|
Mirosław P. Jabłoński "Duch Czasu"
Teraz nie myślał, nie było go, a kiedy przyszedł do siebie to przekonał się, że żyje, że nie umarł i z tej radości dostał takiego kaca, katzenjammer vel kociokwik, że przez miesiąc kwiczał niczym samica gatunku thalarctos maritimus rżnięta przez trzydzieści dni i nocy na jutlandzkich, wiecznie zielonych łąkach, należących do reliktowego króla. Po upływie tego czasu włączył się Kmita. - Klin klinem? - zaproponował Bobowi, znajdującemu się ciągle jeszcze in articulo mori. - Non decet, przyjacielu - odparł Crane słabym głosem. -. Wiem, że potores bibuli media de nocte falerni oderunt porrecta negantem pocula, pijacy podnieceni falernem o północy już nie znoszą tego, kto odmawia podanego mu pucharu, ale nie przystoi, gdy wyruszam do Ziemi Świętej, do Wolnego Miasta Jerozolimy, w którym przebywa mój obrzezany przyjaciel, Aron Polnykamień, alias Podkładka. Zobaczę Ścianę Płaczu, jedyny ocalały fragment Drugiej Świątyni, odbudowanej i rozbudowanej przez Heroda I Wielkiego, po niszczycielskich działaniach Nabuchodonozora i restauracyjnych Zerubabela, których to wysiłków podjął się Herod, by ugłaskać nienawidzących go - jako poplecznika Rzymu i propagatora pogaństwa - Żydów. Był on mężem okrutnym, ale też niepospolitych talentów politycznych, bowiem dzięki przyjaźni z Markiem Antoniuszem został najpierw królem Judei, a po bitwie pod Akcjum na Morzu Jońskim, w której Antoniusz i Kleopatra dostali setne baty, zyskał łaski zwycięzcy Oktawiana, późniejszego Augusta.
- Well - powiedział Kmita. - Ty, niedowiarku, nie będziesz miał swego Damaszku. Fugas chrustas, Crane! - Jestem zwolennikiem teologii śmierci Boga, czyli wyznawcą bezreligijnego, ateistycznego chrześcijaństwa Bonhoeffera, który postulował usunięcie roboczej hipotezy Boga z problematyki wiary, a zostawienie całej reszty tak jak jest, czyli był za etyczną interpretacją tradycyjnych pojęć biblijnych i całej dogmatyki Nowego Testamentu. Zauważ, iż zgadza się to doskonale z żydowską anegdotą o tym, jak to uczeń w chederze zażądał od mełameda, by mu Torę w jednym zdaniu objaśnił. "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe - miał oświadczyć święty mąż. - Reszta to komentarze".
- Posiedźmy chwilę przed twoją wyprawą. To rosyjski zwyczaj, ale i my zawsze siedzimy. Nawet, jeżeli nigdzie nie wyjeżdżamy. - Jesteś kazuistą, Kmita - powiedział Crane, siadając jednak posłusznie. - Kręcisz jak szewc kopytem. Albo jak mój przyjaciel Carlos swoim Pepitem. Dasz wiarę? Spotkałem faceta, który miał kutasa długiego i w prążki, zupełnie jak equus grevyi, czy też equus zebra, którą zabił i spopielił swym wykonanym z bambusa i liści palmowych myśliwcem ugandyjski pilot, późniejszy - bo post mortem - bohater narodowy. Jego przypalony nieco móżdżek, uwędzony w dymie bambusa arundinacea i liści musa sapientum, czyli przepysznego banana pizang, dostarczono w naturalnym naczyniu oraz z wszelkimi honorami, należnymi poległemu na służbie obrońcy granic, do Kampali, po czym zjedzono podczas rytualnych tańców na centralnym placu miasta.
Teraz więc bardzo była wszystkim potrzebna odwaga poległego lotnika-bohatera, bowiem hordy oburzonych naruszeniem umiłowanej granicy Kenijczyków stały pod miastem. Pułkownik Nimonga, naczelny dowódca Bambusowo-Bananowych Sił Powietrznych, w skrócie BBAF, zaproponował, by za sterami jego niezawodnych myśliwców usadzić konie (gdyż gdzieś wyczytał o podobnym postępie, tylko nie pamiętał tytułu dzieła), a poza tym doszedł do wniosku, iż pod względem doznań smakowych mózg konia, equus, nie ustępuje w niczym mózgowi lotnika, homo sapiens. Przemyślny fortel nie udał się jednak, bowiem użyte podczas pierwszej akcji przeciwko odwiecznemu nieprzyjacielowi konie, którym nie wpojono odpowiedniej dawki dyscypliny, pozjadały bananowe liście poszycia skrzydeł, przez co zmalała znacznie siła nośna na ich płatach i eskadry pospadały na łeb na szyję, i to - niestety - nie wrogą. W ten prosty sposób wytrzebiono ostatnie konie i wówczas została jeszcze na Ziemi tylko kobyła konia Przewalskiego, equus przewalskii, przechowywana w jurcie przez jednego Mongoła i używana przez niego jako wierzchowiec, karmicielka, żona i kochanka; oraz koń mechaniczny, vulgo Pferdestä rke, alias horse power, vel cheval-vapeur. "Vide cui fide!" - zakrzyknął na to prezydent Ugandy, doktor Tonga-Tonga, do struchlałego pułkownika Nimongi, po czym kazał tego ostatniego położyć na pędach rosnącego obok pałacu prezydenckiego młodego bambusa, co wykiełkował na miejscu lotniczej hekatomby. Gdy pędy b. arundinacea pięknie się zazieleniły, a zdrajca Nimonga przestał drgać, ciało jego upieczono, pieczeń podzielono i rozdano na liściach banana pomiędzy rodzinę prezydencką oraz dostojników państwowych i wyższych od marszałka stopniem dowódców wojskowych. Nadworny kucharz prezydenta, człek podłej kondycji, bo biały i porwany za młodu z kuchni hotelu "Savoy" w Paryżu, rozebrał Nimongę tak: szynka dla prezydenta, kutas i jaja dla prezydentowej, uda - w trzydziestu zgrabnych porcjach - dla bliższej i dalszej rodziny prezydenta, która na ucztę nadeszła z pobliskiego lasu; żylakowate łydki dla wyższych urzędników ministerialnych; nerki i wątroba dla ministra wojny, wielkiego opoja; kocioł przyprawionych majerankiem, majorana hortensis, flaków Nimongi dla obergeneralissimusa Morangi i jego licznej familii; skrzydełka i piersi Nimongi dla szesnastu córek doktora Tongi-Tongi; płucka na kwaśno dla generalissimusów Polandy i Pilandy, a resztę dla psów, co strzegły stolicy, nie pozwalając wejść do niej obcym wojskom. Natomiast mózg rzucono właśnie tym ostatnim, by Kenijczycy go zjedli, zarazili się zdradą i poszli oblegać swoje Nairobi - lecz i ten podstęp się nie udał. Rozporządziwszy w ten sposób doczesnymi szczątkami Nimongi, nadworny kucharz prezydenta, niejaki Jean-Paul Baumonte, ukrył zaoszczędzone resztki pułkownika, by sprzedać je z zyskiem na czarnym rynku, jako cenioną przez wszystkich poddanych Tongi-Tongi koninę. Teraz staje się jasne, dlaczego takiej ekscytacji doznał bohaterski pilot na widok samotnego egzemplarza equus grevyi czy też equus zebra, pasącego się na zboczach Elgonu; a także znanym staje się powód, dla którego zapędził się za nim aż na kenijską stronę, gdzie prawdopodobnie został zestrzelony z wyrzutni orzechów kokosowych ziemia-powietrze. - Przy tobie jestem najczystszej wody weredykiem - oburzył się kazuista Kmita. - Łżesz jak pies, canis familiaris, i nawet nie wiesz, jaka jest średnia długość życia mieszkańców Kenii i Ugandy.
- Myślę - powiedział ostrożnie Kmita - że byłaby to pocieszająca wiadomość dla naszego przyjaciela jarla Erika Johansona z Angmagssalik. Gdyby przeniósł się w sawanny Afryki, uchodziłby tam za współczesnego Matuzalema, żyjącego 969 lat dziada Noego. Późny wiek, a co za tym idzie spora łykowatość, czyniłaby go niejadalnym w oczach tubylców i widzę tylko jeden szkopuł takiego rozwiązania - musiałby z rzodkiewek, raphanus sativus, szpinaku, spinacia oleracea, i kiwi przerzucić się na banany, musa sapientum, oraz młode pędy bambusa, bambusa arundinacea. Ale za to - jakiż luz psychiczny! Długość już tylko jego obecnego życia przekraczałaby sumę średnich dla Kenii i Ugandy, a byłaby dwukrotnie wyższa od każdej z nich. - Well, Kmita - powiedział Crane. - Myślę, że skoro rosyjskim obyczajem posiedziałem sobie przed drogą, to teraz możemy się napić strzemiennego!
- Widziałaś się z Carlosem? - zapytał.
Poruszyliśmy tutaj sprawę ptactwa morskiego, dlatego chciałbym powyższe rozważania rozszerzyć o pingwiny, sphenisciformes. Otóż ptaszyska te występują, w przeciwieństwie do białych niedźwiedzi, na Antarktydzie, na wyspach oceanów południowej półkuli i w Patagonii - co niewątpliwie musiał zaobserwować wielki żeglarz James Cook, kapitan Jego Królewskiej Mości. Mało tego, taki pingwin okularowiec, spheniscus demersus, zamieszkiwał zachodnie wybrzeże Afryki południowej, a aptenodytes patagonica - Ziemię Ognistą, wyspy Kergulena i Falklandy. Podczas pierwszej wyprawy, w 1773 roku, Cook dotarł w pobliże obecnego antarktycznego wybrzeża Księżniczki Ranghildy; w czasie drugiej, po roku, przekroczył siedemdziesiąty równoleżnik na późniejszym Morzu Amundsena, a w trakcie trzeciej, w kolejnym roku, opłynął Horn. Musiał więc widzieć pingwiny, a niedźwiedzi ani śladu. Wskazywałoby to, według teorii Crane'ów, ojca i syna, iż bieguny już przynajmniej raz zamieniły się rolami, i pingwiny - które, jak dziś alki, umiały wówczas latać - zabrały się z północnym biegunem na południe, zaś thalarctos maritimus, jako ciężki z natury i nielotny, pozostał na dupie w Arktyce.
Rozeźlony ruszył więc na podbój północy na statku "Maud" (to z braku w tamtych czasach "Nautilusa" o atomowym napędzie), zaś później przelatywał nad biegunem samolotem, by wreszcie, wraz z Umberto Nobilem, zawisnąć nad nim w sterowcu "Norge". Wisieli tam jak dwa nietoperze, chiroptera, rękoskrzydłe, wychyleni głowami w dół, i z tej pozycji patrząc, znowu nie było żadnej różnicy pomiędzy biegunem północnym a południowym, na którym - jak ci ze szkoły wiadomo - ludzie do góry nogami chodzą. Włoch i Norweg wypatrywali oczy, ale wówczas nie było tam jeszcze białych niedźwiedzi, których obecne terytorium kurczy się tak szybko, iż postanowiły, biegając truchtem wokół ziemskiej osi, przyśpieszyć nieco jej bieg. - To już mówiłeś - zaprotestowała Yolanda, potrząsając piersiami, by skierować rozmowę na inne tory. - Chciałabym wiedzieć, czy przydam ci się na coś w Jerozolimie? Miałeś się nad tym zastanowić. - Myślę, że tak - powiedział Bob, gdy już byli w Wolnym Mieście. - Są sprawy, których mężczyzna z mężczyzną nie załatwi, choćby tamten był nawet pijanym Norwegiem in duplo. Przy tym zauważ, że Roald Amundsen należał do tej samej narodowości, a więc moja zbiorowa pederastia, tak niesłychanie bulwersująca moją matkę, Ullę Crane, de domo Nielsen, rasy czarno-białej, mięsno-mlecznej, podyktowana była w znacznym stopniu rozwijaniem teorii, dotyczącej losu polarnych niedźwiedzi z Nordkappu. Muszę tu zauważyć, iż zdenerwowanie mojej matki (reszta jak wyżej), nie wynika bynajmniej z faktu, iżby mój okazjonalny homoseksualizm miała za gorszące wyuzdanie, albo za coś towarzysko niewłaściwego, a raczej z tej przyczyny, iż za zboczeńców uważa wszystkich in globo, którzy jej jednej, jedynej nie pożądają. Jako ostatnia prawdziwa kobieta ma do tego prawo, tak uważa, i nie wyłącza z grona swych ewentualnych kochanków także i mnie, in spe, że podobnie jak opuchłonogi król Edyp zajmę miejsce Lajosa Crane'a Starszego i będę ją ruchał. To logiczna konsekwencja przyjętego przez nią założenia. Jest więc, a priori, obrażona na wszystkich krótko- i długochujców, którzy nie dosyć na tym, że nie zabawiają się z nią, to jeszcze tracą siły, spermę i czas na jakieś myszowate pizdule, na Norwegów z Nordkappu i na białe niedźwiedzie. - Bob Crane - powiedziała Yolanda, która leżąc na boku na hotelowym łóżku oparła się na łokciu, skutkiem czego piersi zjechały jej pod ramię; zaś Bobowi żołądek podjechał do gardła. - Jesteś wstrętnym pedałem, zoofilem i kazirodcą! Czy mam coś dodać? - Mówisz dokładnie niczym moja matka, niedoszła Jokasta. Jeżeli chodzi o mnie, to lubię jeszcze analizm heteroseksualny. Gustował w nim i Tyberiusz Klaudiusz Nero, następca boskiego Oktawiana. Caius Iulius Caesar Octavianus - od 27 roku przed naszą erą także Augustus - spadkobierca wielkiego Cezara, zdobywca Rzymu i jeden z triumwirów w czasie, gdy za pomocą list proskrypcyjnych pozbywano się wielu wrogów, w tym i sławnego Cycerona, by za ich majątki uzyskać środki finansowe na walkę z Brutusem i jego poplecznikami; po Filippi władca Italii i prowincji zachodnich, a po Akcjum całego państwa, wobec braku męskiego potomka i za namową swojej małżonki, Liwii, zwrócił swe boskie i cesarskie spojrzenie na jej syna, Tyberiusza, którego uczynił wcześniej swym zięciem, i którego nienawidził serdecznie. Miał i inne obiekty niechęci - troje dzieci byłego kolegi triumwira, Marka Antoniusza, spłodzone z tą egipską dziwką, Kleopatrą, wychowywała jego siostra Octavia; a i wcześniejszy pomiot wszetecznicy znad Nilu, Cezarion, pętał mu się jak duch ojca przed jowiszowym jego wzrokiem. Boski August nie wytrzymał zatem i kazał go wreszcie zgładzić, by mu ów nie psuł humoru swym kurewsko-cesarskim obliczem. Liwia - dzięki Kaliguli późniejsza boginka - bardzo orędowała za Tyberiuszem u swego małżonka, bo miała zamiar rządzić w imieniu syna tak, jak nie udawało się jej to in nomine małżonka. Oktawian nie chciał przystać na podsuwanego mu nachalnie kandydata, mając go za człowieka słabego charakteru, tchórza i rozpustnika, jednak z braku lepszego laku zgodził się najpierw przyjąć pasierba do współrządów, a w niejaki czas potem usynowił go. W nagrodę został otruty przez Liwię, swą boską żonę, i Tyberius Claudius Nero rozpoczął kadłubowe rządy, kierowany światłymi radami mamusi, gotowej i jego otruć na najmniejszy znak niesubordynacji.
