AS ZONE:


Andrzej Sapkowski z Terrym Brooksem


Shannara i Magiczne Królestwo
[Nowa Fantastyka 1(172)/1997]

       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Pierwsze trzy tomy serii Landover to "Królestwo na
  sprzedaż",   "Czarny   jednorożec",   "Nadworny   czarodziej",   "Kabałowa
  szkatułka"  i  "Napój  czarownic".  W  1997  roku  Rebis  planuje  wydanie
  pierwszego  tomu  cyklu  "Miecz  Shannary".  Czy  te dwie serie prezentują
  Pański całkowity dorobek?
       TERRY  BROOKS:  Cykl  Landover  zawiera  obecie pięć książek, na cykl
  Shannary składa się osiem książek.

       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Podobno  zaczął  Pan  pisać  w  szkole średniej.
  Jednocześnie  "Miecz  Shannary"  określa się jako Pana pierwszą książkę. A
  więc  albo  zaczął Pan pisać "Miecz..." jako uczeń i skończył w 1977 roku,
  albo w czasach szkolnych napisał Pan inne powieści i/lub opowiadania.
       TERRY BROOKS: Pisałem opowiadania, odkąd skończyłem dziesięć lat, ale
  pierwszą  powieść  napisałem  w  szkole  średniej. Była to space opera pod
  tytułem "Kosmiczny dziennik", o której lepiej zapomnieć. Zacząłem pracować
  nad "Mieczem..." w 1967 roku, kiedy byłem na pierwszym roku studiów.

       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Po wydaniu trzech tomów Shannary zaczęła wychodzić
  seria  Landover, potem wrócił pan do Shannary, następnie ukazał się "Napój
  czarownic" z Landoveru, a w tym roku znowu przerzucił się Pan na Shannarę.
  Czy przeskakuje Pan z jednej serii do drugiej, żeby uniknąć znudzenia, czy
  raczej odczuwa Pan potrzebę zmiany świata, w którym Pan przebywa?
       TERRY  BROOKS:  Nie  lubię  pisać jednym ciągiem zbyt wielu książek z
  danej  serii.  Tracę świeżość spojrzenia, jeśli nie zrobię sobie wakacji i
  nie  popracuję  nad inną serią. Dlatego właśnie przerzucam się od Shannary
  do  Magicznego  Królestwa i z powrotem - w ten sposób ładuję swoje twórcze
  baterie i mam czas zastanowić się, co dalej.

       ANDRZEJ   SAPKOWSKI:  Powracając  do  daty  wydania  pierwszego  tomu
  Shannary: łatwo obliczyć, że w 1977 roku prowadził Pan praktykę adwokacką.
  Rozpoczynając  karierę pisarza, nie zdecydował się Pan - w przeciwieństwie
  np. do Grishama - na thrillery o prawnikach. Dlaczego fantasy?
       TERRY  BROOKS:  Może  gdybym  wiedział,  ile  pieniędzy  zarobi  John
  Grisham,  pisałbym  to,  co  on. Zawsze uważałem moje książki za opowieści
  głównie  przygodowe.  Pierwotną  inspirację  czerpałem  z  Waltera Scotta,
  Roberta  Louisa  Stevensona,  Aleksandra  Dumasa  itd.  Fantasy  po prostu
  pozwala mi rozszerzyć podstawową przygodową historię.

       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Shannara, pierwsza Pańska seria, należy do gatunku
  typowych   "tolkienowskich"  powieści  magii  i  miecza.  Natomiast  seria
  Landover,  rozpoczęta  w 1986 roku powieścią "Królestwo na sprzedaż", jest
  absolutnie  nietypowa.  Plotka  głosi,  że  właśnie dlatego "Królestwo..."
  odniosło  błyskawiczny  sukces.  Jaka  jest geneza postaci Bena Holidaya i
  jego Magicznego Królestwa?
       TERRY  BROOKS:  Mój  wydawca,  Lester  del  Rey,  podsunął  mi pomysł
  "Królestwa  na  sprzedaż".  Właściwie  pożyczył  mi  ten  pomysł  na  rok,
  ostrzegając,  że zwrócę pomysł, jeśli nie zdołam go wykorzystać. Wyobrażał
  sobie  lżejszą,  zabawniejszą  historię w stylu Piersa Anthony'ego. Ale ja
  dostrzegłem  jakiś  cień. Zapytałem: "Kim jest ten człowiek?" Odkryłem, że
  był  prawnikiem,  niezadowolonym  z życia. Był mną. Opowieść stała się - w
  przenośni - autobiografią.

       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  W Polsce istnieje pogląd, że w porównaniu z tzw.
  głównym  nurtem fantastykę należy uznać za gatunek marginalny, podrzędny i
  prymitywny. Liczni miłośnicy fantastyki uważają za podrzędny, marginalny i
  "gorszy"  pewien  pogdatunek  fantastyki: fantasy. Fantasy również została
  zaszufladkowana;  na szarym końcu znajdują się długie serie i sequele. Czy
  nie obawia się Pan zepchnięcia na "szary koniec" literatury fantasy?
       TERRY  BROOKS: Obawiam się jedynie, żebym nie zaczął pisać czegoś, co
  spodoba  się  wyłącznie  krytykom, a nie czytelnikom. Piszę dla szerokiej,
  masowej  publiczności,  którą  należy zaliczyć do głównego nurtu; w żadnym
  razie nie traktuję swojego pisarstwa marginalnie. Miłośnicy fantastyki nie
  cenią  mnie  zbyt  wysoko,  ale  stanowią  zaledwie  jeden  procent  moich
  czytelników.  Staram  się  wprowadzić  fantasy  do  głównego  nurtu, gdzie
  znajduję czytelników.

