AS ZONE:


Waldemar Czerniszewski z Maciejem Parowskim
[KINO.DOC]


Nieruchome kino
[Komiks 9(27)/1993]


      ,,Nie  będąc  jeszcze  w  wieku,  kiedy  się  tworzy,  zadawalałem się
  opowiadaniem''

                                                   Aleksander Dumas - pisarz

      ,,Nie łżę, tylko ubarwiam, a to jest różnica.''

                                         Jaskier, zwany Niezrównanym - poeta

       Porozmawiajmy o ideach, o dramacie bohaterów - takie przesłanie niósł
  rozwibrowany emocjami głos Macieja Parowskiego 9 października 1993 roku do
  zapatrzonych  w  samych siebie kilkudziesięciu młodych krytyków i amatorów
  komiksowych  fanzinów, zgromadzonych na IV Ogólnopolskim Konwencie Twórców
  Komiksu  w Łodzi. Był to głos wołającego na puszczy. O konwencie napiszę w
  Komiksie 1/1994, a teraz posłuchamy Maćka. Rozmowa odbyła się w przeddzień
  wyjazdu na konwent.

       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Do  tej  pory byłeś związany z powstawaniem
  komiksów  jako  scenarzysta  lub  współscenarzysta.  W  Wiedźminie  jesteś
  natomiast adaptatorem, czyli kimś w rodzaju reżysera.
       MACIEJ  PAROWSKI: Myślę, że nigdy nie byłem reżyserem komiksu. Zawsze
  pozostawałem  scenarzystą,  czyli  osobą,  która opowiada obrazki tworzące
  historię  wymyśloną wcześniej. W Wiedźminie biorę od Andrzeja Sapkowskiego
  gotową  historię,  ale  muszę  ją dopowiadać w obszarach, w których wymaga
  uzupełnienia. Po prostu tłumaczę tę opowieść na obraz. Wyobrażam sobie jak
  wygląda  świat,  w  którym  toczy  się  akcja  i  staram się wejść w prozę
  Sapkowskiego  z  "kamerą"  bardziej plastyczną niż ruchoma kamera filmowa.
  Moja  kamera  może  zajrzeć w oczy, w duszę i pod kołdrę. Patrzy z góry, z
  dołu,  może także deformować, a nawet myśleć. Ze świata prozy Sapkowskiego
  pragnę  wychwycić  wszystko,  co  jest obrazem i ruchem. Dialogi i relacje
  znajdujące  się  w opowiadaniach są dla mnie podstawą do przetwarzania ich
  na obraz i ruch.
       Tym  samym  dostarczam  "tworzywa"  na komiks, który Bogusław Polch -
  rysownik  bardzo  zdolny, fachowy i zmieniający styl - będzie mógł zrobić.
  Nie  porównywałem swej pracy z zawodem reżysera - porównywałem swe zajęcie
  zawsze  do  pracy  scenarzysty,  np.  do...  Ścibora-Rylskiego! Mówiłem do
  Bogdana:  -  Ty jesteś Wajda, wiesz co dzisiaj trzeba zmienić na planie, a
  ja  się na to godzę, bo ufam twojemu instynktowi. - Tak się bowiem składa,
  że   palce  Bogdana  są  scenografem,  operatorem,  charakteryzatorem... i
  aktorami!
       Moją rolę można porównać do czegoś innego. Pamiętam, ile emocji kryło
  się  w  oczekiwaniu,  kto  będzie  filmowym  adaptatorem  powieści "Wielki
  Gatsby"  lub  "Ostatni  z wielkich" czy "Ojciec chrzestny". Pozostaję więc
  scenarzystą-pisarzem,   który  wchodzi  pomiędzy  innego  pisarza-autora i
  reżysera-rysownika,  rozprostowując  w  obraz  historię  zaklętą  w słowa.
  Rozprostowuję,  to  znaczy  czasami  coś  wycinam,  a  czasami coś dodaję.
  Wyciągam  własne  wnioski  z opowieści i przekładam je na obraz, dopisując
  preludium lub epilog.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Wobec Sapkowskiego zachowałeś się nie tylko
  jako   pisarz-adaptator,   lecz   także   jako   krytyk,  który  oceniał i
  interpretował innego pisarza.
       MACIEJ  PAROWSKI:  Metoda  twórcza  Sapkowskiego  nie  była ukryta. Z
  ostentacją  odwoływał  się  do  różnych  mitów,  baśni, legend, a także do
  współczesnych  sporów  jakie  toczymy,  ale  jego  metoda  pozostawała nie
  nazwana.  Jako  krytyk  przypisałem ją do postmodernizmu, co jest być może
  intelektualnym rozbojem, ale... Później wyciągnąłem z tej diagnozy wnioski
  jako  adaptator. U Sapkowskiego kobierzec literacki to arras, który ma nie
  tylko  nitkę  złotą,  srebrna,  wełnianą,  ale  też nylonową i był tkany w
  różnych  czasach  przez  postacie  z wielu kultur. Ponieważ autor prowadzi
  taką grę literacką, postarałem się, aby w komiksie było to widać.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI: Pan Andrzej nie podzielił tej opinii. Jednak
  twoja  komiksowa  adaptacja  jest  wyraźnie postmodernistyczna przez pewne
  sztuczki  narracyjne, interpretację postaci i zdarzeń. Czy nie jest to aby
  uszczęśliwianie Sapkowskiego postmodernizmem na siłę?
       MACIEJ  PAROWSKI: Mało mnie obchodzi, co Sapkowski mówi - ha! ha! ha!
  -  o  mojej krytyce! Bardziej natomiast zajmuje, co Andrzej zrobi dalej ze
  światem  Wiedźmina.  Oczywiście  pisarz  się  drażni  z  krytykami i ja to
  rozumiem.  Twórca  nie  lubi być przytłoczony przez formułę krytyczną i ma
  prawo   buntować   się  przeciwko  miejscu  wyznaczanemu  jego  prozie  na
  literackiej  tablicy Mendelejewa. Pisarz może mieć święte prawo i życzenie
  pozowania  wobec  siebie  i  innych.  Przecież nie mówi się dziewczynie: -
  Twoja  uroda  ma  numer  17/B-3/XXXVI/AWY; tylko mówi się - Jesteś piękna!
  Podobnie  pisarzowi nie można powiedzieć: - Jesteś postmodernistą; podczas
  gdy  on  oczekuje,  że  mu  powiesz:  -  Śniło  mi  się  po  nocach  twoje
  opowiadanie, nie mogę się od niego oderwać.
       Natomiast  jeśli  jestem krytykiem, a jestem! I mam lat 47, a nie 20,
  to  przyznam,  że nazywanie i odgadywanie metod pisarza jest działalnością
  pasjonującą.  Po  rozmowie  z redaktorem i rysownikiem postawiłem tezę, że
  gra,    którą    Sapkowski    prowadzi    z    czytelnikami,   to   zabawa
  postmodernistyczna,  w  której mamy wiele wątków i odniesień jednocześnie.
