|
Casper Autor recenzji: Łukasz Wudarski |
||||||||||||||||||||||||||||||||
|
W twórczości Jamesa Hornera najbardziej cenię sobie właśnie te stonowane, delikatne tematy w których fortepian tańczy kroplami dżdżu po pajęczynach mistyki. Ale "Cacper" to nie tylko takie utwory. Są tu też marsze, swingi, jakiś saksofon, klarnet, waltornia, a wszystko podane na błyszczącej tacy instrumentów smyczkowych i zaprawione wspaniałym pianinem maestro Hornera. Tematy nawiązujące do marszów są zupełnie inne, niż ogólnie przyjęte schematy rządzące amerykańskim kinem. Nie wyrastają z patetycznych wagnerowskich tradycji, lecz bardziej odwołują się do jazzu, swingu. Stawia to tą muzykę w czołówce dźwiękowych ilustracji ostatnich dziesięciu lat. Co ciekawe muzyka ta jest wyjątkowo oryginalnym dziełem w dorobku Jamesa Hornera. Tylko miejscami jesteśmy świadkami jakichś reperkusji z np.: "*bateries not included". Cała płyta daje dużo radości i optymizmu. Miejscami garściami bryzga z niej światło o różnych odcieniach: raz są to jasne płaty słońca, raz iskry srebrzystej poświaty księżyca. Horner swą partyturą maluje w nas nastroje, a my ulegamy iluzji jego muzyki, wtulając się weń jak w ciepły, wełniany pled.
Plotki mówią o nawiedzonym domu. Ciche stąpanie po schodach, pokrytych wiekową warstwą kurzu. Przez sczerniałe szyby sączy się skowyczący mrok. Filisterstwo cebulastych, wesołkowatych mieszkańców domu - duchów - nie zna granic. Tylko Cacper jest inny. Ocielony w niebios zorzę, pojony cichym światłem księżyca przyjacielski duszek. To jego temat kołysze nas do snu. Lecz za chwilę budzą nas z zamyślenia i srebrzystej zadumy głupie dowcipy jego współtowarzyszy, wygrane na waltorniach i klarnecie. Nieziemskie chóry przypominają, że wszystko jest złudą, mistyką i w zasadzie nie dotyczy naszych bytów. Duchy przecież błądzą po tkanych miodowym blaskiem połoninach wieczności i raczej nie interesują ich ludzkie sprawy. Zdarzają się jednak wyjątki...
Gdy słyszę ten utwór mam ochotę zmienić się w badacza. Odkryć niezbadane kąty, pokryte wiekową patyną czasu. Szukać tego czego nikt nie odnalazł. I nagle tajemnica narasta. Wchodzę w mroki niepoznania. Czuję się przerażony, ale nie całkowicie. Jestem świadomy pewnej manipulacji. Kompozytor wciągnął mnie w swoją grę osnuł pajęczyną iluzji. Strach ogarnia nas tylko chwilowo, już kilka taktów dalej śmiejemy się do rozpuku. Tak wygląda iluzja muzyki Jamesa Hornera.
Spotkanie obcych z duchami, tymi istotami utkanymi z poświaty snu, będącymi czystą pneumą. Muzyka Hornera chwyta nas w swoje krzepkie garście i jak grudki piasku niesie po niebiańskich schodach by za chwilę pozostawić nas w atramentowej toni bezbrzeżnego jeziora niepoznania.
Pierwsze nawiedzenie. Duchy wyskakują pokazując swe płomienne charaktery. Nie ma mowy o delikatności, ale nie jest to też strach. Walka na miecze, w założeniu muzycznym odwołuje się do stylistyki filmów o królu Arturze. Po burzy z grzmotami i błyskawicami zawsze przychodzi następny dzień. Tak jest i tu. Wszystko się uspokaja niknąc w chłodnej nocy.
Duchy nie lubią egzorcyzmów, ale drwią z nich. Nie jest to muzyka przerażająca rodem z twórczości Wojciech Kilara, czy Eliotha Goldenthala. To jest Horner i film dla dzieci, więc utwór jest śmieszny, porywa nas do tańca, przypomina raczej marsz spoconych grubasów, niż zasuszonych ascetycznych egzorcystów.
Początek to dziecięca kołysanka pełna wspomnień i nieskrępowanej dziecięcej radości, na którą powoli nakłada się mgła hornerowskich instrumentów. W pewnej chwili mleczna poświata podnosi się i całość wybucha siłą sztucznych ogni. Wtedy to majestatycznie zaczyna kształtować się główny temat. Za oknem księżyc topi swe wiosła w głuchej toni morza, a niema mleczność tej eterycznej istoty - dobrego duszka Cacpra - jest dla nas ukojeniem. Gdy słyszę ten fortepian, zawsze brodzę w kudłatej bieli i czuję, że na świecie są rzeczy dziwne, niepojęte i niezrozumiałe. Kto wie może właśnie w tej chwili, gdy piszę te słowa (a Wy je czytacie...) wkoło nas przechadzają się napełnione poszumem fortepianu, dawno zapomniane, tajemne istoty. Kto wie...
Utwór typowo ilustracyjny oparty na jednym z pobocznych tematów, ciekawie orkiestrowany, co zawsze daje dużo satysfakcji przy słuchaniu. Ilekroć zatopię się w tą ścieżkę dochodzę do wniosku, że nawet tak trywialne czynności jak robienie śniadania mogą sprawiać ogromną przyjemność, jeśli tylko włożymy w nie serce.
W tym utworze znajduje się odpowiedź dlaczego tak bardzo lubię Jamesa Hornera. Dziecięce wspomnienia są czymś najwspanialszym, są freskami na ścianach naszej pamięci. Tylko od nas zależy, czy są one arcydziełami na miarę Giotta, czy tylko malarstwem niedzielnym sprzedawanym na rynkach polskich miast. W ścieżce tej czuć całą zadumę pojoną milczącym światłem dnia. Błękitna mgiełka smutku unosi się nad Cacprem, tym nadobłocznym stróżem, dobrym duszkiem. Ale nie na długo, bo wkrótce wiatry optymizmu rozwiewają mgły, tryska światło, piękno i soczystość. Prawdziwe wspomnienia pasą się na zielonych niniwach optymizmu, my zaś niesieni skrzydłami ulotnych fantazji poddajemy się iluzji. Problemy choć na chwilę nikną w źródle zapomnienia. Za chwilę jednak czar pryśnie, utwór się skończy, a my powrócimy do codziennej harówki.
Mimo iż duchy to istoty niematerialne, także umierają. Ich ciała rozpadają się na niematerialne atomy i duchy znikają z powierzchni ziemi raz na zawsze niknąc w bezdennej paszczęce otchłani. Utwór zaczyna się podniosłym "marszem złych duchów". Grube wełniane nici nut wiodą nas ku ostatecznej maszynie. Śmiech gwałtownie więźnie w gardle, króluje strach, który szybko jednak zmienia się w pulsującą nieziemskimi głosami śmierć. Lecz to znów jest tylko iluzja. Maszyna zostaje uruchomiona i Cacper może odzyskać ludzką postać. Napięcie wzrasta delikatnie potęgowane muzyką Hornera. Dobry duszek pragnie tylko jednego - być człowiekiem. Któż z nas tego nie pragnie. Żadna maszyna nam w tym jednak nie pomoże. To tylko kolejna iluzja czcicieli wymarłych ideologii.
To najpiękniejszy i najbardziej nostalgiczny utwór na płycie. Kołysanka nadobłocznego stróża, co utkany jest nicości. Jego pocałunek to muśnięcie słodkiego zefiru, mgielne dotknięcie cichej poświaty, która jest między snem, a jawą. Mała Kat zasypia, a księżyc, blady przyjaciel roni swe srebrzyste łzy w atramentowej toni snu. Mleczny towarzysz z małą łezką na błękitnej źrenicy rozpływa się w mroku. Świeca gaśnie.
Wspaniały wstęp. Krople rannej rosy kapią po pajęczych strunach fortepianu, budząc rajskiego motyla, który drżąco przeciąga skrzydła i zrywa się do lotu. Utwór ten to szerokie spektrum tematyczne. Jest to właściwie miniaturowa suita, zawierająca ciekawe wariacje na różne tematy towarzyszące Cacprowi - przyjacielskiemu duszkowi...
Tylko tego jednego pragnął Cacper. Choć przez chwilę być człowiekiem. Któż z nas tego nie pragnie. Prawda jest jednakże bolesna. To my częściej przypominamy duchy snujące się bez celu pomiędzy kominami miast, brudnymi stropami zszarzałych kamienic, elektrycznymi oczyma trupich bankomatów. Człowiek żyje momentem. Rodzi się z momentu, ginie w ciągu momentu. Ale ciche kroki wyobraźni mogą przemienić nas w ludzi, chociaż na chwilę, chociaż na moment. I Cacper staje się człowiekiem. W kląskaniu miodowego pianina Hornera ewoluuje, ulega transformacji. Ile razy kompozytor korzystał z tego charakterystycznego przejścia, które przypomina schody do nieba, na których chóry serafinów i cherubinów z lubością głaszczą nas po zasapanych policzkach. Cacper na moment stał się człowiekiem. Stańmy się i my się na moment ludźmi.
Zbliżają się napisy końcowe i wspaniały popis pędzla maestro Hornera. Dynamiczny swing spuszcza kurtynę teatru. Film się kończy, ale muzyka trwa, a my zauroczeni iluzją, kojeni dźwiękami wdychamy opary własnych półsnów i śnimy na jawie. Niech sen trwa wiecznie. Niestety to tylko iluzja, genialna muzyka, która powoli niknie w ciemnościach, jak karawela odkrywców za horyzontem nowych, nieodkrytych krain. Bez wątpienia muzyka z filmu Cacper jest jednym z najlepszych przykładów geniuszu Jamesa Hornera. Gdyby nie to, że miałem wrażenie, że jestem tylko marionetką w rękach kompozytora, przyznałbym tej ścieżce 6 gwiazdek. Chociaż z drugiej strony wolę być marionetką, niż znudzonym słuchaczem (vide Deep Impact) ... Wszystkie prawa do muzyki z "Casper" zawartej w klipach dźwiękowych należą do MCA Soundtracks. Na tej stronie została ona użyta jedynie w celach informacyjnych i nie powinna być rozpowszechniana bez pozwolenia. |
||||||||||||||||||||||||||||||||