AS ZONE:


Uczestnicy listy dyskusyjnej SAPEK z Andrzejem Sapkowskim
[WYWIAD01.DOC]


Nie bądź, kurwa, taki Geralt
[Andrzej Sapkowski Zone 4/1997]

       BARTŁOMIEJ GRENDA: Czy przed pojawieniem się przełomowego opowiadania
  'Wiedźmin' pisał Pan już coś? Co to było? Czy pojawiło się to kiedykolwiek
  na  rynku  czy  tylko  mości  zawartość  zapomnianej  szuflady?  Jeśli się
  pojawiło  to czy pod własnym nazwiskiem czy też pod pseudonimem? Jeśli pod
  pseudonimem to pod jakim ?
       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Owszem, pisałem przed "Wiedźminem". Do szuflady (w
  zasadzie  nie  do  szuflady,  ale  do  panienek,  ale to mało ważny detal)
  napisałem  mnóstwo  wierszy.  Była  też (tym razem dosłownie w szufladzie)
  powieść  w  modnym  podówczas  (koniec  lat  60-tych)  stylu "James Bond".
  Później  -  znacznie  później  -  wydałem  drukiem  i  za pieniądze nowelę
  zatytułowaną  "Polowanko".  Jeśli ktoś widział film traktujący o polowaniu
  na  człowieka  (Ice-T,  Rutger  Hauer,  Gary  Busey,  F.Murray  Abraham et
  consortes)  to  informuję,  że  autorzy  tego  filmu  chyba  zerżnęli swój
  scenariusz z mojego "Polowanka". Oczywiście żartuję, ale na pewno nie było
  odwrotnie,  bo  "Polowanko" napisałem tak gdzieś circa w 1972 roku. Proszę
  nie  pytać,  gdzie,  bo  nie  pamiętam nawet tytułu czasopisma, które było
  lokalną łódzką efemerydą.
       Napisałem  też (zupełnie z innej niż fantastyczna beczki) opowiadanie
  p.t.  "Stalogłowy"  i dostałem za nie nagrodę w konkursie z zupełnie innej
  beczki. Dawne dzieje. Inna beczka.
       No,  i  byłem  tłumaczem. "Fantastyka" publikowała mój przekład "Słów
  Guru"  C.M.Kornblutha.  Była  z  tym  przekładem  śmieszna  historia - gdy
  płacili  mi  za  Wiedźmina,  księgowość  wykryła,  że ja już kiedyś brałem
  jakieś  honoraria  i  wszyscy  zgłupieli,  bo  nikt  nie  wiedział za co i
  dlaczego.  "Tajemniczy  młody  (sic!)  debiutant Sapkowski" (nikt mnie tam
  wówczas  nie  znał) figuruje w buchalterii "Fantastyki "? Jakim cudem? Ha,
  ha.

       BARTŁOMIEJ  GRENDA: Zasadniczo to nie ja jestem autorem tego pytania,
  a  pytanie  pozornie  nie ma nic do rzeczy, ale... Zatem: jaka jest Pańska
  ulubiona forma muzyczna? Czyżby 'rondo'?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Pytanie  ma bardzo dużo do rzeczy i jest "blisko
  trafione".  Powiedziałbym  co  prawda,  że moją ulubioną formą jest raczej
  ballada, niż rondo, albowiem muzyka stanowi dla mnie tło do tekstu - miłe,
  ale  nie  konieczne.  A  w  tekstach  -  w  rzeczy  samej - zawsze lubiłem
  powtarzające  się  frazy  typu  "Ach,  gdzie  są  niegdysiejsze  śniegi?",
  "Nevermore" itp., silnie akcentujące problem, podkreślające poetykę.
       Zwykła  pisarska  sztuczka,  nie  ja  ją  wymyśliłem, ale stosować mi
  wolno, bo każdy ma jakąś swoją szkołę i jakichś swoich mistrzów.

       JACEK  SULIGA:  Co  wie  Pan  o  tłumaczeniach  Pańskich  opowiadań i
  powieści? W jakich krajach zostały wydane?
       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Czesi przełożyli wszystko, co napisałem. Zaczęła -
  oczywiście  od  opowiadań  -  "IKARIE"  (taka czeska "Fantastyka"), szybko
  znalazł  się  też  wydawca książek - który zresztą później bezczelnie mnie
  okradł.  Teraz  mam  nowego  wydawcę  i  jestem przekładany na bieżąco - w
  niecałe  pół  roku  po  wydaniu  polskim  jest  już  wydanie  czeskie. Mam
  dwukrotnie "Ikarosa", statuetkę przyznawaną dorocznie za najlepszą książkę
  fantastyczną  przełożoną  w  danym  roku  na czeski. Raz na drugim miejscu
  uplasował się Tolkien, ha, ha.
       Nieźle  zaczyna  mi  też  iść  z  przekładami  w Rosji - tam wydają w
  grubych  hardcoverach.  Trwają  rozmowy  z  niemieckim  wydawnictwem Heyne
  Verlag, znanym z wydań SF.