  To  takie  opowiadanie  w opowiadaniu. Uznałem więc postmodernizm za dobry
  klucz  przy robieniu adaptacji. Na przykład w komiksie Jaskier pojawia się
  w  opowieści  Mniejsze  zło, a w opowiadaniu go nie było. Być może bobołak
  Kehl  w Drodze bez powrotu jest postacią pozytywną, tylko dlatego, że inny
  bobołak  w  Mniejszym  źle  poczęstował skacowanego poetę piwem. Natomiast
  Vran  -  złą, bo mu napitku odmówił! To przecież Jaskier mówi wiedźminowi,
  że  jeśli  opisze  go  jako rzeźnika - to rzeźnikiem pozostanie, lecz może
  także  opisać Geralta jako postać tragiczną - i będzie wtedy takim po wsze
  czasy!   Więc  jeśli  Sapkowski  nawet  uklęknie  na  placu  Św.  Piotra i
  przysięgnie, że postmodernistą nie jest, to ja klęknę obok i powiem, że te
  pomysły  nie  przyszłyby  mi  do  głowy,  gdyby  nie  pewne akcenty w jego
  opowiadaniach.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI: Miał rację Sapkowski, że rzeź to się dopiero
  zaczyna  przy podziale skarbów po zabiciu smoka! Mówi się jednak także, że
  krytycy  najlepiej  wiedzą,  jak  prowadzić  samochód,  tylko  że sami nie
  potrafią tego robić...
       MACIEJ  PAROWSKI:  Ja oczywiście nie zgodzę się z tym, że krytyk to z
  definicji  impotent  Natomiast krytyk ma być może przerost świadomości. To
  pewien  stan  dojrzałości  widoczny  w kulturze - są kultury, które wydają
  poetów  i są kultury płodzące krytyków. Są też takie, które rodzą eseistów
  i filozofów. O byciu krytykiem nie decyduje więc brak umiejętności lub ich
  utrata,  a  raczej zmiana skłonności duchowych, intelektualnych. Sam byłem
  najpierw  felietonistą-krytykiem,  a  później  zostałem pisarzem mającym w
  dorobku   opowiadania   i  powieść.  Także  obecnie  pociągają  mnie  obie
  dziedziny.  To  tak jak u Borgesa - interesujące jest przenikanie wzajemne
  krytyki i prozy, dające w rezultacie literaturę wzbogaconą intelektualnie.
  Mnie to bawi.
       Fantastyka   jest   taką   literaturą   intelektualną.  Mierzy  się z
  problemami, a nie wyłącznie emocjami. W fantastyce spotyka się rezonerstwo
  krytyka  i  wizjonerstwo  literata.  Nie  bawiła mnie pierwotna fantastyka
  będąca manifestem technologiczno-cywilizacyjnym. Przyciągnęła mnie dopiero
  fantastyka późniejsza, która penetrowała duszę, sny i odruchy.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  W  jaki sposób pokonałeś drogę od krytyki i
  fantastyki do komiksu?
       MACIEJ  PAROWSKI: Jedynymi komiksami, na których mogli się wychowywać
  ludzie  w  moim  wieku,  były początkowo: Koziołek Matołek; Tytus, Romek i
  A'Tomek;  Ryzyko  (kpt.  Żbik)  i Podziemny front. Miałem to szczęście, że
  równolegle była dostępna inna sztuka obrazkowa, dużo bardziej wyrafinowana
  - kino: Antonioni, Bergman, Fellini, Hitchcock, Polański i Wajda. Ówczesne
  kino  było  ciekawsze  niż obecnie i bardziej odwoływało się do intelektu.
  Promowało  kulturę  i  dawało  diagnozę  rzeczywistości,  a  nie próbowało
  zaspokoić gustów kilkunastoletniego Murzyna-analfabety. Natomiast w latach
  70.  czytywałem  już  eseje  o komiksie francuskim. Oglądałem te komiksy i
  muszę stwierdzić, że były rozwinięciem gatunku. W polskiej prasie rysowali
  wtedy  Czeczot,  Lutczyn,  Mleczko - zwłaszcza Szpilkach. Byłem zachwycony
  ich twórczością. W 1975 roku spędziłem kilka dni w Paryżu przy stoiskach z
  komiksami  na  Saint-Germain  i  nie  mogłem się nasycić - byłem olśniony.
  Napisałem esej o komiksie, ale nie myślałem wtedy, że będę robił komiksy!
       Dopiero  Fantastyka  dała  mi taką szansę. Współpraca z doświadczonym
  rysownikiem,  Bogusławem  Polchem,  była inspirująca i nauczyła mnie wiele
  od  siebie  wymagać. Funky Koval stanowił trudne zadanie, ale w rezultacie
  powstało chyba dobre dziełko kultury masowej.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Na  komiksowym  poletku  jest  jednak wielu
  niespełnionych  krytyków,  którym  z  różnych  powodów  nie  dane było się
  wypowiedzieć  jako  twórcom  w  dziedzinie, o której próbują pisać. Ty zaś
  jesteś  w  tym  szczęśliwym położeniu, że tworzysz komiksy... Czy możesz z
  ręką na sercu jako autor i krytyk komiksowy powiedzieć, że twoja adaptacja
  Wiedźmina jest twórcza?
       MACIEJ  PAROWSKI:  Kiedy  adaptuję  prozę  Sapka  na komiks, to wiele
  wymagam  od  siebie  pod  względem  warsztatowym.  Muszę  pamiętać o pracy
  kamery,  ale historię mam już gotową. Nie muszę wymyślać akcji i wątków, a
  szukam  jedynie  rytmu  i  pamiętam  o przemienności akcji. Czuję się więc
  mniej  autorem  niż Sapkowski i Polch. Równocześnie to, że jestem trochę z
  boku,  umożliwia  pokazanie  Sapkowskiemu, przeze mnie, jego prozy jakby w
  zwierciadle.
       To  Bogdan,  nie ja, pierwszy zakochał się w prozie Andrzeja, podczas
  gdy  ja  pierwotnie nie widziałem potrzeby przekładania Wiedźmina na język
  komiksu.  Widziałem  go  w mojej głowie, w wyobraźni, i to mi wystarczyło.
  Nie   czułem   potrzeby  zobaczenia  Geralta  na  obrazku.  Przecież  jako
  redaktor    Fantastyki    byłem   pierwszym   czytelnikiem   tej   prozy i
  przygotowywałem   Wiedźmina   do   druku  jako  literaturę.  Kiedy  Bogdan
  podzielił  się  ze mną swoim odkryciem, że jest to dobra podstawa komiksu,
  to  się  tylko  uśmiechnąłem:  -  Kto  ci  to  zaadaptuje - zapytałem, nie
  wiedząc, że to będę ja!
       Andrzej  i  wydawca  porozumieli się, że zostaną adaptatorem, a wtedy
  poczułem  chęć  wejścia  w  wiedźmiński  świat  głębiej  -  dokładając coś
  własnego.  Stąd  biorą  się plansze z wątkami, których w danym opowiadaniu
  pierwotnie  nie  ma.  Jednak  wynikają  one  z tej prozy i są oczywiście w
  duchu Sapka.
       Rozzuchwaliłem  się.  Przekonałem  się  po  pracy  nad Wiedźminem, że
  adaptacja  jest  pracą  twórcza,  która  daje  satysfakcję  i  nie  obraża
  pisarza.  Rozglądam  się  teraz, jakie wybitne dzieło literatury światowej
  mogę  skomiksować  (od  redakcji:  skoro można sfilmować, to neologizm ten
  akceptujemy!). Może będzie to Proces Kafki?!
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Kiedyś  ładnie powiedziałeś, że "literatura
  jest  tym,  co  się  ciężko rysuje". Opowiadania Sapkowskiego oparte są na
  humorze,   grze   słów,   rozbijaniu  stałych  związków  frazeologicznych,
  weryfikacji omszałych mitów i na dowcipnych dialogach. Jak to przełożyć na
  plastyczny obraz, nie tracąc uroku i klimatu?