       ANDRZEJ SAPKOWSKI: W maju 1996 polscy czytelnicy i pisarze fantastyki
  spotkali   się   na   seminarium   poświęconym   problemom  ekologicznym w
  literaturze   fantastycznej.   Wygłaszając   referat   na  temat  fantasy,
  pozwoliłem  sobie  sięgnąć  do  twórczości Terry'ego Brooksa i przypomnieć
  postać  Włądcy  Rzeki  z  Landoveru,  Króla  Srebrnej  Rzeki ze Shannary i
  oczywiście  postać  Quickening  z  "Druida  Shannary",  dziewczyny,  która
  poświęciła   się,   żeby  uratować  świat  od  zabetonowania.  Czy  motywy
  ekologiczne  w  Pana  książkach wynikają jedynie z pogoni za modą, czy też
  wyrażają Pańskie przekonania?
       TERRY  BROOKS:  Tematy ekologiczne stanowią centrum mojego pisarstwa.
  Trafił  pan  w  sedno. W moich książkach próbuję zwrócić uwagę na aktualne
  kwestie   ekologiczne.   Zanieczyszczenie   środowiska,   ochrona  zasobów
  naturalnych - takie tematy dobrze pasują do fabuły moich opowieści.

       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Zauważyłem,  że ilustracje na okłądkach Pańskich
  książek są dziełem rozmaitych artystów (Darrell K. Sweet, Keith Parkinson,
  Brothers  Hildebrandt).  Czy  któreś  z nich najlepiej odpowiadają Pańskim
  wyobrażeniom?   Czy   Pan   współpracuje  z  ilustratorami  i  udziela  im
  konsultacji?
       TERRY  BROOKS: Dawniej nigdy nie wtrącałem się do pracy ilustratorów.
  Załatwiał  to  za  mnie  Lester  del  Rey  i  na ogół nie miałęm powodu do
  narzekań. Nie zawsze uważałem, że artysta dobrze uchwycił wygląd bohatera,
  ale  nie  na tym przecież polega zadanie okładki. Ilustracja na okładce ma
  pomóc  w  sprzedaży  książki.  Del  Rey  uważał rónież, żę okładka powinna
  przedstawiać  jakąś  scenę z powieści. Myślę, że moje okłądki spełniają te
  wszystkie  zadania,  bez  względu na to, czy podobają mi się osobiście - a
  większość  mi się podoba. Od śmierci Lestera współpracuję z artystą i moim
  nowym  wydawcą,  Owenem  Lockiem  -  wspólnie ustalamy, co znajdzie się na
  okładce. Zasady pozostały te same.

       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Pańskie  książki,  zwłaszcza  z  serii Shannary,
  bardzo  często  -  jak na pozycje spoza głównego nurtu - zajmowały wysokie
  pozycje  na  listach  bestsellerów. Jaka była wysokość nakładów w USA i za
  granicą,  w jakich krajach wydawano Pańskie książki, jak długo utrzymywały
  się na listach bestsellerów?
       TERRY  BROOKS:  Wszystkie  książki  z  Serii  Shannary  i  Magicznego
  Królestwa  były  krajowymi  i  międzynarodowymi  bestsellerami,  większość
  zarówno  w twardej, jak w miękkiej oprawie. "Miecz Shannary" jako pierwsza
  pozycja  fantastyczna w historii trafił na paperbackową listę bestsellerów
  "New  York Timesa", najbardziej prestiżowego przeglądu literackiego w USA,
  i  utrzymał  się  na  niej  przez ponad pięć miesięcy. Większość pozycji z
  cyklu  Shannary  zajmowała  pierwsze  lub drugie miejsce na liście, często
  przez  kilka  tygodni. Moje ksiązki są wydawane na całym świecie, ogółem w
  nakładzie ponad 13 mln egzemplarzy.

       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Kilka  lat  temu próbowałem udowodnić, że pisarz
  fantasy  musi  być  także  miłośnikiem  kotów. Pozwoliłem sobie przytoczyć
  przykład  Terry'ego  Brooksa, pamiętając dzielnego Rumora z cyklu Shannary
  oraz  uroczego  i  sympatycznego  Edgewooda  Dirka,  pryzmatycznego kota z
  "Czarnego  jednorożca".  Czy  lubi  Pan koty? Czy potwierdza Pan istnienie
  więzi pomiędzy kotami i pisarzami?
       TERRY  BROOKS: Przez całę życie zawsze miałem koty, chociaż teraz mam
  tylko  jednego.  Opowiem  panu  historię o kocie, która ilustruje symbiozę
  pomiędzy  kotem  a  pisarzem. Przed laty, kiedy pracowałem nad "Kamieniami
  elfów  z  Shannary",  miałem  wielkiego  kocura imieniem Beowulf, naprawdę
  groźnie  wyglądającą  bestię.  Pisałem zwykle w sypialni na tyłach domu, z
  oknem wychodzącym na podwórze. Pewnego wieczoru pracowałem nad szczególnie
  przerażającą  sceną w książce, ale nic mi nie wychodziło. Męczyłem się nad
  tym  od  kilku  dni  i  ogarniałą mnie coraz większa srystracja. Kiedy tak
  siedziałem  i  próbowałem  sobie wyobrazić potwora dostatecznie okropnego,
  żeby  wzbudził  należyty  popłoch  wśród  elfów, Beowulf nagle wskoczył na
  okno,   tuż  przed  moją  twarzą,  wbijając  pazury  w  siatkę.  Tak  mnie
  wystraszył, że przewróciłem się do tyłu z krzesłem i nabiłem sobie guza na
  głowie.  Potem  szybko napisałem całą scenę, wspomagany odpowiednią porcją
  strachu.


                                                       [Wklepał: Mad Wizard]


[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl