|
|
|
Krzysztof Sokołowski
Kochajmy
Tolkiena!
I.Śródziemie
Najpierw wyobraźmy sobie świat. Świat całkowity,
kompletny, niech będzie to na przykład planeta
unosząca się w pustce zamieszkałej przez bogów. Niech
na tej planecie znajdzie się miejsce na ocean, którego
nie sposób przepłynąć, na morza, po których
podróżują odważni żeglarze, na uchodzące do tych
mórz bystre, groźne rzeki, płynące wśród wielkich
lądów, i lasy, gdzie zamieszkują niezwykłe istoty.
Wyobraźmy sobie świat, w którym żyją piękne,
czasami bardzo smutne, a czasami wesołe jak dzieci elfy,
odważne i twarde w walce jak stal krasnoludy, ludzie,
którzy potrafią być zarówno dobrzy jak źli, równie
odważni jak tchórzliwi. Wyobraźmy sobie jeszcze, że w
świecie tym królują mieszkające wśród szczytów
niebotycznych gór orły, że lądy podzielone są na
królestwa, którymi rządzą królowie różnych ras,
że w podziemiach mieszkają istoty złe i okrutne,
które również mają swego pana i wypełniają
najbardziej złowrogie jego rozkazy. A jeżeli będziemy
naprawdę próbować, może uda nam się jeszcze
zobaczyć oczyma wyobraźni siedzącą na progu wygodnej,
choć wygrzebanej w ziemi norki niewielką istotę,
której jest tu po prostu dobrze, całkiem zadowoloną z
życia i nie mającą najmniejszej ochoty zamienić go na
coś innego, choćby to "coś innego" miało
być znacznie, ale to znacznie wspanialsze. I może
dostrzeżemy jeszcze, jak prowadzącą do domu tej istoty
dróżką zbliżają się poważne kłopoty w postaci
tajemniczego starca, który jest naprawdę wielkim
czarodziejem, choć zupełnie na to nie wygląda.
A więc... najpierw powinniśmy wyobrazić sobie świat,
wśród tego świata kontynent, który nazywa się
Śródziemie, a na tym kontynencie niewielki, spokojny
kraik o nazwie Shire. Warto spróbować, bo jeśli uda
nam się to sobie wyobrazić, możemy zacząć słuchać
pewnej niedługiej opowieści o dziwnym tytule:
"Hobbit, czyli tam i z powrotem".
Jest to dość stara opowieść - powstała dawno, niemal
dokładnie pół wieku temu, w 1937 roku. Nie jest bardzo
długa i ci, którzy już zdołali ją polubić, myślą
czasami, że kończy się zbyt szybko i że warto byłoby
móc poczytać jeszcze trochę o przygodach elfów,
krasnoludów, czarnoksiężników. Przede wszystkim
czekają jednak na to, by kiedyś, w przyszłości,
poznać dzieje tych niezwykłych stworzeń, którym tak
dobrze jest w ich małym państwie, w niedużych
miasteczkach, suchych, ciepłych i wygodnych norkach.
Bowiem ci, którzy już poznali tę opowieść, polubili
przede wszystkim hobbitów. A zwłaszcza, co może
naprawdę dziwić, jednego z nich: przyzwyczajonego do
wygód i umiejącego je docenić pana Bilbo Bagginsa,
choć:
Bagginsowie żyli w okolicy Pagórka od
niepamiętnych czasów i cieszyli się powszechnym
szacunkiem nie tylko dlatego, że prawie wszyscy byli
bogaci, lecz także dlatego, że nigdy nie miewali
przygód i nie sprawiali niespodzianek: każdy z góry
wiedział, co Baggins powie o tej czy innej sprawie, tak
że nie potrzebował go trudzić zadawaniem pytań.
Bilbo nie był więc chyba wymarzonym bohaterem pełnej
niespodzianek podróży po niezwykłym świecie. Lecz to
właśnie jego wybrał los, właśnie jego widzieliśmy,
gdy siedział na progu i palił fajkę zupełnie
nieświadomy tego, że drogą zbliża się przygoda. To
on stał się w końcu bohaterem wyprawy "tam"
- czyli do wypełnionej zrabowanym przez smoka złotem
jaskini, i "z powrotem" - do domu, który
tymczasem sprzedano na licytacji! Wyprawy, która
Śródziemie, czyli zamieszkały i przez hobbitów świat
uczyniła sławnym w całym naszym świecie.
II. Hobbit
Poznaliśmy więc
Śródziemie po raz pierwszy, oglądając je oczami
niepozornego (wzrostem) hobbita, wbrew swej własnej woli
wplątanego w awanturniczą wyprawę. I było to tak,
jakbyśmy się sami na tę wyprawę wybrali. Bilbo
Baggins - tak jak i my - nie był do tej pory wielkim
bohaterem i podróżnikiem. Bolały go nogi, którymi
najpierw z całej siły ściskał boki swego kucyka, a
później przebierał szybko usiłując nadążyć za
niezwykle wytrzymałymi krasnoludami. Dokuczał padający
za kołnierz deszcz, przerażały błyskawice gwałtownej
górskiej burzy, a podczas pierwszego spotkania z
groźnymi trollami pan Baggins dał się złapać jak
nowicjusz, czyli tak jak dały się złapać każdy z nas
w podobnej sytuacji. A przecież, by móc zrozumieć, jak
bardzo musiało być mu głupio, gdy przyjaciele ratowali
go z kolejnych, coraz groźniejszych tarapatów, musimy
pamiętać, że wynajęto go jako zawodowego zwiadowcę i
poszukiwacza skarbów. Cóż więc było w niezdarnym
hobbicie takiego, że w końcu polubiliśmy go i
zaczęliśmy traktować jak prawdziwego bohatera? Czym
ujął nas przedstawiciel narodu, który nawet wiedzieć
nie chciał o tym, że czasami trzeba walczyć (choćby
we własnej obronie), że świat nie ogranicza się do
własnego, przytulnego domu, a wszelką niezwykłość
traktował z pełną wyższości pogardą. Przecież
hobbici:
nigdy nie studiowali magii w żadnej postaci,
nieuchwytność zawdzięczają jedynie zawodowej wprawie,
w wskutek uzdolnień, wytrwałych ćwiczeń i serdecznego
zżycia z ziemią doprowadzili ją do doskonałości,
której większe i mniej zręczne rasy nie mogą
naśladować. Hobbici są bowiem mali, mniejsi niż
krasnoludy, a w każdym razie nie tak grubi i
przysadziści, nawet jeśli wzrostem niewiele im
ustępują. (...) Jeśli chodzi o hobbitów z Shire'u,
których właśnie dotyczy nasza opowieść, był to za
dni spokoju i dostatku lud wesoły. Ubierali się w jasne
kolory, szczególnie lubili żółty i zielony; rzadko
nosili obuwie, ponieważ ich stopy mają z natury
twardą, rzemienną podeszwę i obrośnięte są,
podobnie jak głowa, bujnym, kędzierzawym włosem,
zwykle kasztanowatym. Dlatego też jedynym rzemiosłem
nie praktykowanym wśród hobbitów było szewstwo; rąk
natomiast mieli długie, zręczne palce i umieli
wytwarzać mnóstwo pożytecznych i ładnych
przedmiotów. Twarze mieli na ogół bardziej poczciwe
niż piękne, szerokie, jasnookie, rumiane, o ustach
skorych do śmiechu, jedzenia i picia. Toteż śmieli
się, jedli i pili jak najczęściej i z wielkim
zapałem, lubili o każdej porze dnia żartować, a
sześć razy na dzień jeść - o ile to było możliwe.
Byli gościnni, przepadali za zebraniami towarzyskimi, a
podarki równie hojnie dawali, jak chętnie przyjmowali.
Nie ulega wątpliwości, że mimo późniejszego
rozdziału, hobbici są spokrewnieni o wiele bardziej z
nami niż z elfami, a nawet niż z krasnoludami. Niegdyś
mówili ludzkim językiem, na swój sposób oczywiście,
te same rzeczy co my lubili i tych samych nie cierpieli.
Ale nie sposób stwierdzić dokładnie, jakie wiązało
ich z nami pokrewieństwo. Początki hobbitów sięgają
w głąb Dawnych Dni, dziś już zamierzchłych i
zapomnianych. Jedynie elfy dotąd przechowują pamięć
minionych czasów, lecz tradycje te ograniczają się
niemal wyłącznie do ich własnej historii, w której
ludzie rzadko występują, o hobbitach zaś wcale nie ma
wzmianki. Mimo to jest rzeczą jasną, że hobbici żyli
cicho w Śródziemiu przez długie lata, zanim inne ludy
dowiedziały się o ich istnieniu. A że świat bądź co
bądź roił się od rozmaitych niezliczonych dziwnych
stworzeń, mały ludek hobbicki bardzo niewiele znaczył
wśród innych. (...) Hobbici to lud skromny, lecz bardzo
starożytny, o wiele liczniejszy ongi niż dziś,
kochają bowiem spokój i ciszę, i żyzną, uprawną
ziemię: najchętniej osiedlali się w dobrze rządzonych
o dobrze zagospodarowanych rolniczych krainach. Nie
rozumieją i nigdy nie rozumieli ani nie lubili maszyn
bardziej skomplikowanych niż miechy kowalskie, młyn
wodny czy ręczne krosna, chociaż narzędziami
rzemieślniczymi posługiwali się zręcznie. Nawet w
starożytnych czasach onieśmielali ich Duzi Ludzie, jak
nas nazywają, teraz unikają ich trwożnie i dlatego
coraz trudniej spotkać hobbita.
A więc być może najpierw polubiliśmy hobbita za to,
że był trochę podobny do nas i łatwo mogliśmy
zrozumieć, o czym myśli, czego się boi i jak się
zachowuje, mogliśmy nawet trochę litować się nad nim,
kiedy okazywał się szczególnie niezdarny. Później
jego oczami poznawaliśmy wielki, tajemniczy świat i tak
jak on uczyliśmy się cieszyć jego pięknem i unikać
przykrych niespodzianek, których zdarzało się coraz
częściej. A jeszcze później ze zdumieniem mogliśmy
zobaczyć, jak Bilbo się zmienia, jak coraz lepiej znosi
trudy długiej drogi, staje się coraz wytrzymalszy i
odważniejszy. Aż wreszcie, na końcu książki, gdy
łagodny hobbit próbuje zapobiec wielkiej i
wyniszczającej bitwie, ze zdumieniem stwierdzaliśmy,
że cechą najważniejszą prawdziwego bohatera tak
niezwykłej baśni jest po prostu zdrowy rozsądek,
którego jakoś zabrakło wszystkim jego towarzyszom.
Zdrowy rozsądek, który pozwala żyć w przekonaniu, że
normalny świat powinien być właśnie normalny zwykły
i przede wszystkim spokojny, całkiem podobny do ojczyzny
hobbitów, Shire'u - pozornie tylko tak okropnie nudnego.
Przygody Bilba mogły nam uświadomić, że może miło
jest od czasu do czasu narazić się na jakieś
niebezpieczeństwa, zobaczyć coś odleglejszego i
znacznie bardziej interesującego niż czubek własnego
nosa, lecz bywa to także dość męczące i dobrze jest
później odpocząć we własnym, przytulnym domu
(oczywiście, że ktoś go tymczasem nie sprzedał!).
Przygody Bilba skończyły się więc w gruncie rzeczy na
jednej tylko wyprawie, nie skończyła się jednak na
niej historia jego świata. I los uczynił bohaterami tej
historii lubiących wygody hobbitów. Pierścień, który
Bilbo znalazł w podziemiach zamieszkałych przez
złowrogich goblinów stał się bohaterem innej
książki, w której pojawili się inni hobbici, a
wśród nich także siostrzeniec Bilba: Frodo Baggins. I
znów odbyli oni długą wędrówkę, lecz tym razem jej
celem stała się nie pełna złota, broniona przez smoka
jaskinia, lecz ożywiana wiecznym ogniem góra, stojąca
pośrodku złowrogiego państwa tak potężnego, że
zagrażało ono istnieniu i przyszłości całego,
wielkiego świata. Tylko hobbbici mogli go ocalić - a
szansa ocalenia była bardzo niewielka.
III. Nie
tylko hobbit
Nikomu oczywiście nie mam zamiaru zdradzić sekretu
zakończenia "Władcy Pierścieni" - taki
właśnie tytuł nosiła druga z opisujących historię
Śródziemia książek Tolkiena. I tak każdy wcześniej
czy później ją przeczyta. Ta opowieść jest już
znacznie dłuższa od "Hobbita" - w trzech
grubych tomach zawarty został nie tylko opis wędrówki
w głąb Krainy Zła - Mordoru, lecz także wiele
informacji o historii stworzonego przez Tolkiena świata.
Jest również we "Władcy Pierścieni" miejsce
nie tylko dla krasnoludów i hobbitów dla elfów i
ludzi, choć każda z tych ras będzie miała udział w
próbie ocalenia swego świata. Przez karty
najsłynniejszego z dzieł Tolkiena przewija się galeria
niezwykłych postaci, istot podobnych do hobbitów w tym,
że znaleźć je można wyłącznie w książkach tego
pisarza.
Ludzie, elfy, krasnoludy należą bowiem nie tylko do
świata stworzonego przez angielskiego profesora -
należą w ogóle do świata baśni, z którego Tolkien
nic nie tracąc z jego niezwykłości, potrafił czerpać
pełnymi rękami. Hobbici, których już poznaliśmy są
jego własnym wkładem w kształt tej krainy. Podobnie
jak mądrzy, potężni i straszni w gniewie Pasterze
Drzew, którym w zamierzchłych czasach bogowie
Śródziemia powierzyli troskę o tak łatwe do
zniszczenia lasy. I podobnie jak najniezwyklejsza może z
postaci występujących w jego książkach - Tom
Bombadil.
Spróbujmy jeszcze raz wytężyć wyobraźnię -
zamknijmy oczy i przypatrzmy się czterem młodym
hobbitom, zmuszonym przez wielkie niebezpieczeństwo do
ucieczki w głąb nieprzyjaznego wszelkim stworzeniom,
ogromnego, mrocznego lasu. Lasu, w którym wszystkie
ścieżki prowadzą do jego serca, żadna zaś w jasny,
słoneczny świat, w którym drzewa próbują zagrodzić
wędrowcom drogę rzucając im pod nogi ciężkie,
spróchniałe gałęzie, lasu śpiewającego pieśń
wywołującą sen, z którego można się nie obudzić.
Nagle Froda także opanował senność. W głowie mu
się zakręciło. Dookoła zaległa zupełna cisza. Muchy
przestały brzęczeć. Tylko ledwie dosłyszalny, miły
szum, jakby nikła melodia szeptanej piosenki, dolatywał
spomiędzy gałęzi sklepionych nad ścieżką. Frodo
uniósł ciężkie powieki i zobaczył nad sobą ogromną
wierzbę, sędziwą i omszałą. Wydała mu się
olbrzymia, a jej rozłożyste konary sięgały ku niemu
jak chciwe ramiona o stu dłoniach i tysiącu długich
palców; sękaty, koślawy pień ział szerokimi
szczelinami, które trzeszczały z cicha, ilekroć
poruszyły się gałęzie. Liście migoczące na tle
słonecznego nieba olśniły wzrok Froda. Potknął się
i runął w trawę.
Otwórzmy oczy - to jeszcze nie koniec przygody, choć
mógłby to być koniec fatalny! Bowiem:
Pippin zniknął. Szpara w pniu, przy której
leżał, zamknęła się tak, że nie zostało ani
śladu. Merry był w potrzasku: druga szpara zacisnęła
się obejmując ją w pasie; nogi sterczały mu na
zewnątrz, reszta ciała tkwiła we wnętrzu pnia, a
krawędzie dziupli trzymały ją niby kleszcze.
I w tej właśnie, przyznajmy, groźnej sytuacji śpieszy
hobbitom na pomoc bohater, którego obecność w Starym
Lesie wydaje się dziwna i zaskakująca.
Nikt nie wie, kim naprawdę był Tom Bombadil,
mieszkający w sercu wrogiej wszystkim puszczy, istota
podobna trochę do człowieka, a trochę do krasnala ze
"zwykłej" bajki, ktoś gotów do udzielenia
bezinteresownej pomocy wszystkim, którzy znaleźli się
w potrzebie, a na tę pomoc zasługują. Ci, którzy o
nim słyszeli, nazywają go "najstarszym" -
lecz słowo to nie pomaga przecież w odkryciu jego
prawdziwego charakteru. Tom Bombadil - samo to nazwisko
brzmi dziwnie, trochę "niepoważnie" i niezbyt
pasuje do świata stworzonego we "Władcy
Pierścieni" - pojawia się tylko po to, by najpierw
wydobyć hobbitów z pułapki zastawionej przez starą
wierzbę i udzielić im gościny w swym domu, a
następnie wskazać drogę, która nie jest ani prosta,
ani łatwa, ani bezpieczna, lecz prowadzić może poza
granice lasu - w "normalny" świat. Później
znika i tylko kilkakrotnie jest jeszcze wspominany w
rozmowach. Znika, pozostawiając nas w zdumieniu: skąd
wzięła się tak niezwykła postać? A właściwie skąd
także wzięli się hobbici? I cała zdumiewająca kraina
Śródziemia?
Trudno udzielić odpowiedzi na te pytania. Kiedy mówimy
o książkach Johna Ronalda Reuela Tolkiena mówimy
przede wszystkim o wyobraźni, a ta jest własnością
każdego z nas i u każdego jest inna. Lecz źródła
baśni nie muszą być tajemnicze i odległe. Bo
posłuchajmy:
W istocie sam jestem hobbitem we wszystkim, oprócz
rozmiarów. Lubię ogrody, lasy (...). Palę fajkę,
uwielbiam proste potrawy. Chodzę spać późno i wstaję
późno, jeśli to tylko możliwe. Nie podróżuję
wiele.
Tak właśnie sam Tolkien odpowiedział na pytania, skąd
wzięli się hobbici, a my wiemy już, że każdy z nas
pod pewnymi względami bardziej przypomina poczciwych
hobbitów niż najdzielniejszego z baśniowych
wojowników. Toteż nie musi zdumieć nas wiadomość,
że tajemniczy Tom Bombadil był
"rzeczywistości" holenderską lalką jednego z
synów Tolkiena, lalką tak nielubianą, że kiedyś jej
młody właściciel próbował utopić ją w... toalecie.
Dopiero gdy Tom Bombadil zdobył już tajemnicze,
czarodziejskie, baśniowe cechy, stał się on w domu
pisarza postacią otoczoną powszechną sympatią. I nie
zdziwi nas, że zabawne przygody niejakiego pana Blissa
wzięły początki z niezdarnych wyczynów samego
Tolkiena za kierownicą jego pierwszego, nowo kupionego
samochodu, i że "Listy świętego Mikołaja"
naprawdę pisane były do jego dzieci, choć nie wysłano
ich akurat z Bieguna Północnego i nie trafiały pod
drzwi przyniesione przez szybkonogiego elfa, lecz w
tajemnicy wędrowały do torby zaprzyjaźnionego
listonosza. Gdy lepiej poznamy Tolkiena, mniej w ogóle
będziemy się dziwić. Ale to już inna historia - a
może nawet dwie historie?
Krzysztof
Sokołowski
Kochajmy
Tolkiena. "Mała Fantastyka" 1987, nr 1;
Krzysztof Sokołowski
|
|