|
|
|
Adam Ziółkowski
J.R.R.
Tolkien
albo baśń zrehabilitowana
Drugie
polskie wydanie Władcy Pierścieni Johna Ronalda Reuela
Tolkiena i ukazało się dokładnie dwadzieścia lat po
pierwszym. W obu wypadku czytelniczy odzew był
diametralnie inny. Jeśli chodzi o pierwsze, to pamiętam,
że jeszcze w roku 1965 w niektórych księgarniach
Poznania można było wypatrzyć charakterystyczną okładkę
Powrotu Króla w czarne i wiśniowe pasy; gwoli
sprawiedliwości przyznać trzeba, że trzecia część
trylogii ujrzała światło dzienne zaledwie dwa lata
wcześniej, ale nie zmienia to faktu, że to wydanie
monumentalnego dzieła Tolkiena przeszło niemal nie
zauważone, podczas gdy drugie nie zdążyło znaleźć
się na półkach księgarskich, zniknęło bowiem spod
lady. Ale też gdy w roku 1961 znakomite tłumaczenie
Marii Skibniewskiej było trzecim, po holenderskim i
szwedzkim, przyswojeniem Władcy Pierścieni nie anglojęzycznemu
czytelnikowi, w roku 1981 trylogia była już w pełnym słowa
znaczeniu dziełem literatury światowej, przetłumaczonym
na niemal wszystkie główne języki świata. W międzyczasie
byliśmy świadkami narodzin kultu Tolkiena, na masową
skalę zapoczątkowanego w roku 1966 na campusach
uniwersytetów amerykańskich oraz wydania w roku 1977, w
cztery lata po śmierci pisarza, Silmarillionu,
prawdziwego dzieła jego życia, a także jego znakomitej
autoryzowanej biografii pióra Humphreya Carpentera,
prawdziwej Biblii tolkienologów i tolkienomanów. -
Aż do ukazania się Władcy Pierścieni baśń
zdegradowana była w naszej cywilizacji do statusu
literatury dziecięcej. Degradacja ta opierała się na
przekonaniu, jakoby tylko dzieci były w stanie
"uwierzyć" w bajki i baśni i jakoby wiara
taka, naiwna i bezkrytyczna, była warunkiem akceptacji
baśniowego utworu. Rozczzytywanie się w baśniach miało
być obrazą rozumu, wymagało bowiem rzekomo świadomej
rezygnacji z krytycyzmu, wmawiania sobie na siłę rzeczy
i spraw nieistniejących i nie mogących zaistnieć.
Wydaje się jednak, że w istocie nie te względy
decydowały o relegacji baśni do pokoju dziecinnego:
wystarczy wszak wymienić krasnali na zielonych ludzików
i czarnoksiężników na genialnych konstruktorów, oraz
umieścić akcję nie za górami za lasami, ale w innej
galaktyce, a już opowieść awansuje do szacownego; z
gruntu "dorosłego" gatunku science-fiction.
Niebłahą rolę odgrywają tu zapewne modne mity postępu
i scjentyzmu; wróżki i elfy są obrazą rozumu
wychowanego w tradycji pozytywistycznej chyba i dlatego,
że tradycyjnie występują w świecie modelowanym na
obraz znienawidzonego przez progresistów Średniowiecza.
Futurystyczna science-fiction i osadzony współcześnie
horror - równie wszak nierealne a zatem, wydawać by się
mogło, równie "nonsensowne" - traktowane są
na zupełnie innych prawach.
W kulturze, która ustami jednego ze swych największych
koryfeuszy nazwała mitologię "chorobą języka",
mit i baśń stały się terenami łowieckimi, po których
buszowali antropologowie, badacze folkloru i historycy
idei w poszukiwaniu wspólnych motywów i archetypów, wpływów
i zapożyczeń. Czerwony Kapturek Perraulta i braci Grimmów
był dla nich "tą samą" powiastką mimo
fundamentalnej różnicy przekreślającej wszelkie
podobieństwa, tej mianowicie, że w wersji francuskiej
wilk pożarł dziewczynkę raz na zawsze, w niemieckiej
zaś jedyną ofiarą jest właśnie wilk. Po obróbce
naukowej baśnie i mity dostawały się w ręce adaptatorów,
którzy trywializowali je, to jest we własnym mniemaniu
przystosowywali do potrzeb małoletnich czytelników,
jedynie rzekomo zdolnych do ich recepcji.
Takim był świat 25 listopada 1936 roku, kiedy to w
Akademii Brytyjskiej wygłoszono wykład pt. Beowulf:
potwory i krytycy. Wbrew innym komentatorom, widzącym w
anglosaskim eposie bezładną składankę różnych
tradycji literackich, autor wykładu uznał Beowulfa za
wielki poemat heroiczny, dzieło wybitnego talentu
poetyckiego i wspaniałej wyobraźni. "Pewien człowiek
odziedziczył pole usiane gruzami zamku, który stał
niegdyś w tym miejscu. Część kamieni zużyto już
wcześniej do budowy domu, w którym mieszkał obecnie,
niedaleko siedziby przodków. Z reszty gruzu człowiek
ten wzniósł wieżę. Ale jego przyjaciele zauważyli ad
razu, bez wchodzenia na stopnie, że kamienie, z których
ją zbudowano, pochodzą z dawniejszej budowli. A więc
rozebrali ją, nie szczędząc sił i środków, by
dotrzeć do ukrytych ornamentów i inskrypcji oraz by
ustalić, skąd przodkowie człowieka sprowadzili
budulec. Niektórzy, podejrzewając występowanie w tym
miejscu pokładów węgla, zaczęli ryć pod wieżą,
zapominając o ruinach. Wszyscy mówili: >Jakże ciekawa
jest ta wieża<, ale zaraz dodawali, uprzednio ją
rozebrawszy: >Jakiż panuje w niej bałagan<. Nawet,
jego potomkowie, po których można było spodziewać się
większego zrozumienia dla zamierzeń rodzica, mówili
nieraz półgłosem: >Co z niego za dziwak? Po cóż mu
było marnować kamienie na bezsensowną wieżę?
Dlaczego nie odbudował raczej starego zamku? Gdzie u
niego zmysł proporcji?> A tymczasem ze szczytu swej wieży
człowiek ten miał widok na morze."
Autorem wykładu był J. R. R. Tolkien, profesor
filologia staroangielskiej w Oksfordzie, wówczas już
autor Silmarillionu i Hobbita. Jako naukowiec i jako twórca
był więc Tolkien, jak nikt, powołany do przywrócenia
baśni i mitowi należnego im miejsca wśród wytworów
ludzkiej kultury. W najbardziej bezpośredniej formie
uczynił to w eseju On Fairy-stories (O baśniach), wygłoszonym
pierwotnie 22 marca 1939 roku jako wykład ku czci Andrew
Langa, skądinąd najbardziej notorycznego z anglojęzycznych
adaptatorów, który wraz ze swą żoną w dwunastu
tomach "spłycił oraz uprzystępił" - by posłużyć
się zwrotem Jeremiego Przybory - dzieciom angielskim
wszystkie możliwe baśnie, mity i podania. W eseju swym
Tolkien podkreśla przede wszystkim suwerenność baśni
jaka gatunku i jako indywidualnego utworu. Podejście
antropologiczne, traktujące wszystkie opowiadania, w których
występuje wspólny motyw, jako "jedną i tę 'samą"
historię, jest barbarzyństwem, w literaturze bowiem,
podobnie jak w całej sztuce, liczy się przede wszystkim
niepowtarzalna specyfika utworu, jego koloryt, atmosfera,
wszystko, co nosi na sobie piętno indywidualności twórcy.
Autonomia baśni jako gatunku zasadza się na tym, że
należy ją traktować serio, jako baśń, ani mniej, ani
więcej; nie odrzucać zaś z lekceważeniem jej treści,
ani też nie doszukiwać się w niej drugiego dna
ukrytego przed wzrokiem profanów. Czynienie z baśni
"powieści z kluczem", której właściwy sens
odsłaniałaby dopiero interpretacja alegoryczna, jest
nieporozumieniem. Baśń jest tworem ludzkim dla ludzi,
stąd nieobce ::ą jej ludzkie problemy, ale tylko te
najgłębsze, najbardziej podstawowe. Baśń może być
mitem - jest wówczas perłą swego gatunku - ale nigdy
nachalną alegorią, do której Tolkien zalicza też mity
natury.
Baśń jest bowiem gatunkiem literackim godnym szacunku.
Wyrasta z najgłębszych ludzkich pragnień: wyzwolenia z
pęt czasu i przestrzeni, porozumiewania ze wszystkim, co
istnieje. Przede wszystkim zaś w niej właśnie objawiają
się najpełniej możliwości języka. Umył ludzki
potrafi abstrahować i generalizować, dzięki czemu np.
rozdziela zjawisko trawazielona, na substancję - trawę
i jej własność - zieleń. Oddzielenie przymiotnika od
rzeczownika, przydawki od podmiotu, jest czarem większym
niż wszystkie: zaklęcia świata baśni, które nie są
też niczym innym, jak nadawaniem rzeczownikom innych
przymiotników niż te, które są ich atrybutami w świecie
realnym. "Umysł, który stworzył takie pojęcia
jak lekki, ciężki, szary, żółty, nieruchomy, szybki,
wynalazł też czary przeistaczające szary ołów w żółte
złoto, a martwy kamień w żywą wodę. Jeżeli
potrafimy uzyskać zieleń od trawy, błękit od nieba i
czerwień od krwi, posiadamy już pierwszy stopień władzy
czarodziejskiej. Z kolei budzi się w nas pragnienie użycia
tej władzy, ograniczonej dotąd do naszego umysłu, w
innym, zewnętrznym świecie... Możemy przyodziać lasy
w srebrne liście a barany w złote runo, możemy też
zapalić ogień w trzewiach zimnego gada. Nazywają to >fantazjowaniem<,
ale owa fantazja rodzi nowe byty; rozpoczyna się baśń;
człowiek zostaje subreatorem".
Pojęcie subkreacji jest jądrem Tolkienowskiej koncepcji
baśni. Baśń jest bowiem nie tylko opowieścią o baśniowych
istotach, ale i o świecie przez nie zamieszkałym.
"Faerie (świat baśni) zawiera wiele innych elementów
prócz elfów i wróżek, oprócz krasnali, czarodziejów,
trollów, olbrzymów i smoków: są w nim morza, słońce,
księżyce, niebo oraz ziemia ze wszystkim, co na niej:
drzewem i ptakiem, wodą i kamieniem, winem i chlebem, a
także nami, śmiertelnymi ludźmi, o ile poddamy się
jego czarowi". Wyobraźnia, pozwalająca umysłowi
ludzkiemu tworzyć obrazy rzeczy nieistniejących, nie
wystarcza do stworzenia baśni - należy w tym celu nadać
owym czystym wytworom umysłu wewnętrzną spoistość świata
realnego, stworzyć wtórny względem niego świat, w którym
byłyby u siebie. Coleridge uważał, że warunkiem
powodzenia baśni jest "willing suspension of
disbelief" (samochcące zawieszenie niewiary).
Nieprawda, odpowiada Tolkien, trzeba, by autor okazał się
dobrym subkreatorem, by umysł czytelnika bez przeszkód
poddał się prawom kreowanego przezeń świata. A to
wymaga nie byle jakiego kunsztu, bowiem wewnętrzna spójność,
podporządkowanie obowiązującym prawom natury i logiki,
muszą. być w świecie baśni równie całkowite, co w
świecie realnym. Najmniejszy zgrzyt, niekoherencja, fałszywa
nuta wystarczy, by zrodziła się niewiara w subkreowany
wtórny świat, by prysnął czar. Uwolnienie od jarzma
tyranii faktów, obserwowanych w świecie realnym, nie
oznacza, jak się to zwykło uważać, całkowitej
swobody, anarchicznej i alogicznej. Wręcz przeciwnie:
fantazja (terminem tym Tolkien obejmuje zarówno sztukę
subkreacji jak i cudowność, niezwykłość jej wyrazu)
wymaga żelaznej konsekwencji i nie mniejszej
samokontroli. Znacznie łatwiej wszak uzyskać wewnętrzną
spójność w świecie pierwotnym, gdzie większość
elementów pochodzi z obserwacji realnej rzeczywistości,
niż w świecie wtórnym, gdzie wszystko musi być dziełem
twórcy. Powiedzieć zielone słońce może każdy. Ale
stworzenie wtórnego świata, w którym zielone słońce
byłoby na miejscu, w którym narzucałoby się jako
oczywiste, wymaga wielkiego wysiłku intelektu, wyobraźni
i woli, elfich uzdolnień, jakby powiedział Tolkien. Ale
też gdy takie przedsięwzięcie się powiedzie, jest
dziełem sztuki najwyższego lotu. Jeżeli indywidualne
piętno, nadane dziełu przez twórcę, uznać za
kryterium artyzmu, wówczas udana baśń, w całości, do
najdrobniejszych szczegółów stworzona przez autora,
jest najczystszym, najbardziej oddziaływującym dziełem
sztuki narracyjnej.
Strona artystyczna dzieła to jedno, jego wymowa moralna
to drugie. 1 pod tym względem baśń jest w stanie
dostarczyć przeżyć nieporównanie intensywniejszych i
wznioślejszych niż inne gatunki literackie. Tolkien
wymienia trzy funkcje baśni: przejrzenie albo
uzdrowienie, ucieczkę oraz pocieszenie. Pierwsza z nich
płynie z tego, że baśń, jako osadzona w świecie wtórnym,
z samej swej istoty nie porusza problemów specyficznych
dla czasów, w których została stworzona, pomija całą
doczesność epoki, wszystkie sprawy dnia dzisiejszego
(wyjątkiem jest alegoryczna opowieść z kluczem, ale
jej Tolkien odmawia szczytnego miana baśni). Tym, co może
być wspólne dla obu światów: pierwotnego względem twórcy
i wtórnego, będącego jego kreacją, są zasadnicze
problemy ludzkiej egzystencji, takie jak dobro i zło,
przeznaczenie i opatrzność - stąd właśnie wielkie, głębokie
baśnie bywają zazwyczaj mitami. Ale to nie wszystko. Świat
baśni dzieli ze światem realnym ogromną większość
swych elementów: w obydwu rosną drzewa, śpiewają
ptaki, płyną rzeki, świeci słońce, ludzie żyją i
umierają. Wszystko to, w świecie pierwotnym tak
spowszedniałe, tak wyświechtane, że aż niewidoczne,
objawia się w świecie wtórnym w całej wyrazistości.
Uzdrowienie, powrót przez baśń do spraw podstawowych,
jest wielkim myciem okien na świat.
Głosząc, iż ucieczka (escape) jest jedną z głównych
funkcji baśni, Tolkien odrzuca mieszaninę litości i
pogardy otaczające to słowo, a zwłaszcza jego pochodną
- eskapizm. Co w tym złego, że człowiek, znalazłszy
się w więzieniu, pragnie wyrwać się na swobodę? A jeśli
przekracza to jego możliwości, że myśli i mówi o
sprawach innych niż mury więzienne, kraty i strażnicy.
Oponenci ucieczki przedstawiają przewrotnie wydostanie
się więźnia na swobodę jako ucieczkę dezertera;
podobną pogardą i nienawiścią otaczają towarzyszy
ucieczki - wyrażając odrazę, gniew, potępienie i
bunt. Potulność quislingów przedkładają nad opór
patriotów. We wtórnym świecie baśni nie ma lamp
elektrycznych, jej twórca jest eskapistą. To zresztą
nie wszystko, bo wróg ucieczki nie ma gwarancji, że twórca,
który wyrugował żarówki ze swej baśni, nie przejdzie
nagle do rozbijania latarni ulicznych we wspólnym dla
obydwu świecie realnym, chętnie zastępuje więc
eskapizm jeszcze bardziej perfidnym, bardziej oszukańczym
mianem reakcji. Tymczasem ucieczka jest sprzeciwem wobec
bezmyślnej akceptacji wszystkiego, co czas niesie. Chęć
ucieczki, nie od życia, ale od piekła, które człowiek
sam sobie zgotował, płynie z uświadomienia sobie
szpetoty tworów świata realnego i zła, jakie niosą.
Pocieszenie jest zasadniczo innym aspektem ucieczki. Jak
tragedia jest najwyższą formą dramatu, tak prawdziwa
baśń musi mieć szczęśliwe zakończenie. Zakończenie
jest zresztą złym słowem, bo baśnie nie mają końca,
jak nie mają go najprostsze i najbardziej podstawowe
sprawy będące ich tematem. To, co niesie pocieszenie,
Tolkien nazywa eukatastrofą, dobrym, szczęśliwym
przesileniem w sytuacji, gdy wszystko wskazywało na
zwycięstwo zła. Ale eukatastrofa ma szczególny
charakter. Nagła i cudowna interwencja sił, które ją
spowodowały, jest szczególnym zbiegiem okoliczności,
jest aktem łaski, na którego powtórzenie w przyszłości
nie należy liczyć, nie uczy więc bierności i
kwietyzmu, niesie tylko nadzieję. Nie przeczy istnieniu
dyskatastrof klęski i rozpaczy, odrzuca natomiast, mimo
nieustannych tryumfów zła, ostateczną i całkowitą
przegraną i jako taka zasługuje na miano dobrej nowiny.
Ów ewangeliczny aspekt baśni w połączeniu z faktem,
że akt subkreacji jest naśladowaniem, a przez to i hołdem
złożonym Stworzeniu, czynią baśń - zdaniem Tolkiena
- gatunkiem literackim par excellence chrześcijańskim.
Wygłaszając wykład ku czci Andrewa Langa, Tolkien miał
już za sobą około piętnastu rozdziałów Władcy Pierścieni:
rozprawiając o baśni deklarował jednocześnie przed
nieświadomym rzeczy audytorium swoje intencje co do dzieła,
któremu miał poświęcić łącznie dwanaście lat życia,
a które dla wielu zagorzałych miłośników jest nie
tylko największym osiągnięciem literackim wszechczasów,
ale też najdroższą własnością, ukochaniem, nieomal
pismem świętym. Władca Pierścieni był wszakże - i
jest do dzisiaj - w równej mierze zaskoczeniem co
objawieniem. Tolkien miał wszak poprzedników i to nie
byle jakich: William Morris, lord Dunsany, George
Macdonald, by wymienić najwybitniejszych, przecierali
przed nim szlaki baśni w nowoczesnej literaturze; do baśniopisarzy
należałoby też zaliczyć, mimo wszelkich zastrzeżeń,
klasyka horroru Arthura Machem - a mimo to żaden z nich
ani ich (i Tolkiena) naśladowców nie stworzył dzieła
mogącego iść w paragon z Silmarillionem i Władcą
Pierścieni pod jakimkolwiek względem: artyzmu,
rozmachu, dramatyzmu, głębi treści, narracyjnej werwy,
czy wreszcie last but not least oddźwięku u
czytelniczej klienteli. Wręcz przeciwnie: dające się
ostatnio zauważyć zainteresowanie ich utworami jest
niewątpliwie konsekwencją fascynacji dziełami
Tolkiena, która zwróciła uwagę czytelników na cały
genre. Jakim cudem zagrzebany w książkach profesor z
Oksfordu, który pół życia strawił jako nauczyciel i
egzaminator, który niemal nosa nie wytknął poza Anglię
2 (jedynym znaczącym wyjątkiem były okopy flandryjskie
podczas I wojny światowej), który wysokie góry i
nieprzebyte lasy oglądał raz jeden jako osiemnastoletni
chłopak podczas letniej wycieczki do Szwajcarii, mógł
stworzyć podobne dzieło? Skąd brała się jego niezwykła
imaginacja?
Na temat źródeł inspiracji Tolkiena wydano już wiele
prac, przeważnie bardzo niedobrych, utrzymanych w tak
niecierpianym przezeń stylu
"antropologicznym". Jeden z egzegetów np. jakiś
czas temu obwieścił światu tryumfalnie, że pomysł Ścieżki
Umarłych Tolkien zaczerpnął z jednej z wypraw Karola
Wielkiego na Italię; nie brak też psychoanalitycznych
interpretacji jego utworów. Detektywistyka ta jest czcza
i irytująca; szczególnie denerwowała samego Tolkiena,
który na zadane po raz enty pytanie, w jakiej mierze
Wagnerowski pierścień Nibelungów wpłynął na jego
dzieło, odparł kiedyś: "Oba pierścienie były
okrągłe i na tym kończy się ich podobieństwo".
VV przedmowie do amerykańskiego wydania z roku 1965,
zamieszczonego we wszystkich następnych, pisał:
,,Oczywiście, autor nie może wyzwolić się całkowicie
od wpływu własnych doświadczeń, lecz są one niejako
glebą, w której ziarno opowieści rozwija się w sposób
niezmiernie skomplikowany; wszelkie próby określenia
tego procesu są w najlepszym razie tylko hipotezami
opartymi na niedostatecznych i wieloznacznych świadectwach.
Fałszywe również, chociaż oczywiście pociągające
dla krytyka żyjącego współcześnie z autorem, są
przypuszczenia, że nurty umysłowe i wydarzenia bieżącej
epoki wywierają nieuchronnie najpotężniejszy wpływ na
dane dzieło" (Wyprawa, s, 10).
Z drugiej strony w swoim manifeście artystycznym, jakim
jest esej On Fairy-stories, Tolkien sam wyjawia czynniki,
które w jego odczuciu konstytuują baśń. Większość
z nich to pragnienia wspólne większości, jeżeli nie
wszystkim ludziom: chęć swobodnego poruszania się w
czasie i przestrzeni, konwersowania z całym światem,
potrzeba przejrzenia, ucieczki i pocieszenia; dwa
wszelako, i to może najistotniejsze - baśń jako
konieczność językowa i jako specyficznie chrześcijański
gatunek literacki - zdradzają osobowość Tolkiena, żarliwie
wierzącego i praktykującego katolika, a jednocześnie
poligloty i wielkiego językoznawcy, który według określenia
C. S. Lewisa "znał język od środka".
Najlepszą odpowiedzią na pytanie, jak to się stało,
że Władca Pierścieni wyszedł spod pióra przysłowiowo
typowego oksfordzkiego profesora, jest niewątpliwie
spiritus flat ubi vult, ale wydaje się, że filologia i
chrześcijaństwo wycisnęły tak głębokie i wyraźne
piętno na subkreowanym przezeń świecie, że nie od
rzeczy byłoby spróbować zaznaczyć ich katalityczną
rolę dla wyobraźni i intelektu, które stworzyły
Silmarillion, Hobbita i Władcę Pierścieni.
Do świata baśni Tolkien wszedł drogą bardzo
niekonwencjonalną. Jego pierwszą wielką fascynacją były
języki. Ale twórczy geniusz nie pozwolił mu poprzestać
na nauczeniu się kilkunastu spośród nich, lecz pchnął
go ku tworzeniu nowych. Pierwszy z tych języków,
znacznie zaawansowany jeszcze przed wybuchem I wojny światowej,
to późniejsza Quenya; mowa Elfów Wysokiego Rodu z
Silrnarillionu i Władcy Pierścieni. Słownictwo i
gramatyka były w całości dziełem Tolkiena, fonetykę
i całą w ogóle melodię języka oparł, na najbliższym
pod tym względem jego ideałowi języku fińskim (stąd
charakterystyczna dla Quenyi obfitość otwartych samogłosek,
która powoduje, że mało który Anglik jest w stanie
opanować jej wymowę). Na podstawie tego języka
zrekonstruował następnie naukowo, jak profesjonaliście
przystało, mowę "praelfią", z której wywiódł
następnie, znowu przy użyciu całego aparatu językowego,
język o słownictwie zdradzającym bliskie pokrewieństwo
z Quenyą, ale o innej gramatyce i fonetyce, wzorowanej m
drugim obok fińskiego ulubionym języku Tolkiena,
walijskim w przyszłości będzie to Sindarin, mowa Elfów
Szarych. Poza tymi dwoma Tolkien opracował jeszcze
szereg innych języków, ale żaden z uich nie osiągnął
precyzji i bogactwa Quenyi i Sindarin, w których Tolkien
zaczął pisać poematy, a nawet prowadzić dziennik. Im
wszakże stawały się doskonalsze, tym wyraźniejszą
stawała się potrzeba zakorzenienia ich w jakiejś
historii: nie ma języka bez ludu, który się nim posługuje.
Stworzywszy Quenyę i Sindarin Tolkien musiał ustalić,
kto nimi mówi. Okazało się, że mówiły nimi elfy.
Elfy Tolkiena to nie zwiewne istotki Spensera czy
Andersena: są potężne, mądre, nieśmiertelne,
rozmawiające z ptakiem, drzewem i kamieniem, choć nie
wolne od grzechu i błędu. Według słów samego
Tolkiena "są stworzone przez człowieka na jego
obraz i podobieństwo, ale wolne od tych ograniczeń, które
on sam odczuwa najboleśniej. Są nieśmiertelne i wysiłkiem
woli osiągają wszystko, czego zapragną ich zmysły i
wyobraźnia". Świat najwcześniejszych mitów, których
były bohaterami, przypominał wyraźnie mityczny świat
Edd - należą do nich: opowieść o upadku Gondolina,
pieśń o nieszczęsnych dzieciach Hurina oraz historia
Berena i Luthien - a same utwory były niewiele więcej
niż pretekstami do układania nowych imion i związanej
z tym pracy filologicznej, czyniącej Quenyę i Sindarin
coraz doskonalszymi językami. Z biegiem czasu element
treści zaczął zdobywać przewagę nad językowym, choć
nigdy nie zdominował go całkowicie. Pierwsze mity uległy
rozlicznym przeróbkom, powstawały nowe, wolne od wpływów
mitologii nordyckiej; języki otrzymały alfabety, zaś
opowieści - świat, w którym się toczyły. Ostatnie
utwory traktowały o kosmogonii, teodycei i angelologii
wtórnego świata Tolkiena, i jako takie znalazły się
na początku cyklu, który stał się w ten sposób
kompletnym i koherentnym zbiorem mitów. Całość
otrzymała początkowo tytuł Księga zaginionych opowieści,
później, po napisaniu kluczowych partii o stworzeniu
Silmarilów przez Feanora i ich kradzieży przez
Morgotha, Tolkien ochrzcił ją Silmarillionem - opowieścią
o Silmarilach.