       MACIEJ  PAROWSKI:  Warstwa  językowa  -  gra z mitem, kulturą. wiedzą
  czytelnika  -  dominuje,  ale  jest tylko jedną z warstw. Dialogi - to nie
  takie   proste.   Gdyby  proza  Sapkowskiego  opierała  się  wyłącznie  na
  mistrzowskich  dialogach, to nie nadawałaby się na komiks. Sceny w których
  dużo  się  mówi, przeplatam - przed nimi i po nich - dynamicznymi scenami,
  eksponując  ruch.  Nie  jest  prawdą,  że  w prozie Andrzeja trzeba szukać
  obrazów  lub  je  wymyślać. One są w tej prozie, ale na dalszym planie. Za
  dialogiem   i  retrospekcją  ukryte  są  niezłe  obrazy.  Dużo  możliwości
  komiksowego  "dziania  się"  zawierają  także  sceny  pozornie statycznych
  rozmów.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Komiks  jako gatunek jest sumą cech różnych
  gatunków:   malarstwa   ilustracyjnego   (zwłaszcza  dziewiętnastowiecznej
  ikonografii amerykańskiej), kina (przeplatającego się w naszej rozmowie) i
  literatury  przygodowej. Komiksy będące przełomowymi dokonaniami to jednak
  opowieści  suwerenne, niewiele zawdzięczające innym gatunkom. Czy Wiedźmin
  -  jako  cykl  opowiadań,  które  odniosły  sukces literacki - jest dobrym
  tworzywem na komiks?
       MACIEJ   PAROWSKI:   Szczerze   mówiąc   nie  wiem.  Sam  parokrotnie
  powtarzałem za Irzykowskim, że nie lubię adaptacji i scenariusze filmowe a
  więc   także  i  komiksowe,  powinny  powstawać  pod  wpływem  oddzielnego
  natchnienia.  Wtedy bohater komiksu, bohater suwerenny, zostaje osadzony w
  komiksowych  środkach wyrazu, innych niż literackie. Obok biblioteki Babel
  jest  także filmoteka Babel, która zaczęła rosnąć sto lat temu obok, a nie
  w  cieniu,  tej  biblioteki. Podoba nam się ogromna liczba dzieł filmowych
  powstałych  z inspiracji literaturą, na przykład: Wajda - Popiół i diament
  (Andrzejewski)  lub Kawalerowicz - Austeria (Stryjkowski). Potwierdzają to
  także i wielkie przymiarki do sfilmowania Faulknera, i Chandler stojący za
  klasycznymi już dziś filmami czarnego kryminału.
       Intuicyjnie  wyczuwam,  że  lepiej  jest,  jeśli pomysł przychodzi do
  autora  w  obrazku  i  w  obrazku przed czytelnikiem rozkwita. Ale - nawet
  wbrew  temu,  co przytaczałem za Irzykowskim wcześniej - jest także wielka
  magia,  wielkie  promieniowanie  dzieł  literackich,  które  powodują,  że
  chcemy  ich epickość zobaczyć. W pewnej mierze epika jest pokrewna kinu, a
  Wiedźmin to dobra epika.
       WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Jest dużo filmów będących udanymi adaptacjami
  literatury.  Przykłady  utworów powstałych jako scenariusze filmowe, które
  następnie  odniosły  sukces  jako  dzieła  literackie,  są  już nieliczne.
  Przeróbki  literatury  i  filmów na komiksy do tej pory raczej nie udawały
  się.  Rezultaty  przeniesień  komiksu  na  ekran  były kontrowersyjne, a z
  komiksu do literatury nie trafiło prawie nic...
       MACIEJ  PAROWSKI:  Z  komiksu na literaturę... Faktycznie, to się nie
  mogło  udać.  Natomiast  na  ekranach  kin  komiksowy  Batman  był niezły.
  Osobiście  lubię  zwłaszcza  drugiego  Batmana. Uwielbiam film Dick Tracy,
  ponieważ to jest kino, które nie adaptuje komiksu, a... chce być komiksem!
  Ale od takich rozważań mamy Jurka Szyłaka.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Wspomniany  Batman  i  Dick Tracy to imiona
  bohaterów  komiksowych,  które  zawierają  w  sobie  tożsamość  postaci, a
  równocześnie  są  znakiem  rozpoznawczym  serii  opowieści. Jak ważny jest
  bohater dla komiksu! Tymczasem - niezależnie od różnych prób interpretacji
  -  Geralt  pozostaje  postacią niejednoznaczną i tajemniczą, wbrew regułom
  komiksu...
       MACIEJ PAROWSKI: Ot! Jak tak się zastanawiam, to dochodzę do wniosku,
  że  mało  o  Geralcie wiem. Przyjąłem go z "dobrodziejstwem inwentarza" od
  Sapka,  jako  mężczyznę  w  typie  chandlerowskiego  prywatnego  detektywa
  rzuconego  w świat fantasy. Równocześnie myślę o wiedźminie jako o jeźdźcu
  znikąd.  Wiesz,  on jest trochę taką czarną skrzynką. Wiadomo co robi, jak
  reaguje  na  pewne  bodźce,  ale co on ma w środku? Kim jest wiedźmin i co
  jako syn Korina przeżył w młodości za palisadą Kręgu, powiemy i pokażemy z
  Andrzejem i Bogdanem, ale... później.
       Na razie Geralt jest tajemnicą. Pojawia się nagle, widać to zwłaszcza
  w  komiksowej  adaptacji  opowiadania o strzydze. Natomiast po rozwiązaniu
  akcji  Mniejszego  zła znika, niczym Clint Eastwood w westernie, a Jaskier
  za  nim  goni.  Wydaje  mi się, że wiedźmin to taki diabeł-anioł, pokrewny
  bohaterom   Przełomów   Missouri.   Poznajemy   Geralta  przez  działanie.
  Dowiadujemy  się,  że  może  zabić  prawie  za nic, aby... pozostawić znak
  firmowy  (w domyśle wiedźmin). Ale niszczy ludzi-insekty, bardziej złych i
  niebezpiecznych  niż  strzyga,  bo ją warto odczarować, a nad nimi już się
  nie pracuje!
       WALDEMAR CZERNISZEWSKI: Wiedźmin jako deratyzator.
       MACIEJ  PAROWSKI:  Trochę  tak.  Jednocześnie człowiek, który kocha i
  cierpi,  gdyż  jest  przyjmowany  i  odrzucany.  To  jest medium, na które
  Sapkowski  przelał rozterki silnie odczuwającego i wrażliwego mężczyzny, a
  nie  chłopca!  W  przeciwieństwie  do tego, co robią teraz młodzi pisarze,
  Sapek  tworzy  prozę  męską.  Wiedźmin boryka się z problemami, a miecz na
  przeciwników  wyciąga  z  oporami  i nie znajduje radości w zabijaniu! Nie
  jest  Geralt  triumfującym  "niszczycielem  potworów"  lub "rozwiązywaczem
  konfliktów". Zmęczony, znużony, walczy wbrew sobie, gdyż czuje, że walczyć
  należy,  co  nie  oznacza,  że chce. Wiedźmin wie, czym jest śmierć i czym
  jest życie, wie także czym jest niespełnienie męskości. Powiem: wiek męski
  -  wiek  klęski,  ale  klęski  wiedźmina nie są pełnymi klęskami, ponieważ
  ponosząc je odwołuje się do wiedźmińskiego kodeksu i do powinności Również
  nie do końca zwycięża
       Bogactwo tej postaci, przy równoczesnej enigmatyczności, prosi się, o
  krytykę  Została  ona  zamazana  entuzjazmem  młodych ludzi, którzy jednak
  nie  potrafią  powiedzieć,  czemu Wiedźmin jest dobry. Twórczości Andrzeja
  Sapkowskiego  towarzyszy  brak  zrozumienia  u  starych  krytyków głównego
  nurtu,  którzy nie dostrzegają literatury fantastycznej. Wiedźmin to złota
  moneta  dla  niepoznaki  poniklowana i teraz dyżurni publicyści w działach
  kultury dzienników nie wiedzą, że mają do czynienia z czymś cennym.
