 |

|
 |
"My name is Hunt, Ethan
Hunt" M:I
2
Ethan Hunt powrócił.
Tym razem musi "jedynie" ocalić świat przed psychopatycznym
terrorystą, który chce wykraść śmiertelny wirus o nazwie
Chimera i rozprzestrzenić go po świecie. Z pomocą Luthera,
hackera komputerowego znanego z pierwszej części filmu, oraz
pięknej złodziejki o imieniu Nyah, Hunt ma zaledwie
kilkanaście godzin by wykonać to "niemożliwe" zadanie. Fabuła
zatem nie jest zbyt skomplikowana i nie wychodzi poza utarte
już standardy gatunku. Dobrze się zatem stało, że twórcy filmu
nie podeszli do "Misji"
zbyt poważnie i nie starali się z niej zrobić dramatu
sensacyjnego na miarę powieści Toma Clancy a jedynie solidne
widowisko z niezłymi efektami i dobrą muzyką. Tak też należy
moim zdaniem na ten film patrzeć.
Nie zgłębiajmy się w
scenariusz, ponieważ jak widać z powyższego króciutkiego opisu
wiele się o nim powiedzieć nie da. Przyznam się, że jego
konstrukcja kojarzy mi się ze scenariuszami części gier
komputerowych, w których bohater ma przed sobą do pokonania
kilka etapów połączonych w fabularną całość krótkimi
przerywnikami filmowymi bądź tekstowymi. Identycznie wygląda
to w "Mission:
Impossible 2". Hunt dostaje zadanie zwerbowania do
swoje drużyny złodziejki - etap 1, włamanie do laboratorium -
etap 2, zdobycie antidotum - etap 3, walka z najczarniejszym
charakterem - finałowy pojedynek z bossem i koniec gry.
Oczywiście znacznie to wszystko upraszczam, ale podczas
projekcji nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że scenarzyści nie
napisali najpierw spójnej historii, ale na początku
przydzielili Huntowi "niemożliwe" zadania a następnie
połączyli je w całość tworząc fabułę filmu, filmu, który
trafniej moglibyśmy określić mianem "kinowego
widowiska".
Trzeba przyznać, że od strony wizualnej "Mission:
Impossible 2" jest wykonane perfekcyjnie. Doskonałe
zdjęcia, dynamiczny montaż, sprawna reżyseria (za kamerą
stanął sam mistrz gatunku John Woo), niesamowite efekty
specjalne oraz nieźli aktorzy wszystko to sprawia, że film
ogląda się lekko, łatwo i przyjemnie a dwie godziny projekcji
mijają nam bardzo szybko.
Niestety, nie mogę się oprzeć
wrażeniu, że John Woo realizując "Mission:
Impossible 2" chciał pod względem walk kung-fu
zdetronizować "Matrixa".
Cruise pojedynkując się ze swoimi przeciwnikami dokonuje cudów
ewolucji - salta, przewroty, skoki - grawitacja dla niego nie
istnieje. Niestety, daleko mu popisów Reevesa i spółki w
obrazie braci Wachowskich. Co więcej, nie przypominam sobie by
Hunt dokonywał równie akrobatycznych wyczynów w pierwszej
części "Misji".
W efekcie wygląda na to, że te ewolucje zostały dodane jakby
na siłę, żeby jeszcze bardziej urozmaicić film. Jest to
właściwie jedyna rzecz, do której można przyczepić się w "Mission:
Impossible 2", choć jestem pewien, że miłośnicy
sprawnie zrealizowanego kina akcji nawet jej nie
zauważą.
"Mission:
Impossible 2" to jeden z najlepszych filmów w swojej
klasie. Podczas projekcji pamiętajmy jednak, że jest to obraz
czysto komercyjny i nie traktujmy go zbyt poważnie, ponieważ
naiwność i przewidywalność fabuły może nas nieco zirytować.
Potraktujmy ten obraz jak kolejnego Bonda, w którym główny
bohater zawsze pokonuje najgroźniejszych nawet przeciwników i
oczywiście zdobywa serce pięknej kobiety.
Aha, jeszcze
jedno, "Mission:
Impossible 2" koniecznie trzeba zobaczyć w kinie z
dobrym nagłośnieniem i na dużym ekranie. Nie ma sensu oglądać
go na wideo lub broń Boże w ściągniętym z sieci DiviXie ominie
nas wtedy połowa wrażeń.
Marcin Kamiński
Filmweb
|
|
   
|
|
|