"Kciuk w górę"
Doszły mnie słuchy, że nowy Cesarz Imperium rzymskiego - niejaki Kommodus,
zorganizował na cześć swojego zmarłego ojca - Marka Aureliusza; Igrzyska
mające trwać ponad 150 dni. Nie mogłem przegapić takiej okazji! Niestety,
zainteresowanie społeczeństwa ową imprezą, w dniu jej premiery było na
tyle duże, iż dopiero drugiego dnia trwania igrzysk dostałem na nie
bilet. Gdy już zgasło światło w naszym zadaszonym koloseum, wraz
z innymi widzami przeniosłem się do starożytnego Rzymu...
Wydarzenia jakich byłem świadkiem, postaram się Wam przekazać jak
najdokładniej, by realizować życiowe credo Maximusa;
"Nasze czyny za życia, brzmią echem w wieczności".
Generał Maximus (prawa ręka ustępującego Cesarza Rzymu), wygrywa właśnie
ostatnią bitwę i zamierza udać się na zasłużony odpoczynek, otaczając się
miłością żony i synka. Jednak Cesarz Marek Aureliusz ma co do niego
nieco inne plany. Ufając Maximusowi w stu procentach, postanawia powierzyć mu
ster, którym miałby on kierować państwem rzymskim. W momencie
gdy Maximus zastanawia się nad przyjęciem propozycji Cesarza, Kommodus
czując że został przez ojca pokrzywdzony, decyduje za nich trzech.
Dążąc do władzy, będący życiowym nieudacznikiem Kommodus, nakazuje
zamordować żonę i synka Maximusa. Nie inny los czeka samego Generała,
który zostaje przez uzbrojonych Pretorian wyprowadzony poza teren obozu, gdzie
ma zostać zabity. Bogowie nie chcą jednak jego śmierci. Maximus trafia
jako niewolnik do szkoły gladiatorów w wiadomym z góry celu. Nie musi jednak
pobierać w owej szkole żadnych
nauk, gdyż lata spędzone na wojnach uczyniły z niego perfekcyjną maszynę
do zabijania, co skwapliwie wykorzystuje podczas kolejnych walk, zdobywając
popularność wśród widowni, kolegów "po fachu", a w końcu w samym Rzymie, podczas
walk w Koloseum. Maximus po przelaniu wielu litrów krwi, trafia w końcu
w pobliże Cesarza Kommodusa. A to dopiero połowa historii...

Przeczytałem w pewnej poczytnej gazecie, artykuł o filmie "Gladiator",
w którym nagłówek brzmiał "Gladiator bardziej jest podobny do przygodowego
Ben Hura, niż ambitnego Spartakusa Stanleya Kubricka". Według mnie jest
zupełnie na odwrót, gdyż to właśnie "Ben Hur" zdawał się być filmem poważnym,
gdzie ścieżki Judy Ben Hura co rusz przecinały się z drogą życiową Jezusa.
Spartakus był natomiast filmem zrobionym większym nakładem sił i środków.
W wielu scenach widać było większy niż w "Ben Hurze" rozmach. Mimo tego,
"Spartakusa" podobnie jak i "Gladiatora" nie potrafię nazwać filmem ambitnym.
Film Ridleya Scotta nie uniknie też porównań z obrazem Mela Gibsona, czyli
słynnym "Braveheartem". Moim zdaniem, szala przechyla się w tym miejscu na
korzyść tego drugiego. W "Gladiatorze" sceny akcji są chwilami zbyt szybkie,
zbyt dynamiczne, by móc do końca napawać się wysokim kunsztem ich wykonania.
Ridley Scott stosuje w scenach walk gladiatorów zbyt szybki montaż, kamera
jest nazbyt rozedrgana, aby móc odebrać walkę nie tylko wzrokiem i słuchem,
ale i sercem. O dziwo, ogólnie "Gladiator" zrobiony jest "na piątkę",
ale dziwnym trafem żadna scena walki nie utkwiła mi w pamięci.

Głównym bohaterem "Gladiatora" jest... Koloseum. To właśnie krótkie sekwencje
pokazujące tę wielką budowlę wygenerowaną w trzewiach komputera, potrafią
wbić widza w fotel i dosłownie zaprzeć dech w piersiach. Scenografia jest zresztą
najsmaczniejszym kąskiem w daniu zwanym "Gladiator". Możemy tylko
spojrzeć w przyszłość i pomyśleć, jaki biedny los czeka naszą polską
produkcję; "Quo Vadis" Jerzego Kawalerowicza i jak biednie wypadnie koloseum
w polskim wydaniu. Użyję tu słów mojego kolegi Marcina: "Quo Vadis ma
przerąbane"
Kommodus - mroczna postać z problemami i rozterkami. Joaquin Phoenix
zagrał tę rolę perfekcyjnie, spychając chwilami Russella Crowe na drugi plan.
Pokazał wewnętrzne rozdarcie swojej postaci, dążenie do władzy, bezustanne
próby "zostania kimś". Kommodus w wykonaniu Phoenixa jest chwilami wrażliwym
synem, tudzież zdradzieckim skrytobójcą, w innej znów sytuacji skrzywdzonym
człowiekiem nie mogącym poradzić sobie z własną osobą. Joaquin Phoenix
wyważył rolę idealnie, nie popadając zbytnio w przesadę, pokazując
szaleństwo i smutek - chwilami jednocześnie. Po ciekawej roli "zielonowłosego"
pomocnika Nicolasa Cage'a z filmu "8mm" Joela Schumachera, Phoenix pokazał
w "Gladiatorze", że pomimo braku urody amanta jest doskonałym aktorem
charakterystycznym (?) i że wszystko w świecie filmu jest jeszcze przed nim.
Maximus - w tej roli Russell Crowe miał do pokazania nieco mniej niż
Phoenix, bo tylko chęć zemsty, bojową postawę i smutek wymalowany na
twarzy. Crowe przyzwyczaił nas już jednak do rewelacyjnych występów przed
kamerą (nominacja do Oscara za rolę w "Informatorze" Michaela Manna).
Do roli Maximusa musiał zrzucić kilkanaście kilogramów nadwagi, nabrać
sprawności fizycznej i nauczyć się władać mieczem. Wyszła z tego bombowa
mieszanka. Maximus w wykonaniu Crowe'a jest równie tajemniczy, co uparty,
kochający co nienawidzący... ogólnie rola na medal.

Równie ciekawie jak główni bohaterowie, wypadły na ekranie
postacie drugoplanowe, z nauczycielem gladiatorów Proximo - (zmarłym na planie)
Oliverem Reedem, grającym postać Marka Aureliusza Richardem Harrisem
i odtwarzającą rolę siostry Kommodusa Connie Nielsen na czele.
Ridley Scott - twórca kultowych już dzisiaj "Alien" i "Blade Runner",
niezłych "Black rain" i "Thelma & Louise" czy zupełnych
niewypałów takich jak "G.I. Jane" i "Sztorm"... na nowo zdobywa
serca kinomanów na całym świecie. Ryzyko nakręcenia "Gladiatora" było
podobne do tego, podczas kręcenia "Water world" czy "Titanica". "Water world"
poszedł jak wiemy na dno, jako finansowa klapa, "Titanic" poszedł na dno
tylko na ekranie - zarabiając grube pieniążki w kinach, a "Gladiator"
mógł legnąć w gruzach... tak się jednak nie stało. Widać, współcześni
zatęsknili za starożytnością...
Parafrazując słynne w ówczesnym Rzymie powiedzenie;
"Piszący niniejszą recenzję pozdrawia Was!"
I pamiętajcie; nie wolno odwracać się do Cesarza plecami...
UNIVERSAL PICTURES & DREAMWORKS przedstawia:
Tytuł oryginalny: Gladiator
Produkcja: USA 2000
Reżyseria: Ridley Scott
Obsada: Russell Crowe, Joaquin Phoenix, Richard Harris, Oliver Reed, Connie Nielsen
Zdjęcia: John Mathieson
Czas: 155 min.
AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX