|
|
|
Krzysztof Sokołowski
Tolkien
Twórczość
Johna Ronalda Reuela Tolkiena budzi emocje proporcjonalne
do stopnia wiedzy (lub - co bardziej adekwatne niewiedzy)
o autorze. Wydania lub wznowienia jego książek
natychmiast stają się sensacją. Taki też będzie niewątpliwie
los "Silmarilliona" Jeśli oczekiwanie na edycję
książkową przedłuży się, doczekamy zapewne chwili,
w której, na tzw. czarnym rynku, pojawią się tandetnie
oprawione wycinki z "Radaru" po horrendalnych
cenach. W ten sposób w zamian za odwagę i świetne
rozeznanie czytelniczego rynku przejdzie on do historii
jako przedmiot spekulacji.
Na razie jednak wszyscy cierpli-wie czekamy, by
"Czytelnik" dotrzymał wreszcie słowa danego
przed przeszło rokiem. Cierpliwie i z nadzieją na to,
że wydanie palnej wersji "Silmarilliona"
("Radar" publikuje jedynie fragmenty) wyjaśni
wiele zagadek nie rozwiązanych w "Hobbicie" i
"Władcy Pierścieni". Nie łudźmy się -
oczekiwanie to może być jeszcze długie. Warto więc może
ofiarowany nam czas wykorzystać na ustalenie kilku faktów
dotyczących życia, dzieła i kariery Tolkiena.
Rozpocząć chciałbym od zastrzeżenia, które wydaje mi
się ważne. Otóż dzieła Tolkiena umieszczone zostały,
mniejsza o to czy słusznie, w obrębie gatunku
science-fiction, a dokładniej mówiąc, w jego
podgatunku-fantasy. Można do taj klasyfikacji zgłaszać
liczne zastrzeżenia, nie można jednak pozostać ślepym
na jej konsekwencje. Zarówno krytycy, jak i fanowie
(czyli fanatycy) fantastyki naukowej za granicą już próbują
wykorzystać dzieło angielskiego pisarza do swych własnych
celów. Krytycy - jako szczebel w drabinie mającej
fantastykę naukową wprowadzić na literacki Parnas,
fantastycy - do udowodnienia, że ich literackie
zainteresowania nie są niczym gorszym od fascynacji
Szekspirem. Mam szczerą nadzieję, że polskich
wielbicieli pisarza nie obrażę następującą deklaracją:
Tolkien nie jest geniuszem XX-wiecznej literatury ani
angielskiej, ani światowej. Nie stanie się zapewne
nigdy postacią znaną że szkolnych czytanek i nigdy nie
będzie pisarzem, którego znajomość obowiązywać będzie
tzw. kulturalnych ludzi. Każdy, kto nie interesuje się
fenomenem społecznym, jakim jest jego popularność i każdy,
kto nie zajmuje się zawodowo filologią angielską
przyznać się może bez wstydu do nieznajomości jego
książek.
Czy oznacza to jednak, że o twórczości Tolkiena nie
warto pisać? Że należy pozostawić ją tym krytykom,
których głównym zajęciem jest ustalanie hierarchii w
obrębie getta literatury fantastycznej? Fascynacja
dziejami Śródziemia, choć jej źródłem są niewątpliwie
wewnętrzne mechanizmy kreacyjne książek Tolkiena (o
czym pisałem w "Fantastyce" nr 2/1985), rodziła
się w studenckich campusach w końcu lat sześćdziesiątych.
Twórczość ta należy przede wszystkim do współczesnej
kultury masowej (zainspirowała ona np. wiele gier
strategicznych i komputerowych). Czy znaczy to przecież,
że nie ma ona żadnych wartości literackich? Można
niestety odnieść takie wrażanie, obserwując brak
zainteresowania polskiej krytyki tym niezwykłym
pisarzem. Blisko ćwierć wieku po przetłumaczeniu
"Władcy Pierścieni" piszący o Tolkienie popełniają
ciągle te same podstawowe błędy! A przecież istnieje
- zapewne nawet dość spora - grupa czytelników, którzy,
zdając sobie sprawę z pewnych słabości jego książek,
mogą uważać, że skoro nie żałuje się papieru na
ich wydawanie (i pieniędzy na kupno), powinno się także
rzetelnie informować o ich autorze. Ja również jestem
tego zdania. Starając się więc uniknąć malowania
laurki, co jest najłatwiejsze, postaram się skupić na
tych faktach, których znajomość jest konieczna do
zrozumienia dzieła Tolkiena.
Niewątpliwie jego książką najważniejszą,
najbardziej interesującą (i najczęściej wspominaną w
tym tekście) jest "Silmarillion". Jogo wydanie
w 1977 r. przyczyniło się do radykalnej zmiany
nastawienia krytyki brytyjskiej, do tej pory raczej niechętnej
Tolkienowi. Miejmy nadzieję, że stanie się tak i w
Polsce. Mówiąc o "Silmarillionie" powinniśmy
jednak zdać sobie sprawę z jednego, podstawowego,
faktu. Musimy uświadomić sobie, że J. R. R. Tolkien
nie jest autorem tej książki. Brzmi to cokolwiek
sensacyjnie, ale jest łatwe do wytłumaczenia. Tolkien
nigdy nie skończył pracy naci tym dziełem życia. Sam
napisał wprawdzie wszystkie składające się nań
opowieści, jednak niemal każda z nich posiada rozliczne
warianty. Dzieło edytora (jednego z trzech synów
pisarza, Christophera nie ograniczało się tylko do
dokonania poprawek i złożenia książki w wydawnictwie.
Przede wszystkim dokonał on wyboru pomiędzy poszczególnymi,
licznymi nieraz i różniącymi cię między sobą,
redakcjami. Kryterium głównym była zasada najzupełniej
formalna: tekst musiał być przede wszystkim ukończony.
Dopiero, po drugie (i znacznie mniej ważne), miał
pasować do innych pod względem merytorycznym, kwestia
zaś walorów literackich niemal nie była brana pod uwagę.
Dzięki niech będą Eru za to, po pierwsze, że
Christopher Tolkien, bliski współpracownik ojca i
rysownik wszystkich map Śródziemia (także tych z
"Władcy Pierścieni") miał tak znakomitą
orientację w jego ogromnym dziele, że zdołał je
"ukończyć". Po drugie, także i za to, że
wydał niektóre niedokończone warianty tekstów dotyczących
trzech Er Świata ("Unifinishes Tales", 1980),
dzięki temu wiemy, co straciliśmy. Wstrząsająca, piękna.
opowieść o Turinie Władcy Przeznaczenia na przykład
jest jedynie cieniem "Narn i Hin Hurin" (Opowieści
o Dzieciach Hurina), szczęśliwie zamieszczonej w
"Niedokończonych opowieściach" i w ten sposób
dostępnej przynajmniej tym, którzy znają język
angielski. Ileż jednak może równie wspaniałych tekstów
pozostaje ukrytych wśród zakupionych przez Amerykanów
rękopisów? Komplementując pisarza i oddając mu hołd
(lub krytykując go i wytykając mu błędy) pamiętać
musimy o tym, że poznajemy jedynie cień dzieła
takiego, jakim mogłoby być. Niestety, nie będziemy tu
mogli zająć się "Nieskończonymi opowieściami".
Obszerna informacja o tej książce wraz z tłumaczeniem
fragmentów ukaże się w 3 numerze biuletynu PSMF Feniks
- niestety jeszcze nieprędko.
Z "Silmarillionem" wiąże się także inny, równie
ważny, problem. Kiedy i od czego rozpoczął Tolkien
pracę nad książką, której nigdy nie zdołał ukończyć,
lecz która mimo to zebrała w całość wiedzę o
historii i mitologii Śródziemia? Jako datę rozpoczęcia
pracy podaje się na ogół rok 1817. Jest to w za-sadzie
słuszne -. w t3'm bowiem roku zaczął on pisać
"The Book of Lost Tales" ("Księga
zaginionych opowieści"), z której - jak się
powszechnie uważa - wywodzi się
"Silmarillion". Można tę granicę przesunąć
jednak wcześniej - co najmniej do roku 1914. W tym właśnie
roku w twórczości (na razie poetyckiej) Tolkiena
pojawiają się po raz pierwszy elementy znane z późniejszej
mitologii Śródziemia, związane zaś przede wszystkim z
opowieścią o Earendilu-żeglarzu. Co prawda niewiele
mają jeszcze wspólnego z wersją ostateczną, lecz z tą
słabo także kojarzą się pierwsze szkice "Księgi
zaginionych opowieści". Miała być ona bowiem w
wersji pierwotnej historią podróżnika - marynarza
Eriola przybywającego do nieznanego kraju, w którym wysłuchuje
cyklu opowieści. Pomysł ten, wywodzący się w prostej
linii od "Raju Ziemskiego" Williama Morrisa
został później zarzucony, a imię Eriola w żadnej
wydanej książce Tolkiena już się nie pojawia. Jest to
najlepszy dowód na to, że został on zarzucony całkowicie.
Najlepszy - bowiem inspiracja każdej z książek
Tolkiena osobno i wszystkich razem zawsze była przede
wszystkim lingwistyczna. Wymienianie jego nazwiska jednym
tchem z nazwiskiem Lewisa Carolla jest merytorycznym
nonsensem (śmiał cię z niego sam Tolkien) z każdego
względu oprócz ,jednego - dzieła obu bardzo wiele
zawdzięczają ich profesje. Co prawda i profesję były
diametralnie różne, i podejście do działalności
pisarskiej (to, co dla Carolla było zabawą, dla
Tolkiena stało się treścią życia) - ale podobieństwo
to pozostaje Tolkien był przede wszystkim językoznawcą
i językoznawcą pozostał. Pozbawieni w polskim tłumaczeniu
"Władcy Pierścieni" najważniejszego z dodatków
- lingwistycznego, mając do czynienia z ortografią
uproszczoną z tajemniczych powodów i wreszcie - głównie
w "Silmarillionie" - potykając się
nieustannie o zabawną polską odmianę słów pochodzących
z języka elfów nie zdajemy sobie sprawy z tego, że języki
te (Quenya i Sindarin wraz z wariantami) zostały przez
Tolkiena bardzo dokładnie opracowane. Powstałe na
podstawie języków istniejących "Quenya - fiński,
Sindarin - walijski) osiągnęły taki poziom kompilacji,
że można się było w nich porozumiewać, a nawet pisać
wiersze. Było nawet i tak, że najbardziej osobiste
zapiski w swym pamiętniku Tolkien "kodował" w
którymś z wymyślonych przez siebie języków. Ponieważ
nieustannie zmieniały się one i ewoluowały, miał później
często kłopoty z ich odczytaniem.
"Silmarillion" sięga korzeniami do studiów
nad grupą poematów religijnych Crist Cynewulfa, pochodzących
z VIII wieku. W jednym z nich zachwyciło Tolkiena
brzmienie słowa Earendel, które słownik anglosaksoński
tłumaczy jako "błyszczące światło",
"promień". Interpretował je jako odnoszące
się pierwotnie do blasku planety, Wenus, zwiastującej
nadejście świtu - czyli nadziei. W tal interpretacji
zawiera się całe zmaczanie opowieści o Earendilu-żeglarzu.
Być może, można byłoby przesunąć granice rozpoczęcia
przez Tolkiena prac nad Śródziemiem na jego lata
dziecinne, kiedy to ulubioną zabawą chłopca było właśnie
wymyślanie języków. Ale tak bawią się chyba
wszystkie dzieci.
Tematem na ogół nie poruszanym lub zbywanym niezbyt ścisłymi
ogólnikami jest wzajemnie oddziaływanie na siebie
biografii i dzieła pisarza. Szczególnie ważny wydaje
się wpływ, jaki miały jego przeżycia osobiste na
ukształtowanie pewnych, najważniejszych może, historii
z dziejów Śródziemia, opublikowanych , w
"Silmarillionie". Bez tej świadomości i bez
znajomości faktów nie sposób zrozumieć twórczości
Tolkiena. Tymczasem sensację budzi jedynie jego kariera
akademicka i honory, które go w związku z nią spotkały.
Jakby coś dwuznacznego było w tym, że profesor
uniwersytetu odnosi sukcesy jako pisarz! O sensowności
porównywania Tolkiena z Carollem już wspomniałem.
Wystarczy jednak przypomnieć, że Tolkien przez długi
czas przyjaźnił się z C. S. Lewisem, jak on -
profesorem, który był też zapewne nawet lepszym
pisarzem. Wzajemne związki między twórczością ich
obu są silne, zwłaszcza wielki był wpływ Tolkiena na
Lewisa. Tymczasem nazwisko autora "Out of the Silent
Planet" jest niemal nieznane!
Ponieważ najważniejsze są fakty, spróbujmy
przynajmniej wyjaśnić pewnie nieścisłości, które
wkradły się do opublikowanego w "Radarze" (nr
1/85) tekstu "Odpowiedzialność za świat"
Anny Bliskiej. Jest on na tyle ważmy jako swego rodzaju
"wprowadzenie do Tolkiena", że przynajmniej
pomyłki w faktach wypada sprostować.
Przede wszystkim noga Tolkiena nie postała nigdy na
uniwersytecie w Glasgow. Jego kariera naukowa obejmowała
pracę w redakcji New English Dictionary w Oxfordzie, a
następnie posadę wykładowcy i (ad 1924 r.) profesora języka
angielskiego na uniwersytecie w Leeds. W 1925 r. został
Tolkien wybrany profesorem Uniwersytetu Oxfordzkiego
(Rawlinson and Bosworth, a następnie Merlom College).
Nie wykładał nigdy "literatury
staroangielskiej" (cokolwiek określenie ta miałaby
znaczyć), lecz "język", co jest różnicą
zasadniczą. Nigdy też nie był związany z
uniwersytetem w Exeter. Ten błąd wziął się
prawdopodobnie z niezbyt dobrej znajomości języka
angielskiego. Na uniwersytecie w Oxfordzie istnieje
bowiem Exeter College, z którym przyszły językoznawca
związany był o tyle, że tam właśnie studiował, a później
od czasu do czasu gościnnie wykładał. Od studiów do
doktoratu honoris causa droga jest jednak dość daleka.
W karierze naukowe Tolkiena były trzy doktoraty honorowe
na-dane mu przez uniwersytety w Liege, Dublinie i
Oxfordzie. Otrzymał je - co może warto podkreślić -
wyłącznie jako podsumowanie prac naukowych, którym twórczość
literacka często była przeciwstawiana. Pomyłki popełniane
w tej, w końcu dość konkretnej i sprawdzalnej
dziedzinie nie są zapewne szczególnie istotnie, bywają
jednak bardzo irytujące. Wszystkim, którzy pragną
dowiedzieć się o pisarzu więcej oraz tym, którzy pisząc
o nim pragną uniknąć podstawowych błędów, polecam
książkę Humphreya Carpentera "J. R. R. Tolkiem.
The Authorised Biography".
Pierwsze z walnych wydarzeń w tyciu Tolkiena, o którym
trzeba pamiętać, to wczesne osierocenie chłopca przez
oboje rodziców. Ojca niemal nie pamiętał - zmarł on w
1898 r., gdy syn miał 4 lata Matka odumarła go w roku
1904. Od tej pory John i młodszy od niego o 2 lata brat
Hilary wychowywani byli trochę przez rodzinę, lecz
przede wszystkim przez katolickiego księdza Francisa
Morgana (o jego roli w życiu Tolkiena będzie jeszcze
mowa). Na ogół nie zwraca cię na to uwagi, lecz większość
bohaterów całej pisarskiej twórczości Tolkiena jest
sierotami: obaj hobbici: Bilbo i Frodo, także dzieci
Elronda (Elladan, Erdir i Arwem), których matka
(Celebrian) opuściła Śródziemie po ranieniu jej przez
orków zatrutą strzałą oraz np. Boromir i Faramir (ich
matka, Finduilas, zmarła, gdy starszy z braci miał 12
lat (!). Motyw sieroctwa realizuje się przede wszystkim
jednak przez podkreślenie faktu rozdzielenia z rodzicami
i ich poszukiwanie. Los Turina przypieczętowany zostaje
po tym, gdy rozstaje się on z matką i siostrą,
Earendil staje się żeglarzem poszukując swych
zaginionych rodziców - więcej przykładów nie trzeba
chyba podawać.
Kolejny fakt z biografii Tolkiena o wielkiej wadze,
blisko zresztą związany z motywem sieroctwa, to losy miłości,
która połączyła 16-let-niego Johna z samotni jak on,
19-letnią Edith Bratt. Wspomniałem już, że pełną
opiekę nad chłopcem sprawował ksiądz Francis Morgan,
który byt również powiernikiem niewielkiego, pozostałego
po Mebel Tolkien, majątku. Zabronił on swemu
wychowankowi wszelkich kontaktów z dziewczyną aż do
osiągmięcia pełnoletności. Zdumiewające może się
wydawać, że rozkaz ten został wykonany - złożyło się
na to wiele różnych przyczyn, które trudno byłoby tu
analizować.
W każdym razie jak w melodramacie, młodzi zeszli się z
powrotem w roku 1913, pobrali w 1918 i odtąd żyli długo
i szczęśliwie. Scenariusz kiepskiego filaru nie zdołałby
jednak oddać barw, jakimi miłość ta odmalowana została
w dziele Tolkiena. Uczucie - głębokie i szczere,
realizowane wbrew przeszkodom, miłość od pierwszego
wejrzenia, która rozpoczyna się niezwykłą fascynacją,
różne wersje szczęśliwego i nieszczęśliwego rnałżeńskiego
pożycia - ten temat jest wręcz osią, wokół której
obraca się świat. Najpiękniejszym jednak obrazem miłości
pozostanie opowieść o Berenie i Luthien, w której życie
i twórczość Tolkiena zjednoczyły się najpełniej.
Symbolem tego zjednoczenia stało się umieszczenie tych
dwóch imion na nagrobku jago i żony na oxfordzkim
cmentarzu. Zapewne niektórym także utożsamienie prawdy
i fikcji wydać cię może dziwne i przesadzone. Jest ono
jednak piękną ilustracją największego z marzeń
Tolkiena. Marzenia o miłości zwyciężającej śmierć,
trwającej poza i ponad nią.
Niektórzy krytycy, zajmujący się szczególnie "Władcą
Pierścieni", i to zarówno polscy (Piotr
Kuncewicz), jak i angielscy, przeoczyli jeden z najważniejszych
w dziele Tolkiena tematów - religię. Nie można robić
im zarzutów z tęgo powodu - dopiero
"Silmarillion" sprawę te definitywnie
rozstrzygnął. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że
człowieka tak religijnego, jak Tolkien, można było
przynajmniej podejrzewa) o to, że część tej religijności
zawarł w swych książkach. Katolicyzm jest kluczem do
zrozumienia sposobu, w jaki ukształtował swój świat i
ostatnim już problemem, jakim pragniemy się tu zająć.
Matka Tolkiena przeszła na katolicyzm w roku 1900. W
szacownej, mieszczańskiej rodzinie zmiana wyznania była
szokiem. Nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, jak wielkie
uprzedzenia dzieliły katolików i anglikanów u progu
XXl stulecia. Efektem szoku było skazanie Mebel Tolkien
na (dość, co prawda, łagodny) ostracyzm. Jej synowie,
a zwłaszcza starszy, więcej rozumiejący John, wierzyli
do końca życia, że ich matka była męczennicą, a jej
przedwczesna śmierć wynikła właśnie z odmowy pomocy
rodzinnej. Wiara pisarza, nabierająca momentami odcieni
fanatyzmu, była dla niego także sposobem uczczenia
matki. Ogarnęła wszystkie zakresy życia Tolkiena,
rozciągała się na rodzinę (jeden z synów pisarza
został księdzem), na pracę zawodową (nawrócenie się
ateisty C. S. Lewisa spowodowane było między innymi
jego dyskusjami z Tolkienem) i wreszcie na twórczość
literacką. Podobieństwa kreacji Ardy do biblijnego
opisu stworzenia świata są uderzające (wypowiedzenie
przez Boga Jedynego, Eru Iluvatar słów "niech się
starcie", oddanie Ardy w opiekę istotom
"anielskim"-Valarom), podkreśla je także
specyficzna stylizacja językowa, niestety nie ad-dana w
polskim tłumaczeniu. To prawda, że kultu Eru jest w
dziele Tolkiena mało. Jeśli jednak nie wzięlibyśmy
pod uwagę tego, że Tolkien był katolikiem -
niezrozumiały (lub nie w pełni zrozumiały) byłby kult
Valarów czy też udział w zwalczaniu zła swoistych
"świętych" mędrców ("wizards' - w
polskim tłumaczeniu: czarodziejów) -zwłaszcza
Gandalfa. Biorąc pod uwagę religijność Tolkiena winniśmy
również rozpatrywać wszechobecny i najważniejszy w
jego książkach problem walki ze złem. Nie jest bowiem
tak, że tolkienowska koncepcja wszechświata jest
manichejska. Zło nie jest równoprawne z dobrem, jest mu
podporządkowane. Może być pokonane, jeśli wyrażona
zostanie wola zdecydowanego sprzeciwu. Jest owocem buntu,
pychy i dumy, i chociaż nie może zostać wykorzeniane
ze świata, w końcu - jak mówi Eru Iluvatar - i tak
przyczyni się do jego chwały.
Nie łudzę się, że zdołam rozproszyć wszystkie wątpliwości
tych, których zainteresowały książki Tolkiena.
Przypuszczam, że jest to w ogóle niemożliwe. W
obcowaniu z dziejami Śródziemia trudno jest posługiwać
się kryteriami racjonalnymi - w zasadzie wobec świata
tego możliwe są jedynie postawy absolutnego odrzucenia
lub całkowitej akceptacji. Nie wyklucza to jednak dążenia
do powiększenia wiedzy. W tym - mam nadzieję - szkic
powyższy może pomóc.
Książki J. R. R. Tolkiena cieszące się w Polsce coraz
większą popularnością torowały sobie drogę do
odbiorcy same - nie były wprowadzone w obieg czytelniczy
przy wtórze krytycznoliterackiego aplauzu, niechęci czy
polemik. W tej pustce właściwie dwa głosy tylko
zabrzmiały serio: Piotra Kuncewicza, który w szkicu
"Tolkien czyli świat" tropił i rekonstruował
sensy te! "mitologii mitologii" oraz Andrzeja
Zgorzelskiego pozostawiającego Tolkienowi stale miejsce
w swych zainteresowaniach współczesną powieścią
angielską.
Zdarza się, że gusta krytyków i publiczności
literackiej są od siebie niezależne lub rozmijają się.
Tym razem, zauważając taki stan, chcemy oddać głos
samym czytelnikom. Po kilku odcinkach drukowanej w
"Radarze" powieści "Silmarillion"
(która ma się ukazać nakładem SW Czytelnik) otrzymaliśmy
od sympatyków pisarstwa Tolkiena wiele listów. Dla tych
właśnie, którzy są miłośnikami nie tylko Pierwszej,
ale i Trzeciej Ery przedstawionej w trylogii "Władca
Pierścieni"; dla tych, którzy znają autora od
jego pierwszych książek o hobbitach otwieramy FAN-CLUB
MIŁOŚNIKÓW ŚWIATA JOHNA RONALDA REUELA TOLNIENA.
Chcemy usatysfakcjonować entuzjastów drukując nie
tylko !ich wypowiedzi. Będziemy także przybliżać
sylwetka Tolkiena, literaturę o nim i jego utworach; będziemy
prezentowali przekłady szkiców i nie drukowanych
jeszcze w Polsce fragmentów spuścizny pisarskiej;
zaprosimy do dyskusji krytyków. Bo nie tylko
zdeklarowani zwolennicy mają w naszym Fan-Clubie głos.
Zatem: zapraszamy do rozmowy o J. R. R. Tolkienie.
Krzysztof
Sokołowski
Tolkien
"Radar" 1985,
nr 14,15; Krzysztof Sokołowski
|
|