- Weź krem - powiedziała skromnie mademoiselle Yolanda.
I wówczas Robertus Craneus Iuvenis rozpoczął na tyłku słowiańskiej niewolnicy, sprowadzonej wraz z jantarem z kraju odległych puszcz i zimnego morza, swój taniec, któremu zawdzięczał przydomek zadysty, czyli zadniego artysty. Rżnął Yolandę długimi, posuwistymi ruchami, wychodząc z niej niemal cały, by tym gwałtowniej atakować ją swym karbem, co wbijał się w nią przy każdym pchnięciu niczym sęk podczas zjeżdżania okrakiem po nieheblowanej belce; a też i ona odpowiadała na to dźwiękiem, jaki wydaje z siebie pień soczystej, twardej sosny, pinus silvestris, gdy ją końmi z lasu przywiozą i żywą jeszcze w środku rzucą na traki. Robertusowi Iuvenisowi zdawało się, iż jego wspaniały, twardy karb zdolny jest teraz pośród skalnych rozbryzgów granit kruszyć, podczas gdy boskie jądra uderzały miękko, ale i gwałtownie, o rozwarty srom Yolandowy, po którym spływał - niczym złota żywica - jej słodki, pachnący sok podniecenia, bólu i rozkoszy. Bob czuł zbliżający się swój koniec, aż wytrysnął nagle na oślep, przed siebie, w głąb tajemniczych i mało zbadanych jaskiń, a wówczas spłakana, krzycząca w bolesnej męce i ekstazie Yolanda uciekła spod niego tak gwałtownie, że Crane'owi się zdawało, że mu przy tym wyrwała genitalia. Krzyknął dziko - i to było najrozkoszniejsze. I siedzieli tak, zaczerwienionymi twarzami zwróceni ku sobie, i trzymając się za własne przyrodzenia jęczeli głucho niczym dwa wirujące, metalowe bąki. Za nimi szumiała klimatyzacja, starając się usunąć nadmiar ciepła, wytworzonego w porubstwie przez rzymskiego patrycjusza i jego słowiańską niewolnicę. Metalowe bąki wyczerpały wreszcie nagromadzoną w sobie przez posuwanie spiralnego pręta energię, i Bob powiedział: - Czy wiesz jak się robi małe deseczki? - Ja wiem - odezwał się Aron, włączywszy się w tym właśnie momencie, a może nawet nieco wcześniej. - Tak jak małe dziewczynki: rżnie się większe! - Podglądałeś nas, ty obrzezany kutasie - stwierdził Crane. - Jesteś zwykłym, żydowskim, gołochujskim scoptofilem. Amen. A moja matka, Ulla Crane, de domo Nielsen, nie lubi takich na równi z onanistami, bo taki sam ma z nich pożytek, jak z mojego Crane'a Dosyć Małego, czyli Craneusa Minusculusa.
- Ja - powiedziała mademoiselle Kucharski - przeżywam orgazm oralno-analno-vaginalno-łechtaczkowy. - Well - odezwał się Crane. - To rzeczywiście godne pochwały. Czy my musimy jednak dokądś wychodzić?
- Czy tu się płaci zależnie od wydajności air-conditioning? - U mnie zapłacicie połowę, no, powiedzmy: jedną trzecią, a komfort ten sam. No i pogadać będzie można o białych niedźwiedziach. - To mnie przekonuje. Mój przyjaciel Kmita powiedział mi, że w jego kraju także okazjonalnie występowały białe misie, przeważnie w nastawionych na turystykę podgórskich miastach na południu, stanowiąc atrakcję fotograficzno-erotyczną dla panienek, a fotograficzno-familijną dla rodzin z dziećmi. Pisku i wrzasku było przy tym co niemiara, bowiem miąższem tego fenomenu przyrody oraz kultury był zwykle młody góral pędzony siwuchą. Muszę przyznać, iż zapaliłem się do zbadania przyczyn powstania tego niezwykłego rytuału folklorystycznego na czterdziestym dziewiątym równoleżniku, niestety jednak owe fałszywe egzemplarze thalarcti maritimi jako pierwsze zastosowały się do teorii Crane'ów, ojca i syna, i wyginęły; a to dla tej przyczyny, że młody góral napędzany samogonką nadzwyczaj źle znosił wzrastającą na zewnątrz włochatego pokrowca temperaturę. Niedźwiedziej powłoki á la kombinezon kosmiczny - szytej domowym sposobem ze skór polskich owiec górskich, zwanych wrzosówkami - nie dało się wyprodukować z dwóch powodów: po pierwsze wymarły owce, a po drugie - poza dwoma wypadkami - rodacy Kmity nie latają w kosmos. Pierwszy incydent był - o ile wiem - za sprawą niejakiego Twardowskiego.
Boski Robertus Iuvenis Caesar podniósł dłoń, uciszając tokującego Żydka, na którym zrobiło to takie wrażenie, jakby miał przed sobą równie boskiego Tyberiusza, czy też jego gorliwego namiestnika, Piłata z Pontu, piątego procuratora Judei, cierpiącego na migrenę i pozbawionego zarówno cudownego Tylenolu, jak i dostępu do angielskiego czasopisma "Migraine News". Pontius Pilatus, którego siedzibą była Cezarea Nadmorska, zjeżdżał corocznie na żydowskie Święto Paschy do Jerozolimy, by własną osobą, i podległymi jej kohortami wojsk rzymskich, tłumić możliwe rozruchy i waśnie. Tak było przez ponad dziesięć lat, w czasie których siłą swego rozumu i zbrojnego ramienia czuwał nad opornymi poddanymi odległego i boskiego Tyberiusa Claudiusa Nero, obrabiającego na Capri tyłki pięknych niewolnic oraz niewolników, sprowadzanych ku jego przyjemności ze wszystkich odległych krain do Stolicy Świata.
Piłat Poncki, po rzezi sprawionej Samarytanom na górze Garizim, zapomniał z żalu wszystko, w tym także i jakiegoś przybłędę Jeszuę, który przyszedł z Galilei do Jeruszalaim podburzać lud w czasie święta i chciał zburzyć świątynię, oraz negował w swym prostackim zadufaniu wiecznotrwałość władzy cesarskiej, w tym szczególnie Tyberiuszowej; a pamiętał jedynie, po swym odwołaniu z Judei, tylko tego wściekłego psa Kajfasza, co słał na niego nieustające skargi do Rzymu, przewożone przez Sejana na Capri. - Słysz, Kajfo - powiedział Robertus Biloxus - że nie ma specjalnych powodów, dla których białe niedźwiedzie nie mogłyby występować w kraju mojego przyjaciela, Johna Mortimera Woldcoka, to jest w Nowej Zelandii. Jest ona bardziej wysunięta na południe, w stronę Antarktydy, niż zachodnie wybrzeża południowej Afryki, gdzie dobrze się mają pingwiny okularowce, spheniscus demersus, a niemal tak samo położona jak Patagonia ze swym aptenodytes patagonica na czubku Ameryki Południowej. Jedynie zatem owej fatalnej nielotności thalarctorum maritimorum John Mortimer zawdzięcza, iż wśród Maorysów, merynosów i węży nie przechadzają się statecznie niedźwiedzie polarne. Myślę, że pewną przeszkodą jest także udowodniony przez bohaterów ruchu "Ostatni Mohikanin" fakt braku zainteresowania misiów owocami kiwi, jako środkiem spożywczym. John Mortimer Woldcok jest moim przyjacielem i partnerem do brydża, nie polecam mu zatem sprowadzenia na zarybek pary gatunku thalarctos maritimus, by nie skończyło się to tak, jak w wiecznie zielonej Jutlandii, skąd wywodzi się moja matka, Ulla Crane, de domo Nielsen, poddana reliktowego króla.
- Jesteś poganinem, Robercie z Biloxi, synu pieprzonych anabaptystów, wyznawco Bonhoeffera, obecny biseksie i przyszły sodomito! Rzekłem! Jako poganin nienawidzisz nas, Żydów, mających silną religię i jednego, centralnego Boga, dzięki czemu nie rozpraszamy swych sił na pomniejsze bóstwa i bóstewka. Mamy jedną świątynię, a wspomniani przez ciebie Samarytanie, których twój duchowy praszczur wyrżnął w pień, byli jeszcze bardziej ortodoksyjni od nas, zaczym ze Starego Testamentu uznawali tylko Pięcioksiąg. Dzisiaj te psy mieszkają w okolicy Nablusu i Jaffy, ponieważ Dżebel et-Tor, ich święta góra w Samarii, napawa ich od czasów Piłata zbytnim lękiem.
Świątynię wznieśli budowniczowie tyryjscy z cedrów libańskich, których wyschnięte kikuty straszą dzisiaj na zboczach góry Kurnat as-Sauda, a składała się ona z przedsionka, po którym następował hechal - miejsce święte, i dewir - zupełne sanktuarium. W owym najświętszym miejscu spoczywała Arka Przymierza, natomiast przed świątynią stały dwie kolumny z brązu, zwane Jachin i Booz - Trwałość i Siła; zaś na dziedzińcu znajdował się ołtarz do całopalenia. Bogatego wystroju wnętrza nie będę ci opisywał, możesz to sobie, niedowiarku, przeczytać w Biblii twoich anabaptystów, w Księdze Królewskiej. Ponad sześć wieków przed ostatecznym zburzeniem Świątyni przez Rzymian, zniszczył ją Nabuchodonozor, co przylazł tutaj z występnego Babilonu, a odbudował Zerubabel, książę Judy. Nawet Herod I Wielki, ojciec Antypasa, przyłożył do tego dzieła swą grzeszną rękę, pragnąc w ten sposób zjednać sobie nienawidzących go Żydów. A teraz powiedz mi, Robertusie z Biloxi: czyż wygląd dzisiejszego świata nie wskazuje na to, że duchy - zalakowane w butelkach dżiny oraz zaklęci w lampach geniusze, zamknięci tam przez wielkiego władcę, Salomona, i opieczętowani jego królewskim pierścieniem z wygrawerowanymi urokami, po czym wrzuceni do Morza Czerwonego - wydostają się na wolność, gdy lak i siła tajemniczych wersetów zetlała przez wieki? A może to dawne wojny swymi minami głębinowymi i pociskami rakietowymi porozbijały flasze, uwalniając w ten prymitywny sposób demony, które ulatniają się do gorącej atmosfery, by ją jeszcze bardziej podgrzać - na szkodę twoją, Woldcoka, jarla Erika i białych niedźwiedzi? - W jednym masz rację, obrzezany Kajfo, w tym mianowicie, że stanę się istotnie sodomitą na krótki czas, wystarczający na zadanie się z samicą thalarcti maritimi; przy czym chciałbym, by odbyło się to przy świadkach. Jak wiesz, moje zbliżenie z Norwegiem in duplo z Nordkappu podyktowane było chęcią zaznania choćby namiastki tego czynu, gdyż jednocześnie rżnąc i będąc rżniętym, czułem się jak we wspólnych objęciach białego niedźwiedzia i Roalda Amundsena, który pierwszy dotarł do Bieguna Południowego, a potem posprzeczał się z Nobilem o to, któremu z nich przypada większa zasługa za przelot nad Północnym. Gdy dwadzieścia lat wcześniej wielki Roald, na 47-tonowym, starym kutrze "Gjö a", jako pierwszy człowiek pokonał Przejście Północno-Zachodnie, wiodące od Grenlandii (na której w Angmagssalik mieszka mój przyjaciel, jarl Erik Johanson), do Cieśniny Beringa (przez którą Indianie przewędrowali z Azji do Ameryki), to nie musiał z nikim kłócić się o ojcostwo tego sukcesu, choć to jedynie mater semper certa. Ale nie tobie, ani nie twemu teściowi, Annaszowi, sądzić o tym; wam, którzyście ocalili Barabasza, a skazali - ramię w ramię z całym Sanhedrynem - Jeszuę Ha-Nazri. - To powinno było pozostać wewnętrzną sprawą nas, Żydów. Gdybyś ty poganinie, psie rzymski, spadkobierco Trzeciej Rzeszy, spadkobierczyni Pierwszej Rzeszy Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, nie wmieszał się do sprawy, ukręcilibyśmy jej łeb - i jemu - bez żadnego rozgłosu! A tak narobiło się zamieszania, chodzenia od Annasza do Kajfasza, skarg na Barabasza, który od razu po uwolnieniu zaczął pić z radości po cudownym ocaleniu, i rozbijać się; a także począł się swąd wokół śmierci prawowiernego Judasza z Kariotu, co powodowany niepokojem o los narodu oraz religii pomógł w ujęciu mąciciela i burzyciela starego porządku.
Jeszua, włóczęga i żebrak, tak samo mocno występował jednak przeciwko nam, co i tobie, i dopiero twoje upieranie się przy ułaskawieniu go wzbudziło w nas najpierw podejrzenie, a potem pewność, iż ratować w ten sposób pragniesz przekupionego przez was agenta, któremu - dzięki naszej czujności i obywatelskiej postawie dzielnego Judy Iszkarioty - nie udało się doprowadzić intrygi do spodziewanego przez Rzym końca. Najpierw więc starałeś się ocalić jego życie, a potem - gdy Sanhedryn moimi ustami uwolnił Barabasza - bałeś się dłużej nalegać, że to będzie zbyt widoczne i nazbyt wyraźnie twe fałszywe karty odsłoni. Przystałeś zatem, zrazu niechętnie, na śmierć waszego człowieka, bo i cóż wam było - tobie i Wielkiemu Rzymowi - po jednym, nie dosyć zręcznym prowokatorze, co nie umiał uczciwie zarobić na swoje pieniądze?! Lepiej go nawet było w tej sytuacji stracić naszymi rękami, by swą obrzydliwą, mogącą zachwiać Tyberiuszowym tronem tajemnicę zabrał do grobu i w ten sposób uwolnił cię od widma hydry niedyskrecji. Jednak przyszła na ciebie, czy raczej na was zemsta - wasz agent miał własną siatkę potrzebnych mu ludzi, miał uczniów pomocnych w krecich knowaniach, którzy - nie wtajemniczeni przez niego w cel działania - brali jego nauki, mające obalić nasz porządek rzeczy, za dobrą monetę. Nie płacił im innymi pieniędzmi, niźli słowami, co było mądrym z jego strony pociągnięciem, skoro do ubóstwa i pokory nawoływał. Zapadły im one głęboko w umysł, bo Jeszua był dobrym demagogiem, i obróciły się przeciwko wam. Jako męczennika czcili jego pamięć, i zamordowali w związku z tym Iszkariotę, a potem stworzyli najpierw mit, by jeszcze później pozwolić mu się przerodzić w religię, która rozsadziła wasze imperium i zniszczyła je, a w nieśmiertelnym Rzymie zapuściła najgłębsze korzenie - właśnie tam, skąd wyszła jako prowokacja i gdzie potem była tępiona niczym chwast. Wyrywaliście jej głowę i rzucaliście lwom na pożarcie, lecz ona odrastała z korzeni skrytych pod kamieniami ulic, rozsadzała bruki i budynki; drobne korzonki obalały kolumny jowiszowych, apollońskich i junońskich świątyń, aż te legły z głuchym łomotem w gruzach, przywalając sobą pogańskie ołtarze i was - ich czcicieli!
Drobna prowokacja nieudolnego urzędnika rzymskiego, piątego procuratora Judei, namiestnika Tyberiuszowego, stała się największym w historii humbugiem! Nie za masakrę urządzoną Samarytanom - w końcu nie pierwszą ani ostatnią uczynioną ludziom przez ludzi na Ziemi - powinien cię był odwołać Cezar, ale za to, żeś na czas nie połapał się w niebezpieczeństwie niesionym przez plotkę. Kłamstwo pół miasta obleci, nim prawda wdzieje buty - mówią Czesi spod Czeskich Budziejowic, piwowarzy z zakładów "Budvar", mieszkańcy miasta, w którym raz, w 38, nie wziął tromfowy as. I ty dosadnie się o tym przekonałeś. Za panowania Kaliguli, Caiusa Iuliusa Caesara, popełniłeś w Rzymie samobójstwo, a złe duchy wyrzuciły twoje ciało z Tybru, a potem z Rodanu, aż w końcu spoczęło ono na dnie jeziora na Mont Pilate w Szwajcarii, na zboczach której to góry pasą się fioletowo-białe krowy rasy Sucharda, z dzwonkami pod szyją, z cielęco-głupimi pyskami - ty byś powiedział naturalnie, że podobnymi do wyrazu twarzy twojej matki, Ulli Crane, de domo Nielsen - i z wymionami pełnymi pysznej, gorącej czekolady. - Moja matka - powiedziała mademoiselle Yolanda Kucharski - usiłowała być katoliczką, mój pierwszy chłopak był protestantem kalwinem, następny Żydem, potem miałam baptystę, mormona, anabaptystę, muzułmanina i tybetańskiego mnicha-dezertera, ale wszyscy oni powiedzieliby, że bluźnisz, Kajfaszu Drecksteinie, zięciu Annasza, ty, który w obawie o swoje interesy, o swój geszeft, skazałeś Jeszuę na męki. - Sposób był rzymski - powiedział Aron. - Jeszcze przed sprawą Davidsona, krzyżowanie stanowiło bardzo popularny w basenie Morza Śródziemnego, Mediteranien Sea, środek zadawania męki i śmierci. Często krzyżowano także zwierzęta, w tym lwy i niedźwiedzie, tyle tylko, iż nie polarne. Wikingowie miewali ponoć kontakty z Rzymianami, wątpię jednak, by na swych długich, wąskich łodziach przywozili je im w podarku inaczej, aniżeli w postaci skór. Ale poza tym wierzę, oczywiście, iż twoja vagina jest może najbardziej ekumeniczna wśród wszystkich innych. A co na to nasz ateista? - Wiem, że nie ma rasy ludzkiej na świecie, która by nie korzystała z gościnności Yolandowych otworów. Do tego dochodzi jeszcze sporny penis equus grevyi czy equus zebra -długi, pomalowany w prążki, wabiący się Pepito. Nic zresztą nie poradzę na to, że tyle jest ludzi i poglądów na świecie - taki na przykład Huitzilopochtli, aztecki bóg wojny i słońca, a zarazem opiekun stolicy Azeków - dumnego i wielkiego miasta Tenochtitlan - miał swego świętego ptaka, kolibra, acestrura bombus. Ptaszek maleńki i piękny, a Huitzilopochtli składano krwawe ofiary z ludzi. Jak to pogodzić? - A ty, Robertusie Craneusie Iuvenisie, czyż nie oglądałeś krwawych igrzysk i walk gladiatorów? Nie znajdowałeś aby w tym widoku przyjemności tym większej, że to ku twojej osobistej czci krew się lała? Wszystko na świecie ewoluuje ku wyższym formom, także religia, która od postaci prymitywnych, jak animizm, fetyszyzm, manizm, magizm czy totemizm, przechodzi do bardziej skomplikowanych i rozbudowanych - politeizmu, henoteizmu i monoteizmu. Podczas gdy ty, Cezarze, z trudem przedzierasz się od pogańskiego politeizmu do równie pogańskiego henoteizmu, to ja, Żyd, przez ciebie i Poncjusza Piłata pogardzony, jestem wyznawcą religii monoteistycznej i z głową przykrytą tałesem studiuję w synagodze Torę. Dzieje się to równolegle z twoim bałwochwalstwem i pod twą władzą - rzymskie legiony stały przecież w całym znanym świecie - od Albionu, przez dolinę Renu do Afryki i Persji. Ty byłeś mi panem, a mimo to, to ja przetrwałem; zaś wykarmiony mlekiem wilczycy, canis lupus, Rzym upadł pod ciosem rybiego ogona. Twój Rzym, w którym barłożyłeś z niewolnicami, tarzając się w zbrodniczej rozpuście, mordując i trując swych wrogów oraz nieprzyjaciół. Ty, Robertus Craneus Iuvenis, jesteś kwintesencją Tyberiusza, następcy Oktawiana Augusta, zwycięzcy spod Filippi i Akcjum, którego miesiąc właśnie mamy, oraz Kajusza Juliusza Cezara zwanego Kaligulą, wariata i zboczeńca rojącego sobie, iż jest samym Jowiszem, w związku z czym żył ze swoją siostrą Druzyllą, zapłodnił ją, po czym rozciął i zeżarł ich wspólne dziecko gdyż pragnął, by mu potem wyskoczyło z czaszki, na wzór Ateny; dostał jednak tylko niestrawności i większych bóli głowy, zagrzewających go do nowych szaleństw i zbrodni; i Claudiusa Drususa Germanicusa Caesara, zwanego Neronem, adoptowanego przez tego fujarę, Klaudiusza, ucznia Seneki, który pod wpływem faworyta Tigellina kazał zabić swego przyrodniego brata Brytanika, swoją matkę i żonę Oktawię; a według Swetoniusza, kazał także podpalić Rzym i zginął jak tchórz, wzdychając: "Qualis artifex pereo, cóż za artysta ginie we mnie!" - Bardziej przemawia do mnie - odezwała się znowu mademoiselle Yolanda - umierający Platon, który przypomniał zgromadzonym u jego łoża uczniom, iż jest winny koguta Asklepiosowi. "A nie zapomnijcie go oddać", powiedział boski mąż, zamykając oczy. Dał tym wyraz swej filozofii czterech cnót, rządzących działaniem trzech części duszy ludzkiej - a to częścią rozumną, impulsywną i pożądliwą, nad którymi ład utrzymuje sprawiedliwość. Dlatego (nim go listy proskrypcyjne triumwirów objęły), powiedział o Szerokoplecym Cicero w swych "Rozmowach tuskulańskich" - "Lepiej z Platonem zbłądzić, niż z pitagorejczykami mieć rację!" - Może też inaczej - powiedział Aron. - Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć. "Quinctili Vare, legiones redde!" - zawołał August na wieść o tym, że mu ten dureń Warrus wytracił trzy legiony w starciu z Germanami w Lesie Teutoburskim, przez co Caius Iulius Caesar Octavianus Augustus musiał ograniczyć swe apetyty do granicy Renu, znad którego pochodzi twój ojciec, Crane Starszy.
A niedźwiedzie były wówczas wielkie jak domy, albo domy tak małe jak niedźwiedzie; ale że i ludzie byli mniejszego wzrostu, przeto nikomu to nie przeszkadzało we wchodzeniu do chałupy i miało tylko tę niedogodność, że gdy miś ryknął przez sen, kiedy go niedźwiedzie koszmary z przejedzenia męczyły, to cała kmieca osada robiła ze strachu w zgrzebne gacie, z czego fetor był taki, że stojące na drugim brzegu centurie zatykały nosy, a Piłat z Pontu, Jeździec Złotej Włóczni, bawiący tam w innym czasie, lecz w tej samej co Warrus sprawie, dostawał nagłej migreny. Zaś działo się to wszystko w Galii Zaalpejskiej, zwanej Transalpiną albo Ulteriorem, która w niejaki czas potem, niewielki gdy z punktu widzenia paleontologii spojrzeć, dała światu wiekopomne dzieła - cesarski hymn niemiecki "Heil dir im Siegenkranz" z 1793 roku oraz szwajcarski hymn narodowy "Rufst du, mein Vaterland" z 1811. Jeszcze później sprawy posunęły się rześko naprzód i śpiewano tam "Deutschland, Deutschland ü ber alles", stosowano zasadę "ein Volk, ein Reich, ein Fü hrer" lub "Kinder, Kü che und Kirche", by ruszyć na wschód, "Drang nach Osten", pod sztandarem z zawołaniem "Gott mit uns"! Ciekawe, że pod wezwaniem naszego Boga i waszego Chrystusa największe zbrodnie się dokonywały, jakby mordercy potrzebowali sankcji i autorytetów ostatecznych dla swych równie kategorycznych rozstrzygnięć. Weźmy choćby wyprawy krzyżowe, które tu, do Jerozolimy szły bój o Święty wasz Grób toczyć, a po drodze - wyposażone w odpusty i błogosławieństwa papieskie - grabiły, paliły, gwałciły oraz mordowały, mając i tak zapewnione zbawienie wieczne. - I wyście nie lepsi. Wszak stoi w Talmudzie, że każdy Żyd wejdzie do Raju. Kropka. - Nie przerywaj. Wracam do krucjat. Urban II, który rozdał krzyże na synodzie w Clermont ani przypuszczał, że pierwsza krucjata zostanie rozproszona i przetrzebiona po drodze, a niedobitki zniesione przez Turków. Nie sądził także, chociaż z definicji nieomylny, iż przez dwa wieki będzie się włóczył po basenie Morza Śródziemnego wywołany przezeń upiór - duch wojny, pożogi i krwawych jatek. Był to zapewne jeden ze złośliwych dżinów, zapieczętowanych przez króla Salomona w glinianych naczyniach wrzuconych do Morza Czerwonego, który - po wyzwoleniu z ciasnoty - palcem zabełtał ludziom rozum w głowach, by z okrzykami miłości bożej na ustach wyrzynali się w pień. "La illaha illa Llahu! - wołali Saraceni. - Nie ma boga nad Allaha!" Po czym pod Damaszkiem sprawili krwawą łaźnię Konradowi III i Ludwikowi VII. W czterdzieści lat później Saladyn zdobył Jerozolimę i znów ruszyli zbrojni mężowie do Azji, a był to sam kwiat rycerstwa europejskiego, chłopy mocarne, w blachy zakute, o cześć rycerską dbałe nad podziw, kłótliwe, drażliwe i zazdrosne niczym dziewice na wydaniu. Toteż miast bić niewiernych, intrygowali przeciw sobie wzajem, tęgo jedli, tęgo pili, pojedynkowali się w szrankach, okrywając się chwałą niezwyciężonych, zamachy na się czynili - a wszystko to na własnym podwórku, na złość Saladynowi i ku większej chlubie Świętego Kościoła i pokornego sługi jego na Ziemi, Grzegorza VIII, co ich był tu zagnał. Aż zmarł z tego wszystkiego dobry cesarz Rudobrody, a swawolny Dick Lion-Heart, wracając do Anglii, poślubił najpierw Berengarię Nawarską, a później spędził kilka lat w lochu - z początku u Leopolda, margrafa austriackiego na zamku Dü rnstein w Wachau, a potem rok w twierdzy cesarza Henryka VI, skąd wykupił się za olbrzymie kwoty. Rok nie wyrok, jak powiadają, toteż wylądował wreszcie na ojczystym brzegu, pobił swego brata, Jana Bez Ziemi, który dał ludzkości Wielką Kartę Swobód, Magna Charta Libertatum; a zaraz potem ruszył do Francji odbijać utracone posiadłości; i tam zmarł na skutek rany odniesionej w potyczce. A Saladyn pozostał w Jerozolimie, zaczym ruszyła kolejna wyprawa, co nie dotarła do Egiptu, tylko na spółkę z chciwymi Wenecjanami zdobyła, splądrowała, spustoszyła i obrabowała stolicę Cesarstwa Bizantyńskiego, Konstantynopol, gwałcąc, paląc i mordując do woli oraz dzieląc się jego bajecznymi skarbami.
Było jeszcze pięć krucjat, z których jedna okazała się wizytą kurtuazyjną i dyplomatyczną dla omówienia warunków zawieszenia broni, dwie poszły na Egipt, główny ośrodek potęgi islamu, a jedna na Tunis. Ostatnią wyprawę poprowadził późniejszy król Edward I, który odniósł oszałamiający sukces militarny - udało mu się wylądować w Akrze i wycofać stamtąd po zawarciu rozejmu! Królestwo Jerozolimskie przestało rychle istnieć i wyprawy krzyżowe do Ziemi Świętej, Terra Sancta, skończyły się.
- Quod bonum, felix, faustum fortunatumque sit populo Romano, czyli słodko jest umrzeć za ojczyznę, byle to było dla szczęścia, dobra i pomyślności narodu rzymskiego! - Niebezpieczne poglądy. Podobnie uważał wódz Trzeciej Rzeszy, spadkobierczyni Pierwszej Rzeszy Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, z której wywodzi się ojciec obecnego tutaj mieszańca krowy mięsno-mlecznej, czarno-białej i kutasa złamanego. Heil Hitler! Fü hrer uważał, że dla innych to sama rozkosz, gdy się im flaki bagnetami wypruwa, granatami urywa ręce i nogi, zgniata gąsienicami na miazgę i na dodatek pali jeszcze żywym ogniem, byle to się działo dla chwały jego imienia i dobra Tysiącletniej Rzeszy. Dreimal hoch! Przekonanie Fü hrera było tak mocne, iż widząc jasno, że do opanowania świata i praktycznego wdrożenia idei "Ein Volk, ein Reich, ein Fü hrer" potrzebne mu będą zastępy nowych wojowników na miejsce tych spalonych, zgniecionych, rozerwanych i zdrelowanych czyli odflaczonych, rzucił pomysł "Lebensbornu", źródła życia, a więc specjalnych zarodowych ośrodków, w których szczegółowo wybrane, czyste rasowo i przebadane kobiety niemieckie, podobne z wyglądu do mademoiselle Yolandy lub młodej Ulli Nielsen, miały być zapładniane przez równie drobiazgowo sprawdzonych Nordyków z Waffen SS, oraz z innych, mniej elitarnych formacji, urlopowanych w tym celu z frontu, by w krótkim spazmie wytchnienia od walki dali początek idealnemu człowiekowi. Wylęgarnie nowej ludzkości powstały i miały opracowany cały program wychowania przyszłych żołnierzy od kołyski po hełm i karabin, tak by duch narodowosocjalistyczny, wyssany z mlekiem matki, umocnił się i stał ostry niczym Excalibur... Szczęśliwymi prokreatorami "new brave world" mogli też być członkowie ludów podbitych, w tym nawet Słowianie, pod warunkiem jednak, że wykażą się nordyckimi cechami antropologicznymi i aryjskością do kilkunastu pokoleń wstecz. - Czy te kobiety mogły odmówić płodzenia dzieci z jakimś obcym SS-manem, Holendrem czy Ukraińcem? - zainteresowała się niespodzianie Yolanda.
Rasowa matka, podobnie jak rasowa suka, mogła urodzić jedno, najwyżej dwoje uznanych za prawdziwie "czyste" dzieci, które odłączano od niej i wychowywano na koszt państwa na aseptycznych Aryjczyków; zaś kobiety opuszczały ośrodek "Lebensborn e.V.", wracając bądź do domu, bądź - częściej jeszcze - wędrując do tak zwanych Himmelskommand. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, iż pierwszą siedzibą centrali "Lebensborn, eingetragener Verein, Źródło Życia, stowarzyszenie zarejestrowane", miejscem, w którym spotykali się ojcowie chrzestni nowej ludzkości, z Himmlerem na czele, był dom przy Poschingerstrasse 1 w Monachium, który należał przez dwadzieścia lat do laureata literackiej nagrody Nobla, Tomasza Manna. W dalszych latach budynek okazał się zbyt szczupły jak na potrzeby rozrastającej się prężnie organizacji i centralę przeniesiono do kamienic przy Herzog Max Strasse 3 - 7, w samym centrum miasta, w pobliżu dworca głównego, der Hauptbahnhof; a dom Tomasza Manna zaczął pełnić rolę Begattunngsheimu, a więc chatki-kopulatki.
- Mój przyjaciel Kmita cytuje jeszcze taki ustęp podobnego dzieła: "Jedzie, jedzie wojsko bryczką, by rozprawić się z prawiczką". Niestety, nie znam dalszego ciągu - SS-Obersturmfü hrer Robert Nielsen-Crane rozłożył ręce w przepraszającym geście. - Dalej łatwo sobie wyobrazić. Pamiętniki Fanny Hill prezentują to dość jasno. Zresztą memuary Yolandy Kucharski, gdy powstaną, przeniosą sobą tamte głębią tematu i ostrością spojrzenia. Na przykład teraz - głaskanie clitoris w towarzystwie funkcjonariusza NO, Nazi Organization, i ungefangene Arona Drecksteina, któremu w każdej chwili grozi śmierć. Choćby z ręki Dirlewangera, który ze strzykawką w pogotowiu czaić się może za zasłoną. Myślę, że widok konwulsji i agonii w znakomity sposób mógłby podnieść jakość orgazmu naszej rozmówczyni. - Kombinujesz jak koń pod górę, rzezańcu! - powiedziała Yolanda, której sama rozmowa udoskonaliła szczytowanie do tego stopnia, że miast sapnąć cichutko, wzorem pierwszej rozbieranej randki z Bobem, miauknęła niczym kotka, felis domestica, wyruchana za kominem. - Nie podoba ci się moje towarzystwo Aryjki blond piersiastej, co - przez wzgląd na cyce-donice jego matki - takim przerażeniem napawała SS-Obersturmfü hrera Roberta Nielsena, zanim nie posmakował cinepimastii, jakiej nie mógł zaznać ze swymi myszowatymi pizdulami, ani tym bardziej z dwoma pijanymi Norwegami z Nordkappu (chociaż przez nich przybliżył się do samicy thalarcti maritimi i spełnienia swojego celu), a nie masz nic przeciwko przebywaniu razem ze zbrodniarzem wojennym! - My, Żydzi, jesteśmy zaprawieni w godzeniu sprzeczności. W Argentynie, na przykład, żyją obok siebie kolejne fale emigracji niemieckiej - Żydów zbiegłych przed terrorem nazistowskim, antyfaszystów, którzy wyjechali przed wojną oraz zbrodniarzy wojennych, co woleli przybyć w jakiś czas za nimi, niż stanąć przed trybunałem w Norymberdze. Wszyscy ci ludzie mówią po niemiecku i kultywują tradycje starego kraju ojczystego, die Vaterland. Jak myślisz - kto z nich jest lepszym Niemcem - niemiecki Żyd, niemiecki antyfaszysta czy niemiecki nazista? - Wolałbym wiedzieć, co oni wszyscy robią dla lasów Ameryki Południowej, które kiedyś, na początku wieku, pokrywały cały kontynent, w latach pięćdziesiątych już tylko trzydzieści procent jego powierzchni, a niedługo puszcza amazońska, wypalana oraz polewana z hydrantów herbicydami, skurczy się do wielkości podmiejskiego lasku, po którego asfaltowych alejkach przechadzać się będą w niedzielne przedpołudnia starsi panowie z laseczkami i mamusie z dziećmi dyszącymi jak wyrzucone na brzeg ryby. Rezerwuar tlenowy Ziemi przestanie istnieć, a my podusimy się w rozpalonym i rozrzedzonym powietrzu, w którym nie będą w stanie latać nawet kolibry tak małe, jak furczek ozdobny, lophornis magnifica, ramphonicorn microrhynchum czy acestrura heliodor, jakie na własne oczy zobaczył Jeronimo de Aguilar, Ferdynand Cortes i jego konkwistadorzy, a wśród nich Bernal Diaz del Castillo, autor drobiazgowej historii wyprawy, zawartej w jego "Pamiętniku żołnierza Cortesa". Zapoczątkowany przez nich rabunek trwa do dzisiaj, jako że interesowały ich ptaki i zwierzyna oraz lasy nieprzebrane nie inaczej, niźli w postaci żywej spiżarni i magazynu materiałów budowlanych; a poszukiwali wyłącznie trzech rzeczy: złota, złota i jeszcze raz złota! A cokolwiek znaleźli lub - co gorsza - czegokolwiek nie znaleźli, to i tak obracało się przeciwko Indianom. Nie nabobrowali tyle złota ile potrzebowali, a wymagali go nieskończenie dużo, by ich zupełnie niereliktowy król, don Carlos I, będący jednocześnie - jako Karol V -cesarzem rzymsko-niemieckim (znów to samo!), a także dziedzicem - po tatusiu, Filipie I, i mamusi, Joannie Obłąkanej - trzech dynastii, a to: habsburskiej, burgundzkiej i kastylsko-aragońskiej, mógł marzyć o odrodzeniu monarchii uniwersalnej. Jest już w tym jakieś przeznaczenie, że podobnie panterytorialne dążenia nie dają się zrealizować (jedynie w Azji Czyngiz Chan uporał się z tym znakomicie, gdyż rządził największym obszarem w znanej nam historii, a to przestrzeniami pomiędzy Morzem Czarnym i Oceanem Spokojnym), i don Carlos - pomimo świetnych zwycięstw w wojnie z Francją, jak choćby pod Pawią w Roku Pańskim 1525 - nie potrafił złamać potęgi odwiecznego i naturalnego wroga, musząc się jedynie kontentować umocnieniem panowania Hiszpanii we Włoszech. Po niepowodzeniach w wojnie szmalkaldzkiej, której celem było przywrócenie autorytetu cesarskiego w Niemczech, dobry don Carlos abdykował, co nastąpiło już po śmierci zapomnianego Cortesa, i kłopot sprawowania władzy w Hiszpanii, w Italii i Niderlandach pozostawił synowi, Filipowi II. Jak z tego widać, złota w zamorskich koloniach było za mało, by zaspokoić apetyty i ambicje europejskich władców, za to konkwistadorzy znaleźli za Wielką Wodą ziemię oraz niewolników do pracy na niej, znaleźli kawę, coffea; kakao, tytoń, nicotiana; i choroby weneryczne, które wymienili na ospę wietrzną i katolicyzm, szczepiony igni et ferro. Quod erat faciendum - jak mawiał pater Bartolomeo de Olmedo, duchowy nauczyciel Fernando Alvareza de Toledo, krwawego księcia Alba. - Co trzeba było uczynić. - Kto ma owce, robi co chce - powiedział Podkładka. - Konkwistadorzy mieli lepsze racje, lepszego Boga, a przede wszystkim - lepszą broń, dzięki której ich racje i ich Bóg mogły stanąć ponad krwiożerczym bożkiem Huitzilopochtli, któremu na szczytach teokalli składano ofiary z ludzi. Europejczycy mogli zatem stanąć na karkach Indian i przygiąć je do ziemi, by dla nich, panów stworzonych na obraz i podobieństwo zwycięskiego Boga, pracowali niewierni. - Nie wiem, kto kogo stworzył - zaprotestował Robertus Craneus Iuvenis. - Mnie się wydaje, że człowiek jest prawdziwym kreatorem, bo wymyślił sobie Boga na swój obraz i podobieństwo, oraz obdarzył go wszelkimi swoimi zaletami i ułomnościami. Słysz, Kajfo, że twój Bóg jest zawistny, zazdrosny, mściwy i pamiętliwy jak wszyscy diabli. Jak się na kogo zaweźmie, to rzadko mu odpuści, chyba - żeby tak jak w sprawie Hioba - poklask zyskać i strachem zdobyć nowych wyznawców, a w starych obawę umocnić. Żeby nie było niestraszonych. Jeszua nie był rzymskim prowokatorem, a Piłat z Pontu, Jeździec Złotej Włóczni, ocalić pragnął go dla was. Tak, dla was, rzezany niedowiarku. Pilatus rozumiał doskonale, o co chodzi chudemu obdartusowi z Nazarethu; pojął, że ludziom znudził się już ten stary, okrutny Bóg, i że Jeszua wymyślił sobie nowe królestwo boże - królestwo łaski i przebaczenia - które postanowił dać ludziom, zawłaszczając dla siebie w ułatwiającym tę propagandę celu imię boskiego syna. To był filozof, uświadamiający sobie ową tajemnicę wszelkiej religii, która pochodząc od człowieka, dąży do skonstruowania i skomponowania bóstwa - a nie vice versa. Zatem wierząc, iż zna mechanizmy tego procesu, podjął się zbudować jej kontynuację, jako że Stary Zakon, przewidując nadejście Mesjasza, stworzył po temu sposobność. W tamtych czasach filozofowie byli jednocześnie praktykami, na własnej skórze sprawdzającymi trafność swych teorii, a nie na grzbietach mas. Prawdopodobnie Jeszua od początku liczył się z możliwością marnego swego końca, gdyż jako człowiek inteligentny musiał zarówno znać losy innych reformatorów, jak i domyślać się możliwych następstw głoszenia tak odmiennej idei; skutków obruszonych nań przez przerażonych, oburzonych i zawistnych, jak ich Bóg, czcicieli starego porządku. Robił to dla was, nie dla Rzymu, w którego mury nowa wiara zapuściła później korzenie tak mocno, że wyrósł z nich Piotrowy tron. Gdybyś, Kajfo, nie ukrzyżował Jeszui, ty byłbyś chrześcijaninem, a papież miałby swą stolicę w Bet Lehem, albo w Jerozolimie, której stara, otoczona murami część miasta stanowi niezwykły, niespotykany nigdzie indziej na Ziemi zlepek przenikających się i zwalczających kultur. Są tu niemal wszystkie wyznania współczesnego świata - spotykają się na co dzień katoliccy księża i mnisi oraz brodaci patriarchowie kościoła greckiego, jeżdżący po wąskich uliczkach dzielnicy armeńskiej ogromnymi mercedesami, przemykającymi obok surowych, ascetycznych zborów luterańskich, patrzących swymi witrażami na wieże minaretów, z wiszącymi na nich byle jak głośnikami, przez które muezzini pięć razy dziennie zwołują wiernych mahometan na modlitwę do meczetu, drąc się przy tym wniebogłosy na żydowską stronę, by w szabas zakłócać spokój swych odwiecznych wrogów, w ciszy i skupieniu modlących się pod Kotel Hamaarawi, Zachodnią Ścianą Świątyni Jerozolimskiej. Terra Sancta, Ziemia Święta. - Święta, święta i po świętach! Zamiast zgłębiać mechanizmy powstawania religii, Jeszua Ha-Nazri lepiej by począł, poznając sprężyny rządzące polityką i psychiką władców. Wtedy zrozumiałby na pewno, że nikomu nie jest potrzebne jego królestwo łaski i przebaczenia, a już szczególnie nie Sanhedrynowi, ani nie Tyberiuszowi Claudiuszowi Nero, który w odległym Rzymie, czy na Capri, niczego tak nie nienawidził w przerwach pomiędzy kolejnymi orgiami, jak właśnie dobra i sprawiedliwości! Cóż począłby on, wielki Cezar, gdyby nie wolno mu było mordować niewolnic i niewolników w szalone noce krwawej rozpusty, podczas których orgazm zastępowała śmierć, a fallus - rozpalony do czerwoności pilum centuriona? Czy zdziecinniały starzec, któremu nałożnice wyssały mózg wraz ze spermą i rdzeniem kręgowym, miał nagle ubrać szatę pokutną oraz przyjąć domniemanego syna znienawidzonego przez siebie żydowskiego boga? Nie, on chciał zniszczyć naszą wiarę i przysłał nam prowokatora, fałszywego mesjasza, by osłabić nas i w rezultacie wygubić. Czym bylibyśmy bowiem bez naszej religii, pozwalającej przetrwać nam wszystkich władców świata? Czyż zniszczenie jej, tej potężnej, scalającej nas siły nie stanowiło celu wszystkich namiestników rzymskich - od Heroda I Wielkiego, aż po ciebie, Piłacie z Pontu? - Ja, Pontius Pilatus, Jeździec Złotej Włóczni, wiem najlepiej kim był, a kim nie był przybłęda z Nazarethu. Zauważ, Kajfo, żem rozmawiał z nim długo, i poznałem jego poglądy oraz zamiary, bowiem był to człek szczery i niezdolny do fałszu. Mówił otwarcie o ożywiającym go pomyśle i pragnieniu, bo jego filozofia zasadzać się miała na absolutnej prawdzie.
A wyście nie tyle, że mu nie uwierzyli, co raczej przestraszyliście się tego dobra okropnego, tej jasności odsłaniającej wasze łajdactwa i frymarczenie dotychczasowym Bogiem, i tej miłości, do której nie byliście zdolni. Jeszua przyszedł zbyt wcześnie i przeszkodził wam w interesach, w ukochanym geschefcie! Człowiek niby pragnie sacrum, ale w istocie nie chce go i tylko poprzez wyrażane głośno pragnienie uspokaja własne sumienie, gdyż w zupełności wystarcza mu i kontentuje go profanum.
Zbyt literalnie traktowaliście swe Pismo Święte, nie abstrakcyjnie, i mimo, iż gardziliście nami, poganami, to wyobrażaliście sobie swego Zbawiciela na kształt istoty poczętej podczas miłosnych uścisków Ledy z łabędziem! Ja, Piłat z Pontu, piąty procurator Judei, nie chciałem jego śmierci przewidując, że legenda o nim może więcej Rzymowi zła uczynić, niż on sam, żywy i starzejący się wraz z jego wiecznymi murami, ale nie przewidziałem tego co się stało - że myśl jego te mury obali, a wy i tak zostaniecie przy swoim! Widać bardzo jesteście przywiązani do swego okrutnego Boga; tak mocno, że nawet nie przyjęliście do wiadomości zesłanego przezeń Odkupiciela; choćby i ów był samozwańcem. Nie dojrzeliście, nie dorośliście do wyższej formy religii, która ewoluuje jak wszystko na świecie, i choć ty mnie, rzezańcu, swoim monoteizmem w oczy kłujesz i nade mnie się wywyższasz z tej racji, to nie masz jej, boś zaskorupiał w swoich poglądach i cofasz się wraz ze swym Bogiem w nicość. - Gott mit uns, chciał pan powiedzieć, Herr Obersturmfü hrer SS. - Oczywiście, ten prawdziwy Herr Gott, na jakiego mieliście monopol, potwierdzony napisem na klamrach waszych pasów głównych, którymi to rzemieniami i sprzączkami rozcinaliście nam usta i rozbijaliście głowy. By nam to lepiej doszło do świadomości. Jawohl, Herr Obersturmfü hrer, unser Gott ist kein Gott. Sie haben Recht, natü rlich! - Gefangene Dreckstein! - Hier! - Jaki masz numer, gówniany kamieniu?
- Jest śliczna, za pańskim pozwoleniem, Herr... - Śliczna? Na co ty sobie pozwalasz, psi chuju?! Na estetyczną ocenę Ü bermenscha czy raczej oberkurwy?! Ja cię nauczę, kozia mordo! To prawdziwa Aryjka, której pochodzenie zostało sprawdzone do szesnastego pokolenia wstecz i nie znaleziono w nim ani śladu waszej zafajdanej krwi żydowskiej! Ona ma być dla ciebie jak Matka Boska i Leda razem wzięte, gdyż da początek nowej rasie ludzi, ludzi równych bogom, którzy będą panować nad całym światem. Jest ona tak doskonałym tworem aryjsko-nordyckim, że nawet sam Adolf Hitler, którego babka była Żydówką, nie miałby jej prawa zapłodnić. Jej wizerunek zostanie umieszczony w naszych narodowosocjalistycznych ołtarzach, a nasza narodowosocjalistyczna trójca święta będzie czwórcą - przechodzimy bowiem z modelu dwa plus jeden na dwa plus dwa - prokreacji prostej. Klękaj, parchu i módl się do niej, a właściwie do nas, gdy będziemy kopulowali na twoich kaprawych oczach. Spotkał cię wielki zaszczyt, Dreckstein, widzisz bowiem jak powstaje nowa ludzkość, dla której musimy oczyścić pole z różnych niedojebków podobnych tobie, z komunistów, z tych śmierdzących i brudnych Słowian, z Murzynów, Turków i Arabów. I ja, SS-Obersturmfü hrer Robert Nielsen-Crane, dołożę do tego swoją cegiełkę; moje plemniki, wstrzyknięte w vaginę Yolandy Czystejaryjki, zapuszczą korzenie i dadzą nordycki owoc w dalekiej Azji, gdzie stworzymy imperium większe od Temudżynowego - imperium, gdzie będziemy mieli i białe niedźwiedzie, thalarcti maritimi, i tygrysy, pantherae tigres, i delfiny, delphinidae; a ponad tym wszystkim panować będzie homo nordicus, który zdobędzie dla siebie te przestrzenie przy pomocy Wunderwaffe, wyprodukowanej przez naszych niemieckich uczonych, najgenialniejszych na świecie. Amen. Co ty na to, Podkładka? - Mam widzenie, za pańskim pozwoleniem, Herr Obersturmfü hrer!
- Nie, Herr Obersturmfü hrer. Za pańskim pozwoleniem, a chyba raczej wbrew niemu, jawi mi się, iż cudowną broń wynajdą Amerykanie, którzy ramię w ramię z komunistami wygrają wojnę i pokonają Niemcy, będące potem w połowie komunistyczne, a w połowie wyruchane przez Turków, Arabów i jugo-Słowian. I to od tyłu! A my, Żydzi, będziemy mieli własne państwo w Palestynie. Amen.
- Nic na to nie poradzę, Herr Obersturmfü hrer! Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, a ja nawet nie jestem u siebie. Tak zresztą jak ta pańska paryżanka z Pińczowa, której vaginę pragnie pan umieścić na sztandarach zamiast Hackenkreuza. - A może z Czeskich Budziejowic, leżących przy ujściu Malsy do Wełtawy? Wyobraź sobie, że tam raz, w trzydziestym ósmym, nie wziął tromfowy as! A wiesz dlaczego? Bo naszym wspaniałym wojskom wystarczyło tyle czasu na zajęcie całego kraju, ile czterem graczom z Czeskich Budziejowic trzeba było do rozdania kart, licytacji i wistu! To się nazywa Blitzkrieg, co, Dreckstein?! Był, co prawda, jeden Pepik, który już dużo wcześniej widywał w Wełtawie czarne jaszczury, ale nie przeżył on owego 38 roku, więc i ty uważaj na to, co dostrzegasz. - Teraz widzę, że na starej piczy młodzież się ćwiczy - powiedział Aron, zwracając uwagę Crane'a na hotelowego pikolaka, który przyniósłszy oszronione butelki wody mineralnej zapomniał się tak dalece, iż nie otworzywszy ich, lazł na czworakach w swym szamerowanym złotem uniformie na mademoiselle Yolandę. - Daj mu kopa! - poradził Feldstein. - To Arab, który nie ma żadnego poszanowania dla narodowosocjalistycznych świętości, tylko chce rżnąć wszystko, co się rusza. Bob złapał szczeniaka za kark swoim mocniejszym, podobnym do chwytaka robota przemysłowego prawym ramieniem, i otworzywszy boyem drzwi zastosował się do rady Arona. Z cichym łoskotem złotych guzików o stopnie, pikolak zniknął poniżej podestu schodów pożarowych. - Dobra robota - pochwalił Podkładka. - To co, przeprowadzacie się do mnie? Powiódł przy tym znaczącym wzrokiem za Yolandą, która przeszła do łazienki. - Należałoby się zastanowić - powiedział profesor Robert Cranestein z uniwersytetu Princetown, New Jersey - ile kalorii ciepła dostało się do atmosfery na skutek ochłodzenia dwóch butelek wody mineralnej? Zakładając, iż miały one wcześniej temperaturę otoczenia, tak zwaną "pokojową", czyli jakieś pięćdziesiąt stopni według z dawna niesłusznej skali pana Celsjusza, a także iż ciepło właściwe szkła i wody jest porównywalne, dochodzę do wniosku, iż oziębienie litra wody do temperatury sześciu stopni powoduje odebranie ponad czterdziestu tysięcy kalorii, które - uwolnione do atmosfery - spowodują dalsze pustynnienie, stepowacenie, wysychanie, parowanie i opadanie igieł z drzew tajgi syberyjskej, gdzie śnieg pojawia się niekiedy jako anomalia pogodowa w rodzinnej okolicy Dziadka Mroza.
- Nie uczynię tego, bowiem do ich schłodzenia zużyto pewną ilość energii, której wyprodukowanie pociągnęło za sobą kolejny wydatek cieplny, a więc byłoby to z mojej strony czyste marnotrawstwo. To błędne koło, circulus vitiosus. Aby je przerwać, należałoby od dzisiaj zacząć się obchodzić bez lodówek, bez air-conditioning, bez silników spalinowych, nieprzerwanie produkujących ciepło i podgrzewających atmosferę - słowem bez chłodzenia w lecie i ogrzewania w zimie. Chociaż zimy tak naprawdę już nie ma i nawet mój przyjaciel, jarl Erik Johanson z Angmagssalik, tapla się wraz z niedźwiedziami i psami husky w ciepławej wodzie, płynącej z wiecznych lodowców. Wodą ową zamierza ogrzewać inspekty z rzodkiewkami, raphanus sativus, i w ten sposób jeszcze trochę wydłużyć sobie średnią życia do Matuzalemowego wieku pięćdziesięciu i pięciu lat. Zważ przy tym, iż nie od samych rzodkiewek to zależy, gdyż niedźwiedzie polarne nadal nie stały się jaroszami i chętnie zeżarłyby jarla Erika wraz z jego psami husky oraz saniami, jako że jarl Johanson - jak większość ludzi - posiada tę cenną w oczach misiów właściwość, iż przerabia w swym wnętrzu białko roślinne na zwierzęce, bardzo przez thalarctos maritimis poważane. - Ty również masz tę zaletę - zauważył Aron. - Cały jesteś niesymetrycznie zbudowanym pojemnikiem wysokogatunkowych polipeptydów i twój zoofilny stosunek z niedźwiedzicą polarną może skończyć się kolacją we dwoje, albo też zeżarty zostaniesz, zanim jeszcze rozpoczniesz grę wstępną! Zaś twoje niżej opuszczone prawe jądro stanie się smakowitą przekąską. Sam wiesz, iż zapraszając panienkę na rozbieraną randkę, trzeba ją najpierw nakarmić i napoić - najlepiej przy blasku świec i w drogiej restauracji - a dopiero później można liczyć z jej strony na rewanż. - Zrobię wszystko, jak powiedziałem! - zdenerwował się Bob. Obiecałem to mojej matce, Ulli Crane, de domo Nielsen, która już z wielkim trudem przełknęła pijanego marynarza z Nordkappu in duplo, i mam nadzieję, iż udławi się białą misicą. To postanowione.
- Wyjeżdżasz? - zainteresował się Bob, który nie miał ochoty na towarzystwo istniejącej na pewno gdzieś w zanadrzu Feldsteinowego domu siostry Arona lub Samarytanki z Nablusu. - Przeprowadzamy się do Podkładki - powiedziała Yolanda. - Jestem równie biegła w rachunkach jak ty i policzyłam, iż każda kaloria ciepła, wyssana z naszego apartamentu i wyemitowana na zewnątrz przez hotelową klimatyzację, jest dwa koma siedemdziesiąt trzy razy droższa, niż w domu Arona. Ubierz więc coś na swojego Craneusa Minusculusa, jako że wszędzie wokół rozpościera się Holly Land, i chodźmy. Yolandowy boy zniósł ich walizki na podjazd "Sonesty" i zniknął tak szybko, że Crane nie zdążyłby mu dokopać ani dać napiwku, gdyby chciał to uczynić. Było jednak tak gorąco, że ani pikolak, ani Bob nie myśleli o niczym - tego ostatniego nie zajmowały nawet białe niedźwiedzie, jego przyjaciele, Pińczów, Czeskie Budziejowice czy też Nowy Amsterdam. Pomyślał natomiast o krwawym księciu Alba, bo upał był tak wielki, iż Crane'owi zaczęło się majaczyć, że jest flamandzkim protestantem, płonącym na stosie rozpalonym własnoręcznie przez szlachetnie urodzonego Fernando Alvareza de Toledo. Miał kolldraeger Claes, zamieszkały w Damme, syna Sowizdrzała, i miał Karol V, cesarz rzymsko-niemiecki oraz król hiszpański, syna Filipa II. Syn węglarza miał swego przyjaciela, poczciwca Jagnuszka, i miał Filip II swą prawą rękę, Fernando de Toledo, księcia Alba. I stało się tak, że Filip II - kontynuując politykę świętej pamięci tatusia, don Carlosa (syna Filipa I Pięknego, co u niejakiego Hieronima van Aken z niderlandzkiego miasta 's-Hertogenbosch obrazy dla swej szlachetnej przyjemności zamawiał) - postanowił umocnić katolicyzm oraz absolutyzm na tych i tak już piszczących pod ręką inkwizycji ziemiach. Miał zatem i wcześniej mistrz Bosch wokół siebie możliwości do znakomitych studiów dla swych przerażających tryptyków, bowiem stosy płonęły i za cesarza Maksymiliana, i za Karola V; a i kołem łamano, i ćwiartowano, i pasy darto, i w smole pławiono. Mnożyły się procesy czarownic, które poddawano rozmaitym próbom oraz torturom, jako to picie wrzącego oleju lub - co równie przyjemne - ołowiu; wyjmowanie przedmiotów rozmaitych z tychże cieczy czy też rozciąganie podejrzanych, aż im członki ze stawów wychodziły, i to na stałe, czyniąc ich kalekami. Dominikanie setnie w tym miłym Chrystusowemu sercu procederze sekundowali władzy cesarskiej, uwijając się między ludem w swoich biało-czarnych - niczym krowia sierść - habitach. Słuchali święci mężowie, co w trawie piszczy; a tam, pomiędzy węglarzami, marynarzami, chłopami oraz rzemieślnikami wrzał gniew i zbierała się głucha nienawiść. Aż doszło do powstania i zmierzył się syn Claesowy z synem Karolowym, i stanął poczciwiec Jagnuszek przeciwko bezlitosnemu Ferdynandowi de Toledo, i krew się polała, czego już ani dumny konkwistador Cortes, ani skromny mistrz malarski, Hieronim van Aken, nie widzieli, gdyż obaj zmarli wcześniej nie znając się, choć byli ludźmi niepospolitymi, współczesnymi sobie i poddanymi jednego władcy. Robert Crane skwierczał sobie na stosie słonecznym podjazdu czterogwiazdkowej "Sonesty", w daremnym oczekiwaniu zapowiedzianej i zamówionej przez pikolaka taksówki. Prawdopodobnie boy zemścił się na nim w ten sposób i Bob nabierał przekonania, iż za życia nie dotrze do domu Feldsteinów, tak jak Dü rer - według Abisha - nie dojechał nigdy do Genewy. Współczesny Boschowi i Cranachowi, od którego Crane Starszy wywodził fałszywie swój ród, popierał Albrecht idee reformacji i Lutra osobiście, choć - w przeciwieństwie do Cranacha - nie był przyjacielem doktora Marcina o bystrym umyśle i ciężkich rysach twarzy; ani jego zażywnej małżonki, Katarzyny z domu Bohra, wypisz wymaluj podobnej do Ulli Crane, de domo Nielsen.
Nie mogło to również w niczym pomóc krewetkom, natantiae, zdychającym masowo nad brzegami wysychających gdzieniegdzie płytkich mórz. Jako Robertusa Biloxusa, miłośnika odmiany alfeusz, alpheush ruber, interesował go szczególnie los owych skorupiaków hodowanych w Zatoce Barataria, czterdzieści mil od Nowego Orleanu, którą archipelagi wbrew nazwie niewidocznych na mapie wysp - Grand i Grand Terre -oddzielały od wód tajemniczej Zatoki Meksykańskiej. Dwie butelki zimnej wody mineralnej wrzucone - czy też lepiej - wylane do Zatoki, nie mogły w zasadniczy sposób zmienić jej niekorzystnego bilansu cieplnego ani przynieść ulgi raczkom, które pomimo posiadania dziesięciu odnóży, nie kwapiły się do wspomożenia niedźwiedzi w ich polarnych wysiłkach, zmierzających do przyśpieszenia ruchu wirowego Ziemi. Wprost przeciwnie - kula ziemska, die Erdkugel, obracała się wciąż wolniej i opieszalej, zwiększając swą masę o kosmiczne pyły, ściągane przez zachłanną grawitację z mroźnych przestworzy. Warkocze śmieci, niczym ramiona galaktyki spiralnej, ciągnęły się wokół starego globu na wiele setek mil wokoło, zniewalając go swym równie niewyobrażalnie znikomym tarciem, jakim dla depczącego je w pędzie Guliwera było łaskotanie łapek mrówek, formicidae. Rosnąca bezwładność i nieustępliwe tarcie są kroplą drążącą kamień i cichą wodą rwącą brzegi - sterany globus nie obraca się bowiem w idealnej pustce, a w deszczu mikrometeorytów, cząstek wodoru, helu, jakichś zdefektowanych atomów ciężkich pierwiastków, pośród wolnych protonów i elektronów, daremnie poszukujących się w niezmierzonych przestrzeniach wszechświata, wśród porwanych jak pajęczyna linii sił pola magnetycznego Słońca i opadających piór upadłych aniołów. Wszystko to gargantuicznie głodna grawitacja ściąga na powierzchnię Ziemi, nie zdając sobie sprawy, jak każdy chciwiec, że się tym udławi. Że ani popychające ziemską oś niedźwiedzie polarne, ani pszczoły, apidae, machające zawzięcie i rozpaczliwie nadpalonymi przez słońce skrzydełkami, ani w końcu krewetki - gdy już zechcą ruszyć swe tyłki i pomaszerować do pomocy thalarctis maritimis, gdzie, taplając się w zaścielającej lody Arktyki letniej wodzie, zaczną łaskotać misie w pięty, by te przyśpieszyły swój marsz - nie uratują Ziemi, gdy ta - obżarta do nieprzytomności - stanie w swym pędzie i wystawi twarz do Słońca. Ocalałe życie, skupione wzdłuż terminatorów, dysząc będzie łapać ostatnie kęsy rozrzedzonego, parującego i uciekającego w przestrzeń kosmiczną powietrza. Zaczym nastąpi koniec świata, amen. W taksówce, w której zaczął natychmiast szczękać zębami, gdyż przeskok termiczny był tak wielki, Bob zauważył, że krople potu na twarzy i szyi Yolandowej zbierają się w dwa małe strumyczki, łączące się i znikające pomiędzy wydatnymi piersiami, po czym jej podniecający brzuch, jak wywoływana fotografia, ukazuje się spod przyklejającej się do niego sukienki. Za wyjątkiem trzech, czterech dni raz na miesiąc, mademoiselle Kucharski nie zwykła nosić bielizny, przeto widok stawał się coraz bardziej interesujący i Crane gapił się na to, usiłując powstrzymać wstrząsające nim dreszcze. Air-conditioner w samochodzie działał jednak na tyle sprawnie, że zanim dojechali na miejsce fotografia zbladła i całkiem wyschła, tracąc swój obraz niczym wypłowiały na nagrobnej płycie dagerotyp. Obieg cieplno-wodny przedstawiał się więc jak następuje - wodę mineralną ze źródła nalano do butelki, butelkę schłodzono, Bob i Yolanda krachelkę wypili, po czym ta - wypocona efektownie - wyparowała, a klimatyzacja usunęła parę na zewnątrz; opar, wznosząc się pod niebiosa, powinien skroplić się na niewiadomej, lecz ściśle warunkami termicznymi i barycznymi określonej wysokości, spaść w postaci deszczu i wsiąknąć w glebę, by wydobyto go potem - po wypłukaniu przezeń soli z wapiennych skał - w postaci wody mineralnej, przyniesionej przez hotelowego boya w ekscytująco oszronionej butelce. Tak to wyglądać miało w teorii, lecz ponieważ aurea praxis, sterilis theoria, przeto wyparowana woda podziewała się gdzieś bezpowrotnie, porywana prawdopodobnie przez wiatr słoneczny i nikt od dawna nie widział deszczu - co prostą jak highway drogą prowadziło do wyschnięcia rzek.
Feniksolodzy nie potrafili wytłumaczyć owej nieregularności odradzania się z popiołów inaczej, niż twierdząc, iż tak naprawdę istnieją co najmniej trzy święte, słoneczne ptaszki-ogniwaczki: a to zmartwychwstające co lat 500, 1460 i 1500; w związku z czym bałagan panował w feniksologii zupełnie nadzwyczajny. Obecne narodziny ptaka, za Robertusa Biloxusa, jeszcze bardziej pomieszały szyki uczonym.
Po czym zamilkł, gdyż wydało mu się, iż właśnie jest naocznym świadkiem odrodzenia się świętego ptaka - Aron, usiłujący na cześć przybyłych włączyć piecyk gazowy, stanął w aureoli ognia, niczym prorok Eliasz zastanawiający się, czy ma wsiąść do rydwanu słonecznego. Zaczym nastąpił huk, ogień zgasł, wóz płomienisty, wyrwawszy rurę i kawałek przymocowanej do niej ściany, zniknął za oknem, a Yolandzie podmuch zadarł sukienkę powyżej pępka. - Przepraszam - powiedział pobladły nieco Podkładka, traktujący incydent jako znak boży. - Chciałem dla was zagrzać ciulent, potrawę szabasową, ale jak widzieliście sami, zrobić tego niepodobna. Dziś jest właśnie sobota, ortodoksyjni Żydzi w owym dniu niczego nie robią, nie wolno im jeździć samochodami, za nic płacić, gotować ani nawet iść do kina. Ortodoksyjny Żyd może - a raczej musi - modlić się. Nie jestem ortodoksem, ale w Jerozolimie wszystko może się zdarzyć. Vide latający piecyk gazowy. Dawniej mieliśmy w domu piec kuchenny, kaflowy, z szabaśnikiem jak się patrzy. Ów szabaśnik Bóg po to nam dał, byśmy w piątek nagotowawszy, trzymali w nim jadło, które dzięki temu przez sobotę było ciepłe i zdatne do jedzenia. Choć jeśli ktoś nie chciał z tego dobrodziejstwa korzystać, mógł pościć do woli, zyskując tym większą miłość bożą. Tak i my uczynimy, gdyż nasz posiłek odleciał w zaświaty. - Raczej za ścianę - sprostowała Yolanda Trzeźwomyśląca. - Być może, klimatyzacja jest u ciebie istotnie dwa koma siedemdziesiąt trzy razy tańsza od hotelowej, ale dzięki tej dziurze w murze jakby nieco mniej skuteczna. Czy dzisiaj jacyś świątobliwi mężowie przyjdą usunąć awarię, zamurować ścianę i wstawić okno? Upał robi się tutaj taki, jak w twoim szabaśniku! - Wyłączę gaz, zamkniemy drzwi do kuchni, która nie będzie nam do jutra potrzebna, i jakoś przetrwamy. Chodźcie, poznacie moją rodzinę. Yolanda i Bob poznali rodziców Podkładki, mamełe i tatełe, tych psów rzezanych, a także dwóch braci i trzy siostry, tych psich synów i psie córki. Z okna przyjrzeli się Ścianie Płaczu, ostatniemu zachowanemu fragmentowi Drugiej Świątyni, postawionej na miejscu tej Salomonowej. Do zabytku owego przylegała szklana czy pleksiglasowa weranda, klimatyzowana, co pomimo panującego wszechwładnie upału, pozwalało wiernym modlić się tam w nakryciach głowy. - Well - powiedział Bob - Myślę, iż na dzisiaj starczy zwiedzania. Jako syn praktykujących anabaptystów powinienem chyba przejść przez Via Dolorosa, ale podejrzewam, że znajdując się w arabskiej części miasta, nie jest klimatyzowana. Zresztą, głupio jakoś zakładać air-conditioning na drodze krzyżowej, zwłaszcza że turystyka zdechła przed laty z upału jak wieloryb, cetacea, na piasku.
Podkładce przerwał łoskot, wyrywający z zawiasów drzwi do kuchni. Pocisk rakietowy z ręcznej wyrzutni przemknął milczkiem przez przedpokój, wybił dziurę w ścianie i zniknął w mroku klatki schodowej. - Co to? - Yolanda powiodła wzrokiem wzdłuż dalszego, domniemanego toru lotu skrzydlatej bomby.
- Aj, aj - odezwał się tatełe - Czy my znów będziemy spali przy otwartych drzwiach, Aron? - Może wrócimy do hotelu, mister Tatełe? - zainteresował się Bob. - W pańskim mieszkaniu zaczyna być gorąco i dosłownie, i w przenośni. Sądzę, iż nie ma tu nawet dwóch butelek chłodnej wody mineralnej, bowiem wraży pocisk przeszedł na wylot przez lodówkę, dokładnie pomiędzy półką z koszernym mięsem, a tą z naczyniami mlecznymi. Szczęściem dla was była to rakieta przeciwpancerna, która nie napotkawszy godnej siebie przeszkody (trudno bowiem za takową uznać niemal pustą - nie wymawiając! - lodówkę z cienkiej blachy) nie eksplodowała, gdyż w przeciwnym wypadku nastąpiłoby przemieszanie potraw mięsnych z mlecznymi - co odbyłoby się z wyraźną szkodą dla zbawienia pańskiej rodziny. Dixi.
- Jestem ateistą, biseksem i przyszłym sodomitą, ponieważ mam szczery zamiar wyruchać na stojaka, za piątaka, samicę gatunku thalarctos maritimus - sprostował Crane. - I chciałbym panu przypomnieć, mister Tatełe, iż Talmud poleca, by szczególnie uważać, aby nie urazić uczuć cudzoziemców; przeto Święta Księga zakazuje przypominać im o obcym pochodzeniu, a nawróconym grzesznikom wypominać ich dawne winy. W ogóle przestępstwa słowne, onaat dewarim, uważa się za cięższe, niż uszczerbki oraz szkody spowodowane w sprawach materialnych, czyli niźli onaat mamon. - Aj, aj! - cmoknął z podziwem tatełe Feldstein - Słowa twoje, synu, są mądre jakby wyszły z ust samego rabina Jerozolimy, który idzie zaraz za tym z Krakowa, i obiecuję ci, iż przez tydzień w synagodze będę zmawiał kaddisz za twą pomyślność. Co tam jeden kaddisz, trzy zmówię, ja i moi synowie, aby stary Jahwe dobrze usłyszał i zrozumiał o kogo mi chodzi. Podobnie jak ty brzydzę się genewat daat, czyli oszustwem, i dotrzymam słowa. Muszę ci przy tym w zaufaniu wyznać, że nasz Bóg posunął się znacznie, nie słyszy już wszystkich próśb, jakie do niego kierujemy i, co gorsza - nie spełnia ich. Nawet mezuza przybita do drzwi, mająca poświęcić dom, zapewnić błogosławieństwo i przypominać o stałej obecności Jahwe, nie ma już takiej skuteczności jak drzewiej. Vide rakietowy pocisk ppanc, który przewiercił drzwi wejściowe, jakby ich wcale nie chroniło słowo boże. Ale jak mówi modlitwa: "Alejnu leszabeach la-Adon hakol, winniśmy wychwalać Pana wszystkiego"! Amen! Milcząca mamełe, zawinięta w srebrno-czarną szatę i przypominająca w tym stroju lakierowane wieko od trumny, przyszła z pomocą mężowi, wystawiając z przestrzelonej lodówki naczynia, osmalone od podmuchu odrzutu rakiety.
- Sprawa ojcostwa jest zawsze bardzo pokrętna - ziewnęła mademoiselle Yolanda Kucharski. - Już starożytni twierdzili, że mater semper certa. Nie chciałabym spłycać mistycznego zagadnienia i sprowadzać religii do płaskiej trywialności stosunków męsko-damskich, ale tacy Trobriandczycy na przykład, lud papuasko-melanezyjski z koralowego archipelagu Wysp Trobrianda, położonego na północny wschód od Nowej Gwinei, są zupełnie nieświadomi wpływu mężczyzny na fakt poczęcia dziecka. Ojca określa się tam słowem tomakava, czyli obcy. Kraina ta byłaby edenem mężczyzn, arkadią bez alimentów i innych niepotrzebnych a komplikujących życie zobowiązań, gdyby nie istnienie zakorzenionej mocno instytucji małżeństwa, a co za tym idzie matrylinearnego sposobu spadkobrania, przekazywania rang i tytułów czy godności dziedzicznych, oraz magii. Dla dziecka, osobą ważniejszą od ojca-tomakavy, staje się brat matki, kadagu, a wieś stryja - jego własną wioską, czyli kada. W miarę rośnięcia i dojrzewania, związki dziecka z jego fizycznym rodzicielem rozluźniają się coraz bardziej - młody człowiek ma inny znak totemiczny, a wszelkiego rodzaju obowiązki, ograniczenia i racje godności osobistej łączą go z klanem rodzinnym matki, odgradzając od ojca.
- Aj, jak pani źle mówi, jak pani źle mówi! - mamełe była tak oburzona, że przez nieuwagę wrzuciła kotlet cielęcy do mleka i odruchowo oblizała palce. - Jesteśmy narodem wybranym i ten psubrat Locke wraz z Tolandem, Tindalem i - tfu! tfu! - Wolterem, nie zmienił tego! Bóg nas wybrał i doświadczył, byśmy zasłużyli na jego miłość. Cierpieliśmy... - Łatwiej jest cierpieć, niż pracować. Na ten przykład, wy handlowaliście podług tej zasady, iż lepsze deko geszeftu, niż kilo roboty. - W myśl Talmudu - powiedział Aron - grzeszną jest rzeczą wejść do sklepu i pytać o cenę jakiegoś artykułu, będąc z góry przekonanym, iż się go nie kupi. Pismo Święte wyklucza także wszelkie rodzaje fałszu, podstępu i nieuczciwych praktyk w interesach, wymaga natomiast skrupulatności oraz sumiennego wypełniania obowiązków tak przez sprzedającego, jak i nabywającego. Czyż zatem handel to nie cierpienie? Każdy z synów Izraela oscyluje ciągle pomiędzy Scyllą chęci szybkiego dorobienia się a Charybdą Talmudu i własnego sumienia. Ale ponieważ judaizm, nasza religia, uznaje możliwość swobodnego wyboru grzechu, jako nieuniknionego następstwa posiadania wolnej woli, przeto wyjaśnienie stosunku pomiędzy owym przewinieniem, a cierpieniem, jako karą, pozostawia do oceny sprawiedliwej oraz niezbadanej woli Boga. Rabbi Jannaj powiedział: "Nie jest w naszej mocy wyjaśnić pomyślność niegodziwych, ani cierpienia sprawiedliwych". Zresztą, grzech jest potrzebny, konieczny nawet; bez niego nie byłoby postępu - zło jest bowiem równie silnym motorem dziejów, co dobro. Vide konkwista, która nie z pragnienia uszczęśliwienia obcych ludów się wzięła, i nie z chęci poprawienia bytu własnych poddanych don Carlosa, ale z chciwości nieposkromionej i niedostatku mamony w szkatule, której brak wojen prowadzić nie dozwalał. Pozostając dla uproszczenia rozważań przy założeniu, że grzech - jako odstępstwo od narzuconych nam norm - jest zawsze i wszędzie złem, można wysnuć wniosek o dziejotwórczym znaczeniu niegodziwości w rozwoju ludzkości. Pod warunkiem jednak, iż podobnie jak w fizykalnej III zasadzie dynamiki Newtona, dla przeciwwagi do głosu dojdzie dobro; jako reakcja.
Ludzie, dwoje ludzi, utraciło dar nieśmiertelności i wiecznego zdrowia na rzecz powstania milionów chorych, zgorzkniałych i śmiertelnych, ale ciągle do czegoś dążących. Popełniona przewina, ciążąca nad ludzkością, popycha ją do odkupienia grzechu poprzez działanie. Rządzący historią człowieka Duch Dziejów, der Geschichtigeist, krzepko dzierży w garści wodze i co: hetta! powie i zrobi, to się zło dzieje; a co: wiśta!, to się ludzkość ku dobremu natęża - przez co też historia tak meandruje, niczym pijak od płota do płota, miast prosto do przodu rwać. To się zatrzyma dla odbycia wojny czy kampanii, to znów poskoczy w drugą stronę, gdzie jakiś suchotnik dzieło wiekopomne czy wynalazek na poddaszu kleci, który się znów na wojence przyda. I tak to leci dziesięcioleciami, stuleciami, tysiącleciami i eonami. A więc nic bez zła, które się z grzechu pierworodnego poczęło. Bóg nie ustanawiałby zakazów, gdyby się z ich złamaniem nie liczył. Przecież żadna mu frajda była dwojgiem posłusznych manekinów rządzić; przeto pokazał czego im nie wolno, a potem schował się w niebie, zasiadł przy peryskopie i kikując czekał, co też się będzie robiło? A i nie bez tego, żeby nie pokusił trochę, bo skoro my na Jego obraz i podobieństwo (albo, jako ty twierdzisz - vice versa), to i w Nim musiało tkwić nieco psotnej ciekawości - jakież to jest owo nowe Jego dzieło? Jak kto dynamit wymyśli, to go chce czym prędzej wybuchnąć, jak koła zębate, to palec w tryby pcha, jak wieczne pióro, to wiecznie donosy pisze na tych, co jemu na złość długopis w pocie czoła i z mozołem wykombinowali; tak i On. To nie szatan wcielił się w węża, ale szatańska część Boga; ta, z którą sam walczył, bo był dwoisty jak wszystko, czego się tknął. No i dopiął swego - poszturchał, postraszył, pokusił swoje pacynki, bo mu się już ckniło, że tak nic, tylko toto po ogrodzie łazi, owocami się napycha, klombów nie depcze, zieleń szanuje, psa nie kopnie, lwu kłów nie wybije i kudłów mu nie natarga, a i samicy, co mu ją dał, nie wychędoży jak przystało pierwszemu człowiekowi na Ziemi. I gdy tak dobry Bóg wpychał paluchy w tryby i wpychał, to wreszcie zadziałało! Toż się Bożysko uradowało i dalejże udawać wkurzonego, bo w swej dwoistości i trochę zły był, że jednak stworzył coś niedoskonałego, co poszło na lep jego pokus i pękło; i dalejże Archanioła Gabriela z mieczem ognistym na dół posyłać, by rozpędził tałatajstwo na cztery wiatry! - Es wird nicht so heiss gegessen, wie es gekocht wird - powiedział do siebie, i do Boga, Adam. - Nie tak gorące się je, jak ugotowano; co w wolnym tłumaczeniu brzmi bardziej adekwatnie do miejsca i sytuacji: nie taki diabeł straszny, jak go malują! I poszedł Adaś czynić zło, by później mógł robić dobro. Z filozoficznego więc punktu widzenia, mademoiselle Kucharski, pojawienie się Chrystusa i Mahometa - czy to osobiste stawiennictwo ich obu na ziemi, czy tylko per procura, jako mitów - spowodowano wiele nieszczęść; więcej zła niż dobra przyniosły ich nauki. Wystarczy przypatrzeć się wojnom religijnym. Nadmieniałem już o krucjatach, a można by jeszcze dużo powiedzieć o kontrreformacji i Świętej Inkwizycji oraz o Fernando Alvarezie de Toledo, księciu Alba, który we krwi utopił Niderlandy, tak żywo interesujące naszego przyjaciela. De Toledo doprowadził do ruiny gospodarczej podległe mu prowincje, których był namiestnikiem, czym ucieszył serdecznie swego protektora, Filipa II. Król był bowiem kamiennego serca i nie kochał nikogo, będąc doskonale świadom, iż nikt jego nie miłuje; na dodatek był melancholikiem, czy melankolikiem nawet, i flegmatykiem, a nadmiar pracy - gdyż całą ogromną monarchię pragnął na barkach jedynie o własnych siłach dźwigać, czemu też podołać nie był zdolen - trawił jego wątłe z natury ciało. Radosne twarze budziły we władcy obrzydzenie; nienawidził niderlandzkich kupców za zbytek i bogactwo, a szlachty za wesołość oraz śmiałe słowa, za fantazję, wigor i jowialność, której ani nie podzielał, ani nie rozumiał. Nic też mu milszym być nie mogło, jak upadek zasobnej krainy, niż głód i płacz, choroby i śmierć. Jakkolwiek za czasów cesarza Karola V inkwizycja papieska pogrzebała żywcem, spaliła na stosach, powiesiła oraz zamęczyła na różne wyszukane sposoby sto tysięcy chrześcijan, to Filipowi i tego było mało - postanowił wprowadzić w Niderlandach okrutniejszą jeszcze od papieskiej, inkwizycję hiszpańską. Według jej edyktów palić odtąd miano wszelkich heretyków, jeżeli nie odżegnają się od swej wiary, a jeśli staną się odszczepieńcami - wieszać jedynie. Kobiety i dziewczęta grzebane być miały za życia, a kat zobowiązany był tańczyć na ich grobach. Nie sprecyzowano jedynie, jaki to taniec choreograficznie będzie najsposobniejszy dla Czerwonego Księcia i najmilszy sercu Chrystusowemu. Jak więc widzicie, trudno imię "Jezus" czy "Mahomet" wymienić, by ktoś za to nie wziął po pysku. - Kiedy Poncjusz Piłat, w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika wyszedł wczesnym rankiem czternastego dnia miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda I Wielkiego - powiedział Mistrz Robert Johannowicz Cranow - z grubsza przynajmniej było wiadomo, kto oberwie po gębie. |
|
Jeruszalaim, zwane po arabsku Al-Kuds, już wrzało, nadchodziło przecież wraz z pierwszą wiosenną pełnią święto Paschy: pierwotnie czczone strzyżeniem owiec i ofiarą z jagnięcia, a po osiedleniu się Żydów w Palestynie, będące dniem zbioru jęczmienia i daru z pierwszego przaśnego placka, Chag ha-Macot; i to z powodu rok rocznie wybuchających zamieszek i niepokojów podczas jego siedem dni trwających obchodów, Pontius Pilatus zjeżdżał z Cezarei Nadmorskiej do znienawidzonego miasta.
Kilku przyjaciół czy uczniów, którzy chodzili za nim krok w krok - ale nie przestąpili, rzecz jasna, bramy pałacu Heroda, a to dla odczuwanej do tego nieprzepartej niechęci - zapamiętywało jego słowa lecz Jeszua wiedział, że pierwszy jego przyjaciel jako pierwszy wypaczy prawdę; dlatego powtarzał sobie w myślach wszystko, co wygarnie Piłatowi, gdyż z obecności skryby wnioskował, że rozmowa będzie protokołowana. Gdyby, nie daj Boże, coś złego mu się przytrafiło, to przynajmniej w ten pośredni sposób nauka jego trafi kiedyś do ludzi. Czas oczekiwania na procuratora zapełniał sobie wymyślając możliwe pytania namiestnika Caesara Tyberiusa Claudiusa Nero oraz przygotowując proste i błyskotliwe na nie odpowiedzi, tak by Piłatowi w pięty poszło.
- Dlaczego ty się nie pocisz? - zagadnął Piłat, i miało to rozładować atmosferę w równym stopniu, co późniejszy, utrwalony przez film i telewizję gest częstowania podłym papierosem przez śledczego na moment przed tym, jak przesłuchiwanemu zaczną wyłamywać palce czy zdzierać paznokcie. - Moje królestwo jest nie z tego świata - odparł Jeszua Ha-Nazri. Właściwego pytania w ogóle nie dosłyszał i Piłat doszedł do wniosku, że ma przed sobą wioskowego przygłupa, cierpiącego na manię religijną szaleńca. Gdzież to on się urodził? W jakimś Bet Lehem czy innej judejskiej dziurze. Jako namiestnik tych przeklętych ziem (och, gdybyż zwyciężył był wówczas w Galii Zaalpejskiej, nie znalazłby się tu nigdy!) miał o nim jak najgorsze zdanie - z musu wiedział, że to miejsce śmierci Racheli, żony Jakubowej i matki tego przeklętego plemienia, która wcale nie była takim jagnięciem, jak to sugerować miało jej hebrajskie imię. Bet Lehem to także miasto Dawidowe, miasto ich króla, a teraz i ten włóczęga przychodzi stamtąd z królestwem nie z tej ziemi! Bodajby go Jowisz poraził! Quod avertat Deus! - Czy to prawda - zapytał Piłat z Pontu, ocierając czoło połą płaszcza, stroną o kolorze krwawnika - że podczas wesela w mieście Kefar-Kana zamieniłeś sześć stągwi wody w wino i to tak przedniej jakości, jakby sam Belial porwał je z cesarskich piwnic na Capri? A możeś je istotnie ukradł - ty i twoi przyjaciele? W takim razie, do zarzutu o podburzanie spokojnego ludu przeciwko Sanhedrynowi i o głoszenie obrazoburczych poglądów, dojdzie jeszcze sprawa o zabór mienia - prywatnego, ale jednocześnie i cesarskiego! To dałoby się podciągnąć pod sabotaż na szkodę Rzymu oraz działanie na korzyść wrogów Imperium. A to już gardłowa rzecz, gdyż zagrożona w ten sposób została racja stanu. Pomyśl, Jeszua, wszak nie możesz odmówić boskiemu Tyberiuszowi Klaudiuszowi Neronowi prawa do używania wina dla jego szlachetnej przyjemności, co? Vina bibunt homines, animalia cetera fontes. Znasz łacinę, więc chociaż uważasz naszego wielkiego imperatora za bydlę, to jednak zgodzić się musisz, iż jest gadziną w ludzkim ciele. Item niemożliwe jest jego funkcjonowanie, podejmowanie dalekosiężnych decyzyj, rządzenie wielkim mocarstwem oraz każdym jego obywatelem z osobna - tak mną, jak i tobą - bez zasięgnięcia rady, opinii i pomocy w kielichu. Czas wypoczynku od spraw państwowych również bez wina obejść się nie może. Vina parant animos facintque caloribus aptos, cura fugit multo diluiturque mero, powiada poeta Owidiusz, i ma całkowitą rację. A zatem odpowiedz: czy kierując się chęcią szkodzenia Cesarstwu Rzymskiemu, a jego boskiemu władcy w szczególności, ukradłeś - sam lub ze wspólnikami - sześć beczek wina, będących prywatną własnością niejakiego Tyberiusa Claudiusa Nero, obywatela rzymskiego, czasowo zameldowanego na Capri, z zawodu, pochodzenia i wykształcenia Cezara? Jeśli tak, przyznaj się szczerze, wyjaw imiona i adresy swych plugawych towarzyszy, a kara twoja zostanie złagodzona. Przez wspólników rozumiem także i piwnicznych cesarskich, którzy przekupieni (jak mniemam), wydali wam wino. Trzeba ich zgładzić, by zatamować jego przeciek. Interesuje mnie również sposób transportu beczek z Capri do Palestyny. Mój nos mówi mi, że brały w tym udział te psy fenickie, które cholera nosi po całym świecie. Gadaj, Jeszua! "Czy on się upił? - zastanowił się przesłuchiwany. - I czy słońce,
paląc jego dyniastą głowę, doprowadziło go do obłędu, mieszając wino
i krew, tak że słyszy jeno łomot pulsu, dudniący niczym kroki centurionów po posadzce
pałacu Herodowego? Nie powinien pić od rana, i to w taki upał, bo ma już swoje lata i zużył
się mocno w służbie cesarskiej, więc Herzschlag trafić go może na moich oczach;
i ja temu winien będę przed światem i historią, iż piąty procurator Judei, podczas
pełnienia obowiązków służbowych, odejdzie w zaświaty po srebrzystym promieniu. Mnie
będą przyszłe pokolenia winić o spowodowanie śmierci Piłata z Pontu. Trzeba zatem ostrożnie!
Już widzę, iż przeliczyłem się, że zbyt wysoko ceniłem jego umysł
oraz inteligencję mniemając, iż będziemy rozmawiać jak filozof z filozofem; tymczasem
namiestnik ma mnie za pospolitego złodziejaszka lub jarmarcznego sztukmistrza i kuglarza, który mami
maluczkich, posługując się szalbierstwem albo/i przekupstwem. A gody kananejskie nie sprowadzały
się przecież do opilstwa choćby i najlepszym winem, falernem z cesarskich piwnic. Choć
to istotnie było wyśmienite. Ale nie o wino tam szło, ani nie to jest ważne, czy je sobie przywłaszczyłem,
czy z wody uczyniłem. Nie o to powinien mnie pytać procurator. Czy mam mu zatem powiedzieć o co,
czy też odpowiadać po prostu według własnego scenariusza na te kwestie, jakie sam wymyśliłem,
by w formie tak lubianych przez Rzymian dialogów, dać mu wykładnię nowej wiary?" copyright (c) by: Michał Stachyra aka Puszon |