 |

|
 |
"Ja, Irena i pan
świntuch" Ja,
Irena i Ja
Wielbiciele
talentu i pomysłowości braci Farrelly ("Głupi i
głupszy", "Sposób na blondynkę") z pewnością
poczują się usatysfakcjonowani najnowszym filmem w ich
reżyserii "Ja,
Irena i Ja". Otrzymają bowiem w istocie potężną dawkę
obrzydliwości, skatologii i sprośnego humoru. Twórcy nie
przebierają w środkach, mających służyć temu, by nas
rozśmieszyć i, cokolwiek byśmy im nie zarzucali, osiągają swój
cel. Autorzy jeszcze w trakcie realizacji filmu przyznawali,
że zamierzają nakręcić komedię, która będzie bawić, szokując.
Szok ten bierze się głównie z trzewi-odczuwamy go, oglądając
scenę defekacji w miejscu publicznym, widząc żywą kurę,
wepchniętą w tyłek policjanta i tym podobne smaczki. Atrakcji
jest rzecz jasna jeszcze więcej, ale nie zamierzam odbierać
wam przyjemności samodzielnego ich odkrywania.
W
warstwie fabularnej komedia podejmuje wątek poruszany już
wielokrotnie w utworach literackich i filmowych - mowa o
rozdwojeniu jaźni. Spokojny, grzeczny i opanowany (aż do
przesady) policjant, (w tej roli świetny Jim
Carrey), pewnego dnia odkrywa, zupełnie niechcący, drugą,
mroczną stronę swojej natury. Z nieśmiałego i zakompleksionego
szaraczka, wykpiwanego przez otoczenie, zmienia się gwałtownie
w nieobliczalnego, pewnego siebie, a co gorsza chamskiego,
żigolaka. Ten drugi opanowuje co jakiś czas umysł i ciało
pierwszego, zmuszając go do czynów, jakich nikt by się po nim
nie spodziewał. Psychiatrzy stawiają diagnozę-schizofrenia
paranoidalna. Rozszczepienie osobowości to, jak już
wspomniałam, temat chętnie eksploatowany przez literaturę,
żeby podeprzeć się choćby tak klasycznym dziełem jak "Dr.
Jekyll i Mr. Hyde". Nie zamierzam rzecz jasna
przeprowadzać paraleli między niewybredną, przyznajmy,
komedią, a dziełem Stevensona, niemniej jednak coś tu jest na
rzeczy. Autorzy "Ja,
Irena i Ja", biorą bowiem na warsztat zagadnienie,
które zajmuje poczesne miejsce nie tylko w utworach należących
do obszaru kultury wysokiej, ale też w wytworach kultury
popularnej, mitach i podświadomości społecznej. Mam tu na
myśli nie tyle problem schizofrenii jako przypadku czysto
medycznego, co raczej jej podłoże społeczne i psychologiczne.
Interesujące są mianowicie przyczyny rozpadu osobowości i
sposób w jaki się on przejawia. Jeśli idzie o bohatera
komedii Farrellich, Charliego, to podłoże jego choroby jest
dość jasne: przez całe lata tłumił złość, agresję i smutek
wywołane zdradą i odejściem żony. Udawał, iż nie dostrzega
drwiących uśmieszków kolegów, gdy jemu, białemu mężczyźnie i
jego białej żonie urodziły się ciemnoskóre dzieci. Przyjął ten
fakt ze spokojem, co nie oznacza, że go
zaakceptował-przeciwnie, on go w ogóle nie dopuścił do
świadomości; nie pogodził się z nim, bo go nie zauważył. Przez
wiele lat fałszował rzeczywistość, wypierając ze swego umysłu
to, co mogło sprawić ból. Zamykając się na siłę w ciasnym
gorsecie uprzejmości i poprawności za wszelką cenę, nie
pozwalając dojść do głosu negatywnym uczuciom, które mimo to w
nim narastały, odrzucił naturalną część swojej osobowości,
wyparł ją. Natura jednak nie lubi próżni-pewnego dnia
ignorowana część tejże osobowości dała o sobie znać. W postaci
świntucha i prostaka - Hanka. I to bardzo znacząco dała o
sobie znać na szczęście( dla widzów komedii oczywiście), co
zaowocowało całą serią przezabawnych wydarzeń i gagów,
świetnie zresztą zagranych.
Aktorstwo jest tu bowiem
naprawdę na wysokim poziomie. Zwłaszcza Jim
Carrey dał prawdziwy popis swoich umiejętności. Doprawdy
niezwykłe jest to, co ten człowiek potrafi zrobić z ciałem -
rewelacyjna jest zwłaszcza scena, w której jego bohater,
Charlie, toczy walkę z samym sobą, a raczej z swoim alter ego,
Hankiem. W mgnieniu oka, bez pomocy nowoczesnych środków
techniki filmowej, Carrey potrafi przeistoczyć się z
uładzonego stróża prawa w zawadiackiego łobuza i podrywacza.
Umie sprawić, że obie postaci wydają się wiarygodne (jak na
komedię oczywiście) i różnią się od siebie w sposób
zdecydowany. Na uwagę zasługują tu także inne kreacje
aktorskie, jakie stworzyli Renee Zellweger (w roli dziewczyny
głównego bohatera, a raczej bohaterów) oraz trójka aktorów
wcielających się w przybranych synów Charliego. Wszyscy oni
zdrowo sobie używają, wykpiwając stereotypy rasowe
(czarnoskórzy intelektualiści, zachowujący się i wyglądający
jak zbiry z getta), amerykańskość (patrz końcówka filmu),
przesądy dotyczące upododobań seksualnych i zahamowania wobec
wstydliwych aspektów ludzkiej natury (jak wspomniane już wyżej
wypróżnianie się, czy preferencje
seksualne).
Rozładowanie negatywnych emocji i
ujawnienie przykrych stron ludzkiej natury, czy też raczej
życia w ogóle, jest istotą całego filmu - bohater robi to,
czego sobie całe życie sobie odmawiał, zaś widz śmieje się z
tego, z czego śmiać się nie wypada. Jest to bowiem śmiech
ozdrowieńczy. Cóż z tego, że nie ma tu miejsca na subtelny,
wyrafinowany humor - zamiast tego otrzymujemy swoiste
katharsis, rozładowanie, które niekoniecznie musi płynąc z
obserwacji tragicznych perypetii. Oczyszczenie bowiem może
wynikać także z oglądania scen, do których w kinie nie
przywykliśmy. Śmiać się można przecież tak naprawdę ze
wszystkiego, także z tego, co obrzydliwe i nieprzyzwoite, bo
to również integralna część naszej egzystencji. Odrzucenie tej
oczywistej prawdy prowadzić może zaś do takich przykrych
niespodzianek, jakich doświadczył Charlie.
Marta Olszewska
FilmWeb
|
|
   
|
|
|