       JACEK  SULIGA:  Może  Pan  szacunkowo  określić  ilu jest czytelników
  Pańskiej prozy w Polsce? (Jaki nakład został sprzedany?)
       ANDRZEJ SAPKOWSKI: O nakładach nie rozmawiam. Nie lubię. Zgoda?

       JACEK  SULIGA:  Podobno  był  Pan  w  szpitalu, czy to coś poważnego?
  Ludzie  się  martwią,  tym  bardziej, że ostatnio o Panu nie słychać (brak
  felietonów itp.)
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Byłem, zoperowali, co należało. Poważne? Owszem.
  Cały szpital pełen był moich fanów, autograf dawałem nawet anestezjologowi
  na sali operacyjnej. Za troskę dziękuję, wszyscy zdrowi, nie ma powodów do
  zmartwień. A felietonów do "Fantastyki" nie piszę, bo mi się nie chce. Oni
  tam  zresztą,  jak  zauważam,  wolą  felietony  politycznie poprawniejsze.
  Felietonistów też.

       JACEK  SULIGA: Czy są plany filmowej wersji wiedźmina? Co Pan o takim
  pomyśle  sądzi?  Czy  są  w Polsce osoby, które by się mogły tego podjąć z
  dobrym wynikiem?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI: Prawa do sfilmowania "tematu wiedźmin" sprzedałem
  pewnemu  zespołowi  filmowemu.  Negocjowałem z biznesmenami, którzy kupują
  prawa.  Z artystami, którzy będą film tworzyć, nie będę rozmawiał. Głównie
  dlatego,  że  oni  nie  zechcą. I słusznie. Ja nie zniósłbym, gdyby mi się
  ktoś wtrącał do warsztatu. To nie do pomyślenia. Tylko wybitny profesjonał
  może  czynić  uwagi  i dawać wskazówki drugiemu profesjonałowi. Jeżeli coś
  takiego  robi  amator i dyletant, to jest to nie tylko pożałowania godne -
  jest  to  obelga.  Ne  sutor supra crepidam - nie wyżej butów, szewcze! To
  właśnie  mógłbym  usłyszeć,  gdybym  chciał  uczyć filmowców, jak się robi
  filmy.  To  usłyszeliby ode mnie filmowcy, gdyby chcieli mnie pouczać, jak
  trzeba pisać.

       BARTŁOMIEJ  GRENDA:  Czy  nie  obawia  się  Pan, że wiedźmin w wersji
  'video'  straci  na  swojej atrakcyjności, na swojej "inności". Stanie sie
  jeszcze  jedną  popularną  produkcją  (już  widzę  te  masowo  sprzedawane
  plastikowe  figurki Geralta i Yen w wersji Barbie). Przecież obok dialogów
  to  opisy  sa  najsilniejszym  pańskim  atutem  kreatorskim.  Czy bez nich
  (czyli  w  filmie)  opowieść  o wiedźminie będzie tak interesująca? A może
  powstaną  dwie  wersje  (jak "Blade Runnera") gdzie w jednej (dla publiki)
  narrator  tłumaczy  o co chodzi, i druga - bez narratora (Director's Cut).
  Czy  potencjalny  docelowy  film to miała by być dłuższa produkcja - część
  sagi  (coś  jak  Gwiezdne  Wojny)  czy też zestaw krótszych form w postaci
  nowelek filmowych bazujących na opowiadaniach ?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Przy całej mojej - mało przesadnej - skromności:
  daleko  popularności  wiedźmina  do  popularności  Barbie i Dartha Vadera.
  Wiedźmin  to  -  nie  bójmy  się  prawdy  - getto. Barbie i "Star Wars" to
  popkultura.  Tak,  tak,  wiem,  popkultura  jest tandetna, popkultura jest
  szmirowata,  popkultura  jest  "be" - ale gdyby tak przyszli i przedłożyli
  kontrakt... Ha!
       Ale nie ma strachu, nie przyjdą.
       Czy  ja się boję filmu? Boję, a jakże, bo przecież będzie to samo, co
  było  po  komiksie:  to  do  mnie wszyscy mieli pretensje, to mnie wszyscy
  pytali,  dlaczego takie właśnie rysunki. I to mnie będą pytali, dlaczego w
  roli  Yennefer  wystąpiła  akurat  pani  XY  a nie pani YZ. Harry Harrison
  (naprawdę  znamy się osobiście) narzekał kiedyś w rozmowie, że w Hollywood
  strasznie  spieprzyli jego świetną książkę "Make Room, Make Room" robiąc z
  niej  film  "Soylent  Green". Zażartowałem, że powinien ująć się honorem i
  zwrócić  pieniądze,  które dostał za prawa autorskie. Potem obaj długo się
  śmialiśmy,  bo  żart  był  to  przedni.  A  tak poważnie - nadające się do
  oglądania  filmy fantasy można policzyć na palcach... no, niech będzie, że
  dwóch  rąk.  Ale  rąk pracownika tartaku, ha, ha. W tej - niech będzie, że
  siódemce  -  są  Milius,  Boorman  i  Ridley Scott. Są Schwarzenegger, Val
  Kilmer i Michelle Pfeiffer. I jest Industrial Light and Magic. Nie wierzę,
  by "Wiedźmin" był tym ósmym dziełem, które w encyklopedii Nichollsa będzie
  miało trzy gwiazdki lub więcej. Owszem, nie brak w Polsce ludzi umiejących
  robić filmy, a w dzisiejszych czasach każdy wie, że trzeba zrobić film, na
  który  ludzie  pójdą,  inaczej będzie dupa blada. Ale praktyka dowadzi, że
  filmy  fantasy  -  pomimo  przeładowania "bogatym sztafażem" - najczęściej
  ocierają  się  o  tandetę  i  robią  finansową  klapę.  Ja mam zaufanie do
  profesjonalności  naszych filmowców i dobrze im życzę filmowcom, ale swoje
  wiem  i  raczej  czarno  widzę  całą  tę sprawę. Ale co miałem zrobić, gdy
  przyszli,  by  kupić  prawa? Ująć się honorem i nie sprzedać, podając jako
  uzasadnienie  powyższe  pesymistyczne wizje? Toć wzięto by mnie za idiotę.
  Sprzedałem  więc prawa filmowi, sprzedam i specom od gier komputerowych. A
  jeśli nie wyjdzie, proszę z pretensjami do nich. Do nich, nie do mnie.

