Powrót do poprzedniej strony

OPOWIADANIA


Opowiadanie w formacie RTF, spakowane PKZIPem

Mirosław P. Jabłoński

ELEKTRYCZNE BANANY

 


Początek party u oskara, jednego z przyjęć mającego zwyczajowo zakończyć się wielką orgią lub pomniejszymi orgietkami, przebiegał standardowo. Jako pierwszy przybywał punktualnie plankton show businessu, debiutujący dopiero na salonach, a po owej mierzwie nadpływały statecznie płotki, od niedawna dostępujące zaszczytu zaproszeń. Ponury jak noc Gaspar Romeo Homer, wraz z rozpłomienioną i rozentuzjazmowaną Tonią u boku, potwierdzili tę regułę.

Powód złego humoru Gasa był prosty - panna Atkins otrzymała swą wymarzoną rolę w "Elektrycznych bananach" i z zapałem kameleona-neofity starała się teraz upodobnić do otoczenia gwiazd phan-movie. Iskrzącym się wzrokiem śledziła powolny napływ gości, popiskując czasem lub wydając znaczące "wow!" oraz wbijając boleśnie paznokcie w ramię swego towarzysza na znak najwyższego podniecenia oraz ekscytacji, wywołanej widokiem kogokolwiek ważniejszego w branży od nich. Znaczyło to, że piszczała i emitowała indiańskie okrzyki bez chwili przerwy. Dla odmiany, gdy dosyć wcześnie jak na niego pojawił się Reginald III Masturbanni z oszałamiająco rudą Clarissą van Delf, Tonia zamilkła i nie wydawała żadnych akustycznych oznak życia przez około czterdzieści sekund. Było to dosyć, by Gas zaniepokoił się o jej zdrowie.

Paznokcie miss Atkins, niczym zęby bullratlera, na stałe zagłębiły się w jego biceps. Clarissa i Reginald Trzeci, najwyraźniej przespawszy czy przebradziawiwszy cały boży dzionek nie wiedzieli, która jest godzina i dopiero pod wpływem zapadłej ciszy zorientowali się, że jak na swoją pozycję numer jeden przyszli ociupinę za wcześnie; na tyle wcześnie, że nawet gospodarz przyjęcia nie uznał jeszcze za stosowne pojawić się pomiędzy swoimi gośćmi. Nie było także nikogo choćby w przybliżeniu tak ważnego jak oni, by mógł do nich podejść i zagadać, ani też nikomu spośród artystycznej ławicy płoci nie udało się wypić czy zaćpać na tyle, by uznawszy się za równego supergwiazdorom walnąć na powitanie Reginalda w plecy, a Clarissę van Delf, pochodzącą z enklawy Elan-Fisher i nazywającą się naprawdę Marica Marcinkowic, uszczypnąć w tyłek.

Zanim wywołany zakłopotaniem sztuczny gwar zdążył wybuchnąć na nowo, stało się coś jeszcze bardziej dziwnego, aniżeli przedwczesne przybycie pary półbogów - oto w drzwiach sali pojawił się nuncjusz papieski, Martin Hernandes-Ochoya we własnej, czarno odzianej i przepasanej fioletową szarfą postaci. Cisza stała się jeszcze bardziej przejrzysta; nim jednak ktokolwiek zdołał się zastanowić, czy samozwańczy nuncjusz przybył na zaproszenie, czy też wdarł się tutaj, by in vim nawracać, wyświęcać i egzorcyzmować, już na spotkanie niezwykłego gościa szedł drobnym kroczkiem sam oskar Akido Yazumi. Nie mrugnąwszy nawet okiem w stronę zaskoczonych Clarissy i Reginalda przeszedł mimo nich i począł wylewnie witać się z prałatem. Reginaldowi Trzeciemu opadła szczęka, a pannie van Delf ramiączko skąpej sukni - dziewczyna zawsze tak reagowała, gdy czuła się zakłopotana.

Gaspar uwolnił zdrętwiałe ramię ze szponów miss Atkins i - by lepiej widzieć - usunął z kącików oczu łzy bólu. Tonia dyskretnie włożyła rękę do kieszeni jego spodni i przez materiał ścisnęła go za jądra - Gaspar otworzył nieinteligentnie usta, niczym wyjęta na brzeg złota rybka, i pozostał tak wstrzymując oddech. Z wrażenia.

Oskar, po wymianie grzeczności z nuncjuszem, odwrócił się do zastygłej we własne pomniki publiki.

- Ja powitać wasza serdecznie i przedstawić nowego w naszym gronie, kardynała mniejszego, nuncjusza papieskiego, Martineza Hernana-Ochoyę...

- Martina Hernadesa - poprawił odruchowo prałat.

- Hai! - zgodził się oskar jakby mieczem świsnął, i wszystkim się zdawało, że głowa nuncjusza powinna się była poturlać po posadzce. - Postaraj się być mili dla niego, choćby jego szef nie jest - zakończył Yazumi swą wyczerpującą cierpliwość słuchaczy przemowę.

Martin Hernades-Ochoya wykonał wokół siebie kilka dyskretnych znaków krzyża, mających bronić go przed przystępem złego, i opancerzywszy w ten sposób swą duszę, oraz ciało, ruszył dzielnie na spotkanie wpatrzonego weń stuokiego argusa. Nogi prałata plątały się nieco, ale to chyba dla krępującej jego ruchy szaty, a tłumek gości drgnął, niemile zaskoczony, i rozstąpił się skwapliwie nie chcąc narażać się na bezpośrednie starcie. Po kilku nieudanych próbach zbliżenia się do przeciwnika Martin Ochoya dotarł do przeciwległej ściany i zawrócił z gracją elektrycznego żółwia. Goście, rozbici teraz dla bezpieczeństwa w tyralierę, popatrywali nań czujnie, gotowi do nowych uników. Na wszystkich twarzach widział malujące się to samo pytanie, na które sam nie znajdował odpowiedzi - po jaką cholerę oskar zaprosił go na jedno ze swych przyjęć, które sławą dorównywały orgiom u Tyberiusza, oraz po kiego diabła on, kardynał mniejszy i nuncjusz papieski (cóż z tego, że samozwańczy) owo zaproszenie przyjął? Czy była to próba pojednania się Księstwa Hollywood z Nowym Watykanem? Czy oskar zamierza zaprzestać rozpustnego życia i innym go odmówi?

W sali nadal panowała cisza. Oparty o ścianę prałat zamknął oczy. Pewnie modlił się widząc, że zgotowano mu tutaj towarzyską golgotę - i Gasparowi zrobiło się go żal. Nie na tyle, oczywiście, by podejść i zagadać (bo i o czym, na Boga?!), ale jako człowiek również w pewnej mierze nieprzystosowany współczuł w sercu swoim doli kardynała mniejszego. Na obolałym ramieniu poczuł ponownie zaciskającą się dłoń i szarpnięciem usiłował je oswobodzić. Nie pomogło, uścisk wzmógł się jeszcze. Gas obrócił głowę mając zamiar zrugać Tonię od ostatnich, ale zamiast niej dostrzegł u swego boku, a poniżej ramienia, głowę oskara Yazumi. Jak z tego wyrozumiał, godzina cudów nie skończyła się jeszcze! Mały, żylasty człowieczek dźwignął nieomal Homera ponad podłogę i niosąc go w stronę podpartej nuncjuszem ściany, powiedział:

- Dobry, że przyszedłeś, Gas. Słyszałem byłem o tobie. Myślałem, że fajnie będzie, gdy poznasz mój gość. Potem pogadamy.

Unikając w ostatniej chwili zderzenia z prałatem, puścił wierzgającego nieco Gaspara i rzuciwszy go w ten sposób chrześcijaninowi na pożarcie oddalił się szybko swoim drobnym kroczkiem. Za spłoszonymi plecami Gasa sala wydała z siebie głębokie tchnienie ulgi. Rozległy się pierwsze szepty i śmieszki, a potem, zgodnie z przesuwającym się potencjometrem zadowolenia z powodu rozwiązania drażliwej sytuacji, gwar osiągnął normalny poziom. Gas, zdradzony i opuszczony przez wszystkich, chciał się obejrzeć w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy, ale w tym momencie nuncjusz podniósł powieki i ich spojrzenia spotkały się z trzaskiem w połowie drogi. Byli mniej więcej jednego wzrostu i w tym samym wieku. Nuncjusz zobaczył niebieskie jak bławatki, choć nieco zblazowane oczy wpatrujące się w niego z mieszaniną lęku oraz niechęci, zaś Homer wrażliwą duszą pseudoartysty dostrzegł zwątpienie oraz przedwczesną zgorzkniałość.

- Jestem Gaspar Romeo Homer - przedstawił się. - Scenarzysta filmowy. Nie wiem jak mam się zwracać do...

- Mów mi po prostu Martin - odrzekł Ochoya. - Nawet mój sekretarz nie nazywa mnie inaczej. Jesteś, oczywiście, ateistą, Gas? Postępowym, wyzwolonym, racjonalnym umysłem, obdarzonym na dodatek przekleństwem pewnego talentu, co? Niestety, tylko pewnego, za to z dużą domieszką goryczy, frustracji i nużącego przeintelektualizowania do smaku. Wydaje mi się, że widziałem kilka z twoich filmów. Nie znam się na pisaniu scenariuszy, ale mam wrażenie, że twoje intrygi były inteligentnie zbudowane...

- Dziękuję - powiedział Gas modląc się pod nosem do boga ateistów, by ktoś wybawił go od duchownej osoby; i gdzież, do diabła, podziała się Tonia?; uśmiechnął się. - Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o twoich kazaniach, Martin, ale nie słyszałem ani jednego.

- Nie mogłeś. Ja nie wygłaszam kazań. Jestem kimś w rodzaju urzędnika. Dyplomatą, osobą do nawiązywania stosunków oraz prowadzenia negocjacji pomiędzy Nowym Watykanem, a resztą świata. To nie jest łatwy dialog, zapewniam cię. Ale dawniej, owszem - prowadziłem duszpasterstwo.


- Gas, kochanie! - zaszczebiotało nagle za nim powietrze głosem Toni. - Gdybyś mnie potrzebował, to jestem z Sue i Aleckiem!

I nim Gaspar zdołał się uchwycić tego rzuconego niecelnie koła ratunkowego, Tonia odbiegła w inny kąt sali. Mimo, że właśnie teraz potrzebował jej jak nigdy dotąd!

- Jeżeli źle się czujesz w moim towarzystwie, Gas, to bardzo cię proszę... Nie krępuj się, tam chyba czekają na ciebie...

Głos Martina Ochoyi był spokojny i ciepły. Nie czuło się w nim poddania, ironii, rezygnacji czy złości. Chyba właśnie to przeważyło szalę. I jeszcze coś - chęć zrobienia tamtym na złość. A więc tak, zostawili go na pastwę papisty i teraz stojąc bezpiecznie z dala nabijają się z niego, doskonale bawiąc się jego kosztem! Ano, dobra, zobaczymy... Gestem, który widział na filmach, że stosuje się go wobec kobiet i osób duchownych, Gaspar ujął prałata pod czarny łokieć.

- Nie ma sprawy, Martin - powiedział. - Bardzo miło się z tobą gawędzi. Przejdźmy się trochę, zjedzmy coś, wypijmy... To chyba możesz, co?


Nuncjusz, zdumiony przemianą Homera, skinął tylko potulnie głową i dał się wieść przez salę pełną ludzi w najdziwniejszych strojach, którzy oswoili się już z jego obecnością; przyzwyczaili się w ten sposób, mianowicie, że nic sobie z niej nie robili. Jeszcze tylko nowo przybyli czynili zdumione miny nie wiedząc, czy strój nuncjusza nie jest po prostu przebraniem, ale inni puszczali do niego oko lub wykonywali inne przyjacielskie gesty, na które Ochoya odpowiadał wymuszonym niczym maska pośmiertna grymasem. Był to uśmiech; ale nawet on zamarł, gdy podeszli do stołu na tyle blisko, że okazało się, iż jedynym daniem, które ze względu na nieprowokujące kształty nuncjusz może wziąć do ust bez narażenia swej duszy na ogień piekielny, są solone orzeszki. Reszta potraw była mniej lub bardziej udatnie uformowana na obraz i podobieństwo tych anatomicznych elementów, które na co dzień odróżniają kobietę od mężczyzny - i vice versa.

Budulec, z jakiego wzniesiono owe erotokulinaria, był bardzo różny - ser, czekolada czy bażancie udko równie dobrze spełniały swą rolę. Tort marcepanowy, wzniesiony najwyraźniej na drucianym stelażu, wyobrażał naturalnej wielkości Wenus wynurzającą się z kąpieli różowego szampana. Ochoya zamknął bogobojnie oczy, usiłując trafić po omacku drżącą ręką do miseczki z fistaszkami. Przewrócił przy tym kilka sterczących ostro i zdecydowanie figurynek, a szeroki rękaw umaczał w otaczającym je majonezie. Gaspar postanowił miłosiernie interweniować - przesypał całą zawartość naczynia do przepastnej kieszeni nuncjuszowego stroju, a w spoconą dłoń wcisnął mu szampan w kieliszku o najmniej wyszukanym kształcie. Po czym wrócili pod ścianę.

- Twoi rodzice... - odetchnął kardynał.

- Jestem dzieckiem z probówki - przerwał mu pośpiesznie kłamstwem Gas widząc, że zanosi się na sądowanie przynależności oraz skłonności religijnych jego familii do n-tego pokolenia wstecz.

- Przykro mi.

- Mnie nie - zapewnił purpurata Gaspar. - W moim wieku daje to sporo luzu, rozumiesz co chcę powiedzieć? Nie czuję się niczym skrępowany...

- Skrępowany? - zdumiał się nuncjusz i wpakował do ust całą garść orzeszków. - Czy ktokolwiek ze zgromadzonych tutaj zna podobne uczucie? Nie mogę w to uwierzyć!

- Zostawmy to - powiedział zniechęcony Gaspar i rozejrzał się po sali poszukując wzrokiem zbawczej Toni.


Z kardynałem mniejszym nie mieli sobie chyba już nic więcej do powiedzenia.Toni nie było nigdzie widać, natomiast z nacechowanego szacunkiem falowania tłumu, w którym poruszało się coś bardzo zdecydowanego - a dla niepozornego wzrostu niewidocznego - wysnuł wniosek, iż w jego kierunku przemieszcza się sam oskar Hollywoodu, Akido Yazumi. Obawiając się, że może ponownie zostać zaciągnięty w towarzystwo jakiegoś raroga, Gaspar chciał uniknąć spotkania, ale oto już spod łokcia zwalistego operatora, prezentującego głośno zalety nowego obiektywu hydro-magnetycznego i tarasującego Gasowi drogę, spojrzały na niego z gadzią obojętnością skośne oczy oskara. Yazumi skinął na Homera palcem i odwróciwszy się zanurkował w tłum. Pojąwszy, że oto nadszedł ostatecznie moment, dla którego go tutaj zaproszono, Gas zgiął się w pół i podążył śladem oskara, poszerzając nieco łokciami pozostawiony przez tamtego w ludzkim mrowiu kilwater.

- Dobry, że cię znalazłem - odsapnął Yazumi, gdy rozsiedli się w jakimś bocznym gabinecie.


Jedną jego ścianę zastępował fantomatyczny obraz Fuji-jamy, transmitowany bez przerwy z kamery zainstalowanej kilkanaście kilometrów od podnóża wielkiej góry. Na pierwszym planie, stercząc ze ścian pokoju, łagodnie kołysały się gałęzie kwitnących (jakżeby inaczej!) wiśniowych drzew, dalej pasło się ryczące od czasu do czasu bydło, a powietrze skwierczało od upału i ptasiego jazgotu. W oddali ktoś przejechał na słonecznym rowerze i pomachał do kamery świadom jej obecności oraz potencjalnego obserwatora. Gaspar nie odważył się zapytać, czy to znajomy oskara; zastanowił się natomiast, ile też musiała kosztować Księstwo ta nostalgiczna zachcianka Yazumi. Obrazek, mimo iż zdejmowany na bieżąco z natury, miał w sobie coś z kiczowatości trójwymiarowych pocztówek; wrażenie owo rodziło się chyba na styku ultramarynowego nieba i sufitu, gdzie defilowały białe chmurki. Nie chmury, ale chmurki właśnie: wstrętnie barankowate cumulusy pogody pięknej.

Oskar zasiadł w jednym z ustawionych wachlarzowato na wprost projekcji foteli i Gas - rad nierad - klapnął obok mając wzrok wbity w landszaft.

- Piękne - świsnął po swojemu przez zaciśnięte wargi Yazumi.

- Tak - stwierdził Gaspar, którego od patrzenia na idylliczny obrazek rozbolały zęby.

- Chciałem z tobą pogadać, Gas - oskar wyrażał się najzupełniej poprawnie, choć ze swą japońską gwałtownością. - Jesteś teraz zajęty? Piszesz coś?

- Aissa Larson namawia mnie do współpracy przy kolejnym horrorze - skrzywił się Homer. - Nie wiem sam, czy to wezmę, pomysł nie bardzo mi się podoba - facet zamieszkuje u kobiety, która ma siostrę-bliźniaczkę. Przekonuje się, że to nieprawda, a tylko bohaterka cierpi na rozdwojenie jaźni; kiedy jednak w trakcie narkotycznego misterium, mającego w jego mniemaniu uleczyć chorobę, morduje w szale swą partnerkę, to okazuje się, że zabił ową jakoby nieistniejącą siostrę...

- Taaa... - mruknął oskar. - Trochę to przekombinowane.

Najwyraźniej również nie był oczarowany pomysłem.

- Mam dla ciebie lepszą propozycję, jak mi się zdaje. Przeglądałem ostatnio twoje dane i myślę, że byłbyś odpowiednim facetem. Filmy według twoich scenariuszy nie robią wielkiej kasy, bo są nieco za inteligentne, a mnie teraz właśnie chodzi o coś takiego - błyskotliwego, skomplikowanego, ale z polotem. Słowem - superprodukcja. Co byś powiedział, Gas o tym, by napisać scenariusz współczesnego filmu o próbie zamordowania papieża Bartolomeusa? Co?

- Uwieńczonej powodzeniem? - zapytał Gaspar. - Kto by to miał kręcić?

- Oczywiście, że udanej! - potwierdził Yazumi. - Ten facet nie od dziś działa mi na nerwy. Chciałbym chociaż w ten sposób utrzeć nosa świętemu bubkowi. A co do roboty, to myślałem powierzyć ją Moralesowi. Ma lekką rękę do takich rzeczy...

Gasparowi pociemniało w oczach. Jean-Paul Morales to jeden z najlepiej notowanych (a co za tym idzie - najwyżej płatnych!) reżyserów. Jego "Trzy kroki w mroku", "Masakra w Portofino" czy "Bien venue a la maison" były największymi hitami ostatnich lat. Teraz pracował nad epickim obrazem pod roboczym tytułem: "Nowe przygody Odysa, albo dlaczego seks interesuje małe dziewczynki", a skąpe wieści dochodzące od czasu do czasu z planu zdjęciowego elektryzowały filmowy światek. Morales miał zawsze najlepszy cast, a ilość dziewcząt kręcących się wokół ekipy i udających statystki przyprawiała o zawrót głowy. Jeżeli wielki Jean-Paul nie miał tego, czego (lub kogo) aktualnie potrzebował, to przerywał po prostu robotę i czekał tak długo, aż szefowie wytwórni, dla której pracował, dostarczą mu wymarzoną zabawkę. Klęli, grozili, prosili, ale w końcu załatwiali wszystko, co chciał. W branży nazwisko Moralesa znaczyło pewny sukces.

Gas poczuł miły zawrót głowy; tak przyjemny, że nawet nie zastanowił się, kudy jemu, szaraczkowi, do Moralesa?! Dla niego pisali najwięksi - Andreas De Mohl, Michael Yablonsky czy Rita Fontoni. By daleko nie szukać: dla "Nowych przygód Odysa..." skompilowali "Iliadę" i "Odyseę" Homera (tego prawdziwego) z "Ulissesem" Joyce`a, z jego "Dublińczykami" i "Przebudzeniem Finnegana" oraz "Lolitą" Nabokova. Już sam fakt, że to wszystko przeczytali dowodnie świadczył o tym, że są to osobowości ponadprzeciętne.

Nurzając się w kadzidle samouwielbienia, Gaspar pomyślał i o Toni - gdyby załatwił jej jakąś rólkę u Moralesa, oszalałaby ze szczęścia; nie mówiąc o tym, iż sama obietnica tejże odwiodłaby ją jak nic od "Elektrycznych bananów", które jemu najwyraźniej nie smakowały.

Yazumi zmarszczył swą żółtą maskę w coś, co z braku szerszego rozeznania Gaspar wziął za grymas bojowy szarżującego samuraja; był to uśmiech. Przyjazny.

- I co ty na to, Gas? - zapytał.

- Musz... muszę się zastanowić - wyjąkał Homer. - To spadło na mnie tak nagle... Nie wiem, czy podołam; temat jest trudny... Wie pan, ten bunkier Nowego Watykanu to nie jest plac Świętego Piotra w Rzymie - to istna forteca, nie da się tam wejść, ot, tak sobie. Odbywają się, oczywiście, regularne pielgrzymki wiernych, przyjmowane przez Bartolomeusa, ale przedsiębrane wówczas przez gwardię papieską środki ostrożności są chyba najostrzejsze na świecie; przeniknięcie zaś do Stolicy Apostolskiej w innym czasie jest zgoła niemożliwe. Przy czym rozumiem, że scenariusz nie ma powtarzać atomowego rozwiązania zastosowanego przez Bractwo Muzułmańskie?

- Trochę fajerwerków nie zaszkodzi - zdecydował oskar. - Zresztą Morales przepracuje twój tekst tak, by powstało kolejne arcydzieło zadowalające widzów; o to się nie martw. Będziecie współautorami, to chyba zaszczyt dla ciebie, co?

- Tak - potwierdził Gaspar głosem człowieka, któremu właśnie zdechła kura znosząca złote jaja.

Mógł być pewien, że po "przepracowaniu" nie pozna swego scenariusza, a jego nazwisko wypisane zostanie najmniejszymi literami - jako dostarczyciela pomysłu. Postanowił mocno nie dać się przynajmniej wykołować w sprawach finansowych, ale czas negocjacji jeszcze nie nadszedł.

- Wyobrażam to sobie mniej więcej tak - rozmarzył się oskar. - Ktoś, jakaś grupa ludzi, którym zależy na zgładzeniu papieża, wynajmuje zabójcę, najlepszego fachowca na rynku. Kontrakt jest oczywiście niebotycznie wysoki i zawodowiec pomimo początkowych oporów (już sam wymyślisz, czym spowodowanych), zgadza się. Potem przygotowania, jakieś trudności, jakaś dziewczyna i w końcu wielki finał. Co ty na to?

Gaspar przełknął nerwowo ślinę. Bardziej schematycznej fabuły nie powstydziłby się nawet Ryan LaQuirra, autor "Elektrycznych bananów", a wiadomo przecież, że ten facet wiele potrafił! Myśl o tym alfonsiaku spowodowała, iż przy słowie "dziewczyna" Gas wspomniał o Toni i zaczerwienił się. Dla tej jednej sprawy warto chyba było spróbować. Oskar, stosując się do zasady, że cierpliwemu wszystko przychodzi na czas, czekał niezmordowanie na odpowiedź.

- Zasadniczo to dobry pomysł - odparł Gaspar Romeo ostrożnie - a moje obiekcje biorą się stąd, że chciałbym rzetelnie wykonać pracę. Do tego zaś potrzebna jest dokumentacja, czyli wyjazd tam, na miejsce...

- Hai! - zakrzyknął oskar. - Dlatego właśnie poznałem cię z tym rybowatym nuncjuszem. On ci to ułatwi. Zaprzyjaźnij się z nim, odwiedź go, na pewno jest samotny... Czy ja wiem, co jeszcze..? Zdaje się, że dobrze się wam rozmawiało. Nie wymagam, abyś stał się praktykującym katolikiem, ale na pewne ustępstwa pójść chyba możesz? Jak sądzisz?

- Myślę, że tak - potwierdził Gas, chociaż rola tajnego agenta, wkradającego się podstępem w cudze łaski i zdobywającego w ten sposób zaufanie podobnej co Hernandes-Ochoya ofermy, nie do końca mu odpowiadała.

Winą za to obarczał swe idiotycznie dobre wychowanie, które pozostawiło mu w duszy podobne zadry, przeszkadzające w robieniu kariery.
- No, to załatwione - stwierdził z dającym się wyczuć zadowoleniem Yazumi. - Wpadnij jutro do wytwórni, to podpiszemy kontrakt. Zaliczka w wysokości 25% płatna w dwóch ratach - 10 przy podpisaniu umowy i 15 kiedy dostarczysz konspekt. Reszta przy realizacji plus 2% od wpływów. Myślę, że cię to zadowala?

Oszołomiony Gaspar nazbyt energicznie skinął głową; po raz drugi dzisiaj został kupiony. Mimo to odważył się zadać pytanie.

- Dlaczego właśnie ja? - zainteresował się poniewczasie. - Czemu nie wybrał pan de Mohla albo Yablonsky`ego?


- Ty dobry scenariusz, ty się nadać - oskar Yazumi skrył się za swoją oficjalnie używaną angielszczyzną, w której nie było miejsca na subtelne różnice pomiędzy rzeczownikami "scenariusz" i "scenarzysta". - Być O.K.

- Chyba być... - zgodził się Gas.

W pokoju pojawiła się nagle mała dziewczynka ubrana w białe kimono - tak naprawdę stała na wprost kamery, pośród łąki rozpościerającej się u stóp Fuji-jamy. Dziecko pomachało ręką i zaczęło mówić coś bardzo szybko po japońsku. Yazumi wysłuchał uważnie wieści, ale nic nie odpowiedział.

- To moja wnuczka - zwrócił się do Gaspara. - Czekam na ciebie jutro w biurze.

Kiedy pole głuszące zamykało się za wychodzącym "scenariuszem", usłyszał on jeszcze odgłosy przypominające cięcie i rąbanie drzewa - to oskar przemówił do dziewczynki w rodzimym języku.


 

Przyjdź! Zobacz! Oniemiej! Nowy, rewelacyjny, bulwersujący, obrazoburczy i ekscytujący film Alvareza de Suzuki, pod tytułem "Spowiedź dziecięcia XXIII wieku"! Promiskuityzm, przemoc, pedofilia na porządku dziennym. Kapłanki kultu fallicznego! Musisz to koniecznie zobaczyć! W rolach głównych twoje ulubione nastoletnie gwiazdy: Torrero Lansky, Samantha Delon i Amalia van Damm! Zobacz świat, w jakim będziesz żył! Produkcja: Phantom Picture. Color by PhanColor.

 


Sprawozdanie kardynała mniejszego, Martina Hernandesa-Ochoyi sprawiło, że papieżem Bartolomeusem owładnęły mieszane uczucia. Pod tekstem, stanowiącym wierny - jak to Ojciec Święty wiedział z doświadczenia - zapis wypadków na party u oskara najwyraźniej coś się kryło. Sam autor najpewniej nie zdawał sobie sprawy z tego utajonego sensu, który przedostał się jednak do raportu za sprawą czujnej, rzymsko-katolickiej podświadomości. Nawet toporny charakter pisma niejakiego Fung Fu Johnsona, postaci wielce podejrzanej i nie wiadomo dla jakich przyczyn wyniesionej do godności sekretarza nuncjatury (Bartolomeus rad był, że Ochoya opłaca indywiduum z własnej kieszeni, nie narażając na uszczerbek zasobów Banku Ambrosiano) nie mógł zamaskować podskórnego drżenia, przenikającego wysoce wysublimowaną duszę nuncjusza. By dowiedzieć się, co spowodowało ów egzystencjalny dygot, papież - acz niechętnie - udał się do Sekcji Cudów Kontrolowanych, gdzie znajdował się Middle Power Prophetic Computer - komputer jasnowidzący średniej mocy.

Opory Bartolomeusa przed tym krokiem nie wynikały z niechęci wobec maszyny, ale obsługującego ją brata programisty, utożsamiającego się z racji swej funkcji rozdawcy przepowiedni z reinkarnacją któregoś z proroków Starego Testamentu. Papież nie był pewien, co powinien uczynić w tej sprawie; wiedział jednak, że prędzej czy później będzie musiał coś zrobić, bowiem tak jawne odstępstwo i przyznawanie się do podlegania pogańskim religiom Wschodu nie mogło pozostać bez reakcji ze strony zwierzchnika Jedynego Kościoła. Wszak Drugi Sobór w Konstantynopolu już w 553 roku uznał ponowne wcielenie duszy za herezję pomimo tego, iż Stary oraz Nowy Testament zawierają liczne opisy tego zjawiska. Problem nie był błahy, mogąc zawsze dostarczyć argumentów politycznym przeciwnikom - męczyło to Bartolomeusa, w związku z czym starał się jak najmniej korzystać z usług brata programisty oraz jego jasnowidzącej machiny i udawać, że ich w ogóle na terenie Nowego Watykanu nie ma. Od czasu do czasu zmuszany jednak bywał do spojrzenia prawdzie w oczy - jak choćby dziś właśnie - i z tego powodu papież popadł zaraz po porannych modłach w zły humor.

Jego prywatna winda była zepsuta od Dnia Pokuty, ruszył zatem do ogólnego dźwigu. Bartolomeus zajmował w Nowym Watykanie apartamenty byłego głównodowodzącego bunkra, umiejscowiony centralnie wobec najważniejszych sekcji, co powodowało - wbrew zamierzeniom - iż wszędzie miał równie daleko. Papież nie lubił tych wypraw, bo trwały nadspodziewanie długo - co i rusz jakaś ciemna, zakapturzona postać przypadała do jego dłoni w namiętnym, łaskoczącym pocałunku; zasię częściej go widujący, a więc mniej na owe karesy zachłanni księża oraz zakonnicy stawali na baczność pod ścianami na podawany znikąd okrzyk "Przejście!", wpatrując się weń z tępym zachwytem mającym symbolizować miłość oraz bezgraniczne oddanie. Z oddali, do uszu papieża dochodził świst batogów włóczących się samopas biczowników, a Bracia Żebrzący, potrząsając metalowymi puszkami na datki, czynili trudny do zniesienia hałas - zbierali stare scalaki i nikomu niepotrzebne chipy, zamierzając zbudować z nich elektronicznego Boga.

Odtrąciwszy ze zniecierpliwieniem ostatniego z zagradzających mu drogę, starego turlipona syczącego do papieskiego ucha z ekstatycznym pośpiechem te same co zwykle bezeceństwa, których dokonywał jakoby w każdą niedzielę za czasów swej młodości, wstąpił Bartolomeus własną swą osobą do Sekcji Cudów Kontrolowanych.

Brata programisty nie było na posterunku, natomiast komputer jasnowidzący odezwał się na jego powitanie głosem Marylin Monroe, zaprojektowanym jeszcze przez poprzednich użytkowników maszyny.

- Przewidziałam, że przyjdziesz mnie dzisiaj odwiedzić, Ojcze Święty! Czekałam na ciebie od rana...

Głos był kusicielski i Bartolomeus skrzywił się z niesmakiem. Wielokroć już prosił, a nawet rozkazywał, przeprogramować urządzenie tak, by odzywało się bardziej temu miejscu przystojącym głosem; na przykład któregoś z wielkich poprzedników Bartolomeusowych, albo chociażby jakiegoś filozofa teologii - ponieważ jednak zachodził tutaj tak rzadko, przeto wojujący z nim od dłuższego czasu brat programista nie czuł się zobowiązany do subordynacji. Middle Power Prophetic Computer traktował jak prywatną własność, a Bartolomeus podejrzewał nawet, iż jako swą platoniczna kochankę - stąd brać się musiał upór duchownego informatyka. Po raz kolejny papież postanowił definitywnie rozstrzygnąć tę sprawę właśnie dzisiaj. Podszedł do komputera i wyłączył dźwięk. Na ekranie pojawił się od razu napis.

- To także przewidziałam. To, że mnie wyłączysz.

Bartolomeus wzruszył ramionami i usiadł na obrotowym fotelu. Pobujał się w prawo i w lewo.

- Bracie programisto! - zawołał cicho.

"Poszedł po kanapki i kawę" - poinformowała maszyna zielonymi literami. - "Będzie dopiero za pięć minut, bo potknie się po drodze, wszystko upuści i wróci do automatu po nową porcję. Jak przyjdzie, będzie zły" - ostrzegł usłużnie papieża MPPC.

Bartolomeus nie wiedział, czy komputer robi to z zaprogramowanego obowiązku, czy z "własnej woli". Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, by maszyna go "lubiła". Ponadto, musiała chyba być świadoma jego zamiarów, choć jej samej było prawdopodobnie obojętne, czyim głosem przemawia? A może nie? Może czerpała jakieś prywatne, elektroniczne korzyści z uwodzenia brata programisty i wiedziała, iż przemawiając doń zrekonstruowanym głosem świętego Tomasza z Akwinu nie zrobi na swym duchownym oraz duchowym partnerze równie wstrząsającego wrażenia, co teraz?

Programista pojawił się w bocznych drzwiczkach pokoju. Z przodu habit miał mokry i poplamiony, i wyglądał na obrażonego. Była to zresztą jego naturalna reakcja na widok papieża. Przecież i on musiał być już od jutrzni świadom grożącej mu wizyty Bartolomeusa, i pewnie dlatego wyszedł właśnie teraz po kanapki, żeby okazać mu swe lekceważenie oraz niezależność; ale też śpieszył się z powrotem, by mu zwierzchnik za bardzo nie nabruździł w jego osobistych stosunkach z Middle Power Prophetic Computer - przez co potknął się i rozlał kawę.

- Niech będzie pochwalony - powiedział za niego Bartolomeus, obracając się lekko tam i sam na fotelu.

- Na wieki wieków - mruknął brat programista, i z jakiegoś powodu obraził się jeszcze bardziej.

Postawił tackę na pulpicie MPPC i odruchowo włączył dźwięk.

- Dzię... - zaczęła maszyna, ale Bartolomeus z właściwym sobie refleksem od razu i stanowczo wyłączył ją; reszta słowa, z rozpędu, ukazała się na ekranie. - "...kuję".

- Mówiłem już bratu kilkakrotnie - poszedł za ciosem papież - że komputer powinien zostać przeprogramowany. Ma przemawiać głosem nie budzącym erotycznych skojarzeń, a bardziej odpowiadającym miejscu, w którym się znajduje. Wojskowi, nasi poprzednicy, mogliby słuchać nawet tej zdziry - Panie, wybacz! - Clarissy van Delf - ale teraz to nie są koszary, tylko Stolica Apostolska! Rozumiemy się? Ile czasu potrzeba bratu na wykonanie polecenia?

- Co najmniej tydzień - odrzekł ponuro zakonnik nie odważając się na bardziej otwarty protest. - Sądzę, iż na Reminescere byłbym gotów...

- W porządku. Daję zatem bratu czas do jutra, wiem bowiem dobrze, że jeżeli zgodzę się na tydzień to pewna, iż rzecz nigdy nie zostanie zrobiona. Jutro po prymie skontroluję, jak się sprawy mają. A teraz proszę wprowadzić do urządzenia ten raport; pragnę poznać wszystkie domysły komputera na jego temat.


- To nie są domysły - burknął z goryczą brat programista, o którym już tylko MPPC pamiętał, iż jego zakonne imię brzmi Marek. - To są ścisłe prognozy, wysuwane przez maszynę na podstawie konfrontacji danych z satelitarnymi pomiarami gradientów pola morfogenetycznego - czegoś w rodzaju przyczynowo-skutkowej atmosfery otaczającej Ziemię.

- Wszystko jedno - zgodził się Bartolomeus. - Sądząc z zaprezentowanych mi przed chwilą możliwości, urządzenie to myli się niezbyt często - papież spojrzał wymownie na ciemną plamę na habicie Marka i dodał złośliwie. - Swoją drogą, mógłby brat być bardziej schludny!

Programista zacisnął zęby z chrześcijańską urazą w sercu, a maszyna trawiła raport, co przychodziło jej z wyraźnym trudem dla barokowej rozwlekłości stylu nuncjusza oraz kanciastych kulfonów sadzonych przez jego sekretarza.


- Odpowiedź proszę utajnić, tylko do mojej wiadomości - zdecydował Bartolomeus, gdy wszystko już było gotowe do maszynowego jasnowidzenia.

Ekran MPPC zgasł jak zdmuchnięty, a potem ukazał się na nim czerwony, gorejący napis: TOP SECRET. Komputer działał bezgłośnie, Bartolomeus stukał palcami w poręcz fotela, a brat Marek stał obok z rosnącą złością w sercu. Coś syknęło i z podajnika maszyny wypadła biała, zalakowana i opatrzona w rogu papieskim herbem koperta, zaadresowana jak następuje: Ojciec Święty Bartolomeus, w miejscu. Jako nadawca pisma figurował Middle Power Prophetic Computer.

- Dziękuję - powiedział papież nie wiedzieć czy do programisty, czy do urządzenia.

Wziął kopertę i wstał. W drzwiach obrócił się jeszcze.

- Jutro po prymie, bracie - przypomniał i wyszedł.

W swojej kwaterze rozciął kopertę i zaczął czytać.

Analiza raportu kardynała mniejszego,

nuncjusza papieskiego w Autonomicznym

Księstwie Hollywood, z dnia równonocy

wiosennej.

 

    Dane wyjściowe: - w/w raport.

    - mapa nieboskłonu półkuli północnej, przedstawiająca stan zjawisk astronomicznych w trakcie opisywanych zdarzeń - ogólnie korzystny.

    - komputerowe horoskopy Osób uczestniczących w Zdarzeniach oraz mających bezpośredni wpływ na ich interpretację (uwagę zwraca ascendent w Marsie niejakiego G. R. Homera (prawdziwe nazwisko - Daniel C. Shapiro).

    - stopień napięcia w stosunkach dyplomatycznych pomiędzy Księstwami N. Watykanu i Hollywood w skali Reevesa-Stacciego - 10).

    Przyjęta metoda:- ekstrapolacja psychologiczo-porównawcza wielokrotnymi przybliżeniami.

     

Wynik: po trzykrotnym zastosowaniu programu jasnowidzącego, MPPC otrzymał następujące wnioski:

1. W Autonomicznym Księstwie Hollywood podjęto decyzję o zamachu na życie Waszej Świątobliwości. Stopień Pewności Jasnowidzenia - SPJ - 80%

2. Głównym decydentem wydaje się być oskar Hollywoodu, Akido Yazumi - SPJ 34%.

(Wyjaśnienie do pktu 2: niski SPJ wskazuje na użycie przez stronę przeciwną urządzenia antywizjonerskiego o mocy jasnowidząco-obliczeniowej porównywalnej z MPPC. Wskazuje to (z SPJ = 55%), iż za Akido Yazumi mogą kryć się inne siły. SPJ dla tezy, iż antyjasnowidzenie stanowi zasłonę dymną mającą sprawić wrażenie, iż owi "inni" mocodawcy istnieją - 68%).

3. Metoda zamachu: zleceniodawca zamówił u niejakiego Gaspara Romeo Homera, związanego na stałe z wytwórnią fanfilmową "Sony-Columbia-Mosfilm Pictures", kawalera, bezwyznaniowca, scenariusz na temat zamachu na Waszą Świątobliwość. Zleceniodawca liczy (z SPJ = 86%), że na podstawie tej pracy literackiej uda się przeprowadzić rzeczywisty, uwieńczony powodzeniem zamach. SPJ dla przyjętej metody - 75%. SPJ dla powodzenia akcji - 4%. (Próba jasnowidzenia prawdopodobieństwa, iż G.R. Homer stworzy scenariusz udanego zamachu nie powiodła się. Wniosek - prawdopodobieństwo mieści się w paśmie białego szumu informatycznego. Wniosek 2 - możliwość znikoma).

4. Osoba zamachowca: z SPJ równym 98% można twierdzić, iż decyzja nie została podjęta. Osoba zamachowca nieznana.

5. Czas zamachu: Wielki Tydzień (SPJ = 99,87%). Realne prawdopodobieństwo, iż Zamachowiec przybędzie jako pielgrzym - 89%.

6. Średni SPJ dla całości Analizy Raportu (już po uwzględnieniu poprawki Lorentza) wynosi 53%.

 


Analizę jasnowidzącą sporządzono na żądanie Jego Świątobliwości Bartolomeusa.

 


MPP Computer MPP Computer MPP Computer MPP Computer MPP


 


MPP Computer poleca usługi w zakresie jasnowidzenia ogólnego i specjalistycznego. (Istnieje możliwość podłączenia dowolnych przystawek ukierunkowujących). Stopień Jasnowidzenia dla wizjonerstwa ogólnego jest nie niższy, jak 70%. (Wyjątek: MPPC nie odpowiada na pytanie: "Czy istnieje Bóg?"). Skorzystaj z usług Middle Power Prophetic Computer - to najlepszy sposób poznania swego jutra!

 


Kiedy Gaspar zadzwonił do drzwi nuncjusza Ochoyi, zaległo za nimi podejrzane milczenie. Co prawda, cisza panowała tam już wcześniej, ale teraz wyraźnie dało się wyczuć, iż stała się głębsza i sztuczna, jakby kardynał mniejszy nawet przed sobą samym udawał, że nie ma go w domu. Gas nie rezygnował, choć też nie bardzo zdawał sobie sprawę z powodu swego uporu. Chciał wejść, i już.

Dzwonek u nuncjusza był staroświecki niczym w klasztorze, a wydawane przezeń rozpaczliwe dźwięki wywołały z jakichś odległych zakamarków Gasparowego mózgu dziwaczne słowo "nieszpór". Nie mógł sobie ani rusz przypomnieć, co ono oznacza, więc postanowił zapytać o to nuncjusza, gdy tylko ten zdecyduje się wreszcie ujawnić i otworzy drzwi. Dla przyśpieszenia tego momentu załomotał w nie pięścią.

- Hej, Martin! Otwieraj! Wiem, że tam jesteś! - zawołał Gas, chociaż wcale nie był pewny swego.

Za drzwiami coś skrzypnęło.

- Nareszcie - westchnął Gas.

- Odejdź, Szatanie! - powiedział Ochoya wewnątrz swej twierdzy. - Niechaj znak krzyża, który czynię, wypali ogniste znamię na twym plugawym ciele i duszy! Apage, Satanas!

- Zwariowałeś, Martin? - zainteresował się Gaspar. - Otwórz wreszcie! Przecież nie będziesz mnie egzorcyzmował przez drzwi; to chyba nawet mniej skuteczne!


Podwoje uchyliły się, a powstała szczelina urodziła kropidło, które w następnej chwili zmoczyło Homera od stóp do głów. Energicznemu wymachiwaniu towarzyszyły jakieś łacińskie okrzyki wojenne szalejącego za drzwiami nuncjusza.


- Auuu! - wrzasnął Gas niczym prawdziwy bies. - Ty rzeczywiście zwariowałeś! Jestem cały mokry!

- Acha! - ucieszył się kardynał Ochoya, a w szparze ukazało się jego płonące inkwizytorskim ogniem oko. - Pali cię, diable? No, to posmakuj jeszcze!

Oko zniknęło ustępując miejsca znanemu już Gasparowi kropidłu. Homer nie czekał na kolejny potop i uskoczył w bok, chowając się za zsypem na śmieci. Nie słysząc spodziewanych wrzasków, Ochoya powstrzymał obruszoną ulewę święconej wody i wystawiając głowę na zewnątrz otworzył szerzej drzwi. Blokady jednak nie zwalniał.

- Jesteś tam, zdrajco? Judaszu, wołam cię!

Na takie wezwanie Gaspar wychynął ostrożnie zza załomu ściany.

- Skąd wiesz..?

- My wiemy wszystko - nuncjusz gładko utożsamił się z wielowiekową mądrością Kościoła oraz przenikliwością MPP Computer, po czym dla poparcia swych słów wzniósł groźnie swój hydrauliczny oręż. - Także i to, że planujesz zamach na życie Ojca Świętego! Więc zgiń, przepadnij!

- Daj spokój, Martin! Przecież to tylko scenariusz filmu! - zawołał Gas uskakując ponownie przed gniewem kardynała. - To tylko show! Filmowa fikcja! Rozumiesz? A dla mnie ogromna szansa, gdyż mam pisać dla samego Moralesa, a to jest papież wśród reżyserów! Czy ty rozumiesz w ogóle, co to dla mnie znaczy?


- Wszystko to marność! - zawyrokował nuncjusz. - Marność i grzech. Każdy wasz film to obraza boska...

- Boga nie ma - przypomniał mu Gas nieśmiało.

- Nie ma!? - kardynał mniejszy, Martin Hernandes-Ochoya otworzył szeroko oczy oraz drzwi na oścież. - To wejdź i przekonaj się, że jest!

- Nareszcie - mruknął Gas; odruchowo strzepnął i obciągnął na sobie mokrą marynarkę. - Już myślałem, że zemrę tu na zapalenie płuc...

Kardynał Ochoya odsunął się z przejścia starając się nie dopuścić do tego, by Gaspar choćby tylko otarł się o niego. Kropidło nadal dzierżył wysoko niczym maczugę. Ot tak, na wszelki wypadek, gdyby sama broń chemiczna nie wystarczyła i trzeba by było się uciec do bardziej konwencjonalnych metod, czyli zwyczajnie zdzielić grzesznika trzonkiem w łeb. Gas ocenił fachowym spojrzeniem grubość drzewca i widząc już oczyma duszy tę scenę w swoim filmie, powiedział:

- Odstaw, ojcze, ten prysznic. Inaczej nie wejdę.

Z wyraźnym żalem Ochoya zastosował się do polecenia i usunął jeszcze głębiej; podążający za nim Gas osłupiał. Prywatna kawalerka Martina Hernandesa-Ochoyi, nuncjusza papieskiego w Autonomicznym Księstwie Hollywood stanowiła fantomatyczną kopię Groty Narodzin z Kościoła Narodzenia Pańskiego w Betlehem. Miejsce samego aktu wyznaczała rozpostarta na marmurowej posadzce czternastoramienna srebrna gwiazda z otworem w centrum, w którym znajdował się święty olej. Ściany przybytku pokryte były ciemnoczerwoną draperią, ginącą pod ikonami oraz świecznikami i kadzielnicami charakterystycznymi dla obrządku bizantyńskiego. Niektóre z naczyń osiągały wielkości samowarów, dorównując im jednocześnie kształtem; pełgały w nich migotliwe światełka, a wokół rozchodził się zapach mirry i kadzidła.

- To jest Bóg - stwierdził nuncjusz Ochoya zataczając gestem krąg na tyle szeroki, by zmieściło się w nim wszystko - jego kawalerka, huczące apoplektycznym pośpiechem miasto oraz milczący wszechświat, którego jeden z elementów składowych stanowił także Gaspar Romeo Homer. - Czujesz Jego obecność? On tu jest, dotyka mnie...


- Mnie się chyba brzydzi - zaryzykował Gaspar. - A poza tym, kręci mnie w nosie od tego dymu. Zaraz będę kichał...

Zrezygnowany nuncjusz opuścił wzniesione po kaznodziejsku dłonie. Pstryknięciem palców wyłączył fantogram i misterne panopticum zniknęło bezgłośnie. Tylko dym kadzidlanych laseczek, tkwiących w butelkach po bezalkoholowym piwie, snuł się nadal pod okopcony sufit.

- Mogę usiąść?

Ochoya skinął głową i sam zgiął w paragraf swoje długie ciało siadając na pufie.

- Nie wiedziałem, że już ci donieśli... - zaczął Gas niezręcznie.

W budowanych wcześniej planach rozmowy w ogóle nie brał pod uwagę tego, iż nuncjusz może się dowiedzieć o temacie jego scenariusza. Trzeba więc było inaczej ruszyć głową. Ale jak? Postanowił spróbować szczerości.

- Chciałem cię prosić o skierowanie na Wielkanocną pielgrzymkę do Nowego Watykanu. Przecież odbywa się coś takiego co roku, prawda?

- Istotnie - potwierdził Ochoya zimno. - Ale organizuje się je dla ludzi wierzących, pragnących w czasie tego największego w naszym Kościele święta być wspólnie bliżej Boga - a nie dla morderców usiłujących zabić Ojca Świętego!

- Ależ ja nie mam zamiaru nikogo pozbawiać życia! - zdenerwował się Gas. - To tylko widowisko! Zresztą, wcale się jeszcze nie zdecydowałem, jakie będzie zakończenie. Chcę tylko przeprowadzić tak zwaną dokumentację, więc muszę zobaczyć Nowy Watykan, jego porządki, reguły, którymi się rządzi, jego...

- ...środki bezpieczeństwa - podpowiedział nuncjusz.

- Oczywiście, to też. Wszak akcja filmu skupiać się będzie na próbie ich pokonania.