W ten sposób Tolkien jeszcze przed rokiem 1925, w którym
w wieku trzydziestu trzech lat został profesorem
filologii staroangielskiej w Oksfordzie, był twórcą
niezwykle bogatej, głębokiej i koherentnej mitologii
oraz dwóch w pełni rozwiniętych języków, przynależących
do niej, a jednocześnie stanowiących jej raison d'etre.
Rola języków nie wyczerpywała się zresztą na
inspiracji. Technika pisarska Tolkiena, polegająca na
tworzeniu najpierw imion, a następnie na kreowaniu
istot, które je nosiły - a imiona Tolkiena są nie
tylko znaczące, ale również zgodne z charakterami
postaci, którymi je obdarzał, np. Morgoth - Czarny
Nieprzyjaciel, Feanor - Duch Ognia - przyczyniła się
wydatnie do niezwykłej precyzji jego mitycznego świata.
Silmarillion, najwcześniejsze z literackich dzieł
Tolkiena, został wydany dopiero po jego śmierci.
Przyczyną tego był głównie perfekcjonizm twórcy, który
do końca swoich dni zmieniał i poprawiał poszczególne
mity, dokonywał wyboru pomiędzy różnymi ich wersjami,
usuwał jedne imiona i wprowadzał nowe, pogłębiał ich
analizę słowotwórczą. Ale była też inna przyczyna -
Tolkien nie wierzył, by dzieło tak osobiste mogło
wzbudzić szersze zainteresowanie, a jak sam wyznawał,
nie zniósłby chyba odrzucenia go, czy wręcz wyśmiania
przez czytelników. Tymczasem przyszedł Hobbit. Historia
ta, ułożona przez Tolkiena we wczesnych latach
trzydziestych dla rozrywki jego dzieci, została wydana w
roku 1937 i od razu spotkała się z entuzjastycznym
przyjęciem nie tylko ze strony dzieci, do których była
głównie adresowana, ale i dorosłych. Kiedy pod wpływem
sukcesu Hobbita wydawca zapragnął następnych utworów
w tym stylu, Tolkien przesłał mu Silmarillion. Ale wy
dawcy nie o to chodziło; uznał, że mity tv nim zawarte
są niewyczerpaną kopalnią wspaniałego materiału, ale
że wymagałoby to znacznego ich rozszerzenia. Poza tym
nie było w nich słowa o hobbitach, na których zależało
mu (i czytelnikom) najbardziej. Zgodnie z sugestią
wydawcy Tolkien jeszcze w tym samym roku 1937 napisał
pierwszy rozdział utworu, mającego być kontynuacją
Hobbita, utrzymaną w podobnym lekkim tonie. Ale bardzo
szybko narracja wymknęła mu się z dłoni i podążyła
w nieoczekiwanym kierunku. Pojawienie się złowróżbnego
Czarnego Jeźdźca, tropiącego spadkobiercę bohatera
Hobbita i uczynienie znalezionego przez Bilba Bagginsa
cudownego pierścienia motywem owej pogoni, wprowadziło
do pogodnej opowiastki element grozy. A potem przyszło
to. co w ostatecznej redakcji stanowi treść drugiego
rozdziału: pierścień hobbita okazał się Jedynym Pierścieniem,
dziełem Nieprzyjaciela, najstraszliwszą ,groźbą wiszącą
nad światem. Decydująca była wszakże dopiero
identyfikacja Nieprzyjaciela z Sauronem, największym i
najokrutniejszym sługą Morgotha, Szatana Silmarillionu.
Beztroski świat hobbitów stał się kontynuacją
wielkiego i tragicznego świata Tolkienowskiej mitologii,
z jego elfami i aniołami - Valarami, z siłami dobra i zła,
splecionymi w walce zapoczątkowanej przed stworzeniem
kosmosu... oraz ze stworzonymi przez Tolkiena językami.
Powstały ramy, w których dokonywać się miała
subkreacja świata Władcy Pierścieni.
Uczynienie Silmarillionu teologiczną i historyczną
podstawą Władcy Pierścieni nie tylko dało
subkreowanemu w nim światu niepowtarzalną głębię i
bogactwo, ale .też uchroniło Tolkiena przed
arcystyczno-logicznymi pułapkami, w jakie wpadł np.
Morris, który do końca nie był w stanie pogodzić
swego chrześcijańskiego świata z zaludniającymi go
czarownicami i zaklętymi źródłami. Z drugiej strony
spowodowało to zdziwienie wielu komentatorów, którzy
po ukazaniu się Władcy Pierścieni zapytywali, dlaczego
żarliwy katolik, który, tytułem przykładu, odegrał
decydującą rolę w nawróceniu najwybitniejszego po
Chestertonie chrześcijańskiego pisarza angielskiego, C.
S. Lewisa, stworzył w tym dziele świat zupełnie
pozbawiony Boga. Tymczasem jest to zarzut bezpodstawny,
świadczący o wyjątkowej ślepocie ludzi, którzy go
postawili. Bóg - Jedyny - zjawia się we Władcy Pierścieni
wprawdzie tylko raz, kiedy Jego bezpośrednia interwencja
doprowadza do upadku Numenoru i odmiany świata, poza tym
wszakże cały utwór jest przesiąknięty działaniem
Opatrzności, której egzekutorami są Valarowie i duchy
im pokrewne - jeden z nich, Gandalf, jest wszak centralną
postacią trylogii. W dwóch miejscach, mówi się wprost
o jej działaniu. Raz, gdy Gandalf, wykrywszy istotę
Pierścienia, podkreśla Frodowi Bagginsowi niezwykłość
faktu, iż' tym, kto go znalazł, był akurat jego wuj
Bilbo, dodając: "Wdały się w sprawę inne siły,
niezależne od zamysłów twórcy Pierścienia... ktoś
chciał, żeby właśnie Bilbo znalazł Pierścień ... A
z tego wynika, że ciebie też ktoś wybrał na następcę
Bilba". Po raz drugi, gdy otwierając w swoim domu
naradę, Elrond uświadamia przybyłym, że to nie
przypadek sprowadził ich do Rivendell: "Zechciejcie
raczej uwierzyć, że to nakaz dany właśnie nam, tu
zgromadzonym, byśmy znaleźli radę na niebezpieczeństwo
grożące zgubą całemu światu". Tymi, którzy
wybrali hobbitów Bilba i Froda na powierników Pierścienia
i którzy zebrali w domu Elronda uczestników narady, na
której postanowiono zniszczyć Pierścień, są oczywiście
Valarowie, wykonawcy woli Jedynego.
Ale Jedyny nie jest ot, jakimś tam bogiem, to nasz Bóg
chrześcijan, tak, jak subkreowany przez Tolkiena świat
Silmarillionu i Władcy Pierścieni jest naszym światem.
Najazd Numenoryjczyków na Valinor i złamanie przez nich
Zakazu Valarów to Upadek Człowieka, od którego Raj
odsunięty zostaje do końca czasów. Od odmiany świata
i zagięcia dróg Prosty Szlak do Valinoru istnieje tylko
dla elfów; człowiek, wyruszywszy na Zachód, wraca w końcu
do punktu wyjścia. To, co było Śródziemiem, stało się
naszą Ziemią, pełną jeszcze cudów, ale elfy odpływają,
entowie drzewieją, hobbici i krasnoludy skazani są na
wymarcie - nie raz i nie dwa wspomina Tolkien o bliskim
zmierzchu w Śródziemiu wszystkich, poza człowiekiem,
istot obdarzonych mową. Czwarty Wiek, nasz wiek,
rozpoczyna się nie od zniszczenia Pierścienia i upadku
Saurona, ale od opuszczenia Śródziemia przez ostatnich
Elfów Wysokiego Rodu. A że w teologii Tolkiena ludzie,
w przeciwieństwie do swych starszych braci elfów, nie są
związani na zawsze z Małym Światem, stworzonym i rządzonym
przez Valarów, ale umierają i po śmierci odchodzą do
Jedynego, zmierzch elfów jest jednocześnie zmierzchem
opieki Valarów nad Śródziemiem - Ziemią, nad którą
kuratelę przejmie teraz bezpośrednio On sam, Eru
Iluvatar, Jedyny i Ojciec Wszystkiego, Bóg. W ten sposób
w świecie zaludnionym przez elfy, czarodziejów i
krasnoludów, pełnym magii i czarów, zrozumiałym,
niesprzecznym logicznie, a nawet w jakiejś mierze
oczywistym będzie przyszłe wcielenie Boga-Człowieka.
Można polemizować z twierdzeniem Tolkiena, że baśń
jest specyficznie chrześcijańskim gatunkiem literackim,
ale nie ulegs wątpliwości, że jego własne utwory - Władca
Pierścieni nie mniej niż teologiczny traktat
Silmarillion - są tworami ducha par excellence chrześcijańskiego.
Adam
Ziółkowski
J.R.R. Tolkien
albo baśń zrehabilitowana. "Znak" 1983,
nr 9; Adam Ziółkowski
|
|