
Z pozoru wydaje się, że to straszny gniot
-po pierwsze: nakręcony w całości amatorskimi kamerami
-po drugie: kosztował zaledwie 32 tys.$
-po trzecie: obsada to aktorzy - amatorzy
-po czwarte: czas projekcji - zaledwie 80 minut.
Jednak to, że film zrobiony został po amatorsku, jest jego największym atutem.
Ogladając "Blair witch project" ma się wrażenie, że to co zostało w nim przedstawione, wydarzyło się naprawdę.
Gdy widzimy filmy wysokobudżetowe z efektami, które kosztowały 100 mln $, to
doskonale wiemy, że oglądamy fikcję i zachowujemy pewien dystans.
Jednak ogladając "Blair witch project" ten dystans wyraźnie się w nas zaciera...i zaczynamy się bać, autentycznie bać.
Strach zaczyna z każdą minutą ogarniać nas coraz bardziej i bardziej, a jego kulminacja następuje w ostatniej scenie filmu.
Film zaczyna się dość nudnie.
Trójka młodych ludzi postanawia zrobić film dokumentalny, nawiązujacy do
miejscowych legend o wiedźmie z Blair, która to podobno kiedyś straszyła i
zabijała w pobliskich lasach.
Widzimy wywiady z mieszkańcami, ich opowieści zasłyszane z dziada pradziada, oraz
plotki od miejscowych dziwaków.
Obserwujemy pierwszy klaps, pierwsze ujęcia do filmu i rozmowy młodych
o niczym.
Docierają oni w końcu do lasu, gdzie zostawiają samochód i wyruszają dalej
na pieszą wędrówkę, do miejsc gdzie podobno urzędowała wiedźma.
Bohaterowie są sceptycznie nastawieni do opowieści o legendarnej czarownicy.
Pod koniec drugiego dnia natrafiają na dziwne, małe stosy kamieni, wyraźnie zrobione ludzką ręką. Jest ich siedem, czyli dokładnie tyle, ile dzieci zaginęło w tym lesie w 1940 roku.
Beztroska sielanka kończy się w nocy, gdy "filmowcy" słyszą bardzo
dziwne dźwięki nieopodal namiotu, a rankiem tracą orientację w terenie.
Trzeba przyznać, że pierwsza połowa filmu jest trochę nudnawa i widz
zaczyna się zastanawiać: kiedy coś się zacznie dziać?
Gdy już się zaczyna, to widz momentami modli się: kiedy to się już skończy?
Z utęsknieniem czeka na koniec filmu...i bynajmniej nie z nudów.
Na filmie, szczególnie pod koniec, byłem autentycznie oblany zimnym potem, a sama końcówka spowodowała, że serce o mało mi nie stanęło z przerażenia.
Film "Blair Witch Project" odniósł wielki suces kasowy w Stanach Zjednoczonych, gdzie od razu okrzyknięto go mianem "kultowego".
Obroty w samym USA sięgnęły poziomu 140 mln.$, co przy kosztach jego produkcji (32 tys.$), daje najbardziej dochodowy film w historii kina!
W Polsce wielkiej furory (przynajmniej kasowej) temu filmowi nie wróżę. Głównie z tego powodu, że w USA ogromne rzesze ludzi wybrały się na niego zachęceni informacjami, które pojawiły sie w internecie. Pisano tam z początku, że film przedstawia autentyczne materiały, a trójka studentów naprawdę zaginęła w lasach nieopodal Burkittsville.
Teraz, gdy film dotarł do Polski, wszyscy już wiedzą że jest to fikcja i materiały w sieci były po prostu bardzo sprytnym zabiegiem reklamowym.
Na pierwszych seansach w kraju nie pojawiło się wielu ludzi, a szkoda, gdyż film jest naprawdę znakomity. Głównie za sprawą nowatorskiego pomysłu. Reżyserzy Daniel Myrick i Eduardo Sanchez, ze swoim pomysłem trafili w dziesiątkę w rynek przesycony filmami naszpikowanymi do granic możliwości efektami specjalnymi.
Amatorów strachu i to strachu przez duże "S", gorąco zapraszam do kin!
W skali od zera do dziesięciu, daję temu ubrazowi dziesięć punktów!

Tytuł oryginalny: THE BLAIR WITCH PROJECT
Reżyseria: Daniel Myrick i Eduardo Sanchez
Obsada: Heather Donahue, Joshua Leonard, Michael Williams
Rok produkcji: 1999
Czas projekcji: 80 min.
AUTOR RECENZJI:
Marcin Majewski - MAJA