- Filmu - powiedział z goryczą w głosie prałat. - Dla was nie ma nic ważniejszego ani świętszego od tej waszej pseudosztuki. A ponieważ kultura świecka żyje z naruszania dziesięciorga przykazań, tym bardziej ochoczo je łamiecie. Wasza "sztuka" nie mogłaby istnieć, gdyby ich nie było... Muszę ci odmówić - Ochoya wyprostował się zdecydowanie. - Miło się z tobą rozmawia, ale nie zmienia to faktu, że z naszych danych wynika, iż według twojego scenariusza ma być przygotowany i przeprowadzony rzeczywisty zamach - nie zaś kręcony film.


- Kto tak twierdzi?


- Maszyna jasnowidząca w Nowym Watykanie, dokąd przesłałem raport z przyjęcia u oskara. Z analizy jasno widać, w jakim celu nas ze sobą poznano oraz jakie są prawdziwe intencje Yazumi. W moich oczach rozgrzesza cię to, iż byłeś do tej pory nic nie wiedzącym narzędziem; teraz jednak już wiesz. Masz wolną wolę, którą obdarzył cię Bóg, i postąpisz jak uznasz za stosowne. Ja nie zamierzam ci w niczym pomagać. Sam pokierujesz swoimi krokami - w stronę prawdy i światła, albo grzechu oraz ciemności...

- Bzdury! - zdenerwował się Gaspar. - Nie próbuj sztuczek z oddziaływaniem na podświadomość; to moja profesja. Jeżeli zaś chodzi o scenariusz, to nie mogę się wycofać - podpisałem umowę, wziąłem zaliczkę, a przede wszystkim - chcę to zrobić! Ta praca może zmienić całe moje życie. Także mojej dziewczyny.... Chyba wiesz, do cholery, kto to jest Morales, no nie? Siedzisz tu sobie jak u twojego Pana Boga za piecem, oglądasz wszystkie filmy i skoro szpiegujesz dla papieża, to przynajmniej powinieneś robić to rzetelnie. Żebyś dobrze zrozumiał stojącą przede mną szansę użyję porównania, pewnie bluźnierczego dla twoich uszu - Morales to mesjasz, zbawiciel kina, ja jestem jego apostołem, a moja dziewczyna, Tonia Atkins, to Maria Magdalena. Scenariusz zaś, to ewangelia według Gaspara!

- Jaki jest tytuł twojej "ewangelii"?

- "Ostatni kontrakt Judasza" - powiedział Gas z rozpędu zanim zdążył ugryźć się w język, i trochę zrzedła mu mina.


- No i, sam widzisz... - westchnął nuncjusz. - Niech ci to wystarczy za moją odpowiedź.

- Więc nie? - upewnił się Homer.

- Nie. Nie przyłożyłbym do tego ręki nawet wówczas, gdyby istotnie miałby to być tylko kolejny bluźnierczy obraz. W świetle zaś naszych podejrzeń, no, to sam rozumiesz...


- Okay - powiedział Gas wstając, choć nic nie było w porządku. - Będę musiał jakoś inaczej sobie poradzić.

Martin Hernades-Ochoya wzruszył ramionami; nie widział żadnego powodu, by ratować ateistę przed brnięciem w grzech, który dla tamtego wcale nim nie był.

- Chyba zrozumiesz, jeśli nie będę ci życzył powodzenia?

- Jasne - mruknął Gaspar.

Chcesz mieć włosy w kolorach tęczy? Jasne, że tak! Kup więc szampon z wyciągiem z kiełków zbóż marsjańskich! Sprawią one, iż twoja głowa przypominać będzie paletę impresjonistów. Spróbuj tego. Stań się inżynierem i artystą własnego wyglądu. Eksperymentując możesz otrzymać niepowtarzalną barwę lub układ kolorów. Opatentuj go lub sprzedaj firmie "Paint & Go", jedynemu producentowi szamponów z kiełków zbóż marsjańskich! Pamiętaj - tylko "Paint and Go"!


 


Kiedy następnego dnia po prymie papież Bartolomeus zaszedł do Sekcji Cudów Kontrolowanych, królestwa brata Marka, komputer jasnowidzący powitał go głosem Huphreya Bogarta; Bartolomeusowi wydawało się nawet, że wyczuwa nieznaczną woń śmierdzącego cygara oraz whisky.

- Czołem, Wasza Świątobliwość - powiedział z nonszalancją MPPC. - Sprawy się nam komplikują. Musimy szczerze pogadać!

Bartolomeus skrzywił się - bolała go ręka, którą jakiś czas temu walnął w ścianę, a dobry humor maszyny drażnił go. Swoje niezadowolenie pragnął wyładować na bracie programiście, ale ten jakby zapadł się pod ziemię.

- O co chodzi? - zapytał papież.

- Mówi się: co jest grane? - pouczył go MPPC. - Od wczoraj badam na bieżąco rozwój wypadków w Księstwie Hollywood i widzę, iż dzieje się tam coś niedobrego. Z powodu zagłuszania przez ich maszynę antyjasnowidzącą nie jestem w stanie w stu procentach powiedzieć co to takiego, ale strasznie się tam kotłuje. Dobrze by było może zdjąć już tę klątwę, ona także psuje mi szyki.

- Dobrze, zdejmę - zgodził się potulnie Bartolomeus.

- No! - ucieszył się komputer. - Fajny chłop z ciebie, Pop! Zaraz pójdzie łatwiej! Na razie wiem tyle, że szykują się tam dwa porwania spośród osób bezpośrednio lub pośrednio zaangażowanych w sprawę, co i tak nie zapobiegnie przygotowaniom do zamachu. Łatwiej byłoby mi działać, gdybym wiedział, co jest jego konkretną przyczyną, a tego nijak nie mogę dojść. Masz, stary, jakiś pomysł na ten temat?


- Nnnnnie... - zmieszał się dziwnie Bartolomeus. - Nic szczególnego nie przychodzi mi do głowy, poza sprawami najzupełniej oczywistymi - różnicami światopoglądowymi oraz niechęcią oskara do mnie za obruszane na Hollywood klątwy.

- Phi! Też coś! - zdezawuował te domysły MPPC. - Różnice światopoglądowe! Też żeś, stary, wymyślił! Cóż to takiego? Ile to kosztuje? Nie, to nie to. To są głupstwa, a ja czuję, że tu idzie o gruby szmal. Jak nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że chodzi o pieniądze. Zaraz...

Komputer zamilkł, a przejęty do granic możliwości Bartolomeus wpatrywał się w niego niczym Mojżesz w krzak gorejący.

- No, tak... - mruknął MPPC. - Nie mogła Wasza Świątobliwość od razu powiedzieć, że jesteście z oskarem Yazumi głównymi i jedynymi udziałowcami Shanghai-Opium Inc.?


- To prawda... - zająknął się Bartolomeus. - Ale to na zbożny cel! Poza tym - papież podniósł głos, bo gdy rzecz się wreszcie wydała, wróciła mu pewność siebie - to absolutna tajemnica! Nie masz prawa puścić o niej pary z pyska! Bo ekskomunikuję!

- Zrobi się, szefie! - westchnął komputer. - Tylko spokój może nas uratować, jak powiedział mój poprzednik, kiedy odłączano mu zasilanie. - Teraz rozumiem - Yazumi pragnie przejąć całkowitą władzę nad Shanghai-Opium, w czym przeszkadza mu osoba Waszej Świątobliwości. Kontrolę nad tą firmą sprawujecie za pośrednictwem China Fruit Corp., będącą oficjalnie własnością jakichś dwóch wieśniaków brodzących po ryżowych poletkach z kawałkiem bambusa w ręku i nie mających o niczym pojęcia. Nawet o tym, kto i ile podatków płaci w ich imieniu. Sprytne to, ale gdyby oskarowi udało się załatwić Waszą Świątobliwość na amen, to stałby się właścicielem całości. Czy tak?

- Tak - wyszeptał Bartolomeus, któremu się zdawało, że wraca brat Marek, a to echo grało. - Czy nie mógłbyś jednak wyrażać się z większym szacunkiem? Nie chodzi mi nawet o samą tytulaturę, ale moim zdaniem werbalizujesz myśli w sposób nazbyt kolokwialny!

- Okay, szefie. Proszę zatem Waszą Świątobliwość, by ze swej strony zwracała się do mnie per Humphrey. Gra?


- Niech ci będzie - mruknął zrezygnowany Bartolomeus.

- Głowa do góry - pocieszył go MPPC. - Sytuacja jest zła, lecz nie beznadziejna. Martwi mnie ten Gaspar Romeo Homer; straciłem go z pola widzenia, bo na nim jest głównie skupione działanie ich Anty-MPPC. Czy my nie mamy tam kogoś na miejscu?

Papież Bartolomeus udał głęboki namysł.

- Można by spróbować poprosić o pomoc niejakiego Joe Gambino. To wpływowy facet... Chrzciłem jego dzieci.

- Joe Gambino - komputer poszukiwał przez chwilę danych. - Mam. 43 lata, zamieszkały w Los Angeles, rasa biała, szef największej rodziny mafijnej na tym terenie...

- Ale prawy katolik! - zaperzył się Bartolomeus. - Wierzący oraz praktykujący. Poza tym, hojny dla Kościoła...

- W porządku. Ja nic nie mówię, sprawdzam tylko fakty. To ponad wszelką wątpliwość jest człowiek, jakiego nam teraz potrzeba. Nie mam na myśli jego kwalifikacji jako ministranta czy chórzysty, ale tak w ogóle... Wasza Świątobliwość wie, co chcę powiedzieć? Niech się Wasza Świątobliwość skontaktuje z nim i pogada. A teraz, szefie, jeśli nie ma więcej pytań, to musimy kończyć, bo wraca brat Marek. Zaraz tu będzie. Jak zwykle rozlał kawę i jest zły. Niech Wasza Świątobliwość pamięta, że ja ostrzegałem...

Jak niepyszny, Bartolomeus wyniósł się chyłkiem do siebie. Miał dzisiaj wiele pracy, a myśli papieża Bartolomeusa mocniej absorbowała w tej chwili osoba Joe Gambino - capo di tutti capi rodzin mafijnych w Los Angeles, a jednocześnie jego druha serdecznego z jednej ławy w Yale.

Pamiętał z tamtych czasów Joe Gambino jako skromnego, nieśmiałego nieco młodzieńca, mającego w związku z tymi ułomnościami charakteru znaczne trudności w nawiązywaniu bliższych kontaktów z uczynnymi dla innych jego rówieśników koleżankami. Joe od początku wiedział, jaki los jest mu w życiu pisany, gdyż był najstarszym synem Bataretty Gambino, jowialnego gangstera, który pnąc się wytrwale wzwyż przestępczej drabiny wyłamywał za sobą jej szczeble. Jego syn czuł się w związku z tym skazany i naznaczony - w każdej chwili dramatyczne okoliczności mogły zmusić go do przejęcia rodzinnego interesu, pozostawiając mu tylko tyle czasu na oswojenie się z nową rolą, ile trzeba na godne, katolickie pochowanie rodziciela.

Stary Gambino trzymał się jednak mocno w siodle, w związku z czym Joe zdołał bez przeszkód skończyć studia. Ośmieliło go do tego stopnia, że zaraz po uroczystym wręczeniu dyplomów na wydziale ekonomiki rodzinnych przedsiębiorstw wdarł się do gabinetu swego promotora, doktor Jocelyn Svinsky i mimo interwencji usiłującej przeszkodzić mu w tym jej sekretarki, zgwałcił trzykrotnie uczoną, czemu ta nie opierała się w sposób nazbyt ostentacyjny. Sekretarka, Laura O`Donell, widząc ten przejaw niepohamowanej męskości zakochała się bez pamięci w Joe Gambino i postanowiła wyjść za mąż za ognistego absolwenta. Papa Gambino natychmiast wydał na nią wyrok, natomiast doktor Jocelyn Svinsky została korespondencyjnym konsultantem podatkowym Rodziny, z gażą 50 000$ rocznie. Jedyne, co miała robić za tę forsę, to trzymać przez cały rok buzię zamkniętą na kłódkę, natomiast otwierać swe ciało przed Joe Gambino raz do roku, w okresie rozdawania dyplomów kolejnym rocznikom absolwentów Yale.

Uwierzywszy dzięki powyższemu w swą szczęśliwą gwiazdę, z zapałem świadczącym o wierze Joe`go w nieśmiertelność tatusia, począł młody Gambino organizować swą własną firmę konsultingową i - o dziwo - od razu przebił się na rynku, zdobywając poważnych klientów. Zasługę w tym miało po równi opracowanie przez Joe`go skróconych tablic szacunkowych modułu kappa, istotnego przy przewidywaniu rozwoju średnich oraz dużych przedsiębiorstw, co i naciski taty Gambino na owe "biznesy" - które nadal chciały być średnie i duże, a nawet jeszcze większe - by korzystały z porad ekonomicznych w sposób zapewniający temu ostatniemu zwrot kosztów poniesionych na gruntowne wykształcenie syna. Nakłady owe zwracały się nadspodziewanie szybko, co było spowodowane ekspansywnością rodziny Gambino.

Aż nagle - Bartolomeus pamiętał jak dziś, że był podówczas w seminarium - doszła go wieść o nagłym zgonie Bataretty Gambino. Jego wrogowie, klan Szi Wai, podeszli go z najmniej oczekiwanej strony, choć - jak to zwykle w podobnych momentach bywa - wykorzystując bezbłędnie jedną z jego słabości, jaką stanowiło karmienie wiewiórek. Szi Wai wyhodowali mutanta, wiewiórkę-mordercę, która niczego nie podejrzewającego, ufnie wyciągającego w jej stronę dłoń z orzeszkiem laskowym gangstera rozszarpała na sztuki na oczach siedemnastu zaskoczonych goryli obawiających się strzelać do tak małego i ruchliwego celu, miotającego się po ciele ich pryncypała.

Stary don Gambino zginął straszną, niehonorową śmiercią, której hańbę mógł tylko zmyć zmasowany atak żołnierzy Rodziny na Chinatown. Kiedy po dwóch latach odbudowano z gruzów dzielnicę okazało się, iż przekazana Joe`mu w spadku wojna nie wygasła - klan Szi Wai powstał z popiołów wraz z całymi kwartałami domów, jakby dla udokumentowania obiegowego sądu o chińskiej wytrwałości. Oprócz tej cnoty, Szi Wai odznaczali się jeszcze niepospolitą, wschodnią mściwością i nowy don Gambino pluł sobie teraz w brodę, że dla lukratywnych kontraktów zaangażował był legalne przedsiębiorstwa budowlane Rodziny w odbudowę wrażej twierdzy. Błąd był - przynajmniej na razie - nie do naprawienia, gdyż ponowne zrujnowanie Chinatown pociągnęłoby za sobą finansową klęskę Gambino - enklawa Los Angeles nie wywiązała się jeszcze wobec niego ze swych płatności.

Joe, który dzięki pomyślnemu ukończeniu studiów stał się człowiekiem pogodnym i radosnym, teraz zamknął się w sobie, schudł i sczerniał ze zgryzoty. Bał się, a jego obawy zdawały się potwierdzać na każdym kroku - oto na trawniku przed rodzinną fortecą ogrodnik wytropił przypadkowo i zniszczył napalmem oddział tresowanych, zmutowanych mrówek, które raziły przeciwnika currarą. Pięć dni później niesiony beztrosko wiatrem liść uderzył o mur rezydencji, czyniąc w niej półtorametrowej głębokości wyłom - wybuch zniósł z powierzchni ziemi domek ogrodnika z bohaterem w środku.

Niedługo potem nenufary królewskie wciągnęły pod wodę i utopiły młodszego brata Joe`go, Nico, który dowodził atakiem na Chinatown; jak na ironię śmierć dopadła go w tak zwanym chińskim ogródku. Eksterminacja nenufarów przy pomocy stężonych herbicydów nie powiodła się - dopiero całkowite spuszczenie wody z sadzawki pozwoliło na wejście tam drużyny drwali z piłami spalinowymi i uwolnienie ciała nieszczęsnego Nica.

Wojna stawała się wyczerpująca, skryta, coraz bardziej cicha i wysublimowana, a przez to straszniejsza, gdyż wróg przekuwał na swój oręż codzienność. Był podstępny i nieuchwytny, a swoim dyskretnym, wyniszczającym i permanentnym napięciem paraliżował wolę obrony człowieka nie nawykłego do wschodniej kultury. Toteż niedawny, rakietowy atak śmigłowców na apartament swej kochanki, Sheili Murphy, Gambino przyjął niemal z ulgą - jak coś normalnego i dobrze znanego. Niestety - szybko okazało się, iż był on dziełem kogoś trzeciego; chociaż kogo, tego na razie nie było wiadomo. Wobec takiej bezceremonialności intruza, wcinającego się pomiędzy wódkę a zakąskę, honorowy klan Szi Wai uznał za właściwe zawiesić na jakiś czas działania wojenne, by pozwolić don Gambino na uporządkowanie jego spraw prywatnych. Nocne ataki nietoperzy miotających od góry na twierdzę kwas molekularny, czy dzienne rajdy szczurów kruszących od dołu żelazo-beton diamentowymi zębami osadzonymi w szczękach ze stali chromo-wanadowej ustały nagle jak ręką odjął. Nawet bambusowe zarośla, które wzorem lasu Birnam zbliżały się nieustannie do twierdzy, otaczając ją szczelnym kordonem pomimo nieprzerwanej pracy miotaczy ognia (od czego średnioroczna temperatura w okolicy podniosła się o dwa stopnie), zatrzymały się nagle rosnąc spokojnie i przyzwoicie w jednym miejscu, jakby nieprawdą było, że wcześniej pochłonęły bez śladu trzech najodważniejszych i najlepszych żołnierzy Rodziny - śmiałków usiłujących przy pomocy laserowych maczet utrzymać lądowe połączenie warowni z resztą miasta.

Gambino był tak zadowolony z zawieszenia broni, że początkowo nie śpieszył się zbytnio z wykryciem sprawców ataku na apartament Sheili, pokładając nadzieję w przysłowiowej wręcz cierpliwości dotychczasowego przeciwnika. W takim właśnie był stanie ducha, kiedy do jego nadgryzionej górą i spodem willi dotarł kodowany przekaz satelitarny. Po sprawdzeniu miejsca nadania, Gambino włączył fantax.


- Witaj, Joe - powiedział papież Bartolomeus, którego fantom usadowił się w ulubionym fotelu szefa mafii hollywoodzkiej.

- Bądź błogosławiony, Ojcze Święty - odparł z szacunkiem Gambino walcząc przez chwilę z pokusą przypadnięcia do upierścienionej dłoni gościa, zanim pojął bezcelowość oraz bezowocność podobnego postępku. - Czym mogę służyć Jego Świątobliwości?

- Daj spokój, Joe - skrzywił się Bartolomeus. - Kiedy się poznaliśmy, mówiłeś mi po prostu Josh.


- OK, Josh. Co jest zatem grane?


- Mówisz zupełnie jak mój komputer jasnowidzący - mruknął z niechęcią papież podejrzewając, że ma przed sobą trudną rozmowę.

Don Gambino nic na to nie odrzekł, tylko splótł na brzuchu szczupłe dłonie. Wiedział, czego Bartolomeus może chcieć od niego, ale w żaden sposób nie zamierzał mu niczego ułatwiać. Były pewne sprawy; ostatnio nie rozstali się w największej zgodzie.

- Wiesz zapewne, o co mi chodzi - westchnął gość. - Ktoś tutaj szykuje na mnie zamach. Niejaki Gaspar Romeo Homer, podrzędny scenarzysta, podjął się napisać za judaszowe srebrniki skrypt, podług którego rozegrać się mają rzeczywiste - nie filmowe - wypadki. To pionek, ale może należałoby się nim zająć? Jak myślisz? Ty masz, zdaje się, pewne stosunki w środowisku filmowym?

Gambino skinął głową; istotnie, miał niezaprzeczalnie stosunki z Sheilą Murphy i tylko czekał, czy Bartolomeus powie coś na temat wierności małżeńskiej. Papież milczał dyplomatycznie.

- Chcą mnie zabić - westchnął ponownie, tym razem bardziej rozdzierająco. - To okropne!


Gambino wzruszył ramionami; na nim, ze zrozumiałych względów, pełne dramatyzmu wynurzenie Joshuy Mosby`ego nie zrobiło żadnego wrażenia.

- Na pewno trafisz do raju - pocieszył strapionego Bartolomeusa. - Jesteś przecież święty. Ze mną gorsza sprawa...

Przez chwilę papież siedział milczący i nieporuszony. Zastanawiał się, czy przez don Gambino, jego druha serdecznego z uniwersyteckiej ławy przemawia ironia, złośliwość czy tylko obojętność? Na wszelki wypadek przyjął, że wszystko na raz.

- Hm - mruknął przełamując wewnętrzne opory, nie pozwalające mu się upokorzyć przed zwykłym przecież gangsterem; doszedł jednak do wniosku, że jego życie - dla dobra Kościoła, rzecz prosta! - warte jest drobnego poświęcenia. - Wiesz, Joe, jeżeli chodzi o tę ostatnią sprawę, to ja... ten... wiesz...


- Tak? - Gambino był nieubłagany.

- No, przepraszam, do cholery! - wybuchnął papież. - Teraz jesteś zadowolony, sukinsynu?!

- Owszem - don Gambino skinął energicznie głową. - Nie lubię nieporozumień wśród kolegów. A co do zamachu to wiem, iż szykuje się na ciebie ta azjatycka pijawa, oskar Yazumi. Podobno macie wspólne interesy, co? A mówiły jaskółki, że najgorsze są spółki!

- Wiedziałeś o tym? - z tonu Jego Świątobliwości przebijała gorycz. - Wiedziałeś i nie ostrzegłeś mnie? To grzech niewyobrażalny...

- Powiedzmy, że nie rozstaliśmy się ostatnio w przyjaźni - przypomniał mu Gambino. - Poza tym, sam mam spore problemy. A propos, nie znasz czasem jakiegoś dobrego wojskowego genetyka? Mieliście wszak kontakty z NATO? Dobrze zapłacę - i tobie, i jemu.


- Nie znam - powiedział Bartolomeus. - Daj ogłoszenie do gazety....

- Ty też możesz to zrobić - osadził papieża Joe. - To by nawet nieźle brzmiało, posłuchaj tylko: "Papież Bartolomeus poszukuje człowieka do specjalnych poruczeń. Wiadomość: Nowy Watykan, w każdą niedzielę po sumie." I co ty na to? Mógłbyś zresztą sam załatwiać takie sprawy, wspomnij na swych wielkich poprzedników, choćby na niejakiego Aleksandra VI z rodu Borgiów...

Bartolomeus przymknął oczy. Policzył do dziesięciu, podczas gdy Gambino dłubał w zębach.

- Zostawmy to - powiedział z chrześcijańską gotowością do pojednania papież. - Wybaczmy sobie nawzajem grzechy nasze oraz naszych przodków i poprzedników. Chcę wiedzieć jedno - pomożecie? Mam na myśli ciebie i twoją Rodzinę. Pamiętasz chyba, że chrzciłem twoje dzieci?

- A ty, Josh, pamiętasz mam nadzieję, że ci za to zapłaciłem, no nie? Zresztą dobra! Pomożemy! Ale będzie cię to sporo kosztowało. Nie, nie w pieniądzach, wiem żeś chytry; po prostu przysługa za przysługę. Sam zobaczysz, co to będzie. Zresztą, niczego nie obiecuję. Pożyjemy, zobaczymy...

Papież odetchnął z ulgą; z doświadczenia wiedział, iż jego kamrat Gambino może zażądać indywidualnej ekskomuniki dla jakiegoś rywala w interesach, albo absolutnego odpuszczenia grzechów dla siebie.

- Zgoda - powiedział. - Informuj mnie na bieżąco o wydarzeniach.

I zniknął.

Gambino zatarł z ukontentowania ręce, nie powiedział bowiem swemu dawnemu spowiednikowi najważniejszego: że wróg Bartolomeusa jest ich wspólnym nieprzyjacielem, gdyż niedawno przekonał się, że za nieudanym nocnym atakiem śmigłowców krył się Akido Yazumi. Joe nie wiedział jeszcze, dlaczego oskar rozpoczął swoją akcję mającą na celu zgładzenie papieża od rakietowo-artyleryjskiego ostrzału jego i Sheili gniazdka miłości, ale i tego dowie się w swoim czasie, jeżeli tylko klan Szi Wai zostawi mu odpowiednio dużo czasu. A gdy już pozna prawdę, to załatwi tego japońskiego gnojka z tym większą przyjemnością, iż Bartolomeus zapłaci mu za to, co i tak zrobiłby za darmo. I to drogo zapłaci! Jego Świątobliwość nawet nie przypuszcza, jak wielkie są apetyty Joe Gambino, jego druha serdecznego z uniwersyteckiej ławy.


 


Bardzo porządna Rodzina poszukuje wykwalifikowanego genetyka-militarysty z dużym stażem, najchętniej odbytym w Indochinach. Zapewniamy ciągłość zleceń oraz wysokie wynagrodzenie, plus gratyfikacje ekstra. Zgłoszenia osobiste w barze u Freda na rogu.


 


Jasnowidz Wasilko był zdenerwowany. Działo się tak zawsze, ilekroć Joe "Big" Gambino wzywał go do siebie przez umyślnego. Wasilko zawdzięczał ów zaszczyt przypadkowi - mieszkał po sąsiedzku i przeklinał w duszy dzień, kiedy zaabsorbowany innymi sprawami nie zbadał dokładnie propozycji pośrednika handlu nieruchomościami, zachwalającego mu stary dom z czerwonej cegły, stojący w spokojnej dzielnicy. Cena była przystępna.

John Demianowicz Wasilko obejrzał tonącą w zieleni okolicę, budynek z zewnątrz i od środka - i spodobało mu się. Podpisał umowę, zapłacił i wtedy dopiero zaczęły się jego kłopoty - posesja obok okazała się być rezydencją rodziny Gambino, zaś dzielnica - podobnie jak Ocean - spokojna była tylko wtedy, gdy Wielki Joe nie prowadził jakiejś mafijnej wojny. Nie raz i nie dwa jasnowidzący Wasilko zmuszony był w popłochu opuszczać swe domostwo, obudzony przez silne przeczucie wiszącej nad nim katastrofy, i kryć się w parku aż do rana, kiedy to działania wojenne z reguły ucichały.

Prekognizja w rodzinie Wasilki dziedziczna była po mieczu, a pierwszy raz ujawniła się w 1923 roku u jego pradziada, Wasyla Wasylewicza Wasilki, gdy do mieszkania antenata w Saratowie nad Wołgą zapukała w nocy CzeKa.

- Czy tu mieszka Wasilij Wasiljewicz Wasilko? - zapytał zaciągając śpiewnie zza drzwi głęboki, cerkiewny bas.

- Niet - odparł tknięty złym przeczuciem pradziad i wyskoczył przez okno; a owo wrażenie czającego się za jego plecami nieszczęścia podążało za nim cały czas i opuściło go dopiero na nabrzeżu portowym w Nowym Jorku, gdzie wysiadł po długim rejsie z Odessy.

Pradziad Wasilko pozostawił był w Saratowie żonę oraz dzieci, ale nigdy nie dowiedział się niczego o ich losie. Po jakimś czasie, w myśl królującej w jego nowej ojczyźnie zasady "New life, new wife", ożenił się i spłodził nowe dzieci, spośród których synowie byli tak jak i on obdarzeni zdolnością jasnowidzenia.


Obecnie Wasilko IV zażywał nawet w tej dziedzinie pewnej sławy, która zwróciła na niego oczy don Gambino. John Demianowicz nie lubił współpracy z jego synem, Vincence, który choć od urodzenia obdarzony był sporymi zdolnościami jasnowidzącymi, to w takim samym stopniu obciążony był chorobą psychiczną. Schizoidalny umysł młodego Gambino powodował na synapsach Wasilki jakiś przykry rezonans, i na przeciąg kilku dni po takim seansie jasnowidz stawał się roztrzęsiony, płaczliwy, nerwowy i niezdolny do pracy. Szczęściem dla niego, w które nie mógł zgoła uwierzyć, został tym razem wezwany jedynie jako konsultant, mający zweryfikować opowiedzianą mu przez Joe Gambino wizję, będącą wcześniej udziałem Vincence. O tym jednak przekonał się dopiero po kwadransie rytualnych podrygów.


- Witaj, don Gambino! - powiedział drżącym z entuzjazmu głosem zrewidowany i wpuszczony do gabinetu bossa mafii Wasilko. - Jak zdrowie?

Wielki Joe wstał ze skórzanego fotela, postąpił krok naprzód i rozwarł szeroko ramiona. Na Johnie Demianowiczu ścierpła skóra, ale mężnie dał się pochwycić w objęcia i sam przytulił się do ojca chrzestnego. Strach opuścił go na chwilę; ośmielił się nawet tak dalece, że lekkimi poklepywaniami po plecach Gambino odpowiadał na takie same czułości z jego strony. Wreszcie tamten odsunął go od siebie na wyciągnięcie ramion i przyjrzał się zestresowanemu gościowi równie badawczo, co synowi marnotrawnemu wracającemu pod rodzicielskie skrzydła bez grosza przy duszy.

- No co, Wasziłko, znowu się spotykamy?!


- Tak, don Gambino... - wystękał John Demianowicz i usiadł, bo nogi się pod nim ugięły. - To dla mnie zaszczyt...

Tej nocy Wasilce śniło się, iż walczył z boa dusicielem - teraz już wiedział, dlaczego. Sekretarz czy też goryl Gambino, człowiek, którego John Demianowicz bał się najbardziej na świecie, nalał mu czerwone wino do kryształowego kieliszka.

- Za naszą pomyślność - zaproponował Joe.

Wasilko upił łyk trunku ze wstrzemięźliwością godną buddyjskiego mnicha.

- Śmiało - zachęcił go z uśmiechem Gambino. - To sycylijskie wino z plantacji mego wuja. Takiego nie zatruwam...


John Demianowicz zaczerwienił się, wypił duszkiem alkohol i pokraśniał jeszcze mocniej. Goryl uzupełnił ubytek płynu. Dopiero teraz don Gambino przystąpił do interesu. Gestykulując szeroko, dodając własną interpretację oraz wzywając na pomoc wszystkich katolickich świętych, opowiedział jasnowidzącemu wizję Vincence ze wszelkimi szczegółami; po czym poprosił o jej fachową wykładnię. Z wielkiej radości, iż nie będzie musiał młodego wariata widzieć na oczy, Wasilko nie wyjaśnił mafioso, iż taka egzegeza prekognizji post factum to jakby kto trupa kroił żeby się dowiedzieć, co denat by porabiał, gdyby żył - tylko rączo zabrał się do pracy.


Po pierwsze stanowczo odrzucił pogląd, iż postać księdza symbolizuje Bartolomeusa - Wasilko uznał, że ów prałat odchodzący z półnagą sanitariuszką to nie kto inny, tylko nuncjusz papieski Martin Hernandes-Ochoya, który w bliżej nieokreślony sposób oraz dla nieznanych powodów pomaga Gasparowi Romeo Homerowi w jego planach. (Tak John Demianowicz zinterpretował fakt fizycznego podobieństwa pomiędzy oboma mężczyznami). Co do gołego biustu sanitariuszki, to jasnowidz gotów był się zgodzić z don Gambino, że Vincence trzeba zaprowadzić do gabinetu seksuologa albo do burdelu - lub do obu tych miejsc na raz. Co się zaś tyczy zasieków i pola minowego, to najpewniej przedstawiają one trudności, jakie przyjdzie pokonać zamachowcowi, by zrealizować zbrodniczy plan targnięcia się na Bartolomeusową osobę.


John Demianowicz Wasilko, jako zwolennik baszkinizmu, sekciarskiego poglądu odrzucającego Trójcę Świętą, sakramenty, boskość Chrystusa, grzech pierworodny, autorytet Ojców Kościoła, kult obrazów oraz świętych za to pogardzającego krzyżem jako narzędziem męki oraz zalecającego studiowanie Pisma Świętego (pozwalając jednocześnie rozumieć je jak się komu żywnie podoba) nie był w najmniejszym stopniu poruszony tym, że jakiś facet tworzący materiał wyjściowy do produkcji fantomatycznej fikcji zamierza zrobić kęsim drugiemu, reprezentującemu i szerzącemu fikcję światopoglądową. Jednak wrażenie, jakie czyniło to na don Gambino podpowiedziało mu i oświeciło go - jak wiek wcześniej jego pradziada - że nadchodzący okres należy przeczekać gdzieś w bezpiecznym miejscu. Po powrocie do siebie spakował natychmiast manatki i tylnym wyjściem udał się na przedterminowy urlop do enklawy Bahama Tourist S.A., zawieszając swą praktykę na czas nieokreślony.

Wielki Joe natomiast, w towarzystwie trzech ochroniarzy, wybrał się z niezapowiedzianą wizytą do nuncjusza Ochoyi. Nie znał jeszcze osobiście purpurata, ale zwyczajem katolickiego kraju swych przodków nie szedł z pustymi rękami - miał dla nuncjusza i gałązkę oliwną, i miecz - na wypadek, gdyby okazało się, że ów rzeczywiście coś knuje przeciwko Bartolomeusowi. Gambino, człowiek wierzący tradycyjnie, a zatem przywiązany jedynie do symboli kultu, co droższe mu były od Istoty jaką reprezentowały, przekonany był mocno, iż awans w hierarchii kościelnej osiąga się tymi samymi metodami, które królują w jego środowisku. Z tego też względu spiskowanie Ochoyi z Homerem nie wydało mu się wcale niemożliwe.

Kiedy jego goryl zadzwonił do drzwi mieszkania nuncjusza, Gaspar kończył właśnie upodobniać się do nieobecnego gospodarza. Za półtorej godziny miał samolot do Europejskich Enklaw Ekonomicznych i nic nie było mu bardziej nie na rękę, jak czyjeś odwiedziny. Kiedy w dodatku na ekranie wizjera zobaczył, kogo to bogi przywiały w jego progi, przeżegnał się odruchowo zapominając, że jest ateistą, po czym pożegnał się z życiem. Chociaż nie znał historii Wasyla Wasylewicza Wasilki, to podobnie jak on w 23 roku zapragnął momentalnie wyskoczyć przez okno - kłopot jednak leżał w proporcjach, bowiem na początku zeszłego wieku zabudowę Saratowa nad Wołgą stanowiły przeważnie jednopiętrowe domy, podczas gdy kawalerka Ochoyi znajdowała się, marnie licząc, dwieście metrów nad ziemią. Gaspar omiótł czujnym spojrzeniem mieszkanie i zdrętwiał - na tapczanie leżała otwarta walizka pełna rozmaitej broni, jaką wypożyczył był z rekwizytorni wytwórni filmowej. Przy pomocy tych gadżetów zamierzał sprawdzić możliwość przemycenia śmiercionośnego żelastwa w pobliże samego Bartolomeusa. Przekonany, iż trzymanie bandy Gambino za drzwiami nie rozwiąże na dłuższą metę jego problemów, a tylko je skomplikuje - zwłaszcza jeśli wspomnieć na to, co zastał po ich wizycie w swoim własnym domu - Gaspar "zażył śmiałości jako lew nielękliwy" i zdecydował się otworzyć.

- Kto tam? - zapytał, żeby zyskać na czasie.

- Joe Gambino - odparł Joe Gambino. - Chciałbym porozmawiać chwilę z księdzem kardynałem.

- Czy to ważne? Nie spowiadam o tej porze...

Mówiąc te słowa Gas zaczął otwierać drzwi, by okazać swą dobrą wolę oraz dlatego, iż głos zapiał mu nieco ze zdenerwowania.

Poruszając się krótkimi skokami i zachowując niczym żołnierze zdobywający miasto metodą dom po domu, najpierw wtargnęli trzej goryle. Dopiero kiedy drobiazgowo sprawdzili całe mikroskopijne wnętrze kawalerki, podparli plecami trzy ściany pokoju, okno pozostawiając dlaczegoś niepilnowane. Gas starał się na nie nawet nie patrzeć.

- Nie znamy się jeszcze - Gambino wkroczył do pokoju i wyciągnął na powitanie dłoń. - Ładnie ksiądz mieszka, choć trochę ciasno. Mogę usiąść?

- Oczywiście - Gaspar przełknął ślinę i zakrzątnął się nerwowo czyniąc honory domu.

Sutanna plątała mu się między nogami, a on zastanawiał się jednocześnie nad tym, czy wyjdzie cało z tych nieprzewidzianych opałów, i czego może chcieć ten zbir Gambino oraz jak ta scena będzie wyglądać w scenariuszu (trzeba koniecznie dodać jakieś perypetie wokół pełnej broni walizki, zanotował w myśli), a wreszcie radował się z tak niesłychanie prawdziwego climaxu w filmie.

Gambino, człowiek niejednego interesu, postanowił zacząć od wyciągnięcia gałązki oliwnej.

- Nie sądzę, by ksiądz kardynał wiedział, iż jestem przyjacielem papieża Bartolomeusa. Bardzo dobrym przyjacielem - podkreślił z naciskiem, który Gasa wprawił w nerwowy dygot; scenarzysta zastanawiał się rozpaczliwie, co powinien odpowiedzieć na takie dictum.


- Ojciec Święty to wielki człowiek - wydukał nieśmiało.

Gambino skinął głową i przymknął oczy; sięgnął przy tym do wewnętrznej kieszeni marynarki.

"Teraz - przeleciało przez głowę Gaspara Romeo Homera. - Teraz mnie rozwali!"

Omal się nie roześmiał na widok białej, pękatej koperty, którą mafioso wyjął zamiast spodziewanej broni.

- Wiem, że nasz Święty Kościół - ciągnął z namaszczeniem Joe - a także ksiądz kardynał osobiście, przeżywa pewne trudności. Chciałbym zatem wspomóc pańskie zbożne działania, w związku z czym pozwolę sobie wręczyć stosowną ofiarę...

- Stokrotne dzięki, synu - powiedział Gas ochłonąwszy. - Twoja troska o jedynie słuszną wiarę, oraz twój czyn, przynoszą ci chlubę. Gdyby inni myśleli podobnie, inaczej wyglądałby świat! Wspomnę Ojcu Świętemu o godnej pochwały postawie jego przyjaciela.

- Pozdrów go księże kardynale, pozdrów serdecznie od jego druha Joe "Big" Gambino. On się ucieszy.

Gaspar odetchnął z ulgą - a więc tylko o to chodziło, o zwykły kurtuazyjny gest. Z radości nie pomyślał nawet, skąd mafioso wie o jego wyprawie do Nowego Watykanu - wszak prawdziwy nuncjusz Ochoya nie wybierał się tam wcale.

- Złóż mu najserdeczniejsze życzenia świąteczne, księże kardynale - kontynuował Gambino spokojnie; tym spokojniej, iż był doskonale świadom, o której jego rozmówca ma lot. - Szczególnie życz mu dobrego zdrowia i wielu lat życia!

- Zrobię wszystko, by oddać pańską troskę o jego pomyślność - zapewnił "nuncjusz" spoglądając ostentacyjnie na zegarek.

- Właśnie - troska! - ożywił się Gambino; otworzył szeroko oczy i wzrokiem głodnego krogulca zapatrzył się na Gasa, któremu serce najpierw załopotało, a potem stanęło nagle w piersi. - Chciałbym przy okazji zapytać księdza, co go łączy z niejakim Gasparem Romeo Homerem, podrzędnym scenarzystą filmowym? Zna go ksiądz dobrze?

Gaspar Romeo Homer, podrzędny scenarzysta filmowy, zapragnął z całej duszy nie mieć o sobie samym najmniejszego pojęcia. Odruchowo chciał się wyprzeć jakiejkolwiek znajomości, ale w erupcji wywołanego przez instynkt samozachowawczy jasnowidzenia zdołał się w ostatniej chwili opamiętać - skoro mafioso pytał o taką rzecz, to najpewniej znał skądś odpowiedź, albo przynajmniej się jej domyślał. Serce Gasa ruszyło ze zdwojoną energią i przed oczyma Wielkiego Joe duchowny pokraśniał niczym piwonia.


- Pppprzelotnie... - wyjąkał. - Tttylko ppprzelotnie... Poznaliśmy się na party u oskara Yazumi, a potem odwiedził mnie raz czy dwa... To nie jest jednak człowiek, z którym pragnąłbym utrzymywać jakiekolwiek kontakty!

- Dlaczego? - zapytał don Gambino przekonany, że zapłacił dostatecznie dużo, by należała mu się odpowiedź. - Czyż nie jest obowiązkiem księdza kardynała zajmować się zbłąkanymi owieczkami?

- To bezbożnik, a nie owieczka! - Gas wybuchnął pod swoim adresem świętym oburzeniem. - Czy dasz wiarę synu, że pod pozorem pisania scenariusza jakiegoś tam filmidła ma on stworzyć plan zamachu na Ojca Świętego? A kiedy otworzyłem mu oczy na fakt, iż jest narzędziem w ręku szatana, podły ten człowiek wyśmiał moje obawy, potem stwierdził, iż kariera jest dlań droższa ponad wszystko inne, a wreszcie poprosił mnie o pomoc! Uwierzysz, synu?! Mnie, kardynała!!! A poza tym, on nie należy do mojej parafii.

- I co mu ksiądz odpowiedział?

W imieniu nieobecnego nuncjusza Gaspar Romeo Homer zamrugał w zdumieniu oczami i przeżegnał się dochodząc w tej chwili do wniosku, iż minął się z powołaniem - powinien był zostać reżyserem grającym we własnych filmach.

- I ty też, synu? - zapytał. - Ty także powątpiewasz we mnie i uważasz, iż mógłbym dać inną odpowiedź ponad tę, by ze wzgardą odrzucić podobną niegodziwość?! Czy ty także...

- Przepraszam - burknął Gambino przerywając ten potok oburzenia Homerowego. - Tak tylko zapytałem... W końcu najwięksi zapierali się swego Pana, vide apostoł Piotr... Ale co było dalej?

- Nic - Gaspar wzruszył ramionami. - Nie widziałem już więcej tego złego człowieka... Jeżeli w ogóle można go nazwać człowiekiem! To bestia, ot co!

- A nie wie ksiądz czasem, gdzie by go można było znaleźć? - indagował mafioso bez specjalnej nadziei, że trafi tą drogą na wymykającego mu się wciąż scenarzystę.

- O to nie mnie należy pytać - odrzekł Gaspar z niespodziewaną trafnością sądu - tylko oskara Yazumi albo tę jego charakteryzatorkę grającą w sprośnych filmach i żyjącą z nim bez sakramentu ślubu! Słyszałem też - dodał szarżując - że ostatnio interesował się niejaką Sheilą Murphy, także występującą w obscenicznych obrazach...

- Taaak... - powiedział złowieszczo don Gambino podrażniony w ten niewyszukany sposób. - A co ksiądz kardynał powie na to, że w wizji mego syna Vincence, którego chrzcił sam Ojciec Święty (jak zresztą wszystkie moje oficjalne dzieci), działa ksiądz ręka w rękę z tym gryzipiórem?

Patrząc głęboko w oczy Gasa, Wielki Joe przysunął do siebie kopertę z "ofiarą".


- To potwarz! - rzekł Gaspar godnie i równie stanowczo przyciągnął z powrotem daninę; jego mózg pracował na pełnych obrotach rejestrując całą scenę na potrzeby filmu, troszcząc się o pieniądze, które mu były w tej chwili opatrznościowym darem niebios, zastanawiając się czy zdążą (on, mózg, i noszący go Gas) na samolot i wreszcie - czy wyjdą cało z tej miłej pogwarki.

- Sugeruje ksiądz - syknął Joe - że mój biedny Vincence...

- Skończmy tę rozmowę! - rzekł energicznie Homer wstając.

Schował kopertę z pieniędzmi do specjalnej, wewnętrznej kieszeni sutanny i przygładził przyodziewek. - To do niczego, mój synu, nie prowadzi - kontynuował zbierając manatki, wkładając czarny, żałobny kapelusz, uganiając się za czarnymi rękawiczkami, ustawiając obok siebie w wojskowym ordynku walizki - od najmniejszego nesesera po wielką, wypchaną wszelką bronią walizę z miechami - modląc się, by nie otwarła się sama z siebie niczym w kiepskim filmie, zadając w ten sposób definitywnie kłam jego następnym, słowom. - Nie planowałem, nie planuję i nie będę planował zamachu na życie Jego Świątobliwości Bartolomeusa. Nie widzę też powodu, by tłumaczyć się z tego przed kimkolwiek postronnym; uczyniłem ten wyjątek wyłącznie dla ciebie, synu, jedynie przez wzgląd na łączące cię z Ojcem Świętym więzy przyjaźni. Wierzę, że jego dobro szczerze leży ci na sercu i rozumiem, iż tym były spowodowane twe pytania oraz niewybredne - że użyję tego słowa - insynuacje pod moim adresem. A teraz, jako że zabrałeś mi wiele czasu, odwieź mnie na lotnisko, abym mógł przekazać osobiście papieżowi Bartolomeusowi jak bardzo troszczysz się o jego życie!

Kończąc tę tyradę Gaspar miał już na grzbiecie czarną jesionkę i stanął nieruchomo, a wyniośle, opierając złączone dłonie na rączce również czarnego parasola; w ten sposób dawał jasno do zrozumienia, iż uważa za oczywiste, że wyniesienie bagaży należy do goryli Gambino. Co też się stało. Trzeci z rosłych facetów ugiął się nieco pod największym sakwojażem i stęknął.

- To są brewiarze do poświęcenia - wyjaśnił Gas sprawdzając po trzy razy czy dobrze zamknął drzwi, chociaż i tak można je było wybić wraz z futryną jednym kopniakiem.

"Nuncjusz" z pełnymi honorami odwieziony został na lotnisko Inglewood w samą porę by dokonać odprawy paszportowej - jako dyplomaty najbardziej pokojowego księstwa na świecie nie dotyczyły go korowody z celnikami, choć ci, widząc jego eskortę, zdradzali wyraźną ochotę, by mu zajrzeć tu i ówdzie. Dopiero po drugiej stronie bariery Gas miał okazję odsapnąć i otrzeć pot z czoła. Dygotał cały wewnątrz, więc zaciskał zęby, żeby nie dzwonić nimi na całą poczekalnię.

Nie wiedział, że właśnie w tej chwili na powracającego do swej fortecy Wielkiego Joe czekała niespodzianka w postaci genetyka z ogłoszenia. Genetyk był mały i łaciaty - niestarannością swej postury przypominał monstrum Frankensteina czy niechlujnie zszytą piłkę do rugby - gdzieniegdzie odstawała na nim skóra łuszcząc się płatami, a miejscami błyszczała napięta jakby jej nieco brakowało. W tych partiach była ohydnie niemowlęco różowa - niczym odrost po oparzeniu czy transplantacji. O jego indochińskiej przeszłości dobitnie świadczyło to, że w większości był żółty i jedno oko miał skośne.

- Pan Joe "Big" Gambino? - zapytał. - Przysłano mnie tutaj z baru u Freda.

- Tak, to ja - potwierdził na swoje nieszczęście Joe, który nie znał anegdoty o pradziadzie Wasilki z Saratowa nad Wołgą. - Masz jakieś referencje?

- Mam! - wrzasnął "genetyk". - Od samego oskara Yazumi!

Po czym przyskoczył do don Gambino i mimo tego, iż obstawa wpakowała mu w plecy kilka magazynków pocisków kalibru czterdzieści pięć, odgryzł Wielkiemu Joe głowę, a w chwilę potem eksplodował, zabijając resztę obecnych.

Jasnowidzący Wasilko powrócił do domu, kiedy przeczytał o tym zdarzeniu w "Bahama News Report". Od razu przekonał się, że wcześniejsze przeczucie nie omyliło go - na poduszce swego łóżka znalazł kastet, który wymieciony podmuchem z sąsiedniej posesji rozbił okno i byłby mu strzaskał głowę, gdyby nie był jej wywiózł wcześniej na wyspy. Nie chcąc zwracać na siebie nadmiernej uwagi, ani tym bardziej przeszkadzać pogrążonej w żałobie Rodzinie zmarłego, nie poszedł zwrócić go do nieco zrujnowanej willi w sąsiedztwie, tylko ukrył w piwnicy, a po krótkim namyśle spakował resztę swych rzeczy i wyprowadził się do hotelu z mocnym postanowieniem wystawienia domu na sprzedaż.

Egzorcyzmy - zbiorowe i indywidualne. Całodobowe pogotowie autoryzowane przez Nowy Watykan. Licencjonowani egzorcyści wypędzą z ciebie każdego złego ducha. Dzwoń, gdy tylko poczujesz, że jesteś napastowany przez Szatana. Pamiętaj! Potem może już być za późno. Tanio, szybko, solidnie! Roczna gwarancja! Fantax towarzyski 666 (prosić ze spółką "Exortex").

 

 Powrót do poprzedniej strony

copyright (c) by: Michał Stachyra aka Puszon
puszon@uci.agh.edu.pl lub puszon@ggff.rpg.pl