       WALDEMAR CZERNISZEWSKI: W tej sytuacji rośnie rola rysownika...
       MACIEJ  PAROWSKI: Zgoda. Jego rysunek dookreśla Wiedźmina. W tym celu
  wypracowany na początku lat 80. hiperrealistyczny rysunek znany z Funkiego
  Kovala Bogdan musiał zmienić na styl bardziej współdziałający z opowieścią
  fantasy.  Podziwiam  odwagę  i  nowatorstwo  50-letniego  rysownika, który
  porzucając  dotychczasowy  dorobek  naraził się na niezrozumienie, a nawet
  posądzenie  o  wtórność.  Mógł  dalej rysować Kovala, ale nikt z młodszych
  rysowników  nie  stworzył  wizji  Wiedźmina,  która przekonałaby wydawcę i
  Sapkowskiego. Myślę, że Bogdan od dawna chciał spróbować innego rysowania,
  ale   nie   miał   ku   temu   odpowiedniej  szansy.  Teraz  doczekał  się
  Sapkowskiego!  Zmienił  także  metody  pracy i ulepszył kolor. Ma wreszcie
  stałe  grono  współpracowników.  Rynek  krajowy  nie stawiał wcześniej tak
  dużych  wymagań  -  w  latach 70. wystarczały przygody kapitana Żbika, a w
  latach  80  -  Kovala. Za rozwój artysty odpowiada także kultura, w której
  funkcjonuje.  Fakt  pracy  Bogdana w Polsce, a nie w Niemczech lub Belgii,
  był  do  tej  pory  ewenementem.  Podobnie  jak  Polch,  zaryzykował także
  wydawca!
       WALDEMAR   CZERNISZEWSKI:   Myślę,   że   młodzi  czytelnicy,  będący
  początkującymi  twórcami  komiksów,  oczekują,  że  podczas naszej rozmowy
  padnie także rada dla nich...
       MACIEJ  PAROWSKI:  Pisanie  scenariusza  to poważna sprawa. Sugeruję,
  żeby  nikt nie siadał do pisania, dopóki nie będzie wiedział, jak historia
  ma  się  zakończyć!  Najpierw  trzeba  opowieść  zobaczyć  całą, a dopiero
  później  pracować nad ujęciami. Na poprzednim, III Ogólnopolskim Konwencie
  Twórców  Komiksu w Łodzi widziałem wspaniałe otwarcia. Ale dobry początek,
  to  za  mało.  Może  właśnie  dlatego  młodzi autorzy komiksów uciekają od
  głównego  nurtu  narracji  w  poezję,  eksperymenty,  zabawę gatunkiem lub
  penetrację   języka.   Często  mają  olśniewające  pomysły,  którymi  mnie
  zaskakują, ale wystarcza tego zaledwie na etiudy, a nie na komiks.
       WALDEMAR  CZERNISZEWSKI:  Po  trzech albumach, co możesz powiedzieć o
  pracy  nad  komiksową  wersją  przygód  Geralta  w  porównaniu  z pisaniem
  całkowicie własnego scenariusza?
       MACIEJ PAROWSKI: Praca nad adaptacją i tworzenie własnego scenariusza
  mają  się  do  siebie  tak  jak  marsz po asfalcie i górska wspinaczka. To
  pierwsze jest pozornie łatwiejsze. Drugie dostarcza większych przyjemności
  i  człowiek  nie  czuje zmęczenia. Teraz mam krótką przerwę przed marszem,
  aby  spełnić Ostatnie Życzenie! Później w górach zapoluję na smoka i wtedy
  być może dotknę swojej Granicy możliwości.


                                                   [Wklepała: Joanna Słupek]


[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl