|
T. Love
Antyidol
Pomaton
OCENA: 3/5
Obawiałem się, że nagrywanie tej płyty w Londynie skończy się przekombinowaniem. Na szczęście stało się odwrotnie.
Nie lubię sepleniących wokalistów, dlatego za T.Love nigdy nie szalałem. Doceniam jednak fakt, że jest to jeden z tych nielicznych polskich zespołów, które - niczym Kult - od lat nagrywają w miarę równe płyty, kupowane przez ich wierną publiczność. Na przestrzeni 7 albumów (nie licząc składanek) ekipa Muńka przeszła już ostrą fascynację Stonesami (Pocisk miłości), pierwotną siłą rock'n'rolla (Prymityw) i melodyjnością britpopu (Chłopaki nie płaczą). Tym razem nastąpił przeskok od przyjaznych radiu, jajcarskich piosenek, do łobuzerskich riffów, które sprawiają, że ręka sama się majta w powietrzu, udając strun szarpanie (133). Przypomina to surowy klimat Prymitywu, ale nie do końca. Słychać bowiem na Antyidolu fascynację Muńka ostatnimi dokonaniami Blur (Anty brzmi jak Song2), słuchać też przywiązanie do staroci - choćby Marleya (cover Ambicji Deadlocka) i The Clash (Piosenka w rytmie
ska). Wynikła z tego fajna, sepleniąca, rock'n'rollowa płyta. Jej największą bolączką jest brak zdecydowanych hitów, które - tak jak kiedyś Wychowanie, Warszawę, a potem Chłopaki nie płaczą - mógłby nucić wraz z Muńkiem cały naród. Trochę szkoda. (Marcin Prokop)
|
|