|
|
|
Beren i Luthien
poprzednia strona
Potem resztka sił opuściła go i Beren
pogrążył się w ciemnościach. Lecz Luthien
usłyszała jego głos i zaintonowała teraz pieśń
jeszcze potężniejszą. Wilki zawyły, wyspa cala się
zatrzęsła, lecz Sauron, stojący na wyspie i spowity w
czarne myśli, uśmiechnął się, poznając glos
Luthien. Sława córki Meliany, jej urody i
czarodziejskiego śpiewu z dawna przeniknęła granice
Doriathu. Sauron zamierzał więc pochwycić królewnę i
oddać ja w ręce Morgotha, wiedząc, że za taki dar
otrzyma hojna nagrodę. Wysłał wtedy na most jednego ze
swoich wilków, lecz Huan zabił napastnika nie wydając
nawet głosu. Sauron posyłał następne wilki, lecz Huan
jednego po drugim chwytał zębami za gardło i
uśmiercał. Wówczas Sauron posłał Draugluina,
straszliwą bestie, wilkołaka zaprawionego w zbrodniach,
protoplastę całej wilczej sfory Angbandu. Draublin
miał wielka moc, bitwa miedzy nim a Huanem była długa
i zawzięta. W końcu potwór uciekł do wieży, by u
stop Saurona wydać ostatnie tchnienie. Zdążył
wszakże powiedzieć swemu panu: - To Huan jest na
moście. - Sauron, tak jak wszyscy w tej krainie, znał
przepowiednie o losie czekającym psa z Valinoru i
przyszło mu na myśl, ze sam powinien się stać
wykonawcą wyroku. Przedzierzgnął się wiec w postać
wilkołaka potężniejszego niż wszystkie, jakie
dotychczas chodziły po świecie, i wyszedł z wieży,
aby odzyskać panowanie nad mostem. Gdy szedł ku niemu,
biła od niego taka groza, ze Huan uskoczył w bok. Wtedy
Sauron rzucił się ku Luthien, ona zaś omdlała,
porażona błyskiem okrucieństwa w jego ślepiach i
ohydnym oddechem zionącym z paszczy. Lecz gdy już ją
chwytał, królewna upadając wionęła ciemnym
płaszczem tuż przed jego oczyma i potwór zachwiał
się, ogarnięty nagle sennością. W tym momencie
dopadł go Huan. Zaczęła się walka Huana z Sauronem,
echo wśród gór powtarzało wycie i skowyt, a
strażnicy patrzący ponad dolina z przeciwległych
stoków Ered Wethrin słyszeli z daleka te głosy i
truchleli z przerażenia. Ale żadne czary, kły ani
jady, żadne sztuczki szatańskie ani zwierzęca siła
nie mogły pokonać Huana z Valinoru, wbił zęby w
gardziel przeciwnika i przygwoździł go do ziemi.
Wówczas Sauron zamienił postać, z wilka
przedzierzgnął się w węża, a z potwora w zwykły
sobie kształt, nie mógł się jednak wyrwać z uścisku
szczek Huana, bez utraty cielesnej powłoki. Zanim
wszakże zły duch opuścił swoją posępną siedzibę,
Luthien zbliżyła się do niego i oznajmiła mu, że
będzie odtąd odarty z cielesnej szaty, a duch jego
powróci skomląc do Morgotha. Rzekła mu: - Od dziś
nagi będziesz musiał cierpieć jego pogardę,
przeszywany jego strasznym wzrokiem, chyba ze natychmiast
odstąpisz mi władzę nad tą wieżą. Sauron poddał
się, a Luthein objęła panowanie nad wyspa i wszystkim,
co na niej było. Wtedy dopiero Huan wypuścił z uchwytu
Saurona, który błyskawicznie przybrał postać wampira,
wielkiego jak czarna chmura przesłaniająca księżyc, i
brocząc krwią z przegryzionego gardła pomknął nad
drzewami aż do Taur-nu-Fuin, gdzie zamieszkał,
wypełniając grozą całą tę krainę. Luthien stojąc
na moście oznajmiła, ze bierze wyspę pod swoja
władzę, i natychmiast prysnął czar, który skuwał
kamienie: bramy runęły, ściany się otwarły,
odsłaniając lochy. Wyszedł z nich tłum więźniów i
niewolników, a wszyscy, zdumieni i oszołomieni,
osłaniali oczy, bo po długim przebywaniu w
ciemnościach Saurona raził je nawet blady blask
księżyca. Lecz Berena nie było miedzy nimi, wiec
Luthien z Huanem poszła szukać ukochanego na wyspie. I
znalazła go rozpaczającego przy zwłokach Felagunda.
Leżał skamieniały z rozpaczy, tak ze nie usłyszał
kroków zbliżającej się królewny, ona zaś, myśląc,
ze jest martwy, objęła go ramionami i osunęła się
obok niego w czarna noc niepamięci. Lecz Beren wracając
do światła z otchłani rozpaczy podniósł Luthien i
znów spojrzeli sobie w oczy, a dzień wschodząc znad
ciemnych gór rozbłysnął nad nimi. Pogrzebali
Felagunda na szczycie jego własnej wyspy, znowy teraz
nieskażonej. Zielona mogiła Finroda, syna Finarfina,
najpiękniejszego z książąt elfów, pozostała
nietknięta, dopóki cały ten kraj się nie zmienił,
nie załamał i nie zapadł pod niszczycielska falą
morza. Lecz Finrod przechadza się wraz ze swym ojcem
Finarfinem pod drzewami Eldamaru. Tak wiec Beren i
Luthien Tinuviel, znów wolni i połączeni, wędrowali
po lasach, ciesząc się odzyskaną na czas jakiś
radością, a chociaż nadeszła zima, nie ucierpieli od
niej, bo gdziekolwiek stąpnęła córka Meliany, spod
jej nóg wyrastały kwiaty, a ptaki śpiewały pod
ośnieżonymi szczytami gór. Wierny Huan powrócił do
swego pana Kelegorma, lecz ju? się wzajemnie tak nie
kochali jak przedtem. W Nargothondzie tymczasem doszło
do niepokojów. Wróciło tam bowiem wielu elfów,
wyzwolonych z wiezienia Saurona i podniosła się wrzawa,
której żadne słowo Kelegorma nie mogło uciszyć.
Elfowie gorzko opłakiwali śmierć króla Felagunda i
mówili, że dziewczyna ośmieliła się zrobić to, na
co synom Feanora zabrakło odwagi. Niejeden wszakże
zrozumiał, ?e Kelegorma i Kurufina powstrzymywało nie
tchórzostwo, lecz ich własne zdradzieckie plany. Toteż
serca ludu Nargothrondu uwolnisup3yppp się teraz od ich
wpływu i zwrocł3y znowu ku rodowi Finarfina, uznając
Orodretha za swego w3adce. Lud zad al śmierci dwóch
zdradzieckich książąt, lecz Orodeth za nic nie chciał
do tego dopuścić, aby rozlew bratniej krwi nie
ściągnął na nich wszystkich tym sroższego Wyroku
Mandosa. Nie chciał jednak Kelegormowi i Kurufinwi
użyczać dłużej chleba i schronienia w swoim
królestwie i poprzysiągł, że odtąd nigdy nie będzie
przyjaźni miedzy Nargothrondem a synami Feanora. - Niech
tak będzie - rzekł na to Kelegorm i oczy mu błysnęły
groźnie. Ale Kurufin tylko się uśmiechnął. Dwaj
bracia dosiedli koni i pomknęli jak wiatr,
postanawiając odszukać, jeśli się to okaże możliwe,
swoich krewniaków na wschodzie. Nikt nie pojechał z
nimi, nawet z tych Elfów, którzy należeli do ich
świty i wraz z nimi przybyli do Nargothrondu. Wszyscy
bowiem zrozumieli, ze nad braćmi ciąży straszna
klątwa i ze zło idzie ich śladem. Syn Kurufina,
Kelebrimbor, odżegnał się wówczas od uczynków ojca i
został w Nargothrondzie, lecz Huan pobiegł za
wierzchowcem swego pana Kelegorma. Skierowali się na
północ, gdyż pilno im było do celu, i zamierzali
przed Dimbar, a później wzdłuż północnej granicy
Doriathu, dotrzeć najkrótszą droga do wzgórza
Himring, gdzie mieszkał ich brat, Maedhros. Mieli
nadzieje, że poganiając konie zdołają się tam
dostać unikając niebezpieczeństw doliny Nan Dungotheb
i odległych Gór Zgrozy, bo droga ta wiodła w pobliżu
granicy Doriathu. Beren i Luthien zawędrowali do lasu
Brethil i przybliżyli się wreszcie do granic Doriathu.
Wówczas Beren wrócił myślą do tego, co przyrzekł
królowi Thingolowi, i wbrew własnemu sercu postanowił
raz jeszcze podjąć swoja misje, gdy odprowadzi Luthien
do jej bezpiecznego rodzinnego kraju. Ale ona nie
chciała rozstawać się z nim znowu i rzekła: - Musisz
wybrać, Berenie, jedno z dwojga. Albo wyrzekniesz się
misji i danego królowi Thingolowi słowa, aby spędzić
życie wędrowca na powierzchni ziemi, albo, dotrzymasz
obietnicy, rzucisz wyzwanie siłom ciemności w ich
królestwie. Jakakolwiek drogę wybierzesz, ja pójdę z
tobą i podzielę twój los. W tym właśnie momencie,
gdy zajęci rozmowa nie zwracali uwagi na nic innego,
dogonili ich pędząc przez las Kelegorm i Kurufin,
którzy wyśledzili ich i rozpoznali z daleka. Kelegorm
zawrócił, spiął konia ostroga i ruszył prosto na
Berena zamierzając go stratować. Jednocześnie Kurufin,
mistrz w sztuce jazdy konnej, zatoczył łuk, schylił
się i porwał z ziemi na swoje siodło Luthien. Wtedy
Beren niemal już spod kopyt wierzchowca Kelegorma jednym
susem skoczył na pędzącego konia Kurufina. Znalazłszy
się za plecami Kurufina ścisnął mu gardło oburącz i
ciągnął go wstecz tak, ze obaj w końcu padli na
ziemie. Koń stanął dęba i zwalił się na wznak, lecz
Luthien zdążyła osunąć się z niego bokiem na
trawę, Beren dławił Kurufina, ale sam był bliski
śmierci, bo Kelegorm natarł na niego z włócznią w
ręku. W tym wszakże momencie Huan wypowiedział
wreszcie służbę swemu panu i rzucił sie na niego tak,
że koń uskoczył w bok i nie chciał zbliżyć się do
Berena, którego bronił olbrzymi pies. Kelegorm
przeklinał zarówno swego psa, jak wierzchowca, lecz
Huan nie dał się już niczym przejednać. Luthien
podniosła się z trawy i zabroniła uśmiercić
Kurufina. Beren wiec odebrał mu tylko broń i rząd
koński, a także nóź zwany Angristem, dzieło Telchara
z Nogrodu, noszony bez pochwy u pasa, a tak ostry że
ciął żelazo niby świeże drewno. W końcu
rozbrojonego podniósł i odepchnął radząc, aby
wrócił do swoich szlachetnych pobratymców, którzy go
może nauczą używać siły i odwagi w służbie
lepszych spraw. - Twego konia - rzekł - zatrzymuje dla
Luthien, a spodziewam się, ze będzie rad, uwolniwszy
się od takiego jak ty pana. Kurufin wtedy przeklął
Berena biorąc na świadka niebo i chmury: - Idź stąd
na spotkanie z rychłą i okrutną śmiercią! -
krzyknął. Kelegorm wziął brata na swoje siodło.
Zdawało się, ze bracia gotowi są już ruszyć w swoją
drogę, wiec Beren nie zważając na ich ostatnie słowa
odwrócił się od nich. Lecz Kurufin kipiąc z
upokorzenia i gniewu chwycił łuk Kelegorma i gdy koń
już ruszał, puścił strzale mierżąc do Luthien.
Wszakże Huan skoczył i złapał w locie strzale w
zęby. Kurufin strzelił jeszcze raz i tym razem trafił
w pierś Berena, który własnym ciałem osłonił
królewnę. Huan rzucił się w pościg za synami
Feanora, którzy uciekli przerażeni. Potem wrócił
przynosząc Luthien z lasu lecznicze ziele. Jego liśćmi
królewna opatrzyła ranę i uzdrowiła Berena
czarodziejską sztuką i miłością, tak wiec w końcu
weszli w granice Doriathu. Beren w rozterce miedzy
zobowiązaniem wobec Thingola a miłością, wiedząc,
że Luthien jest już w swoim kraju bezpieczna, wstał
pewnego ranka przed świtem, powierzył ukochaną opiece
Huana i gdy jeszcze spala na trawie, odszedł z wielkim
bólem w sercu. Ruszył na północ i pędził co koń
wyskoczy do Przełomu Sirionu, a znalazłszy się na
skraju Taur-nu-Fuin, spojrzał ponad rozległym
pustkowiem Anfauglith i zobaczył w oddali wieżyce
Thangorodimu. Tu rozstał się z wierzchowcem Kurufina, i
rozkazał mu, aby nie wracał do okropności poddaństwa,
lecz cieszył się wolnością na zielonych łąkach w
Dolinie Sirionu. Został sam na progu krainy, gdzie
czekało go najstraszniejsze niebezpieczeństwo, i
ułożył "Pieśń Pożegnania", sławiąc
Luthien i światła niebios, był bowiem przekonany, ze
musi teraz pożegnać się z miłością i światłem.
Śpiewał pełnym głosem nie dbając, kto go może
podsłuchać, wyzbył się bowiem nadziei i nie myślał
o możliwości ocalenia. Lecz Luthien usłyszała jego
śpiew i odpowiedziała pieśnią, nadjeżdżając lasami
przez nikogo nie oczekiwana. Huan raz jeszcze zgodził
się służyć jej za wierzchowca i niósł ją śladem
Berena. Długo zastanawiał się w skrytości serca, jaki
znaleźć sposób, żeby umniejszyć niebezpieczeństwo
grożące tym dwojgu, których kochał. W tym celu
zboczył z drogi prowadzącej ich na północ, żeby z
wyspy Saurona wziąć potworną wilczą skorę Draugluina
i skórę nietoperzycy Thuringwethil. Pełniła ona
funkcję posłańca Saurona łatając do Angabandu.
Miała wielkie palczaste skrzydła, a każdy palec
zakończony żelaznym szponem. W tych przebraniach Huan i
Luthien biegli przez Taur-nu-Fuin, a wszelkie stworzenia
uciekały przed nimi. Beren na ich widok osłupiał ze
zdumienia, słyszał bowiem glos Luthien, i wydało się
mu, ze to zjawa przysłana, żeby go omamić. Lecz
przybysze zatrzymali się, zrzucili przebrania i
królewna podbiegła do ukochanego. Tak wiec Beren i
Luthien spotkali się znowu miedzy pustkowiem a lasem. W
pierwszej chwili Beren milczał oszołomiony radością,
potem jednak próbował raz jeszcze odwieść Luthien od
zamiaru towarzyszenia mu w wyprawie. - Trzykroć
przeklinam obietnice, którą dałem królowi Thingolowi
- rzekł. - Wołałbym zginąć z rozkazu króla w
Menegroth, niż ciebie pociągnąć za sobą w cień
Morgotha. Wtedy Huan po raz drugi skorzystał z daru mowy
i powiedział do Berena: - Teraz już nie możesz ustrzec
Luthien przed cieniem śmierci, gdyż przez miłość do
ciebie poddała się jej władzy. Możesz się tylko
wyrzec swego przeznaczenia i wziąć królewnę ze sobą
na tułaczkę, szukając daremnie spokoju aż do końca
życia. Jeżeli wszakże przyjmiesz swój los, to Luthien
opuszczona przez ciebie z pewnością umrze samotnie,
chyba że razem z tobą rzuci wyzwanie losowi, który
cię czeka - beznadziejnemu, lecz nie przesądzonemu
ostatecznie. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć i nie
mogę iść dalej twoją drogą. Serce moje przeczuwa
jednak, ze to, co ty ujrzysz przed Bramą, ja także
zobaczę. Reszta jest zasłonięta przed moimi oczyma,
ale kto wie, czy nasze trzy ścieżki nie zaprowadza nas
znów do Doriathu i czy się nie spotkamy jeszcze, zanim
wszystko się skończy. Wtedy Beren zrozumiał, że nie
da się Luthien wyłączyć spod wyroków wspólnego ich
przeznaczenia i nie namawiał jej dłużej, by się z nim
rozstała. Za radą Huana i z pomocą czarów Luthien
przywdział skórę Draugluina, królewna zaś okryła
się skrzydlata skórą Thuringweithil. Beren zaprawdę
wyglądał w tym przebraniu jak wilkołak, z tą tylko
różnicą, że w jego oczach świecił duch czysty,
chociaż posępny. Zgroza odmalowała się w nich, kiedy
zobaczył wszczepianą w swój grzbiet istotę podobną
do nietoperza ze zmiętymi skrzydłami. W świetle
księżyca skoczył wyjąc ze wzgórza, a nietoperzyca
żeglowała w powietrzu nad jego głową. Tak unikali
wszelkich niebezpieczeństw okryci kurzem długiej,
uciążliwej drogi znaleźli się w ponurej dolinie
leżącej przed brama Angabandu. Czarne jamy ziały w
ziemi obok drogi i wypełzały z nich jakieś opary niby
wijące się węże. Po obu stronach wznosiły się
skały jak obronne mory, a na nich siedziały ptaki
żywiące się padlina i krakały ochryple. Przed sobą
wędrowcy ujrzeli niezdobyta Bramę, szerokie, ciemne
sklepienie u stóp góry; nad Brama piętrzyły się
ściany przepascicte, na tysiąc stop wysokie. Przerazili
się, bo Bramy pilnował strażnik, o którym wieść
jeszcze do świata nie dotarła. Morgoth za to
zasłyszał pogłoski o jakichś planach książąt
elfów, a przez leśne przecieki doszło do jego uszu
szczekanie Huana, wielkiego bojowego wilczura, niegdyś
przez Valarów spuszczonego ze smyczy. Przypomniał też
sobie Morgoth, jaki los wyznacza Huanowi przepowiednia,
wybrał wiec ze sfory wilcze szczenię z rodu Drauglina;
żywił go z własnej ręki surowym mięsem i użyczył
mu nieco ze swojej czarnoksięskiej mocy. Wkrótce wilk
tak urósł, że nie mieścił się w żadnej budzie,
leżał więc ogromny i zgłodniały u stóp Morgotha.
Tam wstąpił w niego ogień i męka piekieł i trawić
go zaczął duch udręczony, straszny i silny. Nazywano
go Karcharothem, czyli Czerwoną Paszczą, albo
Anfauglirem - Spragnioną Gardzielą. Ten to potwór z
rozkazu Morgotha czuwał bezustannie przed Brama
Andabandu, aby nie wpuścić Huana, gdyby pies Valarow
tutaj się pojawił. Karcharoth z daleka wyśledził
zbliżających się wędrowców, lecz ogarnęły go
wątpliwości, gdyż do Angabandu dawno już doszła
wieść, ze Draugluin zginął. Kiedy wiec podeszli,
zastąpił im drogę i nakazał się zatrzymać,
zbliżył się groźnie, zwęszył bowiem coś
niezwykłego w tych dwóch postaciach. W tym momencie w
Luthien nagle wstąpiła czarodziejska moc jej
macierzystego plemienia i odrzuciwszy przebranie
królewna stawiła czoło bestii, drobna w porównaniu z
ogromnym Kacharothem, ale promienna i groźna.
Podniósłszy rękę kazała mu usnąć. - Duchu
nieszczęsny ! - powiedziała. - Zapadnij w ciemność
niepamięci i zapomnij na czas jakiś o okropnym swoim
losie ! - I Karcharoth padł jak rażony piorunem.
Luthien i Beren przekroczyli bramę i labiryntem schodów
zeszli w dół. We dwoje dokonali czynu, na jaki nie
zdobył się nigdy nikt inny spośród elfów czy ludzi.
Zstąpili bowiem na dno, aż do najgłębszej siedziby
Morgotha, do komnaty, której strop podtrzymywała groza,
oświetlonej ogniem, wypełnionej morderczym orężem i
narzędziami tortur. Tam Beren w wilczej skórze
przyczaił się pod tronem Morgotha, lecz Władca
Ciemności siła swej woli odarł z przebrania Luthien i
objął spojrzeniem. Nie ulękła się jego oczu,
oznajmiła swoje imię i zaoferowała się, że będzie
dla niego śpiewać jak minstrele na dworach królów.
Morgoth widząc jej piękność zapałał nikczemna
żądzą i powziął zamiar najprzewrotniejszy z
wszystkich, jakie się zrodziły w jego sercu, odkąd
uciekł z Valinoru. Lecz własna nikczemność zgubiła
go, bo kiedy patrzał na Luthien i przez chwile zostawił
jej wolność, rozkoszując się tajemnie swoim
zamysłem, królewna nagle wymknęła się z jego pola
widzenia, a z cienia rozległ się śpiew niewysłowionej
piękności, tak czarodziejski, ze Morgoth musiał
słychać, czy chciał, czy nie chciał, na moment
oślepł i daremnie wodził wzrokiem dokoła, szukając
śpiewającej. Cała jego świta zasnęła, ogień
zbladł i przygasł, lecz Silmarile w koronie Morgotha
rozbłysły nagle jak białe płomienie, pod ciężarem
korony i oprawionych w nie klejnotów Morgoth pochylił
głowę, jakby świat cały dźwigał na niej i jakby
nawet jego wola nie mogła znieść tego brzemienia
trosk, strachu i pragnień. Wtedy Luthien narzuciła
znów na ramiona swoja skrzydlata szatę i uniosła się
w powietrze, a glos jej spływał teraz z góry niby
deszcz do głębokich, ciemnych jezior. Wionęła
płaszczem przed oczyma Morgotha, wtrącając go w sen
tak czarny jak zewnętrzna otchłań, po której niegdyś
błądził samotnie. Nagle padł jak góra rozsypująca
się w lawinie, runął z łoskotem ze swego tronu i
legł twarzą do ziemi na dnie piekła. Żelazna korona z
głośnym brzękiem stoczyła się z jego głowy. W sali
zapanowała cisza. Beren jak martwy wilk leżał pod
tronem, lecz Luthien zbudziła go jednym dotknięciem.
Zrzucił z siebie wilcza skore, dobył noża - a był to
odebrany Kurufinowi Angrist - i wyłuskał Silmaril z
żelaznych pazurów, którymi klejnot był przymocowany
do korony. Gdy zamknął zdobycz w dłoni, blask
przenikał przez żywe ciało, tak że ręka wyglądała
jak święcąca się latarnia. Klejnot wszakże nie
sprzeciwiał się zdobywcy i nie ranił go. Berenowi
przyszło na myśl, że mógłby zrobić więcej, niż
obiecał Thingolowi, i zabrać z Angabandu wszystkie trzy
skarby Feanora, lecz taki los nie był sądzony
Silmarilom. Ostrze Angrista pękło i stalowa drzazga
prysnęła w powietrze trafiając w policzek Morgotha,
który jęknął i drgnął, a wszyscy jego wojownicy
poruszyli się we śnie. Wtedy strach ogarnął Berena i
Luthien, wiec puścili się pędem ku wyjściu nie
bacząc i bez przebrania, byle jak najprędzej ujrzeć
znowu światło dzienne. Nie natknęli się na żadne
przeszkody i nie byli ścigani, lecz Bramy bronił
strażnik, Katcharoth, który ocknął się już i stał
gniewny w progu Angabandu. Zanim go zobaczyli, on ich
spostrzegł i dopadł biegnących. Luthien była bardzo
zmęczona, nie miała czasu ani sil, by uśmierzyć
bestie. Lecz Beren ją osłonił, wznosząc rękę
zaciśniętą na Silmarilu. Karcharoth zatrzymał się i
na chwile ogarnął go lek. - Precz stad, uciekaj ! -
krzyknął Beren. - Oto jest ogień, który zniszczy i
ciebie, i wszystkie złe stwory świata ! -Mówiąc to
błysnął Silmarilem przed ślepiami wilka. Lecz
Karcharoth spojrzał na święty klejnot i wcale się nie
zląkł, tylko żarłoczny duch nagle ocknął się w nim
i rozpłomienił, chwycił zębami rękę Berena i
odgryzł ją w nadgarstku. Natychmiast poczuł piekący
ból we wnętrznościach, gdy Silmaril sparzył jego
przeklęte ciało, uciekł wiec wyjąc tak, że ściany
doliny przed Brama odbijały echo jego bolesnej skargi.
Tak był straszny w tym szale, że wszelkie żywe istoty,
które wówczas przebywały w dolinie lub ku niej
zdążały, umykały w popłochu. Katcharoth bowiem
zabijał każde stworzenie na swojej drodze i pędząc z
Północy szerzył spustoszenie wszędzie, gdzie się
zjawił. Ze wszystkich okropności, jakie nawiedziły
Beleriand przed upadkiem Angabandu, najstraszliwszy był
szał Karcharotha, bo wstąpiła w niego wtedy moc
Silmarila. Tymczasem Beren leżał zemdlony na progu
niebezpiecznej Bramy i śmierć zbliżała się do niego,
bo jad był w kłach wilka. Luthien wyssała truciznę z
okropnej rany i próbowała ją zagoić, skupiając
resztkę swoich czarodziejskich sił. Lecz za nimi w
czeluściach Angabandu narastał zgiełk i pomruk
straszliwego gniewu. Zbudziły się zastępy Morgotha.
Zdawało się, ze wyprawa po Silmaril zakończy się
klęska i rozpacza, lecz w tym momencie nad ścianą
doliny ukazały się trzy potężne ptaki lecące ku
północy na skrzydłach śmiglejszych niczym wiatr.
Wiadomość o wyprawie Berena i grożących mu
niebezpieczeństwach rozeszła się wśród zwierząt i
ptaków, a Huan sam prosił wszystkie stworzenia, aby
czuwały i w razie potrzeby pośpieszyły mu z pomocą.
Thorondor i jego podwładni wzbili się więc wysoko nad
królestwo Morgotha, a ujrzawszy szaleństwo wilka i
upadek Berena opuścili się w dół w chwili. gdy siły
Angabandu zerwały z siebie wieży snu. Orły porwały
Luthien i Berena, uniosły ich w powietrze aż w obłoki.
Pod nimi nagle przetoczył się grzmot, pioruny
strzeliły z ziemi ku niebu, góry zatrzęsły się w
posadach. Thangorodrim buchnął ogniem i dymem,
miotając płomienne pociski na całą okolice i
wszędzie szerząc spustoszenie. Noldorowie w Hithlumie
zadrżeli z przerażenia. Lecz Throndor leciał wysoko
nad ziemia i wybierał podniebne szlaki, na których
słonce nie przyćmione świeci przez cały dzień, a
księżyc przesuwa się pomiędzy nie osłoniętymi przez
chmury gwiazdami. Tak przemknęli szybko nad
Dor-nu-Fauglith i Taur-nu-Fuin aż do ukrytej doliny
Tumladen. Ani obłoki, ani mgły nie przesłaniały
widoku, wiec Luthien zobaczyła daleko w dole jak gdyby
blask drogocennego zielonego kamienia, światło
pięknego Gondolinu, siedziby Turgona. Lecz zapłakała,
myśląc, że Beren umrze niechybnie, przez cały czas
nie odezwał się bowiem i nie otworzył oczu, a
później nic z tego lotu nie pamiętał. W końcu orły
złożyły ich oboje na ziemi w pobliżu granic Doriathu
w tej samej górskiej dolinie, z której przedtem Beren
wymknął się ukradkiem pozostawiając Luthien
śpiącą. Teraz orły złożyły ją u boku Berena i
odleciały ku szczytom Krissaegrimu, do swoich górskich
gniazd, lecz do królewny przybiegł Huan i razem
pielęgnowali Berena podobnie jak wówczas gdy wyleczyli
go z rany zadanej strzałą Kurufina. Lecz tym razem jego
rana była groźniejsza i zatruta jadem. Długo Beren
leżał nieprzytomny, duch jego błądził po ciemnej
krawędzi śmierci zaznając strasznej udręki, która
ścigała go od snu do snu. Lecz pewnego dnia, gdy
Luthien już prawie straciła nadzieje, Beren ocknął
się, podniósł wzrok, zobaczył na nieba liście i
usłyszał dźwięczący pod stropem liści cudowny i
łagodny śpiew Luthien Tinuviel, a była wtedy znowu
wiosna. Odtąd nazywano Berena Erchamionem, to znaczy
Jednorękim, a twarz miał napiętnowaną cierpieniem.
Wrócił wszakże w końcu do życia dzięki miłości
Luthien, dźwignął się i znów razem wędrowali po
lesie. Nie było im pilno odejść z tej doliny,
najpiękniejszej w ich oczach. Luthien pragnęła zawsze
tak się błąkać po pustkowiach, nie wracać do swoich,
zapomnieć o domu, rodzinie i chwale królestw elfów,
Beren też przez czas jakiś zadowalał się takim
życiem. Nie mógł jednak na długo zapomnieć o danym
słowie, o powinności powrotu do Menegroth, nie chciał
też na zawsze zabierać Luthien Thingolowi. Szanował
bowiem prawa obowiązujące wśród ludzi i sądził, że
źle postępuje ten, kto lekceważy ojcowską władzę,
chyba że w ostateczności. Wydawało mu się też, że
nie godzi się, aby córka królewskiego rodu i istota
tak piękna jak Luthien żyła stale w lasach jak
nieokrzesani myśliwi z ludzkiego plemienia, bez domu i
dworu, bez pięknych rzeczy, w których się lubują
królowe Eldarow. Toteż po jakimś czasie nakłonił
Luthien, by zgodziła się na jego plan, wyprowadził ją
z bezludnych krain do Doriathu i do rodzinnego domu. Tak
chciał ich los. Doriath przeżywał wtedy złe dni.
Smutek i cisza panowały wśród ludu po utracie Luthien.
Szukano jej długo, lecz nadaremnie. Wówczas to Daeron,
minstrel królewski, opuścił kraj i zniknął. On to
przed zjawieniem się Berena układał dla Luthien
muzykę do jej pieśni i tańców, kochał ją i w muzyce
zawarł swą miłość i zachwyt. Stał się najlepszym
minstrelem wśród elfów na wschód od Morza i
przyznawano mu pierwszeństwo nawet przed Maglorem, synem
Feanora. Szukając Luthien, zrozpaczony Daeron wędrował
dziwnymi ścieżkami i przez góry dostał się do
wschodniej części Śródziemia, aby przez długie wieki
nad ciemnymi wodami wyśpiewywać swój żal po Luthien,
córce Thingola, najpiękniejszej istocie na ziemi.
Thingol zwrócił się wtedy po rade do Meliany, ona
jednak odpowiedziała tylko, że los przez niego samego
zaplanowany musi się dopełnić zgodnie z przeznaczeniem
i że teraz nie pozostaje mu nic poza oczekiwaniem, co
czas przyniesie. Lecz Thingol wiedział, że Luthen
zawędrowała daleko od Doriathu, gdyż wysłańcy
Kelegorma, którzy tajemnie do króla przybyli, oznajmili
mu, że król Felagrund zginął, a z nim razem Beren,
Luthien zaś gości w Nargothrondzie, oświadczyli też,
ze Kelegorm i Kurufin zostali wygnani. Thingol wahał
się, co robić, gdyż nie miał dość sił, by
zaatakować wszystkich siedmiu synów Feanora. Wyprawił
w końcu posłów na Himring, żądając od Maedhrosa i
jego braci pomocy w odnalezieniu Luthien, skoro Kelegorm
ani jej nie zapewnił bezpiecznego schronienia, ani nie
odwiózł jej do ojca. W północnej części Doriathu
zaskoczyło jednak wysłańców niebezpieczeństwo
groźne i nieoczekiwane : zaatakował ich Karcharoth,
Wilk Angabandu. Rozwścieczony, gnany szałem pędził z
północy, wreszcie na przełaj przebył Taur-nu-Fuin w
jego wschodniej części i od źródeł Esgalduiny spadł
jak niszczycielski płomień. Nie mogły go wstrzymać
żadne przeszkody, nawet moc Meliany, chroniąca granice
Doriathu, gdyż popychał go los i moc Silmarila,
którego ku udręce niósł w sobie. Wpadł wiec do
dziewiczego lasu Doriathu, a wszelkie żywe istoty
uciekały przed nim w panice. Spośród wysłanników
Thingola ocalał tylko Mablung, dowódca wojsk
królewskich, i on to przyniósł do stolicy
złowieszczą nowinę. O tej właśnie czarnej godzinie
Beren i Luthien powrócili do tego królestwa, śpiesząc
od zachodu, a wieść o ich powrocie biegła przed nimi
jak dźwięk muzyki lecącej z wiatrem od domu, miedzy
zatroskanych mieszkańców. Stanęli w końcu przed brama
Menegrothu wraz z ciągnąca ich śladem gromada. Beren
zaprowadził Luthien przed tron Thingola, jej ojca, król
ze zdumieniem patrzał na Berena, którego wysłał był
przecież na niechybną śmierć, lecz spoglądał na
niego bez miłości, jako na sprawce nieszczęść,
które dotknęły Doriath. Beren wszakże ukląkł przed
królem i rzekł: - Wracam dotrzymując danego słowa i
proszę, byś mi przyznał prawo do mojej własności. -
A cóż z misja, której się podjąłeś ? Cóż z twoja
obietnica ? -spytał Thingol. - Spełniłem ją. Silmaril
jest teraz w moim ręku. - A wiec pokaż go ! -rzekl
Thingol. Beren wyciągnął lewą rękę i powoli
otworzył palce. Ale ręka była pusta. Wtedy podniósł
prawe ramie. Od tej godziny sam się przezwał Kamlostem,
to znaczy Pustorękim. Na ten widok Thingol zmiękł,
kazał Berenowi usiąść obok siebie po lewej stronie,
Luthien zaś po prawej, opowiedzieli cala historie
wyprawy, a wszyscy wokół słuchali z podziwem. Wydało
się Thingolowi, ze ten człowiek jest inny niż jego
współplemieńcy, ludzie śmiertelni, i należy do
Wielkich Ardy, zrozumiał też, że miłość Luthien
jest uczuciem dotychczas nie znanym i że żadne potęgi
świata nie mogą się przeciwstawić przeznaczeniu tych
dwojga. Wreszcie wiec przyzwolił na ich związek i Beren
ujął rękę Luthien przed tronem jej ojca. Cień
wszakże padł na radość mieszkańców Doriathu z
powrotu pięknej Luthien, gdyż dowiadując się
przyczyny szaleństwa Karcharotha tym bardziej się
przerazili. Posiadłszy bowiem święty klejnot, bestia
zyskała moc, której nikt nie zwycięży. Beren zaś
słysząc, że Wilk Angabandu wtargnął do Doriathu,
zrozumiał, że misja jego nie jest jeszcze zakończona.
Ponieważ Karcharoth z każdym dniem zbliżał się do
stolicy, trzeba było nie zwlekając przygotować
polowanie na Wilka, najniebezpieczniejszą z wypraw
przeciw dzikim bestiom. W tym polowaniu wzięli udział
oprócz Huana, psa Valinoru, Mablung Twardoręk, Beleg
Mistrz Luku, Beren Erchamion i Thingol, król Doriathu.
Ruszyli konno o świcie i przeprawili się przez
Esgalduine, Luthien wszakże została za bramami
Menegrothu. Cień padł na nią i wydało się
królewnie, że słońce przygasło i sczerniało.
Myśliwi skręcili na północny-wschód i jadąc
wzdłuż biegu rzeki wytropili wreszcie Wilka Karcharotha
w mrocznej dolinie, po północnej stronie, gdzie
Esgalduina spada burzliwym potokiem ze stromego progu
wodospadu. Karcharoth pił, żeby zaspokoić palące go
wciąż pragnienie, i wył głośno, przez co zdradził
swoją obecność. Gdy dostrzegł zbliżających się
myśliwych, nie rzucił się na nich od razu. Może
zbudziła się w nim diabelska chytrość, gdy słodka
woda Esgalduiny na chwile złagodziła ból piekący jego
trzewia, na widok jeźdźców uskoczył bowiem w bok i
skrył się w głębi gęstych zarośli. Myśliwi
otoczyli więc całe to miejsce i czekali, a tymczasem
cienie wydłużały się w lesie. Beren stojący u boku
Thingola nagle spostrzegł, że Huana nie ma przy nich. W
chwile potem rozległo się w gąszczu potężne
ujadanie, to Huan zniecierpliwiony pobiegł sam, żeby
Wilka zobaczyć i wypłoszyć z kryjówki. Lecz
Karcharoth wymknął mu się i znienacka wypadł
spośród ciernistych krzaków prosto na Thingola. Wtedy
Beren błyskawicznie wysunął się przed króla z
włócznią w ręku, ale Karcharoth odepchnął bron i
obalił człowieka, wbijając zęby w jego pierś. W tym
samym momencie Huan wyskoczył z gąszczu na grzbiet
bestii. Pies i Wilk tarzali się po ziemi walcząc
zawzięcie, a była to walka nie dająca się z żadną
inna porównać, bo w ujadaniu Huana dźwięczał głos
rogów Oromego, a w wyciu Karcharotha wyrażała się
cała nienawiść Morgotha i przewrotność okrutniejsza
niż zęby ze stali; od tego zgiełku skały pękały i
kamienna lawa sypiąc się z wysoka zatamowała wodospad
Esgalduiny. Toczył się bój na śmierć i życie, lecz
Thingol na nic nie zważając klęczał przy ciężko
rannym Berenie. Huan zabił Karcharitha, w tej wszakże
godzinie, w gęstwinie lasów Doriathu spełniła się
prastara przepowiednia: Pies Valinoru odniósł
śmiertelne rany, trucizna Morgotha dostała się w jego
żyły. Dowlókł się resztka sił do Berena i padając
obok niego po raz trzeci w swoim życiu przemówił,
żegnając się z nim na zawsze. Beren nie odezwał się,
lecz położył rękę na głowie ogara. Takie było ich
pożegnanie Mablung i Beleg przybiegli królowi na
ratunek, a zobaczywszy, co się stało, odrzucili
włócznie i zapłakali. Potem Mablung wydobył nóż i
rozciął brzuch wilka. Ukazały się wnętrzności
sczerniałe, jak gdyby strawione przez ogień i nie
tknięta przez rozkład dłoń Berena, zaciśnięta na
klejnocie. Gdy jednak Mablund chciał jej dotknąć,
dłoń zniknęła i ukazał się Silmaril; jego blask
rozświetlił leśne cienie wokół myśliwych. Mablung
szybko, z lękiem chwycił klejnot i włożył go w
żywą rękę Berena, który w tym momencie
oprzytomniał, podniósł klejnot na dłoni i podał go
Thingolowi. - Teraz dotrzymałem przyrzeczenia- rzekł -
i los mój się dopełnił.- To były jego ostatnie
słowa. Wracając do stolicy, nieśli Berena Kamlosta,
syna Barahira, na marach splecionych z gałęzi, a Huana
złożyli u jego boku. Noc zapadła, nim dotarli do
Menegrothu. Pod wielkim bukiem Hirilornem spotkała ich
Luthien, idących powoli obok noszy, z łuczywami w
ręku. Objęła Berena ramionami i błagała, żeby
czekał na nią na drugim brzegu Zachodniego Morza, a
Beren spojrzał jej w oczy, zanim wyzionął ducha. Wtedy
gwiazdy przygasły i ciemności ogarnęły Luthien
Tinuviel. Duch Berena spełniając prośbę Luthien
zwlekał z opuszczeniem siedzib Mandosa i nie chciał
odejść ze świata, dopóki ukochana nie przyjdzie
pożegnać go po raz ostatni na mrocznym brzegu Morza
Zewnetrznego, skąd ludzie po śmierci odpływają w
podroż bez powrotu. A duch Luthien zapadł w ciemność
i wreszcie uciekł pozostawiając ciało niby kwiat,
który nagle ścięty leży jeszcze czas jakiś nie
uwiędły na trawie. Wtedy mróz ściął serce Thingola,
jak gdyby król Doriathu był śmiertelnikiem podległym
starości. Luthien tymczasem zawędrowała do siedzib
Mandosa, gdzie dla Eidalie wyznaczone są miejsca za
pałacami Zachodu na najdalszej rubieży świata. Ci,
którzy czekają , siedzą tam w cieniu własnych myśli.
Luthien wszakże była od nich wszystkich piękniejsza i
głębiej niż oni zasmucona. Uklękła przed tronem
Mandosa i zaśpiewała. Nigdy w żadnej mowie nie
ułożono pieśni tak pięknej jak ta, którą Luthien
zaśpiewała Mandosowi, nigdy tez nie było i nie będzie
pieśni smutniejszej. A gdy klęczała przed Mandosem,
łzy jej spadały na jego stopy jak deszcz na kamienie. I
Mandos, który nigdy przedtem ani potem nie dal się
nikomu tak wzruszyć, ulitował się nad Luthien. Wezwał
Berena, aby spełniła się obietnica dana mu w godzinę
śmierci przez Luthien i aby się z nią jeszcze raz
spotkał na drugim brzegu Zachodniego Morza. Ale Mandos
nie jest władny zatrzymywać umarłych ludzi na świecie
po upływie wyznaczonego im czasu oczekiwania; nie może
też zmienić przeznaczenia Dzieci Iluvatara. Udał się
do Manvego, Pana Valarów, który pod okiem Iluvatara
rządzi światem. Manwe zaś szukał rady w najgłębszej
tajni swych myśli, gdzie objawia się mu wola Iluvatara.
Dał Luthien do wyboru dwie drogi. Mandos, policzywszy
wszystkie jej trudy i cierpienia, gotów był ją zaraz
zwolnić, aby odeszła do Valmaru i mieszkała wśród
Valarow aż do końca świata, nie pamiętając trosk,
które ją dręczyły za życia w Śródziemiu. Ale Beren
tam nie mógł pójść, Valarowie nie mogli bowiem
uwolnić go od śmierci, która jest darem Iluvatara dla
rodzaju ludzkiego. Wolno Luthien wszakże wybrać druga
drogę: wrócić do Śródziemia zabierając ze sobą
Berena i tam znowu przebywać, lecz bez pewności życia
i radości. Stanie się wtedy istotą śmiertelną i
umrze po raz drugi tak samo jak jej ukochany; wkrótce
będzie musiała opuścić świat na zawsze, a po jej
piękności zachowa się tylko wspomnienie w pieśni. Ten
drugi los wybrała Luthien wyrzekając się
Błogosławionego Królestwa i wszelkich roszczeń do
pokrewieństwa z jego mieszkańcami; jakiekolwiek niedole
czekają Luthien i Berena na ziemi, losy ich dwojga
będą połączone i oboje tą samą ścieżka pójdą
poza granice świata. Tak się stało, że spośród
Eldarow jedna tylko Luthien prawdziwie umarła.
Tekst zaczerpnięty z
"Silmarillionu"
|
|