       JACEK  SULIGA:  "Bitewny  Pył"  to część większej całości, czy ma ona
  szanse ukazać się jako powieść?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI: "Battle Dust" (tak brzmi mój tytuł, różne "Kurze"
  i  "Pyły"  są cudzymi i nigdy nie autoryzowanymi ingerencjami w tekst) był
  żartem,  uknutym  przez Gdański Klub Fantastyki. Żart miał brzmieć: "Jezus
  Maria,  Sapkowski  pisze  space operę, fragment tylko u nas". Z GKF-em mam
  układy,  powiedziałbym,  przyjacielskie,  więcem na żart przystał. Było to
  kilka  lat  temu, wtedy jeszcze się mnie żarty trzymały. Jako żart "Battle
  Dust" znakomicie wywiązał się z zadania, liczne pytania o "kontynuację" są
  tego dowodem. Żadnej nie będzie, of course.
       Żartem  -  podobnie  związanym z figlarnym GKF-em - było również "Coś
  się  kończy,  coś się zaczyna". Opowiadanko to - powtarzam do znudzenia, a
  wciąż nikt nie wierzy - NIE JEST ostatnim rozdziałem "Pani Jeziora".

       RAFAŁ  NOWARA:  Skąd  fascynacja  kotami... może wynika ze zbieżności
  charakterów?  Dlaczego  wybrał  Pan  czarnego  kota?  (czy to był świadomy
  wybór?) (jeżeli prawdą jest to, iż takiego kota Pan posiada)
       ANDRZEJ   SAPKOWSKI:   Lubię  koty  i  już,  wolno  mi  czy  nie?  To
  najpiękniejsze  i  najmądrzejsze  stworzenia  na  świecie. I najwierniejsi
  przyjaciele  -  ale trzeba zasłużyć sobie na ich przyjaźń i wierność. Koty
  są  jak  mądre  kobiety - nie będą wierne byle idiocie, zwłaszcza takiemu,
  który  źle  je  traktuje.  Nie cierpię natomiast dzieci i psów - i jedne i
  drugie  toleruję tylko przywiązane do palika sto metrów od zabudowań. Moja
  własna   kocica   wcale   nie   jest  czarna  -  jest  polskim  pręgowatym
  dachowcem-tygrysem  ze  śnieżnobiałym  serkiem  i brzuszkiem. Gdy piszę te
  słowa,  usiłuje  położyć  się na klawiaturze, wciskając na zmianę PageUp i
  NumLock.
       Czarnego   kocura  o  piekielnym  i  literackim  imieniu  Behemot  ma
  natomiast Feliks Kres.

       RAFAŁ  NOWARA:  W  swoich  książkach  wyśmiewa  Pan zabobony prostych
  kmiotków...  ciekawy jestem co Pan robi gdy np. 13-go w piątek przebiegnie
  Panu drogę stado czarnych kotów?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Ja  i  zabobony?  Przesądy? Chyba żarty. No way.
  Absolutnie, ale to absolutnie nie wierzę. I będę wyśmiewał.

       RAFAŁ NOWARA: Czy znajduje Pan przyjemność w czytaniu tego co napisał
  Pan kilka lat temu?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI: Różnie, oj, różnie z tym bywa. Bardzo różnie. To,
  co  ukazuje  się  drukiem,  staram  się cyzelować i dopieszczać, więc przy
  późniejszym  czytaniu  tragedii  nie ma. Ale teksty robocze, naszkicowane,
  zdawałoby  się, świetnie, napisane, wydawałoby się, nieźle - gdy odłożę je
  na bok i po pewnym czasie próbuję wykorzystać, nader często nie wytrzymują
  próby  czasu  i lądują w koszu. Taki los spotkał mnóstwo fragmentów mojego
  "pięcioksięgu  o  Ciri".  Pięcioksiąg  był  w planach od bardzo dawna i od
  dawna powstawały fragmenty "wyrwane z większej całości", bo ja lubię pisać
  "epizodami".  Teraz  wiele z tych odgrzebywanych epizodów przestało mi się
  podobać i poszło na przemiał.

       RAFAŁ   NOWARA:  Względem  Bajarza  Pogwizda  i  jego  niecierpliwych
  słuchaczy:  proszę  pokazać palcem tego, kogo nagabywania o przyspieszenie
  pisania  dalszych części sagi spowodowały tego "klapsa" dla niecierpliwych
  (aluzja  aż nadto widoczna). I, czy takie nagabywania raczej Pana złoszczą
  czy nobilitują?
       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Bajarz Pogwizd nie powstał na żadne zamówienie ani
  jako   aluzja  pod  czyimś  adresem.  Był  to  techniczny  zabieg,  chwyt,
  stworzenie  fabularnego  łącznika.  Fakt,  przyznaję,  że  mam ochotę użyć
  grubego  słowa,  gdy  w  miesiąc  po ukazaniu się tomu trzeciego ktoś pyta
  mnie,  dlaczego  jeszcze nie ma czwartego i dlaczego ja się do cholery tak
  ociągam.  Nie  ma sensu strzępić sobie gęby i tłumaczyć, ile czasu zajmuje
  napisanie  książki.  Ludzie  i  tak  nie wierzą. Są przekonani, że mam już
  wszystko   dawno  gotowe,  a  "cykam"  jedną  książką  rocznie  z  powodów
  marketingowych.  Lub  przez  złośliwość,  z  której  słynę.  Ja staram się
  utrzymywać roczne odstępy z szacunku dla czytelnika. Gdybym miał na uwadze
  własną wygodę, dawałbym książkę raz na dwa lata.

       PIOTR  SZCZYGIELSKI:  Czy  głowne  postacie,  występujące  w  świecie
  wiedźmina  mają swoje odpowiedniki/wzory w świecie rzeczywistym, w Pańskim
  bliższym  lub  dalszym  otoczeniu? Chodzi zarówno o podstawowy rys postaci
  jak też o drobne, mało znaczące a charakterystyczne cechy.
       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Nie ma żadnych odpowiedników ani pierwowzorów. Ani
  aluzji.  Ani  karykatur.  Tylko  moja  fantazja. Zawsze. Nie brak matołków
  (nawet uważających się za znawców fantasy), którzy doszukują się u mnie na
  siłę postmodernizmu rozumianego jako wymęczone na siłę aluzje do problemów
  poruszanych  przez media i do tzw."tematów modnych". Krytykom tym chodzi o
  wykazanie,  jaki  to  ze mnie prymitywny koniunkturalista. Otóż nieprawda.
  Proszę  nie  doszukiwać  się  wśród  moich  bohaterów  kalek  i  alter ego
  Stalinów,  Berii,  Napoleonów  i  Wałęsów. A wśród opisywanych przeze mnie
  sytuacji,  wśród dialogów, które przecież nie ja sam ze sobą prowadzę, ale
  czynią  to  moi  bohaterowie,  proszę  nie doszukiwać się moich osobistych
  manifestów  i  deklaracji  politycznych.  Także w owej tak dziwnie palącej
  społeczeństwo  kwestii,  do  kogo  należą  narządy rodne kobiety - do niej
  samej,  azali  do  Stolicy  Apostolskiej? Literatura w moim rozumieniu nie
  jest  amboną  ani  mównicą,  nie  jest nawet skrzynką w Hyde Parku. Proszę
  zapisać,  bo  to złota myśl: tylko złe książki mówią, jacy są ich autorzy.
  Dobre książki mówią, jacy są ich bohaterowie.

       JANUARY  WEINER  3: Czy nie irytują Pana tłumy fanów przyczepiających
  się z uporem maniaka do najdrobniejszego szczegółu?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Oj, irytują jak cholera, szczególnie gdy schwycą
  mnie  na  błędzie!  Mam  wówczas  ochotę  ukąsić się w własny zadek. Jeśli
  czepiacy  czepiają  się,  a  nie  mają  racji,  budzą  tylko  me  głębokie
  politowanie.

       JANUARY  WEINER  3:  Czy nie myślał Pan o tym, by, podobnie jak Terry
  Pratchett,  Tomek  Kołodziejczak  czy  Marek S. Huberath (by wymienić tych
  największych)  załatwić sobie elektroniczną skrzynkę pocztową w Internecie
  i  pisywać coś na listach dyskusyjnych o SF? Z całą pewnością znajdzie się
  wielu,  którzy  udostepnią  Panu  nieograniczony dostęp do Sieci... a przy
  odrobinie szczęścia nawet paru, z którymi warto pogadać.
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  To  rzecz  ciekawa i przyznam, nęci mnie bardzo.
  Wciąż jednak zbyt słabo rozumiem zasady funkcjonowania tego medium, a zbyt
  mało mam czasu na studia nad materią. Jeśli znalazłby się "Netowy" pilot i
  guru, wtedy chętnie, czemu nie.

       JANUARY WEINER 3: Naprawdę się Panu wiedźmin jeszcze nie znudził? Nie
  ma Pan już tego cyklu serdecznie dosyć?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  A dlaczego niby miałbym mieć? Zelazny napisał 10
  Amberów,   Eddings  10  Belgariad  plus  Malloreonów,  Brooks  8  Shannar,
  Donaldson 6 Covenantów, Foster z osiem Spellsingerów... Mnie zaś ma nudzić
  jedna  niezbyt  długa  historyjka  w  malutkich pięciu częściach? Każda na
  malutkie  300  stron  paperbacku?  Śmieszne.  To  znaczy,  pytanie  byłoby
  śmieszne, gdybym nie rozumiał intencji, a rozumiem wszakże. Pana to nudzi,
  Pan  ma  tego serdecznie dosyć, Pan wolałby co miesiąc krótką a naładowaną
  akcją nowelę.
       Coś  Panu  powiem  i  doradzę  zarazem - mnie znudziły kiedyś "Noce i
  dnie",  rzuciłem  w  pierony  i  choć  wstyd to, do dziś nie wiem, jak się
  skończyło  z  tym  Bogumiłem  i  tą Barbarą. Znam mnóstwo ludzi, którzy po
  trzech  stronach  tekstu  rzucili Tolkiena i wszystkich miłośników fantasy
  mają za kretynów. De gustibus non est disputandum.

       JANUARY  WEINER  3:  Jakich  klasyków czytuje Pan najchętniej? Mowa o
  klasykach literatury światowej, nie science fiction / fantasy.
       ANDRZEJ SAPKOWSKI: Hemingway, Chandler, Bułhakow, Parnicki, Le Carre,
  Eco. Z poetów Szekspir i Villon. Ostatnio zaniedbuję literaturę piękną dla
  fachowej (głównie historia i mit), ale dla Sienkiewicza i Bunscha znajduję
  czas zawsze - polski to trudny język, trzeba dużo ćwiczyć!

       MAREK SZYJEWSKI: Jak to jest z kalendarzem w Wiedźminlandzie? Są dwa:
  elfi  z  8  miesiącami  i  ludzki  z  12 mięsiacami. Ludzki kalendarz jest
  księżycowy,  bo  miesiące  zaczynają  się  od  nowiu.  Elfi  zapewne  jest
  słoneczny  i  ma  tyle samo dni w miesiącu, co ludzki. Dni w miesiącu jest
  30,  ale miesiąc księżycowy od nowiu do nowiu ma 34 dni. Wreszcie istnieją
  stałe  święta  - Yule, Midinvaerne, Lammas, Belleteyn, wyraźnie związane z
  ruchem  Słońca  (równonoce  i  przesilenie). Święta są wspólne dla elfów i
  ludzi.  Ile  dni  ma  w  końcu miesiąc? Jak to działa? Czy może mieszkańcy
  Wiedźminlandu  przynieśli  do niego swoje kalendarze z miejsc ojczystych i
  nie pasują one wcale do astronomii planety, na której teraz mieszkają?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Kalendarz  elfi  oparty jest na słońcu. Ma osiem
  okresów  (nie  miesięcy,  bo  "miesiąc"  -  Monat,  Mond, month, Moon - to
  przecie  księżyc!) zwanych Savaed. W kolejności są savaedy: Saovine, Yule,
  Imbaelk,  Birke,  Blathe,  Feainn,  Lammas  i Velen. Jest osiem savaedów i
  osiem ważnych dat, świąt: dwa Solstycja i dwa Ekwinokcja (cztery punkty na
  obwodzie  koła)  oraz  cztery daty nie związane z planetami, lecz z magią:
  Imbaelk,  Belleteyn,  Lammas  i  Saovine.  W  przypadku  Imbaelk, Lammas i
  Saovine  nazwy są nazwą zarówno savaedu, jaki dnia świątecznego. Belleteyn
  - licząc po ludzku - wypada 1 maja.
       Ludzie   przywieźli   tu  ze  sobą  kalendarz  "miesięczny"  -  czyli
  księżycowy. Miesiąc zaczyna się od dnia nowiu.
       Ludzie zaakceptowali elfie "święta" i dołożyli do własnych.

       PIOTR  SZCZYGIELSKI: Czy może nam Pan zdradzić jak dokładnie brzmiało
  ostatnie   życzenie   Geralta?  Domniemujemy,  że  może  chodziło  o  chęć
  posiadania potomstwa z Yennefer?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Jak  brzmiało  ostatnie  życzenie,  wiedzą tylko
  Geralt  i  Yennefer. Mówili tak cicho, że nie dosłyszałem. O potomstwo nie
  chodziło  z  pewnością.  Nie idzie już o to, że po diabła komuś potomstwo,
  ale nietaktem jest przy romantycznym téte a téte wyjeżdżać z prokreacją.

       JACEK  SULIGA:  Czy  wiedźmini  pochodzą  od druidów? Ich "kodeks", a
  raczej  schemat  postępowania,  posiadane  umiejętności i poglądy wskazują
  właśnie na ten kierunek poszukiwań praprzodków pierwszego wiedźmina.
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Początki  "wiedźminizmu" giną w pomroce dziejów,
  nie  ma  nawet  pewności,  czy wiedźmini nie są aby niepożądanym produktem
  ubocznym  jakiegoś  magicznego  eksperymentu, obliczonego na krańcowo inny
  efekt.  Produktem,  który  całkiem kto inny postanowił wykorzystać. Nie ma
  pewności,  czy  się to wszystko nie wymknęło spod kontroli i nie potoczyło
  własnym  torem.  W  akcji była jednak ponad wszelką wątpliwość magia, i to
  magia  naturalna, oparta na komponentach biologicznych, a taka była i jest
  specjalnością  druidów.  Ale  "zwykli" czarodzieje też się na takiej magii
  wyznają. A kapłani nie są gorsi - choć nie chwalą się tym.

       JACEK  SULIGA:  Jaki faktyczny wpływ na magię ma dziewictwo (Pavetta,
  Ciri).  W  "Kwestia  Ceny"  Geralt  i Myszowór dają nam do zrozumienia, że
  Pavetta  nie  może  być  już  dziewicą, skoro tak emanowała Mocą. Jednakże
  Yennefer mówi Ciri coś zupełnie przeciwnego. Czy Ciri jest zatem dziewicą?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Przesąd, że do dziewicy magia nie ma przystępu i
  vice  versa  jest  równie  bzdurny,  co  rozpowszechniony. Istnieje jednak
  całkiem  spora  grupa  poważnych badaczy, która dowodzi, że kobieta lepiej
  panuje  nad magią, gdy rozpocznie regularne życie erotyczne. Chodzi, rzecz
  jasna,  o  sprawy  psychiczne  i  hormonalne,  a nie o cały czy uszkodzony
  hymen.  Zdania,  że  dziewice  nie  są w stanie koncentrować się i w pełni
  panować  nad  magią, był m. in. słynny czarodziej Herbert Stammelford. Ale
  już  nie  mniej  sławna  Nina  Fioravanti  twierdziła,  że Stammelford był
  durniem - w kwestii dziewic zwłaszcza.
       Jak  jest  w rzeczy samej, to tak naprawdę nie bardzo wiadomo. Nie ma
  też  jak  przeprowadzić  badań  sine  ira  et  studio.  Jeśli  bowiem jest
  normalnym  zjawiskiem,  że płocha magiczka-piętnastolatka czaruje znacznie
  słabiej  od  dojrzałej trzydziestolatki, to czy jest to sprawa dziewictwa,
  czy  dojrzewania  i  doświadczenia?  Z  drugiej  zaś  strony nie udało się
  znaleźć  czarodziejki,  która  skończywszy  lat  szesnaście  była  jeszcze
  dziewicą,  toteż  brak  było materiału porównawczego do badań. Potem badań
  zaprzestano,  albowiem  uznano,  że  - zacytuję tu Ninę Fioravanti - "zbyt
  wiele  jest do rozwiązania problemów ważnych, by tracić czas na studia nad
  dupą".
       Lud  prosty  jednak  - a i niektórzy ludzie światli, jak choćby druid
  Myszowór  -  wierzą  w  teorię Stammelforda. Bardziej przekonuje wszelakoż
  pogląd,   że   idzie   tu   bardziej   o   wciąż  pokutujący  "męski  kult
  nienaruszonegpo hymenu".

       JACEK   SULIGA:  W  jakim  celu  wprowadzony  został  bajarz  Pogwizd
  (Szacunkowo  140  lat  później?  Czy  to  jest  jakaś  postać,  którą  już
  poznaliśmy?) Większość czytelników została przez niego wybita z rytmu...
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI: Scena z bajarzem Pogwizdem i dziećmi jest chwytem
  fabularnym,   technicznym   zbiegiem   pisarskim,  zwanym  "flashforward".
  Analogiczne  migawkowe  cofnięcie  się w przeszłość nosi nazwę "flashback"
  (vide  niektóre  motta  do  rozdziałów  -  n.p.  "Historia   Rodericka  de
  Novembre).  Niektóre  moje  motta ("Encyklopedia" Effenberga i Talbota) to
  też  "flashforwardy".  Co  się  tym  sposobem  osiąga, to chyba jasne. Nie
  rozumiem,  jak  może  to  kogoś  konfundować.  Radzę  się  jednak oswoić z
  techniką, bo w "Wieży jaskółki" "flashbacków" i "flashforwardów" będzie od
  cholery.

       JACEK  SULIGA:  Skąd  pochodzi  język  elfi?  W jakim stopniu jest to
  Pański  wymysł,  gdzie  należy  szukać  źródeł? Czy język ten jest na tyle
  rozbudowany,  że  da  się  stworzyć  jego  słownik?  A jak jest z językiem
  krasnoludzkim?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Wydumany  język elfów, Starsza Mowa, oparty jest
  głównie  na  włoskim,  szwedzkim,  walijskim  i irlandzkim, tam zaś, gdzie
  chcę,  by  "podpowiadał" - na lepiej znanych: angielskim i niemieckim. Dwa
  podstawowe  dla  każdego  języka  czasowniki  ("być"  i  "mieć") wziąłem z
  włoskiego-łaciny. Czytałem słownik opracowany na Waszych "Stronach" - jest
  on  w  zasadzie  bez  zarzutu.  Brawo. Jedyny błąd - nie do uniknięcia, bo
  przecież  nigdzie sprawy nie wyjaśniam - to brak wiedzy o tym, że istnieją
  cztery  "wersje"  Starszej  Mowy:  czysta,  klasyczna, używana przez elfy,
  wersja  driad z Brokilonu, język nilfgaardzki (to trochę tak, jakby łacinę
  nazwać "językiem rzymskim") oraz żargon z Wysp Skellige (używa go Crach an
  Craite  w "Kwestii ceny"). Ale ten sam Crach an Craite w chwili uroczystej
  ("Krew elfów") używa Mowy klasycznej.
       Języka  krasnoludów (poza figlami diabła z "Ostatniego życzenia") nie
  chciało mi się tworzyć. Wymyśliłem więc na własne usprawiedliwienie teorię
  rasową  -  krasnoludy  są  tak  zasymilowane,  tak  dalece  przekonane (na
  przykładzie  elfów) o szkodliwości szowinizmu i manifestowania inności, że
  mówią  "po ludzku" nie tylko w kontaktach z ludźmi, ale nawet między sobą,
  grając   w   karty.  Młodzież  języka  krasnoludzkiego  prawie  nie  zna i
  niechętnie się nim posługuje. Historia widziała takie przypadki!

       JACEK  SULIGA: Od którego momentu myślał Pan o świecie wiedźmina jako
  o całości? Czy ma Pan mapę do tego świata?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Rozumiem, że w pytaniu chodzi nie o świat, ale o
  GABARYTY  świata - inaczej mówiąc: od jakiego momentu musiałem już w miarę
  dokładnie wiedzieć, ile dni potrwa podróż konno lub koleśno z Novigradu do
  Cintry,  w jakim to kierunku i ile rzek trzeba forsować po drodze? Zaczęło
  się  to  od  "Krwi  elfów",  rzecz  jasna. Przedtem ta odległość mało mnie
  interesowała  - choć wiedziałem naturalnie, że są takie dwa miasta. Jeżeli
  natomiast  chodzi  o  świat  rozumiany  filozoficznie,  to  był on wszakże
  zawsze, nicht Wahr?
       Mapa, owszem, jest, istnieje. Opracował ją Standa Komarek z Cieszyna,
  mój czeski tłumacz, ja później uzupełniłem i rozbudowałem. Nie mam zamiaru
  zamieszczać jej w książce. Ale zastanowię się, może pokażę u Was, w Sieci?
  Coś się takiej "Sapkowski Zone" chyba należy, n'est ce pas?

       JACEK SULIGA: Czy nie zmienił Pan zdania co do ilości tomów Sagi (5)?
  Kiedy  ukażą  się następne części? Czy roczny okres oczekiwania na kolejne
  części  Sagi  wynika  z  Pańskich  "fizycznych"  możliwości,  czy raczej z
  celowego pozwolenia czytelnikom na dokładne poznanie danego tomu?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Części  będzie niedwołalnie pięć. Co roku jedna.
  Układ "jedna na rok" - też już chyba o tym mówiłem - wynika z szacunku dla
  czytelnika,  z  troski,  by  nie  czekał  zbyt długo. Dla własnej wygody i
  komfortu wolałbym raz na dwa lata.

       JACEK  SULIGA:  Czy  ma  Pan już pomysły na dalszy ciąg Sagi -- aż do
  końca? Czy dużo rzeczy zmienia/dodaje Pan już w czasie pisania?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Jak  się  cała  rzecz  skończy, oczywiście wiem.
  Zmieniam  w  trakcie  pisania bardzo dużo. Tak dużo, że zmiany zakończenia
  też wykluczyć nie mogę.
       Ale poza przyobiecanych pięć części nie wyjdę, nie ma obawy.

       MAREK  SZYJEWSKI:  Powstał pogląd, że po pierwsze Geralt pod względem
  emocjonalnym  różni  się od reszty wiedźminów, a po drugie, inni wiedźmini
  rzeczywiście  są "chemicznie" wyprani z emocji. Przeciwny pogląd głosi, że
  "nieludzkość"  emocjonalna  wiedźminów  jest  plotką,  opartą na odmiennym
  wyglądzie  oczu,  niezdolności do rumienienia się i zachowywaniu zdolności
  do  celowego działania w sytuacjach, w których normalny człowiek umiera ze
  strachu;   że  ta  plotka  została  wyolbrzymiona  celowo,  kiedy  przeciw
  wiedźminom  prowadzono kampanie; że potem wiedźmini uznali ja za użyteczną
  i podtrzymywali.
       Zamiast zapytać, która wersja jest prawdziwa, zapytam raczej, czy ten
  dylemat ma rozwiazanie?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Dylemat  nie  ma  rozwiązania,  jest  to  typowy
  przykład twierdzenia "all of the above, none of the above"
       Zwłaszcza,  że  jedyne  (bladawe)  światło na mroczny problem rzucają
  wypowiedzi  samego  Geralta  z  Rivii, który w momentach stresu, chandry i
  weltschmerzu  nader  skłonny  był do enuncjacji przesadnie emocjonalnych i
  nie zawsze przemyślanych.
       Przez  lata  po  jego  śmierci  modne  było  wśród  innych wiedźminów
  powiedzonko: "Nie bądź, kurwa, taki Geralt".

       PIOTR  SZCZYGIELSKI:  Ile  (choćby  w  przybliżeniu) lat ma Geralt? Z
  naszego szacowania wynika, że około 45 lat...
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Ma (w chwili "Chrztu ognia") ponad pięćdziesiąt.
  Ale  nie  przyznaje  się  i  nikomu  nie  powiedział, ile ponad. Wiedźmini
  starzeją  się  wolniej  od  zwykłych  ludzi  i mniej widocznie, niż zwykli
  ludzie.  Wiedźminowi,  który  ma lat sześćdziesiąt, też nikt nie da więcej
  niż  czterdzieści  pięć.  W  świecie  wiedźmina  ludzie osiągają co prawda
  wyższą średnią wieku, niż w "naszym" średniowieczu, ale jednak i tu wahano
  by   się   zlecać   mokrą   robotę,   walkę   z   potworami  "dziadowi  po
  pięćdziesiątce". Dlatego Geralt ukrywa wiek.

       JAREK  PALKA:  Kilkakrotnie  w  kolejnych tomach sagi i opowiadaniach
  pojawia  się  wyraźnie  nawiązanie  do  legendy  o  poszukiwaniach  Graala
  (ostatnie  w  ChO).  Czy  zamierza  Pan  w  jakiś sposób wpleść motywy tej
  legendy w ciąg dalszy powieści?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI:  Pożyjemy, zobaczymy. Nie wykluczam. Ale przecież
  nie powiem, kto zabił!

       SZYMON  SOKÓŁ: Złożoność świata opisywanego w sadze o Geralcie i jego
  przyjaciołach zaczyna dorównywać bogactwu Śródziemia. Powszechnie wiadomo,
  że  Tolkien na kążdą opublikowaną stronę tekstu napisał przynajmniej kilka
  stron  szkiców  które obecnie są wydawane przez jego syna w serii "history
  of  Middle  Earth". Posługiwał się też dla zapewnienia spójności logicznej
  swojego  świata  indeksami  imion,  mapami,  notatkami...  Czy Pan również
  dysponuje  taką  "bazą  danych"  w celu zapanowania nad mnogością postaci,
  miejsc i zdarzeń - a jeśli tak, czy zostanie ona kiedyś upubliczniona?
       ANDRZEJ  SAPKOWSKI: Jak powiedziano wcześniej, mam mapę. Mam niektóre
  drzewa  genealogiczne.  Mam  coś  w rodzaju "bedekera po królestwach". Mam
  skomputeryzowany  katalog  imion, nazw i wszelkiej onomastyki, pozwalający
  zawsze  przypomnieć  sobie,  who is who i mający zapobiegać tworzeniu nazw
  zbyt  podobnych  w  pisowni  czy  brzmieniu. Wszystko to może teoretycznie
  posłużyć  do  opracowania  jakiegoś  "Wiedźmin  Companion". Dla "Sapkowski
  Zone", ma się rozumieć. Już mówiłem, coś się takiej Zonie należy!


                                        [Zebrał i przygotował: Jacek Suliga]


[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl