
"Freedom & Independence?"
Roland Emmerich, to obok Wolfganga Petersena jeden z twórców najbardziej
patriotycznych filmów, traktujących o wspaniałym narodzie amerykańskim.
Przypomnijmy tylko takie tytuły jak "Dzień niepodległości" (Emmericha)
i końcową przemowę prezydenta USA (Bill Pullman), lub "Air Force One"
(Petersena) i zmagania "najpotężniejszego" człowieka na ziemi z
terrorystami, którzy przejęli kontrolę nad prezydenckim "747".
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że obaj panowie są
z pochodzenia Niemcami!
Podobnie sytuacja wygląda w przypadku najnowszego (drugiego
z wytwórni "Centropolis") filmu Rolanda Emmericha - "Patriota"
z Melem Gibsonem w roli tytułowej.
Rok 1773.
Poznajemy schematyczną
(niestety) do bólu postać Benjamina Martina, którego (jakżeby inaczej)
dręczą koszmarne wspomnienia z wojennej przeszłości. Obecnie
Benjamin wychowuje siedmioro dzieci i za wszelką cenę unika
niepotrzebnego ryzyka uczestnictwa w walkach, przez co zaczyna
być postrzegany jako tchórz i NIE patriota.
"Musiała góra do..."
Wojna wkracza wprost w progi domu bohatera, siłą odbierając mu
upragniony spokój i szczęście. Benjamin Martin sięga
po wysłużone "narzędzia walki" i rusza na wojenną ścieżkę.

Już tytuł filmu zapewnia widza, że będzie dużo "patriotycznych"
tekstów, wzniosłych przemówień i mnóstwo "trzepotających" na wietrze flag.
Jeżeli lubimy "mdłe" teksty - nie zawiedziemy się. Jeżeli natomiast
mamy już dość czczego prawienia na tematy, jakie to USA
(wówczas jeszcze jako 13 amerykańskich kolonii) jest wielkie,
ludzie wspaniali, a ideały nieskazitelne i czyste,
to proponuję "wyjść z kina".
Osobiście przesiedziałem 160 minut na "Patriocie", tylko
dla scen batalistycznych, których wykonanie stało na dość wysokim poziomie.
Szczególnie polecam ujęcia z "szalejącymi" w tłumie żołnierzy armatnimi
kulami!
O muzyce w filmie litościwie nie wspomnę (a co właśnie teraz robię?).
Nie pasująca do niczego, zupełny brak klimatu i żadnego motywu, który można by
nucić "pod nosem" po wyjściu z seansu. Aż wstyd napisać, że jej twórcą
był sam John Williams...
"Patriota" proponuje nam dwa nagłe zwroty akcji. Tak - potrafią zaskoczyć,
jednak po dłuższym namyśle stwierdzamy, że były naciągnięte maksymalnie, aby
tylko "zaskoczyć widza czymś nowym" (widać Emmerich pozazdrościł nowatorstwa
filmom "The 6th sense" czy "Fight Club").
Czymś nowym było również przedstawienie oddziałów angielskich jako "szwadronów
śmierci" (Emmerich - Niemiec, odpłaca pięknym za nadobne?), przez co ponoć
w Wielkiej Brytanii film został przez niektóre kręgi społeczeństwa zbojkotowany
i zabroniono wyświetlania go w wielu brytyjskich kinach. Przypomnijmy jednak w tym
miejscu Spielbergowskiego "Szeregowca Ryana" i dość niehumanitarne postępowanie
z jeńcami, w wykonaniu Amerykanów... O co więc tyle krzyku przy okazji "Patrioty"?
To jak zwykle "Wiele hałasu o nic"... wszak lata temu, kina w Wielkiej Brytanii
zbojkotowały "Mechaniczną pomarańczę" Stanleya Kubricka, a większość kin
na świecie zaniechała wyświetlania "Ostatniego kuszenia Chrystusa" Martina Scorsese.
Widać ludziom wciąż się nudzi... więc coś bojkotować (dla zabicia czasu) muszą.
Aktorstwo w "Patriocie" stoi na dobrym, żeby nie rzec - wysokim poziomie.
Szczególnie wyróżnia się tu "czarny charakter", dowódca oddziału Anglików,
który "nadeptuje" głównemu bohaterowi na odcisk.
Świetną kreację stworzył Heath Ledger, jako ambitny i idący w ślady ojca (Benjamina)
syn. Mel Gibson zagrał na swoim poziomie, wyciskając z roli ile się dało - chociaż
oscarowa gra to nie była...

Roland Emmerich po ostrym starcie w Hollywood ("Universal Soldier" i "Gwiezdne wrota")
nakręcił mega hit - "Dzień niepodległości" o którego wartościach artystycznych
czy nawet "zdroworozsądkowych" nie ma co mówić, oraz zupełny niewypał,
jakim była amerykańska adaptacja "gumowego potwora", który pomimo miernej
gry aktorów i bezsensów scenariusza - dzięki nachalnej kampanii reklamowej,
co miał zarobić - zarobił. W "Patriocie" Emmerich poszedł w kierunku kina nieco
ambitniejszego, co - trzeba przyznać, wyszło mu całkiem nieźle.
Nie wiem jednak jak Wy, ale ja czekałem z cichą nadzieją, aż Mel Gibson w pewnej
chwili wyjdzie na pole walki z twarzą pomalowaną na niebiesko i krzyknie;
"I am William Wallace!" ... i jakby na "Patriotę" nie patrzeć i nie
unikać porównań do "Braveheart", tak film wydaje się tylko mierną kalką
zmagań dzielnego Szkota z armiami Anglików. Nie ten klimat, nie ta muzyka,
nie ten Gibson...
Produkcja: Universal/Regency 2000
Tytuł oryginalny: The Patriot
Tytuł poslki: Patriota
Reżyseria: Roland Emmerich
Obsada: Mel Gibson, Heath Ledger, Tcheky Karyo, Jason Isaacs, Tom Wilkinson
Scenariusz: Robert Rodat
Zdjęcia: Caleb Deschanel
Muzyka: John Williams
Czas trwania: 160 minut
Dystrybucja kinowa w Polsce: SYRENA
AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX