|
Glory Autor recenzji: Łukasz Lizoń |
||
|
Tak można by określić moje początki związane z muzyką filmową. Zaczęło się to wszystko gdzieś na początku 1998 roku, kiedy to kupiłem pierwszy soundtrack. Była nim płyta z filmu "Ogniem i Mieczem". Wtedy twierdziłem, że polscy kompozytorzy są najlepsi w tym fachu. Jakże się myliłem... Nieświadomy tkwiłem w przekonaniu, iż muzyka filmowa kończy się na Krzesimirze Dębskim. Jakiś czas później zupełnie przez przypadek trafił w moje ręce soundtrack z Titanica Jamesa Hornera. Wówczas nazwisko Horner nie mówiło mi zupełnie nic, ale po przesłuchaniu płyty zrozumiałem, że trafiłem na wielkiego mistrza filmowej partytury, niezwykłą osobę, która swoimi kompozycjami momentalnie mnie oczarowała. Płytę, którą chciałbym wam przedstawić - Glory - powstała w 1990 roku, czyli dziesięć lat temu. W ciągu tego okresu kariera Jamesa Hornera nabrała szaleńczego rozmachu. Przełomem były trzy płyty: Apollo13, Braveheart, Titanic. Za tą ostatnią James otrzymał najwyższe wyróżnienie w przemyśle filmowym - Oscara, a także Złotego Globa. Po tak wielkich sukcesach James właściwie nie musi nikomu udowadniać ani nikogo przekonywać, że jest wybitnym kompozytorem mijającego stulecia. Dla każdego fana soundtracków będzie istnieć jedyna kwestia: czy uważać go za tego najlepszego, czy też ewentualnie za jednego z najlepszych. Niewątpliwie: ilu jest słuchaczy muzyki filmowej, tyle będzie różnych opinii na ten temat i podejrzewam , iż z wniosków można by stworzyć pokaźnych rozmiarów artykuł, więc nie będę dalej rozwijał tego zagadnienia, lecz skupię się teraz na płycie. Kiedy zamawiałem Glory miałem nadzieję, że zakup się opłaci, a wydane pieniądze (bagatela 63 zł. A propos cen kompaktów w Polsce. Uważam, i pewnie nie tylko ja, iż ceny płyt w naszym kraju są grubo za wysokie, oczywiście w porównanie ze średnią pensją, która obecnie oscyluje w granicach bodajże 1000 z kawałkiem złotych, toteż nie wszystkich stać na taki wydatek, nawet raz na kilka miesięcy. Z tego też powodu nie dziwmy się, że w Polsce piractwo kwitnie na potęgę.) nie pójdą w błoto. No i na szczęście opłacało się. Powiem więcej, każdy szanujący się fan soundtracków powinien mieć Glory u siebie na półce. Ale jednak czuje jakiś niedosyt po przesłuchaniu płytki. Nie jestem tylko pewien gdzie ma on swoje źródło. Czy w przesadnej powtarzalności głównego motywu muzycznego, a może w ogólnym czasie trwania płyty (tylko 43 min.)? A może w obydwu tych rzeczach. Jedno jest pewne są to jedyne wady jakie udało mi się wyłuskać i sądzę, że prócz tej powtarzalności, sam czas trwania Glory nie powinien wam za bardzo przeszkadzać. Te 43 minuty wynikają po prostu z dość krótkich utworów. Średnio trwają one 2-3 minuty (wyjątkiem są tutaj Preparations for Battle, Forming the Regiment, i Closing Credits). Duży plus należy przyznać kompozytorowi za ciekawe wariacje wokół kilku przewodnich tematów. Dzięki temu płyta nie wydaje się być aż tak nużąca. Moim zdaniem sztuką jest wymyślić kilka dobrych wątków muzycznych, ale jeszcze większą trudnością jest zaaranżować ten sam motyw na kilka różnych sposobów. Podobną sytuacja miała miejsce przy The Perfect Storm. Lecz tam, ze względu na bardzo długie utwory, sięgające nawet dziesięciu minut, mogło to bardziej irytować. Dobra stroną płyty są również chórki, a dokładniej The Boys Choir of Harlem. Horner przyzwyczaił swoich słuchaczy do tego elementu, więc gdy je (chórki) usłyszałem już w pierwszych sekundach płyty strasznie się ucieszyłem. Ciekawe, że na innych soundtrackach chórki tylko dopełniają całą muzykę, słyszeliśmy je niejako w tle. W Glory wiodą one główny prym. Brzmią niezwykle frontalnie, przez co płyta nabiera charakteru tajemniczości i nieziemskości. A już totalnie powalił mnie na kolana Charging Fort Wagner gdzie wokaliza chóru stylizowana jest na swoistą arię operową. Naprawdę czegoś takiego można słuchać bez końca. Kolejny plus: werble. W niektórych momentach rozlegają się jakby były wyjęte "żywcem" z pola walki okresu wojny secesyjnej. Doskonale zgrane z innymi instrumentami staja się atutem przemawiającym za tym, że w Glory warto zainwestować wspomniane 63 zł. Słowem zakończenia polecam obejrzenie filmu, gdyż wtedy ta muzyka nabiera pełnej mocy. Doskonałe kreacje stworzyli w nim Mathew Broderick i Denzel Washington (nagrodzony Oscarem). Podsumowując Glory to płyta, która ma swoje wady i zalety, jednak przewaga walorów stawia ją w grupie pozycji obowiązkowych "do przerobienia" przez fanów soundtracków. Zapraszam fanów muzyki |
||