
Podobnie pisarzowi nie można powiedzieć: - Jesteś postmodernistą; podczas
gdy on oczekuje, że mu powiesz: - Śniło mi się po nocach twoje
opowiadanie, nie mogę się od niego oderwać.
Natomiast jeśli jestem krytykiem, a jestem! I mam lat 47, a nie 20,
to przyznam, że nazywanie i odgadywanie metod pisarza jest działalnością
pasjonującą. Po rozmowie z redaktorem i rysownikiem postawiłem tezę, że
gra, którą Sapkowski prowadzi z czytelnikami, to zabawa
postmodernistyczna, w której mamy wiele wątków i odniesień jednocześnie.
To takie opowiadanie w opowiadaniu. Uznałem więc postmodernizm za dobry
klucz przy robieniu adaptacji. Na przykład w komiksie Jaskier pojawia się
w opowieści Mniejsze zło, a w opowiadaniu go nie było. Być może bobołak
Kehl w Drodze bez powrotu jest postacią pozytywną, tylko dlatego, że inny
bobołak w Mniejszym źle poczęstował skacowanego poetę piwem. Natomiast
Vran - złą, bo mu napitku odmówił! To przecież Jaskier mówi wiedźminowi,
że jeśli opisze go jako rzeźnika - to rzeźnikiem pozostanie, lecz może
także opisać Geralta jako postać tragiczną - i będzie wtedy takim po wsze
czasy! Więc jeśli Sapkowski nawet uklęknie na placu Św. Piotra i
przysięgnie, że postmodernistą nie jest, to ja klęknę obok i powiem, że te
pomysły nie przyszłyby mi do głowy, gdyby nie pewne akcenty w jego
opowiadaniach.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Miał rację Sapkowski, że rzeź to się dopiero
zaczyna przy podziale skarbów po zabiciu smoka! Mówi się jednak także, że
krytycy najlepiej wiedzą, jak prowadzić samochód, tylko że sami nie
potrafią tego robić...
MACIEJ PAROWSKI: Ja oczywiście nie zgodzę się z tym, że krytyk to z
definicji impotent Natomiast krytyk ma być może przerost świadomości. To
pewien stan dojrzałości widoczny w kulturze - są kultury, które wydają
poetów i są kultury płodzące krytyków. Są też takie, które rodzą eseistów
i filozofów. O byciu krytykiem nie decyduje więc brak umiejętności lub ich
utrata, a raczej zmiana skłonności duchowych, intelektualnych. Sam byłem
najpierw felietonistą-krytykiem, a później zostałem pisarzem mającym w
dorobku opowiadania i powieść. Także obecnie pociągają mnie obie
dziedziny. To tak jak u Borgesa - interesujące jest przenikanie wzajemne
krytyki i prozy, dające w rezultacie literaturę wzbogaconą intelektualnie.
Mnie to bawi.
Fantastyka jest taką literaturą intelektualną. Mierzy się z
problemami, a nie wyłącznie emocjami. W fantastyce spotyka się rezonerstwo
krytyka i wizjonerstwo literata. Nie bawiła mnie pierwotna fantastyka
będąca manifestem technologiczno-cywilizacyjnym. Przyciągnęła mnie dopiero
fantastyka późniejsza, która penetrowała duszę, sny i odruchy.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: W jaki sposób pokonałeś drogę od krytyki i
fantastyki do komiksu?
MACIEJ PAROWSKI: Jedynymi komiksami, na których mogli się wychowywać
ludzie w moim wieku, były początkowo: Koziołek Matołek; Tytus, Romek i
A'Tomek; Ryzyko (kpt. Żbik) i Podziemny front. Miałem to szczęście, że
równolegle była dostępna inna sztuka obrazkowa, dużo bardziej wyrafinowana
- kino: Antonioni, Bergman, Fellini, Hitchcock, Polański i Wajda. Ówczesne
kino było ciekawsze niż obecnie i bardziej odwoływało się do intelektu.
Promowało kulturę i dawało diagnozę rzeczywistości, a nie próbowało
zaspokoić gustów kilkunastoletniego Murzyna-analfabety. Natomiast w latach
70. czytywałem już eseje o komiksie francuskim. Oglądałem te komiksy i
muszę stwierdzić, że były rozwinięciem gatunku. W polskiej prasie rysowali
wtedy Czeczot, Lutczyn, Mleczko - zwłaszcza Szpilkach. Byłem zachwycony
ich twórczością. W 1975 roku spędziłem kilka dni w Paryżu przy stoiskach z
komiksami na Saint-Germain i nie mogłem się nasycić - byłem olśniony.
Napisałem esej o komiksie, ale nie myślałem wtedy, że będę robił komiksy!
Dopiero Fantastyka dała mi taką szansę. Współpraca z doświadczonym
rysownikiem, Bogusławem Polchem, była inspirująca i nauczyła mnie wiele
od siebie wymagać. Funky Koval stanowił trudne zadanie, ale w rezultacie
powstało chyba dobre dziełko kultury masowej.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Na komiksowym poletku jest jednak wielu
niespełnionych krytyków, którym z różnych powodów nie dane było się
wypowiedzieć jako twórcom w dziedzinie, o której próbują pisać. Ty zaś
jesteś w tym szczęśliwym położeniu, że tworzysz komiksy... Czy możesz z
ręką na sercu jako autor i krytyk komiksowy powiedzieć, że twoja adaptacja
Wiedźmina jest twórcza?
MACIEJ PAROWSKI: Kiedy adaptuję prozę Sapka na komiks, to wiele
wymagam od siebie pod względem warsztatowym. Muszę pamiętać o pracy
kamery, ale historię mam już gotową. Nie muszę wymyślać akcji i wątków, a
szukam jedynie rytmu i pamiętam o przemienności akcji. Czuję się więc
mniej autorem niż Sapkowski i Polch. Równocześnie to, że jestem trochę z
boku, umożliwia pokazanie Sapkowskiemu, przeze mnie, jego prozy jakby w
zwierciadle.
To Bogdan, nie ja, pierwszy zakochał się w prozie Andrzeja, podczas
gdy ja pierwotnie nie widziałem potrzeby przekładania Wiedźmina na język
komiksu. Widziałem go w mojej głowie, w wyobraźni, i to mi wystarczyło.
Nie czułem potrzeby zobaczenia Geralta na obrazku. Przecież jako
redaktor Fantastyki byłem pierwszym czytelnikiem tej prozy i
przygotowywałem Wiedźmina do druku jako literaturę. Kiedy Bogdan
podzielił się ze mną swoim odkryciem, że jest to dobra podstawa komiksu,
to się tylko uśmiechnąłem: - Kto ci to zaadaptuje - zapytałem, nie
wiedząc, że to będę ja!
Andrzej i wydawca porozumieli się, że zostaną adaptatorem, a wtedy
poczułem chęć wejścia w wiedźmiński świat głębiej - dokładając coś
własnego. Stąd biorą się plansze z wątkami, których w danym opowiadaniu
pierwotnie nie ma. Jednak wynikają one z tej prozy i są oczywiście w
duchu Sapka.
Rozzuchwaliłem się. Przekonałem się po pracy nad Wiedźminem, że
adaptacja jest pracą twórcza, która daje satysfakcję i nie obraża
pisarza. Rozglądam się teraz, jakie wybitne dzieło literatury światowej
mogę skomiksować (od redakcji: skoro można sfilmować, to neologizm ten
akceptujemy!). Może będzie to Proces Kafki?!
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Kiedyś ładnie powiedziałeś, że "literatura
jest tym, co się ciężko rysuje". Opowiadania Sapkowskiego oparte są na
humorze, grze słów, rozbijaniu stałych związków frazeologicznych,
weryfikacji omszałych mitów i na dowcipnych dialogach. Jak to przełożyć na
plastyczny obraz, nie tracąc uroku i klimatu?
MACIEJ PAROWSKI: Warstwa językowa - gra z mitem, kulturą. wiedzą
czytelnika - dominuje, ale jest tylko jedną z warstw. Dialogi - to nie
takie proste. Gdyby proza Sapkowskiego opierała się wyłącznie na
mistrzowskich dialogach, to nie nadawałaby się na komiks. Sceny w których
dużo się mówi, przeplatam - przed nimi i po nich - dynamicznymi scenami,
eksponując ruch. Nie jest prawdą, że w prozie Andrzeja trzeba szukać
obrazów lub je wymyślać. One są w tej prozie, ale na dalszym planie. Za
dialogiem i retrospekcją ukryte są niezłe obrazy. Dużo możliwości
komiksowego "dziania się" zawierają także sceny pozornie statycznych
rozmów.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Komiks jako gatunek jest sumą cech różnych
gatunków: malarstwa ilustracyjnego (zwłaszcza dziewiętnastowiecznej
ikonografii amerykańskiej), kina (przeplatającego się w naszej rozmowie) i
literatury przygodowej. Komiksy będące przełomowymi dokonaniami to jednak
opowieści suwerenne, niewiele zawdzięczające innym gatunkom. Czy Wiedźmin
- jako cykl opowiadań, które odniosły sukces literacki - jest dobrym
tworzywem na komiks?
MACIEJ PAROWSKI: Szczerze mówiąc nie wiem. Sam parokrotnie
powtarzałem za Irzykowskim, że nie lubię adaptacji i scenariusze filmowe a
więc także i komiksowe, powinny powstawać pod wpływem oddzielnego
natchnienia. Wtedy bohater komiksu, bohater suwerenny, zostaje osadzony w
komiksowych środkach wyrazu, innych niż literackie. Obok biblioteki Babel
jest także filmoteka Babel, która zaczęła rosnąć sto lat temu obok, a nie
w cieniu, tej biblioteki. Podoba nam się ogromna liczba dzieł filmowych
powstałych z inspiracji literaturą, na przykład: Wajda - Popiół i diament
(Andrzejewski) lub Kawalerowicz - Austeria (Stryjkowski). Potwierdzają to
także i wielkie przymiarki do sfilmowania Faulknera, i Chandler stojący za
klasycznymi już dziś filmami czarnego kryminału.
Intuicyjnie wyczuwam, że lepiej jest, jeśli pomysł przychodzi do
autora w obrazku i w obrazku przed czytelnikiem rozkwita. Ale - nawet
wbrew temu, co przytaczałem za Irzykowskim wcześniej - jest także wielka
magia, wielkie promieniowanie dzieł literackich, które powodują, że
chcemy ich epickość zobaczyć. W pewnej mierze epika jest pokrewna kinu, a
Wiedźmin to dobra epika.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Jest dużo filmów będących udanymi adaptacjami
literatury. Przykłady utworów powstałych jako scenariusze filmowe, które
następnie odniosły sukces jako dzieła literackie, są już nieliczne.
Przeróbki literatury i filmów na komiksy do tej pory raczej nie udawały
się. Rezultaty przeniesień komiksu na ekran były kontrowersyjne, a z
komiksu do literatury nie trafiło prawie nic...
MACIEJ PAROWSKI: Z komiksu na literaturę... Faktycznie, to się nie
mogło udać. Natomiast na ekranach kin komiksowy Batman był niezły.
Osobiście lubię zwłaszcza drugiego Batmana. Uwielbiam film Dick Tracy,
ponieważ to jest kino, które nie adaptuje komiksu, a... chce być komiksem!
Ale od takich rozważań mamy Jurka Szyłaka.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Wspomniany Batman i Dick Tracy to imiona
bohaterów komiksowych, które zawierają w sobie tożsamość postaci, a
równocześnie są znakiem rozpoznawczym serii opowieści. Jak ważny jest
bohater dla komiksu! Tymczasem - niezależnie od różnych prób interpretacji
- Geralt pozostaje postacią niejednoznaczną i tajemniczą, wbrew regułom
komiksu...
MACIEJ PAROWSKI: Ot! Jak tak się zastanawiam, to dochodzę do wniosku,
że mało o Geralcie wiem. Przyjąłem go z "dobrodziejstwem inwentarza" od
Sapka, jako mężczyznę w typie chandlerowskiego prywatnego detektywa
rzuconego w świat fantasy. Równocześnie myślę o wiedźminie jako o jeźdźcu
znikąd. Wiesz, on jest trochę taką czarną skrzynką. Wiadomo co robi, jak
reaguje na pewne bodźce, ale co on ma w środku? Kim jest wiedźmin i co
jako syn Korina przeżył w młodości za palisadą Kręgu, powiemy i pokażemy z
Andrzejem i Bogdanem, ale... później.
Na razie Geralt jest tajemnicą. Pojawia się nagle, widać to zwłaszcza
w komiksowej adaptacji opowiadania o strzydze. Natomiast po rozwiązaniu
akcji Mniejszego zła znika, niczym Clint Eastwood w westernie, a Jaskier
za nim goni. Wydaje mi się, że wiedźmin to taki diabeł-anioł, pokrewny
bohaterom Przełomów Missouri. Poznajemy Geralta przez działanie.
Dowiadujemy się, że może zabić prawie za nic, aby... pozostawić znak
firmowy (w domyśle wiedźmin). Ale niszczy ludzi-insekty, bardziej złych i
niebezpiecznych niż strzyga, bo ją warto odczarować, a nad nimi już się
nie pracuje!
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Wiedźmin jako deratyzator.
MACIEJ PAROWSKI: Trochę tak. Jednocześnie człowiek, który kocha i
cierpi, gdyż jest przyjmowany i odrzucany. To jest medium, na które
Sapkowski przelał rozterki silnie odczuwającego i wrażliwego mężczyzny, a
nie chłopca! W przeciwieństwie do tego, co robią teraz młodzi pisarze,
Sapek tworzy prozę męską. Wiedźmin boryka się z problemami, a miecz na
przeciwników wyciąga z oporami i nie znajduje radości w zabijaniu! Nie
jest Geralt triumfującym "niszczycielem potworów" lub "rozwiązywaczem
konfliktów". Zmęczony, znużony, walczy wbrew sobie, gdyż czuje, że walczyć
należy, co nie oznacza, że chce. Wiedźmin wie, czym jest śmierć i czym
jest życie, wie także czym jest niespełnienie męskości. Powiem: wiek męski
- wiek klęski, ale klęski wiedźmina nie są pełnymi klęskami, ponieważ
ponosząc je odwołuje się do wiedźmińskiego kodeksu i do powinności Również
nie do końca zwycięża
Bogactwo tej postaci, przy równoczesnej enigmatyczności, prosi się, o
krytykę Została ona zamazana entuzjazmem młodych ludzi, którzy jednak
nie potrafią powiedzieć, czemu Wiedźmin jest dobry. Twórczości Andrzeja
Sapkowskiego towarzyszy brak zrozumienia u starych krytyków głównego
nurtu, którzy nie dostrzegają literatury fantastycznej. Wiedźmin to złota
moneta dla niepoznaki poniklowana i teraz dyżurni publicyści w działach
kultury dzienników nie wiedzą, że mają do czynienia z czymś cennym.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: W tej sytuacji rośnie rola rysownika...
MACIEJ PAROWSKI: Zgoda. Jego rysunek dookreśla Wiedźmina. W tym celu
wypracowany na początku lat 80. hiperrealistyczny rysunek znany z Funkiego
Kovala Bogdan musiał zmienić na styl bardziej współdziałający z opowieścią
fantasy. Podziwiam odwagę i nowatorstwo 50-letniego rysownika, który
porzucając dotychczasowy dorobek naraził się na niezrozumienie, a nawet
posądzenie o wtórność. Mógł dalej rysować Kovala, ale nikt z młodszych
rysowników nie stworzył wizji Wiedźmina, która przekonałaby wydawcę i
Sapkowskiego. Myślę, że Bogdan od dawna chciał spróbować innego rysowania,
ale nie miał ku temu odpowiedniej szansy. Teraz doczekał się
Sapkowskiego! Zmienił także metody pracy i ulepszył kolor. Ma wreszcie
stałe grono współpracowników. Rynek krajowy nie stawiał wcześniej tak
dużych wymagań - w latach 70. wystarczały przygody kapitana Żbika, a w
latach 80 - Kovala. Za rozwój artysty odpowiada także kultura, w której
funkcjonuje. Fakt pracy Bogdana w Polsce, a nie w Niemczech lub Belgii,
był do tej pory ewenementem. Podobnie jak Polch, zaryzykował także
wydawca!
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Myślę, że młodzi czytelnicy, będący
początkującymi twórcami komiksów, oczekują, że podczas naszej rozmowy
padnie także rada dla nich...
MACIEJ PAROWSKI: Pisanie scenariusza to poważna sprawa. Sugeruję,
żeby nikt nie siadał do pisania, dopóki nie będzie wiedział, jak historia
ma się zakończyć! Najpierw trzeba opowieść zobaczyć całą, a dopiero
później pracować nad ujęciami. Na poprzednim, III Ogólnopolskim Konwencie
Twórców Komiksu w Łodzi widziałem wspaniałe otwarcia. Ale dobry początek,
to za mało. Może właśnie dlatego młodzi autorzy komiksów uciekają od
głównego nurtu narracji w poezję, eksperymenty, zabawę gatunkiem lub
penetrację języka. Często mają olśniewające pomysły, którymi mnie
zaskakują, ale wystarcza tego zaledwie na etiudy, a nie na komiks.
WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Po trzech albumach, co możesz powiedzieć o
pracy nad komiksową wersją przygód Geralta w porównaniu z pisaniem
całkowicie własnego scenariusza?
MACIEJ PAROWSKI: Praca nad adaptacją i tworzenie własnego scenariusza
mają się do siebie tak jak marsz po asfalcie i górska wspinaczka. To
pierwsze jest pozornie łatwiejsze. Drugie dostarcza większych przyjemności
i człowiek nie czuje zmęczenia. Teraz mam krótką przerwę przed marszem,
aby spełnić Ostatnie Życzenie! Później w górach zapoluję na smoka i wtedy
być może dotknę swojej Granicy możliwości.
[Wklepała: Joanna Słupek]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl