|
|
![]() |
|||||||
|
Snaakee Upiorne Wieże Ognisko miło trzaskało na wzgórku w pobliżu wsi. Z miejsca tego widać było niezwykłe miasto, Skalne Wieżyce. Przy palenisku siedziała grupka dzieci w różnym wieku, skupiona wokół jakiegoś przygarbionego starca. Zdaje się, że coś powiedział do nich, po czym chyba najmłodsze z nich zapiszczało, trudno ocenić, czy z radości, czy ze strachu. Starzec znowu coś powiedział, a inne dziecko podało mu gliniane naczynie napełnione cienką zupą.Starzec był typowym bajarzem, który chodził od jednej wsi do drugiej. Odziany w łachmany, które musiały liczyć sobie co najmniej 5 wiosen. Był brudny i bił od niego nieprzyjemny odór. Ubranie w wielu miejscach podarte, ukazywało wynędzniałą posturę. Jednak starzec miał mądrą twarz, która zmieniała całkiem spojrzenie przyglądających się mu dzieci. Niebieskie oczy zdradzały, że starzec widział niejedno w życiu. Lico miał okrutnie posiekane zmarszczkami, które dodawały mu powagi. Siwe, brudne i posklejane włosy opadały, zasłaniając zaczerwienione poliki. Gromadka roześmiała się, bo iskra z ogniska wpadła w krzaczastą brew bajarza, a on zaczął uderzać się w głowę, próbując ugasić mały pożar, jaki rozgorzał na jego twarzy. Gdy skończył, dzieci przestały się z niego śmiać, bo wiedziały, że zaraz powie jakąś mądrość, która wywoła wstyd na młodych twarzyczkach. Ale starzec tylko się uśmiechnął i rozejrzał wokół, obdarzając wyjątkowym spojrzeniem każdą z kolei osóbkę. On był dobry. Wyglądał jak wieśniak, który wylądował na ulicy, bo rodzina go wygoniła, ale jego wyniosła mowa zdradzała, że obracał się kiedyś wśród ludzi wykształconych. Zauważył to młynarz, który przycupnął w pobliżu ogniska. Miał podziękować starcowi po tym, jak skończy opowiadać bajkę. Cała wieś miała podziękować, bo dziewięć osób, jakie zasiadały wokół bajarza, stanowiły młodość osady. -A gdy Maurice zabił smoka, cała Dolina Kwiatów zaczęła płakać. Zrozumiał, że zrobił źle, i postanowił skierować swe... -Tej opowieści nie chcemy bajarzu-przerwał starcowi jakiś maluch wyglądający na lat pięć. Łatwo było dojrzeć podobieństwo i każdy by szybko zauważył, że jest to dziecko młynarza, który teraz uśmiechał się do siebie, pełny dumy. -A więc o czym chcecie usłyszeć maluchy?- zapytał bajarz sięgając po strawę. -Dziaduniu-powiedziała śliczna dziewczynka z blond włosami, wskakując starcowi na kolana. Nieomal wytrąciła miskę, a zaskoczony starzec zachłysnął się zaczerpniętą zupą. Dzieci wpadły w śmiech, a dziewczynka blond włosy mówiła dalej.-Czy znasz prawdę o Skalnych Wieżycach, co się stało, gdy upiory zaczęły zabijać ludzi w dzień Trust? -Ano, pewno, że zno, przecie on je bajarz-powiedział jakiś chłopak, drugi w kolejności co do wieku po bajarzu. -Masz rację, opowiadam bajki, z tego żyję, co łaska od wsi do wsi chodzę, bawiąc brzdące swoimi opowiastkami, które przez największych mędrców potwierdzane były-rzekł dumnie starzec, wyciągając ręce do ciepłych płomieni ognia. -A nas ino gówno obchodzi, ile prawdy w tym, byle żeby było ciekawie i straszno- ryknął inny chłopak, który ustępował nieco wzrostem poprzednikowi, ale w rozumie był chyba równy. -Nie, my nie chcemy bajarzu opowieści strasznych, coś o miłości, może o jakiejś czarodziejce-zapiszczała dziewczynka o kręconych, czarnych włosach. -Zdecydujcie się dzieci. Myślę, że opowieść o Skalnych Wieżycach będzie ciekawa. Tej wersji nie znacie, bo niedawno odkryto nowe fakty-bajarz pogłaskał dziewczynkę blond włosy po głowie, która odwdzięczyła się niewinnym uśmiechem dziecka, któremu daje się kostkę cukru po obiedzie. -Co to jest wepsja?- zakrzyknął młody chłopaczek, pokazując braki w mlecznym uzębieniu. -To jest jedna z kilku opowieści na dany temat, tylko różniąca się czymś- powiedział starzec, unosząc w górę palec i robiąc mądrą minę. -Aha. Starzec zaśmiał się w duchu, dobrze wiedział, że dziecko nadal nie rozumie tego pojęcia. Ale domyślał się, że chłopak niezależnie od wyjaśnienia i tak by nie rozumiał. Rozejrzał się wkoło. W oddali, na płaskowyżu majaczyły rozlanymi gdzieniegdzie światełkami Skalne Wieże, które swoją nazwę zawdzięczały czterem tworom skalnym, które wyznaczały kierunki północ-południe, wschód-zachód, przy czym te drugie były niższe dokładnie o połowę od pierwszych. Mówiło się, że skały nazywane Wieżami zostały stworzone przez Mondriana- pierwszego maga, który był znacznie potężniejszy od dzisiejszych arcymagów, chociaż wiedzę miał mniejszą. Miasto znajdowało się na południu, natomiast na wschód od pagórka, na którym się znajdowali, była wieś, z której dzieci przyszły. Tylko w jednym domu paliło się już w kominku, widocznie w innych domach nikt jeszcze nie przebywał. Było już trochę po zachodzie słońca, mrok ogarniał las, który mieli za plecami. W głuszy pohukiwała sowa, z daleka dobiegł ryk jelenia. Było cicho. Starzec wspomniał słowa swojego ojca, który opowiadał, że gdyby udało mu się w młodości zatrzymać króla, zajazd nocy Trust nie miałby miejsca. Czasu nie da się niestety cofnąć. Bajarz miał może siedemnaście lat, gdy przyszło mu przeżyć tą noc, ale po mimo upływu lat, które naznaczyły jego ciało zmarszczkami, cały ten strach, rozpacz i zgrozę świetnie pamiętał. Odezwały się w nim wspomnienia, Spojrzał na znamię, które miał na prawej dłoni, paskudną bliznę, wewnętrzne brzegi po dawnym rozcięciu wypychały się w górę, tworząc brzydkie wrażenie. -Bajarzu, dobrze się czujesz?- usłyszał głos z daleka. Powracał powoli do siebie, ujrzał przed sobą dziewczynkę blond włosy, która z zaciekawieniem patrzyła w jego oczy, ich dziwny wyraz. -Wybaczcie, starość nie radość, zdrzemnąłem się chyba niechcący. Jaką to wam historię miałem opowiedzieć. Aaa, Skalne Wieżyce... Rzecz miała miejsce dawno temu, kilkanaście lat przed bitwą w noc Trust. Była paskudna pogoda, deszcz lał z góry, jak z cebra. W wielkiej sali królewskiego pałacu król Władyk III kręcił się niespokojnie wokół tronu... *** -To się nie mieści w głowie, chcecie Skalne Wieżyce? -Panie-przemówił najwyższy z grupy trzech ludzi, wszyscy byli ubrani na jedną modłę-Przecie obiecałeś za odnalezienie córki dać, co znalazca zechce. Nie godzi się teraz wycofywać z danego słowa, kiedy się odnalazła... Drugi przerwał dryblasowi, podchwyciwszy myśl: -Gdybyśmy my tam nie byli, nikt nie odnalazłby księżniczki. Rzadko kto tam bywa, a że my, leśne elfy, oraz ten nasz kompan-wskazał na dryblasa, który był człowiekiem.-Znaleźliśmy się w pobliżu, było istnym cudem. -A ileż wy chcecie zapłaty za ten cud? Całe miasto?!! Czy wam się w głowach z chciwości nie poprzewracało? Z niewiadomych przyczyn król nie chciał oddać miasta, które tak naprawdę obciążało tylko królewski skarbiec. Przynosiło małe dochody, bo kupcy niechętnie tam wkraczali. Było trudno dostępne, a drogi w okolicy kiepskie. Ponadto znajdowało się w pobliżu gór, w sąsiedztwie ogromnego obszaru leśnego, więc napadów było sporo. Gdy wrzała wojna rasowa, z północnego zachodu nadciągały elfy, a z południa krasnoludy. Miasto w czasie walk kilka razy było zrównane z ziemią, ale nie wiadomo dlaczego kolejni władcy wciąż je odbudowywali. Problemów rasowych właściwie nigdy tam nie brakowało. Do Skalnych Wież nie mogły wchodzić elfy, natomiast sprowadzano rzesze krasnoludów z ekwipunkiem jakby do kopania złota, ale przecież w promieniu 100 mil nie było żył złota, a potoki obfitowały jedynie w otoczaki. Krasnoludów przybywało pełno, ale karczmy świeciły pustkami. Mówiono, że krasnoludy zapadały się pod ziemię. Nikt nie wiedział, jak dużo w tym stwierdzeniu było prawdy. Nikt, poza władcą, a taka sytuacja utrzymywała się przez wieki, aż do dnia, w którym do króla Władyka III przybyli jakieś tam elfy w towarzystwie wysokiego mężczyzny. Władca nie wiedział, co o tym myśleć, ale wydawało mu się, że elfy wiedzą, tego się obawiał od dawna. Zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś musi dojść do takiej sytuacji, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że za jego panowania. Trzeba będzie zrobić porządek, tylko potrzebuję pretekstu, pomyślał. A ów nadarzył się nadspodziewanie szybko. -Cuda, Wasza Wysokość, są rzadkie... -A więc i drogie-dryblas dokończył i wyszczerzył czarne zęby. -Co? Próbujecie mi grozić? Będziecie za to straceni, straż!!! Trzech rozmówców wyciągnęło nagle miecze. Skąd się one wzięły? Przecież straż musiała ich obszukać! Do sali tronowej wbiegli strażnicy i dogonili tych gwardzistów, którzy jeszcze przed chwilą stali w progu drzwi. Stal zaczęła brzęczeć. Nie słychać było deszczu dudniącego w dach zamku, jedynie stal. Krew wytrysnęła z szyi pierwszego strażnika. Król cofał się, niedługo nie będzie już gdzie. Do sali wbiegli czarodzieje, zaczęli rzucać wszelakie zaklęcia, ale wszystkie spływały jak woda po zbirach. Kolejni strażnicy padali. Elfy zadziwiająco operowali mieczami, chociaż byli specjalistami od łuków. Dryblas został poharatany zamaszystym cięciem w rękę przez jakiegoś rycerza, który nie wiedzieć skąd zjawił się na sali i walczył u boku gwardii króla. Jeden z elfów sparował ukośnie silny atak mieczem i powiedział coś. Ramię kompana przestało krwawić, a skóra zaczęła się zrastać. Walka trwała nadal, król się cofał, a straż usiłowała pokonać trzech zamachowców, którzy zastawili drogę i zbliżając się do władcy, obnażali zęby w okrutnych uśmiechach. Magowie próbowali wszelakich sztuczek, ale tamta trójka miała jakąś protekcję magiczną, która blokowała wszelkie czary. Nie wiadomo kiedy, wszyscy strażnicy leżeli na ziemi, ich trupy niewzruszenie patrzyły martwym wzrokiem w przeróżnych kierunkach. Kilka ciał tych, którym przyszło przed chwilą umrzeć, widziało, że dojdzie do przelewu monarszej krwi. Król był zdany na łaskę okrutników, ale oni najwyraźniej nie mieli ochoty okazać takowej. Władyk III poczuł zimno murów zamkowych, nie miał już gdzie uciekać. Któryś z elfów powiedział coś do reszty, tamci ustąpili, stając w miejscu, z którego postanowili oglądać czyn kompana. Elf posłał paskudny uśmiech, podniósł miecz... Do sali wpadł jakiś młodzian, rzucił trzy kule w kierunku zbirów i krzyknął do siwobrodego starca, który właśnie próbował jakiegoś zaklęcia: -Arcymagu, czar mlecznej kuli!!! ...Król poczuł, jak ostrze miecza orze jego nos na dwie części. Nagle ból zatrzymał się w miejscu, nie obejmował dalszych centymetrów ciała, otworzył oczy, zobaczył elfa, który trzymał miecz wbity w jego nos i patrzył z niedowierzaniem na białą błonę, która go otaczała. Król zemdlał, nie mogąc się doczekać biegnącego do niego czarodzieja, który miał zbadać rozpłatany nos. Na sali zaczęły padać na zimną posadzkę kobiety, skąd się wzięły? Nagle zrobiło się głośno. Wkraczający słudzy zaczęli wynosić trupy gwardzistów, a kolejni czarodzieje sprawdzali, czy może jakiś strażnik żyje. Rycerstwo w moment się rozgadało na temat trzech idiotów w bańce mleka, którzy zaczęli się kłócić. A w rogu sali stało dwóch ludzi, młodzieniec i siwobrody starzec: -Czyżby to ten wynalazek, który ma zastąpić dwimeryt? -Tak arcymagu-jego twarz nagle spoważniała, a z ust wypłynęła mowa niemalże artykułowana.- Jeżeli arcymag zechce, jutro pokażę przedmiot moich prób od podszewki. -Zapowiada się interesująca rozmowa-odparł siwobrody i roześmiał szczerze. *** Nikt nie zmącił wewnętrznej ciszy, która trwała w sali tronowej przez dobre kilkanaście minut. Pierwszy minister króla próbował przekonać władcę do zmiany zdania. Ten drugi utwierdził się we własnych przekonaniach i stał niewzruszony jak głaz. Deszcz, który kilka godzin wcześniej lał jak z cebra, teraz wydawał się jeszcze hałaśliwszym. Aura rytmicznie wybijała marsza grobowego na dachu wielkiego zamczyska. Nigdzie nie było widać trójki zuchwalców, która do niedawna folgowała sobie mieczami w sali króla. Widocznie zastanawiali się w jakimś cichym lochu, jak młodzieniec z garścią kulek mógł im pokrzyżować plany. Mieli na to prawdopodobnie nie dużo czasu. Mały pewnie teraz świętował swoje pierwsze zwycięstwo w szkółce magów, delektując się przednim winem z piwnic zamkowych. Im pozostało jedynie karmić się zapachem zgnilizny i smrodem szczurzych odchodów. A także mrożącym na wskroś zapachem śmierci. -Nie ma odwołania mój ministrze- król zdecydował się przerwać ciszę.- Moje decyzje są nieodwołalne. -Nawet jeżeli są błędne i pochopne, Wasza Królewska Mość? Czy jesteś królu gotów wziąć odpowiedzialność za to, co może się stać w związku z tą decyzją? -Oczywiście, w końcu nikt nie będzie płakał po takich szubrawcach, wynędzniałych lizidupach. Cholera niech to wszystko weźmie, targnęli się na moje życie! -Po tym królu, jak wycofałeś się z danego słowa. Czy masz świadomość Wasza Królewska Mość, że jeżeli każesz ich ściąć po tym, jak sprowokowałeś ich odwołaniem obietnicy nagrody, przestaniesz być wiarygodny? Nie godzi się władcy łamać danego słowa. Co sobie o tym wszystkim ludzie pomyślą? Brak zaufania ze strony ludności, królestwo może na tym stracić bardzo, ale to bardzo wiele! -A cóż to za wielka sprawa, czterech obrażonych kupców zgniłych owoców da drapaka, handlowców nieludzi. -Próbowałem królu wpłynąć na ciebie bez obnażania całej prawdy, widzę jednak, że bez drastycznych w moim mniemaniu środków nie będę mógł się obyć. Zatem muszę przedstawić ci władco pełny obraz sytuacyjny. -Proszę, mów, lubię czasami posłuchać, co w trawie piszczy, o czym to będzie? Tajni szpiedzy w państwie? Błędni rycerze ćwiczyli walkę, a może to jakieś towarzystwo pod urokiem sprzeniewierzone przez naszych magów? Uwielbiam historie szpiegowskie. Gorzej, gdybyś zaczął gadać, że to zdesperowani podatkami kupcy, czy też biedota, której zabicie sprawi, że trzy rodziny stracą ojców. -Panie, ta sprawa jest znacznie poważniejsza, niż mogłoby się wydawać... -Nie chcesz chyba powiedzieć, że oni zaczęli się interesować tym, co robimy pod Skalnymi Wieżami? Jeżeli wiedzą o tym, co moja dynastia starała się skrzętnie ukrywać przez tyle wieków, posypią się głowy mój ministrze, chyba lubisz swoją? Tak czy siak nie można ryzykować, a szubrawców ściąć. -Panie, moja głowa woli pozostać na miejscu, nigdzie jej się nie spieszy. Pozwoliłem sobie porozmawiać z tamtymi oto elfami, tymi którzy targnęli się na twoje życie, o władco, i dowiedziałem się czegoś. Te szkielety, które odkryliśmy w trakcie poszukiwań, należały do ich ziomków, elfów. Twarz króla zmieniła się momentalnie. Pewność siebie połączona z sarkastycznym uśmieszkiem zmyta została pod naporem wielkiego zdziwienia. -To, to nie możliwe. Nonsens. Przecież elfy nie mieszkają pod ziemią, bytują w lasach. -Według relacji tamtych kiedyś było zupełnie inaczej. Istniała grupa elfów, która była związana ściśle z górami... Królu, czy pamiętasz uwagę krasnoludów, że znaleźli mnóstwo skamieniałości roślinnych i rosnące w niektórych miejscach mchy, porosty, oraz drobne roślinki?- władca kiwnął głową i ziewnął przeciągle, ukazując szczątki jedzenia między zębami. Minister postanowił kontynuować.- Elfy mówią, że tam kiedyś była leśna metropolia, pod ziemią, nie potrzebowali w ogóle światła dzięki Świetlnym Kamieniom, które.... -Na demony, przecież tego właśnie szukamy. Toż to skarb-król wybuchnął i równie nieoczekiwanie spochmurniał- te łachudry z lasu już wiedzą i szukają, dlatego prosili o miasto w zamian za uratowanie mojej córki, poćwiartuję ich... -Niech Wasza Miłość będzie spokojny-uciął szybko swojemu władcy minister- oni tam mają grobowce swoich przodków i zależy im tylko na uszanowaniu pamięci... -Ja im dam pamięć, im wcale ślepcu nie rozchodzi się o te kurhany, na które załatwiają swoje potrzeby krasnoludy, ich łapy świerzbią na skarb... -Masz rację, jeżeli ich publicznie karzę ściąć, to może wybuchnąć wojna z elfami o te Skalne Wieże, czy raczej wykopaliska pod nimi. Trzeba będzie to zrobić po cichu. -Nie możesz ich zabić królu!- do sali wpadł czarodziej, który najwidoczniej podsłuchiwał. Pierwszy minister dal mu jakiś znak, chyba kazał sobie dopomóc.- Shellaya cały czas owija w bawełnę. Nie chce powiedzieć ci wprost, o co chodzi, a to sprawa niezwykłej wagi. -Na tyle ciężka ta waga, że musisz podsłuchiwać prywatne rozmowy-odpowiedział siwobrodemu arcymagowi władca.-Przypuszczam, że ty też słuchałeś te elfie bujdy i teraz zamierzasz się kłócić? -Królu-siwobrody się ukłonił.- Nie było innego sposobu. Te dwa elfy oraz człowiek są niezwykłym zjawiskiem świata. Taka kombinacja zdarza się rzadko... -O co do diaska chodzi... -Proszę władco, nie przerywaj, za pozwoleniem kontynuuję...Oni należą do Rady Krucjus. Bardzo rzadko pojawiają się tutaj, bo tylko wtedy, gdy muszą spełnić jakąś misję. Członkowie takiej Rady zawsze w spotykają się w mniej lub bardziej niezwykły sposób i próbują wykonać to, co jest im naznaczone odgórnie. Z rozmowy mojej i Shellaya z Radą wynika, że w podziemiach Skalnych Wież oprócz innych ważnych grobów znajduje się kurhan Pierwszego Elfa, który dał początek całej rasie. -Skoro taki idiota gnije tam w ziemi, to nie ma co rozpaczać, tylko kopać dalej. -Zaklinam cię królu, nie popełnij błędu, jeżeli ich zetniesz, to wrócą, bo ich trzyma przyrzeczenie, oni staną się upiorami pozbawionymi resztek ziemskiego uduchowienia. Będą wyłącznie zabijać, żeby spełnić zadanie. Królu, nie bądź głupcem. -Nie dość, że mnie chcesz poprawiać, to jeszcze od głupców wyzywasz? -Królu, jakżebym śmiał, chcę tylko powiedzieć, że będą siać spustoszenie. Za nimi pójdą przeraźliwe demony. Nie będzie przeproś, śmierć pójdzie za nimi, nic nie pozostanie z twego królestwa, a potomkowie w imię zemsty zgładzeni... -Tracę cierpliwość, idź arcymagu do wszystkich biesów i nie przeszkadzaj mi. Głos postanowił zabrać minister, który dotąd tylko się przysłuchiwał rozmowie czarodzieja i króla: -Wydaje mi się Miłościwy Panie... -Milcz, jeżeli ty też trzymasz stronę maga, nic nie mów, zostaną straceni za moją obrazę, ale nie publicznie, żeby nie wywołać wojny z elfami. -Panie, to, do czego możesz doprowadzić przez ich ścięcie będzie gorsze niż dziesięć wojen z elfami... -Idź precz arcymagu, zanim moja łaskawość dla Ciebie się skończy. -Panie, na pożegnanie rzeknę tylko, że masz szansę nie zobaczyć tego, do czego doprowadzisz. Z mojego punktu widzenia byłoby to błogosławieństwem. -Precz powiadam!!!!!! Gdyby teraz zechciał ktoś zajrzeć do sali, ujrzałby błyskawice odbijające się w wypolerowanej posadzce, władcę Władyka III, rozwścieczonego do granic, o trzęsących się rękach. Do wielkich drzwi, przy których nie było gwardzistów, zmierzał siwobrody i minister, rozmawiali po cichu, planowali coś wielkiego. *** Na dziedzińcu stał król, ukryty pod baldachimem trzymanym przez sługusów. W centrum placu stało podwyższenie z pniem, oraz korytkiem. Pod wystającym na dziedziniec balkonem stał arcymag z uczniem, który uratował króla, oraz minister z sześcioletnim dzieckiem. Na plac wyszedł kat w czarnym worku na głowie, jedynymi otworami były te na oczy. Minister po posturze rozpoznał karczmarza jednej z lepszych w mieście gospod. To tak sobie sukinsyn dorabia, pomyślał. Teraz wiem, skąd bierze te wyszukane kreacje dla żony. Strażnicy wyprowadzili na dziedziniec skazańców. Niebo przeszyły błyskawice. Każdy z nich ma na szyi woreczek, w każdym z nich jedna kulka. Nie można winić młodego czarodzieja za to, co się stanie. Miał prawo taki stop wymyślić. le to się skończy dla tych trzech. Pierwszy na pniu głowę położył dryblas. Wszyscy oprócz pozostałych skazańców, kata i króla odwrócili głowy. Nie jęknął, po głuchym uderzeniu nastąpiło drugie, uderzenie głowy w korytko. Nie było znaczenia, który z elfów pierwszy pójdzie pod topór, oni się nie bali. Strach był rzeczą ludzką. Gdy trzecia głowa wpadała do koryta, niebo zabłysło, wszyscy zobaczyli błyskawicę, która uderzyła w koryto i spaliła je, kat padł na podest oślepiony. -Oto cena zbrodni-powiedział mądrze arcymag. *** -Eeee, nudna ta opowieść-jedno z dzieci pozwoliło sobie na uwagę względem historii opowiadanej przez bajarza. -Poczekaj, poczekaj, jeszcze będziesz się cieszył, że poznałeś tą historię. Jeszcze nie zacząłem opowiadać o nocy Trust. -Wracając do historii... Po wielu latach... Nagle dał się słyszeć ryk w lesie, długi, przeciągliwy, przeraził wszystkich na wskroś. Młynarz, który widocznie zasnął, podskoczył do góry i uderzył głową w jakąś gałąź, zaklął paskudnie. Reakcja bajarza była natychmiastowa: -Chodźcie tutaj wszyscy, za mnie, panie młynarzu, szybko, nie chcę mieć ciężkiego sumienia po pana śmierci- nie trzeba było go długo się prosić, przerażony chłopina skrył się nie tylko za plecami staruszka, ale także za dziećmi, które widocznie miały więcej odwagi od niego.-To prawdopodobnie Sykacz. Jest niebezpieczny, ale mam na niego sposób. Nagle usłyszeli trzask łamanych gałęzi na skraju lasku, przed gromadkę wypadł dziwny stwór, który wyglądał jak ogromna jaszczurka, takoż się poruszał. Gdy zobaczył ludzi, był prawdopodobnie równie przerażony jak oni, uniósł ogon zakończony skupiskiem kolców i sycząc zaczął podchodzić do gromady. Bajarz, stojący dotąd spokojnie, wyciągnął z kieszeni swojego podartego kubraka dwie białe kostki, jedną rzucił tuż pod pysk Sykacza. Gdy zwierze wyciągnęło błyskawicznie język, przylepiło zdobycz i wsunęło do pyska, brudny starzec pokazał mu drugą i rzucił w las, krzycząc: -Glome yim hirm. Rzuconego zaklęcia dopełnił ruch ręki, który sprawił, że za pędzącym stworzeniem poleciała łuna białego światła. -Już po wszystkim, teraz nie wróci. -Dziaduniu, czy ty umiesz czarować?- zapytała ciekawska dziewczynka z włosami blond. -Zapytaj się mnie o to jeszcze raz, jak skończę opowieść, dobrze dziewczynko? *** Na wzgórzu stanęło dwóch jeźdźców. Pierwszy na wysokim, czarnym ogierze, ubrany w półzbroję, prawdopodobnie założoną w celach reprezentacyjnych. Potwierdzało się to, gdy popatrzeć na jego głowę, nieosłoniętą żadnym hełmem czuprynę o kolorze słomy. Skóra jego twarzy promieniała w blasku zachodzącego słońca, a sylwetka rzucała na podłoże zniekształcony cień. Drugi ustępował mu pod wieloma względami: był niski, miał czarne włosy, krótko przystrzyżone na czaszce. Twarz pokrywał brzydki, wielodniowy zarost, który nie do końca zasłaniał paskudną bliznę, ciągnącą się od prawego ucha, aż po policzek. Gniadosz był nieco mniejszy od czarnego ogiera, wyglądał jednak wspaniale. Stanowił przeciwieństwo swojego pana, niechluja. Rozglądali się wkoło. Jeszcze kilka mil dzieliło ich od Skalnych Wież, miasta, w którym byli wiele razy, a mimo to ciągle powracali. Spojrzenie na zabudowania wywołało uśmiechy na ich twarzach. Tak, jak myśliwy, który wracał do domu, do czekającej żony, szczęśliwy, bez znaczenia, czy udało się polowanie, czy nie. Tak teraz oni się radowali. -Już niedługo będziemy tam-powiedział niechluj. -Kocham ten widok bez znaczenia, który to raz tutaj przybywamy. Tyle miesięcy na szlaku, ale dotarliśmy, udało się! -Pędźmy, bo zmierzch niebawem nadejdzie, a chociaż znamy to miejsce jak własną kieszeń, nie wiadomo, czy może jacyś nowi zbójcy się nie pokażą. Obaj zaśmiali się serdecznie, powracając wspomnieniami do dzieciństwa. Zapewne też żart mówili sobie już wiele razy. *** Skalne Wieże już zasypiały. Światła, które zapalały się na nie długi czas po powrocie właścicieli do domostw, teraz przygasały, kończąc swój obowiązek. Cisza się udzielała wszystkiemu oprócz słowików, które dopiero teraz rozpoczynały koncerty. Z pobliskiego, sztucznie utworzonego jeziorka słychać było żaby, a gdzieś w oddali także cykady, które niechybnie postanowiły wtrącić swoje trzy grosze do koncertu. Koncertowi temu przysłuchiwała się z okna jakaś dziewczyna, która co chwilę płakała. Nie wiadomo, czy były to łzy smutku, czy radości. Wszędzie było spokojnie, ale nie w zadymionej karczmie, pełnej najróżniejszego człeka, od marginesu społecznego, aż po handlarzy zajmujących się cichymi interesami. W pomieszczeniach, w których można było się upić samym zapachem fermentowanych trunków, byli ludzie, krasnoludy, niziołki, ale nigdzie nie było widać elfów, czy też półelfów, dla tych obowiązywał zakaz wchodzenia do miasta. Ludzie szydzili, że w promieniu kilkudziesięciu mil nie ma elfów, ale mylili się, a co noc słychać było śpiewy, a w oczy uderzały nikłe płomyki, które to pojawiały się, to znikały pomiędzy drzewami pobliskiej dziczy. -Piwa powiadam! Karczmarzu, czyżbyś żonę za ladą chędożył? Bo jeżeli tak, gotów jestem poczekać w imię męskiej solidarności. Gospoda zatrzęsła się ze śmiechu, a nad wyraz wielki krasnolud przyjął słowa uznania z powodu kolejnego udanego dowcipu. Ze spiżarni wyszła jakaś młoda dziewczyna, przyjęła od karczmarza duży dzbanek z trunkiem i z nieskrywaną niechęcią podeszła do stolika, przy którym siedział ów krasnolud w towarzystwie bardziej od niego nietrzeźwych biesiadników. Tak naprawdę dobrze się trzymał jedynie on, Yufrilk, bo reszta dobranej kompani do przygody, miała nad wyraz kiepskie głowy do picia. Ten najbliżej z lewej siedzący, jakiś niziołek, spał smacznie, pochrapując. Drugi z kolei, człowiek, pokazywał jakiemuś osobnikowi z paskudną gębą i nieświeżym oddechem cztery palce swojej ręki, krzycząc przez całą salę, że tamten jest dupa i nie potrafi liczyć do trzech. Widocznie tamten był zbyt pijany, żeby podejść do kompana Yufrilka i wpieprzyć mu, bo nie udało mu się zrobić dwóch kroków, nie upadając na ziemię. Nie miał nawet siły się podnieść, więc pomogło mu dwóch krasnoludów, którzy wykopali go oględnie i delikatnie mówiąc. Yufrilk wrócił do swoich kompanów, których stan wcale się nie przedstawiał lepiej od poprzedniego spojrzenia. Pociągnął łyk z dzbanka, bo nie miał już komu polać. Kolejnym towarzyszem był stary krasnolud, który nie przywykł do takich biesiad, spał od kilku godzin, a we znaki wdawały się innym bąki, jakie puszczał. Teraz cała karczma była już pijana, nikt się nie przejmował starym świntuchem. Na środku karczmy zaczęło się coś dziać. Trwała jakaś zadyma, długowłosy człowiek bił niziołka, który prosił o przebaczenie, krzycząc Gryzeldo. W końcu jatka się skończyła, bo do akcji wkroczyły dwa krasnoludy, inne, niż przedtem. Jak się dowiedział potem Yufrilk z relacji człowieka zasiadającego za sąsiednim stołem, niziołek krzyknął do siedzącego obok niego długowłosego yyy, kocham cię, yyy Gryzeldo, yyy. Nie wiadomo, czy tamtemu nie spodobała się czkawka, czy bardziej niezamierzone szyderstwo, ale złapał go z miejsca za kark i wykopał na środek porządnego lokalu. Dalsza historia była znana krasnoludowi. Dopił swój antałek, po czym podciągnął portki i nieco chwiejnym krokiem poszedł do swojego pokoju na piętrze spitej karczmy. Kątem oka zauważył, jak jakiś śmiałek zajrzał głową w biust żony karczmarza, co się skończyło tak samo, jak wcześniejsza bijatyka. Yufrilk współczuł tym, którzy przedwcześnie żegnali się z karczmą. Przechodząc obok lady, rzucił należność za trunki karczmarzowi. -Dobranoc. Dobrej nocy, panie Yufrilk- karczmarz z niedowierzaniem popatrzył za odchodzącym krasnoludem. Sam liczył, że podał im 15 dzbanków piwa, z czego jego rozmówca wypił co najmniej połowę. *** Xelander zakończył wartę ledwo kilka minut temu, doszedł do domu, rzucił się na łóżko bez kolacji, czy ściągnięcia butów, a już go żona zaczęła strofować, dlaczego tak mało mają. Gdy dowiedział się gwardzista, czego to nie ma każda z kumoszek żony, to tamtej humorek odwrócił się i zapragnęła nieco namiętności. Xelander nie miał ochoty na takie rzeczy, ale wolał to, od gderania żony, którego słuchał od dobrych 15 lat. Gdy skończył raczej nieciekawy obowiązek, a żona zasnęła dowartościowana tym, że chociaż taaakiego męża sąsiadki nie mają, strażnik zaczął rozmyślać. Dzisiaj był bardzo ciekawy dzień, ale nikt o tym nie pamiętał. Nałożyły się na siebie dwie daty. Dzisiaj przecież jest Trust. Wszystko może się zdarzyć tej nocy. Ludzie świętują, chociaż po takich ilościach piwa nie pamiętają pewnie nawet, za co piją. Ale on dobrze pamiętał, poza tym dzisiaj królowa obchodziła dwudzieste pierwsze urodziny. Według wierzeń elfów taka liczba jest niezwykła. Xelander lubił takie opowieści i często mówił różne historie dzieciom, które zaczepiały go na warcie. Poza tym życie zbyt go doświadczyło. Jako jedyny przeżył wtedy, na zamku, gdy dwaj elfowie i jeden człowiek próbowali zabić króla. Ledwo się wylizał, chociaż jego rana wyglądała najbardziej poważna wśród tych, którzy jeszcze dawali oznaki życia. Cięty na skos, przez klatkę piersiową, cudem przeżył. Urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, życie było dla niego źródłem radości. Ale nie mógł wtedy uwierzyć, że tylko on przeżył po tej zamkowej sieczce . Był najmłodszy z całej gwardii zamkowej, miał dwadzieścia cztery lata. Ale to jemu jednak udało się przeżyć. On był tym wybranym, chociaż zginęli weterani wojenni, wspaniali rycerze i wielcy ludzie. A to on, szary człowieczek uszedł z życiem. Nie wiedział jednak, że przyjdzie mu spełnić wielką rolę, poświęcić się dla innych, o czym zawsze marzył. Poprosił króla o przeniesienie, a jakiś cyrulik dał mu zaświadczenie o złym stanie psychicznym. Król postanowił jednak odegrać się na strażniku i wysłał go tu, do Skalnych Wież. Władca nie wiedział, że zrobił mu przysługę. Xelander i tak by nie zapomniał. *** Matromutinis patrzył właśnie przez swój nowy wynalazek-długą lunetę na trójnogu- w rozgwieżdżone niebo. Stał na jedynym balkonie swojej wieży. Po poręczach pięły się w górę dziwaczne roślinki, zapewne efekt działań magika. Na małym, okrągłym stoliku stała księga, do której co chwilę zaglądał czarodziej. Miasto było całkiem spokojne o tej porze. Wieżyce usypiały, tylko co pewien czas słychać było wzmożony rumor w karczmie stojącej nieco na uboczu. Na nocnym niebie nie było żadnej chmurki, ale powietrze było bardzo ciężkie, zupełnie jak przed burzą. Nie rokowało to przyjemnego snu, przynajmniej dla ciżby, bo Matromutinis był przecież magiem. On potrafił prawie wszystko. Jednak tak naprawdę wszyscy uważali go za niezgrabnego, wiecznie zabieganego człowieczka, nic więcej. A szanować... szanowali, ale tylko wtedy, gdy mieli do niego interes. W pozostałych przypadkach czarodziej Skalnych Wież, podarek od króla dla miasta, był obiektem, na którym zaczepiały się wszystkie oszczerstwa i obelgi. Od strony Wielkich Lasów, jak je nazywał w duchu czarodziej, powiał niespodziewanie wiaterek. Matromutinis nie zwrócił na to uwagi, patrząc przez metalową rurę na niebo. Jego wielka, pokryta świńską skórą księga również poczuła wiaterek, który sprawił że kilka stron zatańczyło radośnie. Mag nie zwrócił uwagi na to, był zbyt zajęty swoją pracą. Gdy jednak po raz kolejny zajrzał do księgi, żeby porównać układ konstelacji, zdziwił się niepomiernie. Na jednej ze stron widniała duża mama nieba, obrazująca układ gwiazd. Strony te okryte były tytułem Przepowiednie na przyszłość. Mag rzucił okiem na tekst z drugiej strony. Upiory, Rada Krucjus, kto jest autorem tego, noc Trust, przez głowę Matromutinisa przewijały się pętle różnych myśli i skojarzeń. Przerzucił stronę i ujrzał grafikę przedstawiającą demony, jakich jeszcze nie widział. Wydawało się, że nie ma w nich absolutnie żadnej materii, są tylko łuną, ale skoro można im zadać rany... przecież to nonsens. Nagle coś tchnęło zaczytanego maga, który cofnął się do strony z układem gwiazd. Ze zdziwieniem zauważył, że kilkanaście gwiazd układa się w znak Trust, który miał należeć do pradawnej mowy elfów. Ale to był tylko głupi znak, nieużywany teraz, nikt już nie pamięta, co tak naprawdę oznaczał. Mag nerwowo się poruszył, gdy przyjrzał się innym konstelacjom. Złapał się za głowę. Jak mógł być taki głupi? Nerwowo odsunął się od stolika, prawie przewracając trójnóg. Spojrzał na gwiazdy. -Baran, Układ Katrepa, Smok, Wielka Kaskada i Mezeo. Na wszystkie biesy, przecież skrajne gwiazdy tych konstelacji tworzą symbol Trust. Jacy byliśmy ślepi, myśleliśmy, że nazwa nocy Trust bierze się od jakichś kwiatków, które tylko dzisiaj kwitną. Potem była... jakaś świątynia na zachodzie, jej kapłanka utrzymywała, że Trust jest obchodzone na cześć jakiejś bogini- czarodziej mówił do siebie.- Jeszcze tysiące głupot było na ten temat. I pomyśleć, że gdyby nie ta głupia przepowiednia, to nie zauważyłbym, że to chodzi o znak na niebie... Ludzie są największymi geniuszami, ale także i ślepcami są niemałymi. Matromutinis musiał przetrzeć oczy, bo nie wierzył w to, co zobaczył... Znak ułożony na niebie z gwiazd kilku konstelacji zaczął świecić. Światło to stawało się coraz mocniejsze. Gdy wydawało się, że gwiazdy świecą mocniej od słońca, ciała niebieskie nagle wystrzeliły, połączyły się wyraźnie w znak, który teraz dostrzegłby każdy, ale przecież nikt nie patrzył się na niebo, nikt, oprócz maga. Ostatnia linia połączyła pierwszą i ostatnią gwiazdę znaku, a kolejne wydarzenia były równie nieprawdopodobne jak to, co się dotąd działo na niebie. Łuna światła spadła z nocnego nieba na księgę, która rozbłysła ogniem. Palił się on na księdze, ale jej nie trawił. Wszystko trwało kilka mgnień, gdy luna przestała łączyć znak Trust z księgą, jednak na starym dziele nieznanego autora, które magowi przyszło kupić za grosze na bazarze, pozostała kopia znaku z nieba. Wypalony, nie widać było, aby ogień wytrawił inne miejsca, tylko to. Księga niespodziewanie błysnęła, jak zwierciadło, które odbiło światło, zamknęła się, a błysk, który się powtórzył, zmaterializował okucie dla książki, której już nikt miał nie otworzyć. Wnet w oddali zawyły wilki, ptactwo zerwało się z lasów, tysiące latających stworzeń zakryło niebo, nie było widać absolutnie nic, ale tylko na chwilę, bo gdy ptaki odleciały, mag musiał dzisiaj po raz kolejny przetrzeć oczy, a na wzrok nie narzekał.... Na horyzoncie pojawił się oddział. Wszyscy świecili światłem, jakim mógł się pochwalić jedynie księżyc w pełni. W oddali zlewali się w jaśniejącą kupę, ale przed nimi, stały trzy upiory. Światło, które od nich biło, wydawało być się dziesięć razy jaśniejsze, a ich sylwetki górujące niczym postać króla nad motłochem. Takie wrażenie miał Matromutinis, który wiedział już, o co chodzi. Wyczytał wszystko w księdze, ale była pewna różnica. Teraz wierzył, że to wszystko było prawdą. Wilki nada wyły, a oddział, który nie był raczej przyjaźnie nastawiony, zaczął się poruszać. Ale nie pędził karkołomnie. Trzech przywódców jechało na przedzie na rumakach-szkieletach, a z tyłu poruszała się reszta. Nie tylko upiory, które wyglądały wypisz wymaluj jak głowy nakryte prześcieradłem, ale także kościeje. Nie musieli się spieszyć, ta noc należała do nich. *** -Bajarzu, czy to prawda, że Matromutinis uratował Skalne Wieżyce, bo ostrzegł wszystkich?- mały chłopiec o zielonych oczach, który dotąd milczał, teraz zebrał się do zapytania starego człowieka nieśmiałym głosem. Bajarz uśmiechnął się do chłopaka, a potem spojrzał na inne dzieci, które widać też miały podobne poglądy. Spojrzał się jeszcze na młynarza, który nie wyglądał na takiego, który jest w stanie powiedzieć coś mądrego w takiej rozmowie, wygrzebał jeszcze jakiś kawałek mięsa z dna miski, a jak go przeżuł, zabrał się do odpowiedzi. -Wielu sądzi, że gdyby nie Matromutinis, Skalne Wieżyce i pobliskie osady byłyby zniszczone. Może i mają rację. Ale wielu sądzi także, że gdyby Matromutinis nie otworzyłby wtedy księgi, rzeź nocy Trust nie miałaby nigdy miejsca. -Dziaduniu, a jak ty myślisz, czyja to była wina, czy to wszystko przez czarodzieja?- ulubienica, dziewczynka blond włosy zaczęła się wiercić na kolanach bajarza, żeby nie zwlekał z odpowiedzią. -Widzicie dzieci, nami rządzi przeznaczenie. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie uniknąć tego, co nam pisane. Nie powiecie mi, że ktoś może uniknąć śmierci. Nie możemy winić Matromutinisa o to, że stała się rzeź. On stał się narzędziem przeznaczenia. Gdyby nie on, rzeź mogłaby się stać dzisiaj, przez kogoś innego, kto byłby w posiadaniu księgi. Jedno jest pewne, Radzie Krucjus było przeznaczone spełnienie zadania. Dlatego jeżeli nie wtedy, to kiedyś na pewno księga zostałaby otwarta o niewłaściwym czasie. *** -Ludzie, ludzie, zbierać się na plac, szybko, jeżeli wam życie miłe-jakaś postać przebiegła obok dwóch jadących ludzi, jeden paskudną blizną na twarzy, drugi przystojny. -Cóż to się stało panie magiku, że w nocy budzisz mieszczan, czyżby zwyczaje w Skalnych Wieżach się zmieniły?- wysoki mężczyzna na czarnym rumaku musiał być obeznany w magii, wyczuł aurę, która biła od skrytej w mroku postaci. -Panie rycerzu, nie ma czasu, zobaczcie tedy, co się dzieje pod Wielkim lasem, śmierć idzie. Nie zatrzymujcie mnie-dodał szybko na pytające miny obydwu jeźdźców.- Jest za mało czasu na rozmowy i wyjaśnienia. Na rynku powstał rumor. Matromutinis musiał obudzić całe miasteczko, bo dochodzili jeszcze ludzie ze skraju miasta. Zebrali się różni ludzie, od małych dzieci, którym udało się niepostrzeżenie dostać na miejsce, poprzez rzeźmieszków, a także drobnych podróżnych, aż po bogaczy, którzy udając oburzenie, nie przebrali się nawet z nocnych strojów. Ci ostatni byli też najbardziej zaciekawieni i podekscytowani. Widocznie jeszcze nikt nie wiedział, po co to całe zamieszanie. -Cisza do wszystkich biesów!- rozeźlony już nieco mag postanowił uciszyć wrzawę.- Jesteśmy w ogromnym niebezpieczeństwie, miasto może zostać zniszczone! -Co ty pleciesz nasz maguniu, teraz widać, że zamiast badać i uczyć się po nocach piwo żłopiesz- kilka osób roześmiało się po żarcie grubego jegomościa w koszuli nocnej. Reszta zachowała powagę, ale czarodziej i tak się zdenerwował, jego oczy zapłonęły gniewem. -Zatem popatrzcie, kto idzie do nas w odwiedziny. Śmiało wejdźcie na mury, tylko żebyście nie pospadali przypadkiem. Zaciekawieni byli wszyscy, ale ci, którzy jako pierwsi weszli na dachy swoich domów, bądź na oddalone nieco mury, ze strachem bądź spadali, bądź chowali głowy. Pierwsze kobiety zaczęły mdleć, a dzieci chować się za sukienkami co odważniejszych matek. Twarze nabrały bladego koloru, wszyscy ze zgrozą patrzyli na widma, które powoli, aczkolwiek zdecydowanie szły w stronę miasta. Czarodziej z zadowoleniem przypatrywał się wszystkim tym, którzy z niego kpili. Dał znak czterem młodzieńcom, którzy wyglądali na bardziej odważnych od innych i oszczędnie powiedział, o co chodzi. Tamci zerwali się szybko i popędzili w stronę miejskich stajni, których teraz nikt nie pilnował. Czarodziej jeszcze dla pewności rzucił na nich aurę ochronną. -Na matulę moją kochaną- wrzasnęła jakaś stara baba-toż to koniec świata będzie rychtykiem. Chrońta, chrońta panie czarodziej, co my zrobimy, zabiją wszystkich, w tobie nadzieja! Jakiś bardziej rozgarnięty chłop, zdaje się szewc podszedł do czarodzieja: -Trzeba jakąś obronę czcigodny Matromutinisie zwołać, trza walczyć, to jest nasza ostatnia nadzieja. -Dość już się napatrzyliście, musicie zatem wiedzieć, że dzisiaj, w noc Trust będzie krwawa rzeź, niezależnie, czy wygramy, czy przegramy. Przyjdzie nam walczyć, bo tak jest napisane w przepowiedni, a ta oto księga jest świadectwem tego, co mówię- czarodziej uniósł księgę, która była opatrzona magicznym zamkiem. -Co mamy robić, co począć?- ktoś krzyknął z tłumu głosem rozpaczliwym, strachliwym. -Na pewno nie czekać z założonymi rękami-czarodziej szybko odpowiedział.-Posłałem już do wiosek po chłopów... -Po co, widać przecież dobrze z murów, że ich jest nie więcej, jak stu pięćdziesięciu-gruby jegomość w koszuli nocnej postanowił najwidoczniej włączyć się do dysputy.-A nas w mieście będzie ponad siedem setek. -Czy nasz wielmożny pan na ślepotę przypadkiem nie narzeka? Przecież to są demony i upiory, kościeje, zaraza, w mieście to jest trzy części chłopa bez pojęcia o broni, półtora setki kobiet z dziećmi. Co kobiety i dzieci potrafią? Drewnianym mieczykiem machać, kobietę w bój będziesz posyłał? Jest może stu trzydziestu rycerstwa, awanturników i przygodnych, szlakowi miłych ludzi, straży będzie może pięćdziesiąt, a reszta to starsi. Jest nadzieja, że w okolicznych wsiach będzie trochę rycerstwa, które do boju będzie chętne. -Ale nawet bez tych z wsi będzie po równo właściwie, nie ma co wołać tamtych. -Cóż za brak wyobraźni. Ja wam to mówię, Matromutinis, członek Rady Magów, a także pomniejszych grup czarodziejskich, z nieżywymi każde ręce są przydatne. Każdy z nich walczy jak dziesięciu chłopa, a ta trójka na przedzie zdaje być się upiorami Rady Krucjus. To oni zaatakowali króla kilka lat temu, a teraz ich złe dusze powracają, aby wypełnić misję, a także się zemścić. Nie patrzcie tak na mnie, nie mam pojęcia, za jakie przewinienia chcą nas ukarać, ale jedno jest pewne, oni tu jadą, aby miasto zrównać z ziemią. A teraz potrzebuję najszybszego gońca... gdzie jest Gajusz? -Tu panie Matromutinis, na twój rozkaz! -Pędź do chaty pustelników, oni zdaje się, coś mówili o wypełnieniu się i zemście Rady Krucjus. -Przecie oni obłąkani są, szkoda czasu!- czarodziej nie zaszczycił nawet spojrzeniem problematycznego grubasa w koszuli nocnej, a Gajusz nie zawahał się nawet przez moment, popędził do miejskich stajni, wybrał najlepszego rumaka, po czym przejechał gdzieś boczną uliczką do bramy wylotowej. Głos postanowił zabrać szewc: - Nie ma co czekać, szybko, wszyscy chłopi zdolni do walki za mną, do garnizonu, trzeba nam rozdać broń. -Co tu się dzieje- Xelander dopiero teraz przyszedł na zbiorowisko? -Szkoda słów panie Xelander, zapraszam do karczmy, musimy obmówić plan obrony miasta. Powtarzać się muszę, proszę nie zadawać pytań. Aha, w karczmie, zdaje się, jakiś bitny krasnolud jest, panie karczmarzu, proszę wyprowadzić wszystkich stamtąd, sprowadzić tego krasnoluda, chyba Yufrilk się zwie. Do karczmy odtąd wstęp mają tylko dowódca straży, krasnolud Yufrilk, ja, karczmarz... trzeba rozstawić strażników... Mamy jeszcze kilka godzin czasu, przypuszczam, że zaatakują trzy godziny przed świtem. Aaa, zapomniałbym, jak przybędą pustelnicy, proszę ich przyprowadzić natychmiast do nas. *** -A powiodom ci Jakubku, nie ma to, jak piwo, to wino twoje nie dość, że drogawe, to jeszcze jakieś dziwne. -Daj spokój, ja wino to tylko okazyjnie, nie me to, jak gorzałka. - A ty wiesz, że przednie samogony robi ta, Matuszkowa? Naprawdę, kołowaty robisz się po połowie, a co dopiero mówić, gdy cały weźmiesz. W oddali coś zaczęło szumieć, ptaki spłoszyły się, a gdzieś zawyły wilki. Zerwał się wiatr, który przyniósł w powietrzu zapach grozy. Obydwaj spojrzeli na siebie, a potem zaczęli nasłuchiwać. Jakiś wibrujący odgłos raz głośniejszy, raz cichszy. -Pódźmy zoboczyć, co tam się dzieje. Ciekawym, w końcu dzisiaj noc Trust. Wstali z ławki, która trzeszczała pod nimi jeszcze przed chwilą. Odeszli spod tej opuszczonej chałupy na skraju wioski i udali się w stronę, z której wibrujący odgłos dochodził. Musieli wyjść na gościniec, który biegł od puszczy, aż do płaskowyżu, na którym znajdowały się Skalne Wieże. Gdy skończyły się zarośla, które otaczały dróżkę do wioski, mieli pełne rozeznanie na to, co było od borów, aż po płaskowyż. Ale mieli jeszcze pożałować tej nocy, że poszli na gościniec. Mieli także pożałować, że się w ogóle urodzili. *** W noc Trust, noc, która miała być zapamiętana na wieki przez Skalne wieżyce jako rzeź, dał się słyszeć przeszywający krzyk. W oddali, z murów okalających miasto widać było, jak w pobliżu Wielkich Lasów, tam, gdzie stała kiedyś wioska Brody, widać było teraz szalejący pożar, a pośród ognia, w płomieniach stała Rada Krucjus, z orężem ubroczonym w krwi niewinnych, prostych ludzi. Stało ich trzech, przypominali ludzi, ale ich skóra była nieludzko biała, a w niektórych miejscach nie tylko brakowało odzienia, ale także skóry. Gdyby mag z Wieżyc skorzystał teraz z teleskopu, zobaczyłby demonicznie zapatrzone oczy, czy raczej małe, wiercące kuleczki, pełne nienawiści, zemsty, nienasycenia i zła. *** Gdzieś w ogniu leżało ciało Jakubka, niemiłosiernie spalone, strawione przez ogień. Na oczyszczony już w połowie szkielet momentami przeskakiwały języki ognia, radośnie tańcząc, ciesząc się, że ich chwila nadeszła. Dzisiaj świętowały, bo przecież ogień oczyszcza. Ale tam, gdzie płomienie jeszcze nie mogły dosięgnąć, na szkielecie wisiała skóra, nieco już osmolona dymem, trochę spieczona. Nie było już życia w tym, co kiedyś było człowiekiem. Istotą inteligentną. Zmiażdżona żuchwa głupio się uśmiechała w stronę płaskowyżu, tam, gdzie stały Skalne Wieżyce. A gdzie jego kompan? Głowa zastygła w paskudnym grymasie niezadowolenia, czy też bólu. Oczy, szkliste, wyglądał głupio z ich wyrazem, jak ryba. Ale głowa była samotna, tors leżał gdzieś dalej, wygięty w nienaturalnej pozycji, cały zakrwawiony. Temu drugiemu nie było już dane oglądać Skalnych Wieżyc. Życie jest okrutne... i ulotne. *** -Przytrzymaj miecz, a teraz młynkuj... dobra, następny. -Jaka broń?- gwardzista zadał po raz kolejny to samo pytanie. -Mam własną, tylko nie mam strzał. - To dostaniesz miecz. Jaki, mamy półtoraręczne i dwuręczne? -A nie ma innych? -Sahajdaki skończyły się na samym początku, a inne... a co będę cholera jasna ci mówił, za najwyżej dwie godziny będzie bitwa, a ja jakiemuś skurwielowi będę dawał karczmarzowych porad. Nie widzisz, że jeszcze ponad siedemdziesięciu chłopa czeka na miecze? A jak będzie, jak przybędą następni ze wsi? Kurwa, bierz półtoraręczny i zmiataj. Następny. Długa kolejka od składu gwardzistów ciągnęła się aż za załom uliczki. Brakowało wszystkiego: mieczy, zbroi, grotów do strzał, nawet koni, chociaż te nie były najbardziej potrzebne. W kolejkach stali przeważnie mieszczanie i chłopi, którzy żyli na obrzeżach miasta. Niewielu było prawdziwych rycerzy wśród oddziałów obrońców, które właśnie się kształtowały. Na sąsiednim placu jakiś półzbrojny wyjaśniał coś skupionym wokół niego gwardzistom. Niewiele było kobiet. Tym kazano schować się w piwnicach domów, a co bogatszym pozwolono na ukrycie się w podziemiach ratusza. Kobiety pozabierały ze sobą dzieci. Ledwie kilka można było zauważyć wśród przygotowujących się obrońców, a miały na sobie męski rynsztunek i zachowywały się tak, jak mężczyźni. Mimo podekscytowania wszyscy byli cicho. Cicho i milcząco, chociaż w każdej duszy panował chaos. Połączenie przestrachu, dumy, potrzeby walki i dziecinnego przestrachu przed otaczającym światem. Każdy myślał na swój sposób, ale wszyscy dochodzili nieświadomie do identycznych wniosków. Niejeden z nich straci życie, walka jest nieunikniona, trzeba chronić przyszłość, ich rodziny. Tylko na takie wnioski stać było proste dusze, przebogate w dobroć. Tylko wydawało się, że jest cicho. Powietrze miarowo jeżyło się biciem wielu serc. Zewnętrzna cisza nie była pod żadnym innym względem zakłócana przez wewnętrzny chaos, ale stwierdzenie to miało się stać błędem. Na samym końcu kolejki ciągnącej się niemiłosiernie stała grupa łotrzyków, łobuzów, którzy nie mogli się uważać ani za podróżnych, ani za rycerstwo czy bohaterów, ani też za zbójców, bo ci ostatni mieli jednak więcej szczerej odwagi, a mniej tego szumu na pokaz. Ci natomiast cały czas szumieli. Kpili sobie ze wszystkiego. Od starego dziadka w łachmanach przed nimi, który postanowił wraz z młodymi i rycerstwem do równej walki przystąpić z upiorami, aż po zagrożenie, które powoli nadchodziło od strony Wielkich Lasów. -Ech, jak się wreszcie doczłapią do murów zamkowych, będę mógł sobie ulżyć i pomacham tą oto Kaśką, bo mi się w pochwie zastoi. -Dobrze Paplosz, że przynamniej o miecz dbasz, bo kutas do już dawno ci się zastał, tyle że nie w młodych dziewkach, ino w gaciach. -Idź, bo jak zdzielę, to pierwiej się posrosz, jak do walki ze mną staniesz. -Spokojnie, obaj jesteście dobrzy Emaray, dajcie sobie na wstrzymanie, bo wam guma w gaciach nie wytrzyma, jak nabroicie. Na końcu kolejki rozmawiało trzech rzeźmieszków, a rzeź zbliżała się, coraz to większymi krokami. Nikt nie mógł uniknąć tego, co było mu przeznaczone. W oddali puchacz pohukiwał mętny rytm, dla dodania odwagi, bo tej nocy nikt ani nic nie mogło się czuć bezpiecznie. Nawet ten kamień, co leżąc na drodze, mógł w walce pradawną mocą w proch być obróconym. Nawet ta sarna, co widząc Orszak Śmierci, w chaszcze pędem się zaszyła, mrokiem wnet otoczona. Nikt, nikt od Wielkich Lasów począwszy, aż po płaskowyż, nawet do gór sięgając, nie mógł się czuć w noc Trust bezpiecznym. Puchacz jeszcze raz zmącił nocną ciszę, kto wie, czy nie dodawał sobie odwagi. A może tylko Poganiał Orszak Śmierci do walki, będąc krwi spragnionym. Tego nikt nie mógł wiedzieć, bo w teatrze marionetek wszystkie role zostały już rozpisane. A spektakl nosił tytuł, który został zapamiętany Nocą Trust na wieki. *** W piecu miło trzaskało. Za stołem siedziały trzy postacie. Strażnicy, którzy pilnowali drzwi gospody, byli niezwykle spokojni, ta cisza przerażała. Xelander po chwili przerwał ją, przygrywając swoim nerwom, wystukując jakiś rytm na drewnianym stole. Yufrilk nie odzywał się od dłuższego czasu, znacznie częściej w trakcie narady sięgał po kufel z piwem. Wyglądali jak dzieci, które się pokłóciły i nie odzywają się do ciebie. Ale wiadomym było, że nie mogli się kłócić, po prostu nie wiedzieli, co dalej począć. Takie sytuacje szczególnie Yufrilk źle znosił, drażniło go, gdy nie mógł znaleźć rozwiązania. Był bardzo ambitny, ale złościł się, gdy w obliczu zrządzenia losu stawał się nieporadnym. Xelander był już doświadczony w rozwiązywaniu problemów, w życiu często spotykał się z dylematami, które go przerastały. Teraz patrzył się mętnym, nic nie wyrażającym poza zamyśleniem wzrokiem w języki ognia, które tańczyły radośnie, wietrzyły ucztę. One wiedziały i czuły tak, jak ludzie, czuły może krwi. Xelander wiedział, co zrobić w tej sytuacji, co on mógł zrobić. A był w stanie jedynie liczyć, z dziecinną ufnością wierzyć, że rozwiązanie przyjdzie samo. W tej sytuacji najmądrzejszym z całej trójki mógł być tylko Matromutinis. Poważna, kamienna mina nie zdradzała niczego. Ale to były tylko pozory, bo prawdziwa burza toczyła się przez serce maga. Zastanawiał się, czy jego wnioski są prawidłowe i czy nie ma żadnego innego rozwiązania. Postąpienia w taki sposób, na jaki będą w stanie się zdobyć ludzie i jego własne sumienie. Zbyt duży rzemień zakłada sobie na szyję. Jego chęć pomocy może zgubić wszystkich. Jedynie cień nadziei stwarzało jego postępowanie. Ale takie rozwiązanie mogło się okazać jedynym i najlepszym. Musieli tylko spokojnie czekać. Po Matromutinisie najmniej było widać zdenerwowanie. Na splecionych dłoniach opierał brodę, trzymając jednocześnie łokcie na stole. Jedynie oczy zdradzały podniecenie. Czarodziej ten należał do niewielkiej grupy magów, która nie potrafiła ukryć zdenerwowania w oczach. Nazywano ich szczerymi bałwanami, ale Matromutinis nie przejmował się tym, co o nim mówiono. Wtem drzwi zaskrzypiały, do izby wdarło się nieco chłodu. Było zbyt zimno, jak na środek lata. Nikt nie zauważył trzęsących się dłoni czarodzieja w słabym świetle ognia. Ale gdy się okazało, że do izby wszedł szewc, podniecenie spłynęło po czarodzieju, robiąc miejsca dla spokoju i poirytowania. -Mówiłem przecież, że nikt nie może tutaj wchodzić oprócz mnie, panów Xelandera i Yufrilka, no i oczywiście spodziewanych gości. -Wybacz panie, ja ino meldunek, bo wasz mość nie mówił, kto dowódca, więc uznało mi się, że do pana trza rychtykiem iść. -Już dobrze, dobrze, mów że szewcu, co tam się dzieje, ino nuże, bo musimy jeszcze kilka spraw omówić-czarodziej odpowiedział miłym tonem, zdając sobie sprawę ze swojego błędu.- Jeżeli chodzi o dowództwo, to panowie chyba nie będą mieli za złe, jeżeli to ja obejmę tymczasowo dowództwo. -Tymczasowo?- Yufrilk zrobił zdziwioną minę.- Przecież...-uciął, bo zobaczył ledwo zauważalne mrugnięcie czarodzieja.- Ja jestem za, rzecz jasna czcigodny Matromutinis będzie dowódcą. -Również nie mam nic przeciwko temu- Xelander szybko dodał. -No tak, skoro już zostałem mianowany dowódcą, to proszę nam nie zawracać głowy. O ile się nie mylę, to zastępcą pana Xelandera jest Retro. Do niego odtąd z pomniejszymi sprawami, zgadzamy się jedynie na co pół godzinne meldunki o zbliżającym się wrogu.. Ale skoro szewcu już nam zakłóciłeś tą ciszę, to mów, co się stało? -Przybyli już z wiosek, czcigodny, chłopy i trochę rycerza. Co mamy robić, brakuje nam broni? -Jaki jest dokładnie stan uzbrojonych? -O ilem dobrze porachował, będzie pięć dziesiątek łuczników, osiemdziesięciu bez mała rycerzy, uzbrojonych ciężko i półzbrojnie. Chłopa uzbroili my sto pięćdziesiąt, reszcie pozostaje z widłami do boju. Kobiety już wszystkie w piwnicach z dziećmi, zostaje do pilnowania kilku chłopów. Kilka upartych dziewek chce iść w bój, ale to te obyte ze szlakiem, w pełnym rynsztunku. Nic nie wiadomo mi o straży, która pewnikiem dobrze uzbrojona, ale nie wiem, ile jej pójdzie w bój. -A ilu przybyło z wiosek? - A będzie jakoś czterdziestu rycerza dobrze uzbrojonych, potem sto osiemdziesiąt chłopa. Niewielu łuczników, bo tych mało na szlaku, ale będzie tego trzy dziesiątki. -Ha, zatem nie nam się martwić o bój, bo nasza przewaga jest znaczna, demony nam nie będą już wadzić-powiedział entuzjastycznie Yufrilk. -Muszę cię drogi towarzyszu rozczarować-powiedział wolno i spokojnie czarodziej, mierząc każde słowo.- Gdyby było nas tysiąc w najlepszym uzbrojeniu, poddawałbym pod wątpliwość zwycięstwo. -Przecież te poczwary nie mogą być aż tak potężne! To się w głowie nie mieści. -Obawiam się, że mam rację, przyszło mi przeczytać to, co zawarte było w księdze objętej obecnie czarodziejskim zamkiem-czarodziej delikatnie tłumaczył krasnoludowi, że idą na śmierć, po czym przerwał dyskusję, zadając pytanie do szewca.- A jak uzbrojeni są chłopi z wiosek? -Przyszli z siekierami i kosami osadzonymi na sztorc. Ledwo paru ma miecze z dziada pradziada, a pewnie nie mają zielonego pojęcia, co z nimi robić. Spora część jednak nie ma w ogóle dobrej broni. -Ach, niedobrze. Trzeba im znaleźć broń w mieście. Kowale kują broń? -Kują, ale nie uda im się chyba dla wszystkich... -Musimy być dobrej myśli. Proszę zebrać ich na głównym rynku, niech tam czekają. To wszystko, dziękuję, możesz już szewcu iść. -Niech czcigodny czarodziej się nie obawia, musimy wygrać ten bój. Powiedział szewc na odchodnym. -Obyś się nie mylił. Dopiero przyszłość miała pokazać, czy szewc się mylił, czy nie. Na szczęście, czy też nieszczęście, ta przyszłość była niedaleka. *** Drzwi po pewnym czasie zaskrzypiały znowu. Ten sam ziąb, tym razem jednak bardziej przenikliwy i mrożący krew w żyłach. Przez otwarte drzwi przedarło się pohukiwanie sowy. Przejmujący, a zarazem dodający odwagi odgłos zamilkł, gdy drzwi zamknęły się za czterema postaciami, które weszły do środka. Byli to czterej pustelnicy, o których sporo się mówiło w okolicach, jednak rzadko kto ich niepokoił. Droga do ich samotni była niezwykle niebezpieczna, mimo że stosunkowo krótka. -Witajcie, dobrze, że już przybyliście- Matromutinis gestem zaprosił ich bliżej, na środek izby, która kilka godzin wcześniej wrzała od głosów i cuchnęła piwem. -Zapewne domyślacie się, dlaczego wezwaliśmy was tutaj, do miasta. Ja także się domyślam, dlaczego nie odmówiliście. Zarówno waszym, jak i naszym przeznaczeniem było spotkać się dzisiaj, by spełnić to, co zostało przepowiedziane w księdze. Muszę wam przestawić tych oto mężów, którzy dzisiaj staną po tej samej, co my, stronie. Ten oto krasnolud-czarodziej wskazał na niezwykle dużego jak na krasnoluda nieludzia.- nosi imię Yufrilk. A o Xelanderze, naszym dowódcy straży musieliście już słyszeć-podobny gest wskazał na człowieka w średnim wieku. Dopiero po tej przemowie pustelnicy zdecydowali się podejść bliżej. Najwyższy był niechybnie magiem, ale do takiego wniosku mógł dojść tylko ten, który wyczuwał silnie emanującą aurę. Miał długą, siwą brodę, twarz posiekaną zmarszczkami i najwięcej lat ze wszystkich obecnych. Z niebieskich oczu wyczytać łatwo było mądrość i dobroć. Obok niego stał młodzieniec, młody mężczyzna właściwie, który nie wyglądał na maga, ale jak się później dowiedziano, takowym był. Nie różnił się niczym od zwykłego, szarego człowieka. W jego ramionach widać było jednak późno wyrobioną krzepę, co świadczyło o tym, że teraz żył zupełnie inaczej, jak będąc dzieckiem. Wzrok Xelandera i Yufrilka przesunął się na kolejne osoby. Gdyby następną postać wzięli za równego wiekiem poprzednikowi, mocno by się pomylili. Gdyż tak naprawdę trzecia osoba miała ledwo siedemnaście lat. Ostatnia osoba wydała się dziwna wszystkim. Zarówno Xelander, jak i Yufrilk wzięli mężczyznę o czarnych, ale posypanych już bielą włosach za wyuczonego. Właściwie bardziej z posłem, czy politykiem króla kojarzył im się człowiek, który przestał się już uważać za osobę w wieku średnim, ale nie mógł pogodzić się z opinią starca. Tak po krótce przedstawić można było nowo przybyłych. Głos postanowił zabrać siwobrody: -Nie ma sensu na dłuższą przemowę Matromutinisie, bo czasu jest zbyt mało. Widzę, że poczyniliście już przygotowania do obrony, ale są chyba bezcelowe.- widząc posępną minę kolegi po fachu postanowił szybko dodać coś.- Jest szansa, że uda się wam zapobiec krwawej zemście, jaką niechybnie Rada Krucjus chce zgotować tej okolicy. Przepowiednie są optymistyczne dla innych, ale niestety nie dla was. Widząc twoją minę, muszę dodać szybko, że nie zamierzam brać udziału w walce, bo to nie jest moim przeznaczeniem. Przepowiednia mówi, że jedna osoba jest w stanie uratować rzecz określaną jako Przyszłość, ale dużo krwi zostanie upuszczone, zanim tą Przyszłość przyjdzie zobaczyć. -Ostatnie swoje nadzieje ugruntowałem w tobie Wodanie... -Czyżbyś dopiero teraz zaczął wierzyć w moje przepowiednie, którym poświęciłem połowę życia? -Każdy zacząłby wierzyć, gdyby się okazały częścią jego przeznaczenia. Wybacz mi, że ci wtedy nie uwierzyłem. Wstydem dla mnie jest, że dopiero po ujrzeniu fatum pogodziłem się z prawdą. Ale nie czas na przyznawanie racji, ci ludzie na zewnątrz oczekują pomocy. Nie można uniknąć tego, co zapisane na kartach przepowiedni, ale można wpłynąć na dzieje. Nikt nie miał najwyraźniej ochoty udzielać odpowiedzi na pytające miny Xelandera i Yufrilka, którzy najwidoczniej nie wiedzieli o przeszłości, jaka łączyła niegdyś dwóch magów. Ale teraz nic się nie liczyło, przyszłość była niepewna. Za kilka godzin wszystko się rozstrzygnie. -Zatem rozpocznijmy naradę. Jak już powiedziałem, nie mam zamiaru się mieszać w walkę, nie wiem, jak moi kompanii, ale nie ja. To już postanowione. Ale teraz... co dalej. Mam niesprecyzowany plan. Może pozwoli on nam nie umierać na próżno. Według przepowiedni wybawiciel ukarze się w czasie walki, tylko nie wiadomo dokładnie, kiedy. Nie wiadomo też, dla kogo ma być wybawcą. Nie rób zdziwionej miny Matromutinisie, o tej przepowiedni prawie nikt nie wiedział. Została ona wyjawiona mi i Marcusowi wiele lat temu. Od tamtego czasu przygotowywaliśmy się do starcia, do stawienia czoła Orszakowi Śmierci... Co przygotowujecie do obrony? -O ile wiem, to rozgrzewają smołę... -Gaście ogień, nie walczycie z ludźmi. -Skoro im nie można zaszkodzić, to jak można z nimi walczyć? -Jeżeli chodzi o kościeje i straszydła gorszych klas, to z twoją pomocą rzucę specjalną protekcję, która sprawi, że staną się możliwymi do zabicia dla każdego. Patrząc natomiast na Radę Krucjus mam poważne obawy, gdyż mogę się opierać tylko na przepowiedni. Według inskrypcji znajdą się wśród odzdzialów tacy, w których zasięgu będzie zwycięstwo nad powstałymi. Tylko w ich mocy będzie umorzyć gniew ostrzem. -Ale to są jakieś sprzeczności, przecież, jak mówiłeś, ma się pojawić jakiś wybraniec, który zrobi coś niezwykłego, coś, co powstrzyma Radę. -Prawda, ale jedno nie wyklucza drugiego. Wybraniec może równie dobrze wyłonić się z Naznaczonych, a co do sposobu, w jaki ma walczyć z nieżyjącymi... o tym nic nie było zapisane. Przed karczmą ktoś zatupał żołnierskimi butami, walnął rytmicznie w drzwi, trzy razy i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka. Wepchał się na środek czym prędzej, nie czekając na jakiekolwiek słowa przyzwolenia. Jego twarz była biała z przerażenia. -Panie Matromutinise, oni są coraz bliżej, jeżeli nic nie zrobimy, za 2 godziny pewnikiem będą tutaj. Byłem na podchodach, niedobrze, śmierć na nas idzie. Puścili z dymem jedną wioskę, ale to było wcześniej, a teraz walą prosto na nas, ratunek nam potrzebny, prosto na nas idą. Co robić, co robić. -Wszystko dobrze Getosie, nie martw się.-powiedział Matromutinis, dodając również sobie odwagi. On chyba nie wierzył w te słowa, ale Getosa dało się przekonać.-Zaraz wyjdziemy, tylko nie rozpowiadaj, coś widział, bo ludzie gotowi uwierzyć w te bujdy. A teraz idź już, bo musimy jeszcze przedyskutować kilka spraw. Drzwi zamknęły się, ale tym razem cisza nie trwała długo, ciszy nie było w ogóle, rozmowa zaczęła się od razu: -Nie przedłużając, powiem wam, co trzeba zrobić. Upiory władają pradawną magią, nie powstrzymają ich żadne mury. Zatem bezcelowym jest przebywanie w mieście, bo narażamy tylko dzieci z matkami. Walka musi się odbyć na otwartym polu. Musicie wiedzieć, że nawet przy zastosowaniu protekcji i innych czarów każdy kościej będzie w stanie pokonać dziesięć osób, zanim uleci z niego duch. Tylko mężność i twarda walka połączona z taktyką pozwoli wam przetrzymać stosunkowo długo. -Świetnie, mamy konie, a w Orszaku tylko tych trzech z przodu ma konie-podjął Yufrilk.- zaatakujemy ich i impetem rozniesiemy szyki! -Musicie wyzbyć się tych planów, bo żaden koń nie wytrzyma towarzystwa upiorów Krucjus. Wszystkie, nawet najodważniejsze, choćby były ślepe, nie zbliżą się do tych poczwar na dwieście metrów. Chyba że... nie, nieważne. Radzę wam jak najszybciej zebrać się i wyruszyć na pole, na którym chcecie przyjąć wroga. -Świetnie, zatem podzielimy się na formacje już teraz. Straż!!!- do izby wbiegł jeden opancerzony mężczyzna.-zawołajcie mi tu szewca, niech się zorientuje, jak tam z obroną sprawy się mają i przyjdzie złożyć meldunek. Kolejne minuty upływały w milczeniu. Czekano na szewca. Nic nie mąciło milczenia zebranych. Tylko zabłąkany świerszcz nucił coś w kącie izby, przy oknie. Drzwi zaskrzypiały, wtórując owadowi. Do izby wszedł szewc. -Na rozkaz Matromutinisie. -Jaka jest sytuacja? -Wszyscy są uzbrojeni. Stan obrońców nie zmienił się, tylko ta broń doszła niektórym. Stu dwudziestu rycerzy i osiemdziesięciu łuczników. Chłopi uzbrojeni są w widły, siekiery i kosy. Będzie ich czterystu trzydziestu, ale wielkich nadziei bojowych nie robiłbym sobie z nich. -To wszystko, dziękuję, proszę wszystkich postawić w stan gotowości-drzwi zamknęły się.-Nie jest dobrze, ale i nie tragicznie- Matromutinis spojrzał tajemniczo na Wodana.- zatem, niecałe dwie godziny i przyjdzie nam się w boju spotkać. Yufrilk, tobie powierzam.... *** Było bardzo zimno. Kto wie, czy to strach, który paraliżował wielu na placu, czy może powietrze sprawiało, że nogi uginały się pod wszystkimi. Jeżeli dobrze się przysłuchać, to w przerażającej ciszy można było dosłyszeć dźwięki ponurej melodii, smętnej, ale i pompatycznej, to był hymn Orszaku Śmierci. Utworowi towarzyszył głuchy chrzęst kości, wielu kości. Na placu przeważały śmiertelnie białe twarze, oblicza ludzkie, pełne strachu, przerażenia, ogromnej niemocy i niewiary. Z karczmy wyszło siedem osób. Gdy zobaczył to Retro, nakazał wszystkim zebrać się w szereg. W oka mgnieniu powstały trzy kolumny, chociaż według Xelandera i tak było to za wolno, ale nie są to przecież żołnierze zaprawieni w boju, tylko prości ludzie. W pierwszej kolumnie zebrali się rycerze, chociaż na końcu widać było stojących chłopów. Drugą kolumnę stanowili chłopi uzbrojeni w siekiery, kosy, a nawet sierpy. W trzeciej, najmniejszej, stali łucznicy i gwardziści miejscy, których nie sposób było pomieścić w poprzednich kolumnach. W pierwszym szeregu kolumny rycerskiej stało dwóch ludzi, przybyłych, nikomu z nazwiska nieznanych. A jeden wysoki był i bardzo przystojny, szlachetna musiała w nim płynąć krew. Drugi natomiast paskudną blizną naznaczony, od ucha aż po brodę się ciągnącą, niski był, ale za się czuło, że dobry duch w nim ostał, a serce miał szczere. Siedem osób stanęło naprzeciw im, za plecami mając rynkową fontannę, wyobrażającą krasnoluda, który w jednej ręce trzymał kilof, a w drugiej księgę przychodów. Krasnoludy były bardzo lubiane w mieście, a kojarzono je przeważnie z kupiectwem i kopalniami. Ale to się nie liczyło w tej chwili, bo oto siedem poważnych twarzy patrzyło bez wyrazu na stojących w rzędach, nieco przygarbionych wojowników, którzy będą walczyć za cudze błędy. Tak myślał sobie Wodan. Matromutinis ujrzał w drugim szeregu jednej z kolumn Getosa, który rzecz dziwna nie był wcale blady. Wyprostowany górował nad strachliwymi chłopami. Z takimi ludźmi jak on będzie wspaniale walczyć, pomyślał sobie,... i umierać. Czarodziej chcąc nie chcąc został przywódcą. Teraz musi do nich przemówić. -Ludzie, zostałem mianowany waszym przywódcą i poprowadzę was na upiory. Wspaniale będzie walczyć u boku tutaj zebranych. Bo walczymy nie tylko za swoje błędy, ale także błędy ... Dzisiejsza noc będzie wspaniała, wyrosną legendy o was, a wnuki i prawnuki z dumą powiedzą: Mój dziadek tam był. Nie bierzemy ze sobą lekarzy. Jeżeli w jakikolwiek sposób będzie niesiona pomoc rannym, to tylko magią. Ale nie liczcie, że upiory zranią was lekko. Będą cięły bez litości lub tak, żebyście umierali powoli i w cierpieniach. Wyzbądźcie się litości, bo umarli nie będą mieli dla was litości. Tutaj, wśród nas jest Wybraniec, który uratuje krainę Dol Matre. -Kto nim jest Matromutinisie?- ktoś z dalszego szeregu zakrzyknął. -Nikt tego nie wie, jednego możemy być pewni. Ujawni się wtedy, kiedy będzie niezbędny... Mam przynajmniej taką nadzieję-dowódca dodał po cichu do siebie. Usłyszał to jednak Wodan i pokiwał do siebie, rozumiejąc, co ma na myśli Matromutinis. On postanowił mówić dalej, bo widział, że po twarzy Matromutinisa pociekła łza. On jest za słaby na przywódcę, pomyślał. -Nie będziemy używać koni-w kolumnie rycerzy i łuczników przetoczył się szmer niezadowolenia.- Mamy dwa rozsądne argumenty. Konie będą się bały upiorów, a po drugie chcemy rozpocząć starcie w okolicach mokradeł. Konie są zbyt ciężkie i moglibyśmy stracić zbyt wiele rąk uzbrojonych w miecze. Kolumnę rycerzy poprowadzi do boju Xelander wraz z Matromutinisem. Możliwe, że przegrupujemy ją na dwie mniejsze kolumny w trakcie walki, żeby zmylić przeciwnika. Druga kolumna oznaczona jako miejsko-chłopska trafi pod buzdygan krasnoluda Yufrilka. Natomiast ostatnią kolumnę podzielimy na dwa oddziały, pierwszy-łuczników pozostanie pod komendą szewca, a Retro dostanie pod komendę strażników miejskich. -A, ty panie siwobrody, gdzie walczyć ci przyjdzie?- z szeregu wydarł się jakiś głos. -Ja...moje przeznaczenie nie jest mi znane.-powiedział powoli i filozoficznie Wodan.-A czy wy jesteście gotowi stawić czoła swojemu przeznaczeniu? Czy macie odwagę wznieść miecze przeciw niebezpieczeństwu, jakie zagroziło przyszłości waszych rodzin? Wszyscy jak uderzeni piorunem wykrzyczeli jedną strofę z żołnierskich pieśni bojowych, wyprostowawszy się dumnie. -Zatem idźcie na bój, walczcie, przyjmijcie swoje fatum z radością, bez cienia grymasu. *** Noc stała się ciepła, południowy wiaterek radośnie przewijał się między leśnymi drzewami, wtórował wszystkiemu, co wydawało głos tej nocy. Księżyc, który był w pełni, teraz wydawał się większym, niemalże słońcem, równie nieosiągalny. Świecił, rzucając nikły blask na drogę. A droga przepełniona była hałasem, stukotem opancerzonych butów, to były buty pierwszej kolumny. Z dumą szli rycerze, a ich pancerze połyskiwały światłem nocy. Twarze kamienne, ale ciepłe serca, gotowe do boju i ten stukot, stukot butów. Zapewne dumny był teraz Matromutinis, dumny był też Xelander. W drugiej kolumnie, wielkiej, ale biednie wyglądającej szli chłopi. Nie wydawały dźwięku żadnego poza chrzęstem słomiane buty. Ale dumny był Yufrilk, bo wiedział, że ze szczerymi sercami przyjdzie mu umierać. Na końcu kolumny kroczyli mieszczanie, którzy uważali się lepsi od chłopów. Ćwieki pobrzękiwały czasami, natrafiając na kamień. Szedł też tam bogacz, który zamienił koszulę nocną na jakąś zbroję z dziada pradziada i rozzłoszczony mówił do jakiegoś kmiecia, dawał upust temu, że przeznaczenie nie dało mu iść w pierwszej kolumnie. -Pokazałbym ja tym gburom, jak się mieczem macha-odgrażał się, mącąc pompatyczność chwili. A na szarym końcu kolumny szło trzech rzeźmieszków. Gadali bez przerwy, naśmiewając się z zagrożenia, które w oddali połyskiwało białą łuną. A jeden był Paplosz, drugi Emaray, trzeci nie znany nikomu z imienia. Ten ostatni nie pasował do tych towarzyszy swoich. Może powinien innych przyjaciół sobie dobierać? Zza zakrętu wyszła i trzecia kolumna. Strażnicy szli rytmicznie, zostawiając wielkie ślady w podłożu. A szli również i łucznicy, leśni, cisi ludzie, którzy szydełkować mieli strzałami w potwory. Ci, ubrani w zielone przeważnie stroje, nic nie mówili, a kroczyli bezgłośnie, jakby zwierzynę podchodząc. Musieli pamiętać, żeby zapach ich nie zdradził. Na przedzie kolumny szedł szewc z Retrem, obaj dumni, ale lękliwi w sercach, musieli spełnić obowiązek. To było ich przeznaczenie. Widać było jeszcze nad lasem, z którego wyszli, mury miasta, a na murach nie było nikogo oprócz puchacza, który wylatując na polowanie, zmęczył się być może. A może ciekawość go sprowadziła do miasta? Pohukiwał teraz, przyglądając się trzem kolumną. A gościniec był niezwykle kręty, nad nim roznosił się stukot butów, żołnierskich butów. *** Szli godzinę, w spokoju, przy akompaniamencie żołnierskich butów. Szli, a było ich kilka setek. Gdy już we mgle majaczyły mokradła, w głębi lasu zobaczyli łunę. Wiedzieli, czego się spodziewać. Światło było coraz jaśniejsze i bliższe, raziło oczy, które wszyscy niemal zamknęli. Wtem na skraju lasu pojawiły się trzy konie, trzech wioząc jeźdźców. Ludzie dotąd widzieli zagrożenie jedynie z oddali. Wśród elfów jest takie powiedzenie, strach ma wielkie oczy. Opowieści o tym, co zobaczyli wojownicy tej nocy, nie były wcale przesadzone. Rytmiczny chrzęst towarzyszył kolejnym zastępom truposzy, które wychodziły z lasu. Ciarki przeszły po plecach chyba każdego z żywych, który był w pobliżu upiorów. Gdy już cały zastęp wyszedł z lasu, odległość między armiami wynosiła nie więcej, jak milę. Armia Matromutinisa zatrzymała się na rozkaz. Wszyscy byli znowu bladzi, ale ta biel wydawała się znacznie czystszą, niż tam, w mieście, za murami, które odgradzały ich od niebezpieczeństwa. -Matromutinis- rzekł Wodan.- Już czas, zaraz odjedziemy, dlatego teraz wykonajmy odpowiednie czary. Skupmy się. Nastąpiła cisza. Magowie stanęli naprzeciw siebie, ruchami rąk wykonali kulę magiczną, wszystko było iluzją. Po kolejnych zaklęciach kulę otaczała na chwilę powłoka, która po każdym uroku miała inny kolor. Wtedy to wszyscy wojownicy otaczani zostali powłokami tego samego koloru, a gdy powłoka z kuli rozpływała się, to samo działo się z innymi powłokami. Ludzie kolejno nabierali rumieńców, ich broń otrzymywała porcję magii, robiącą je użyteczną przeciw upiorom. Wreszcie każdy wojownik z osobna stawał się ponklatywny, jego oczy na chwile stawały się zielone jak szmaragdy, by po chwili zgasnąć do zwykłego koloru. -To wszystko, bywajcie! -Bywaj Wodan, w każdym razie dzięki za wszystko. Oby przeznaczenie pozwoliło nam spotkać się jeszcze raz... kiedyś. -Niezbadane są wyroki przeznaczenia. Czterech ludzi na czele z siwobrodym starcem wydzieliło się z zastępów kompanii, kierując swoje kroki do Puszczy. Już niedługo zginęli we mgle, która w niezwykły sposób szybko opadła na mokradłach. To musiała być sprawka magii. *** Młynarz podszedł do kupy szczap i wziął kilka, po czym wrzucił je do ogniska. Wesołe ogniki przeskoczyły na drewno, radośnie sycząc. Przy ognisku siedział stary, pomarszczony człowiek. Gdy zakreślał coś w powietrzu ręką, dobre oczy mogły zobaczyć paskudną bliznę. A ciągle coś mówił, musiał opowiadać ciekawie, bo z otwartych ust dzieci co chwila wydobywały się jęki zdziwienia i zaciekawienia. Siedział tak na skraju lasu bajarz, mając wokół siebie gromadkę osesków, a wszystko widziała mądra sowa, która siadła na gałęzi i przysłuchiwała się, ale nie pohukiwała. Nocny ptak... *** Mgła nie była dobrodziejstwem. Ale kojarzyła się przyjemnie. Oto matczyne mleko otaczało wszystkich żołnierzy, skupionych w trzech kolumnach, a nikt nic nie mówił, wszyscy czekali w ciszy. Nie wiadomo było, gdzie są upiory, widać było tylko drobne pasemka jasności, które się przedzierały przez biały kożuch. Strach było iść, trzeba było czekać. Kamienne miny mieli dowódcy poszczególnych kolumn, nikt nie odważył się przerwać przerażającej ciszy. A wszyscy czekali. Czekał bardzo przystojny, wysoki mężczyzna, podróżnik, który stanął w obronie Skalnych Wież. Nie inaczej postąpił niziutki człowieczek, którego szpeciła blizna na twarzy, stał obok swojego kompana. Ale nie mieli koni, konie czekały w przytulnej stajence, za bezpiecznymi murami Skalnych Wież. Nic nie mogli zrobić, mogli tylko czekać. Najwięcej wiedział w całym legionie o upiorach Matromutinis. Cóż zatem pozostało czynić? Ogromna niemoc dawała się we znaki, każde kolejne uderzenie serca przynosiło poczucie straty czasu. Tak myśleli wszyscy, bez wyjątku. Gdzieś, daleko, siedział sędziwy puchacz, który czekał na batalię, był spragniony ujrzenia rozlewu krwi. Wnet przeleciał przez bezduszną krainę potworny wizg, tysiące głosów grobowych. Wszyscy się zerwali, jakże żałosnym wydał się oręż, w którym wszyscy pokładali tak wielkie nadzieje i na którym mocno zaciskali ręce. Ryki, krzyki, przerażające głosy, rozdzierające na dwoje próżność ciszy. Chrzęst kości, ale przyśpieszony, nienaturalny ryk koni, koni, jakich jeszcze żadna istota żyjąca nie słyszała. Światła zaczęły rozbłyskiwać przez nieprzebytą dotąd zasłonę mgły, demoniczne snopy przebłysków, które dodawały animuszu jedynie tym, którzy nie byli już pośród żywych. Nagle ogromny, potworny dźwięk rozdarł powietrze. Grom spadł z nieba. Ludzie byli przerażeni, ale nie uciekali, przerażające krzyki, powtarzające się gdzieś daleko w postaci echa, nie mogą uciec, czary im nie pozwalały... Nikt się nie odezwał, palce zaciśnięte na mieczach, kosach, łukach, widłach i niewiadomo czym jeszcze bielały, a ich barwa dopasowywała się do twarzy. Do twarz trupio-białych. Takie oblicza nie należały do żywych, śmiertelne przerażenie. Czyjeś zęby zaczęły dzwonić, dzwoniły, mimo zamkniętych ust. Kolejny grom, ale tym razem przeraźliwy, ludzie się poprzewracali, niszcząc szyki. Nagle wszystko ustało, nastała grobowa cisza. Nie było już wizgów, krzyków, nawet chrzęstu kości. Ludzie się podnosili, podpierając orężem. A mgła stawała się rzadsza. Wznosiła się zasłona, powoli, w ciszy, ale chaos panował, skrycie czekał na drugie uderzenie, aby przejąć buławę. To była noc chaosu i ognia. Hufce czekały, wkrótce zasłona stała się przejrzysta dla wzroku. I znowu biała łuna wpadła w oczy. Jasność mroku biła od tych, którzy powstali z grobów, aby zemścić się. Niebo zasnuło się chmurami, to sprawka magii. Księżyc zniknął, chowając swoje światło przed krainą mordu, krainą, która żądała krwi, ofiary. Pierwsze błyski połączyły złotymi łańcuchami sklepienie niebios. Pierwsze gromy nadchodzącej nawałnicy przerwały sen chaosu. Nadchodził zamęt, który grubymi, zimnymi kroplami spadł na twarze legionu próbującego sprzeciwić się Siłom Pierwotnym. Przeznaczenie miało się wypełnić. *** A gdzie były upiory? Trzy kolumny stały w śnie, w marze paraliżu. Legion stał naprzeciw zagrożenia, które nie było już milę od nich. Przeznaczenie miało się wypełnić w połowę mili. Stały naprzeciw siebie dwie armie, a sędzią miał być chaos. Matromutinis otrząsnął się, strach ustąpił z jego twarzy. Musiał ich poprowadzić, to jego Przeznaczenie, pomyślał. Wyszedł i stanął plecami do umarłych. - Przyjaciele, pewnie zastanawiacie się, dlaczego do was tak się teraz zwróciłem? Dzisiaj stajemy naprzeciw śmiertelnemu wrogowi. Będziemy walczyć ze śmiercią. Możemy zwyciężyć, bo już niedługo będziemy braćmi, połączy nas krew, którą wspólnie przelejemy za Przyszłość. Podnieście swój oręż wysoko, unieście głowy, nie pozwólcie, aby strach was paraliżował, bo na polu bitwy jest miejsce jedynie na odwagę. Bądźcie wojownikami, bo jeżeli przeżyjecie, tylko tak będzie można się do was zwracać. Czy jesteście gotowi? Wszyscy stali nieporuszeni, przed nimi postać oczekującego Matromutinisa, zlana strugami deszczu, spływającymi po twarzy. Czekał, aż ktoś się odezwie, ale nic na to nie wskazywało. Wojownicy stali niewzruszenie, gdy wtem jakiś ptak zarysował się na niebie, jastrzębi głos spadł z nieba. Wszyscy jednocześnie nabrali powietrza w płuca i zakrzyknęli, byli gotowi do walki na śmierć i życie. -Hhhhuuuurrrrrraaaaa!!!!!! Przerażający skrzek usłyszał Matromutinis za swoimi plecami, powoli się odwrócił, i zobaczył upiora na wielkimi szkielecie konia. Upiór uniósł swój miecz, ogromny, stworzony z jakiejś oszlifowanej kości, kości wielkiego stworzenia. Uniósł oręż do góry, a z nieba spadł piorun, uderzył w dziwny miecz, rozsypując iskry wokoło. A broń w jednej chwili zamieniła się w metalowe ostrze, jedynie rękojmia pozostała kością. Rytmiczny stukot rozbrzmiał na przyszłym placu boju. Wielki przerażający hałas, który sprawiał, że wnętrzności odbijały się od siebie. To chaos zagrał marsza. Dał się słyszeć chrzęst kości, ale te kości szły znacznie szybciej. Matromutinis nie namyślał się długo: -Naprzód, walczcie o chwalebną śmierć-jego oręż wymownym znakiem powędrował w stronę Orszaku Śmierci. *** Noc była straszna, deszcz lał bez przerwy, błyskawice przeszywały firmament, a wszystkiemu przyglądała się mądra sowa. Nic z tych rzeczy wydawała się nie zauważać ręka chaosu, która prowadziła naprzeciw siebie dwa legiony. Było już mniej, jak ćwierć mili między hufcami, gdy zatrzymały się oba. Nikt w późniejszych czasach nie wiedział, dlaczego. Ot, stanęły i czekały. Ale niedługo trwał ten stan, wkrótce chrzęst kości znowu był zagłuszany przez gromy, niedługo czekano na to, że Matromutinis znowu zacznie kroczyć swoim odważnym, nieugiętym krokiem. Ale czarodziej bał się, taki sam strach gościł w jego duszy, jak w duszach braci krwi, tyle że on potrafił zapanować nad widmem zguby. Już tylko niewielka odległość dzieliła dwa legiony, kiedy to wszyscy byli w stanie dojrzeć przerażające oczy Rady Krucjus. Wielkie gałki świdrowały umysł, demoniczne białka, które kontrastowały z źrenicami koloru przechodzącego od purpury, do czerwoności. Strach, wielki strach, większy od tych potwornych oczu. A oczy trzech upiorów widziały w ludziach zgrozę i jednocześnie odchyliły się do tyłu na kościstych rumakach, by wybuchnąć przerażającym śmiechem. Rechot ten zagłuszył nawet magiczne bębny, które uderzały w oddali. Ruszyły szybko naprzeciw dwie armie, żyjący mieli bronić się przed aktem zemsty wymierzonym przeciw nim. Oni walczyli nie za swoje błędy. Ale tak im było Przeznaczone. Nastąpiło szybkie przegrupowanie. Grupa szewca, któremu dane było objąć komendę, zeszła na bok, rozpoczynając śmiertelny taniec strzał. Retro poszedł wprzódy, osłaniając od prawej flanki Yufrilka, którego jeden z upiorów próbował oskrzydlać z hufcem kościejów. Zwarły się ze sobą dwa legiony, paszczęki z chrzęstem roztoczyły się po pierwszych ofiarach. Kościeje walczyły jak demony, niszcząc wszystko, co najcenniejsze, życie. Ale jakiś tajemniczy zew dał znać o sobie w sercach armii obrońców, wojowników Przyszłości. Walczyli, niczym w agonii, czyniąc bersekerskie próby ataku. Tak oto starzec, który poszedł walczyć w tej bitwie, rzucił się szaleńczo na jednego z upiorów Rady Krucjus, łamiąc na nim widły. On nie należał do Naznaczonych, ale mógł to jedynie sprawdzić w ten sposób. Po chwili krew wypływała z co najmniej piętnastu cięć, jakie zadali mu kościeje. Walczyli dzielnie żyjący, a gdy jakiś kościej upadał na ziemię, drżała ona, a z kości ulatywał zły duch, który miał nigdy nie zaznać spokoju. Matromutinis zdołał dojść do demonicznie walczącego Yufrilka, który właśnie skruszył kolejnego kościeja. -Nie jest dobrze, Rada morduje, nie widać Naznaczonych. Ale przedwcześnie powiedział to, bo jeden z upiorów został ugodzony, ugodzony, a strzała przeszła, wyrywając kawałek kości. Krzyk euforii rozbrzmiał wśród łuczników, którzy wzmożenie atakowali. Gdzieś z boku mieszczanie atakowali zażarcie, a był pośród nich bogacz i trzech rzeźmieszków. Bogacz się przeraził, widząc idącego na niego truposza i zaczął uciekać. W jegoż ślady poszedł Paplosz i Emaray, trzeci został, bo walczył w dobrej sprawie. Zakończył zamaszystym cięciem przez żebra pojedynek z kościejem i obrócił się, szukając wściekłym wzrokiem swoich kompanów. I zdążył zobaczyć: Paplosz na ugiętych nogach, cały zakrwawiony, obok niego Emaray już martwy i bogacz w konwulsjach. Klęczał tak i czekał, a kościej zamachnął się i prostym cięciem rozpłatał na dwoje czaszkę, dochodząc aż do klatki piersiowej. Trzeci rzeźmieszek został bez kompanów, ale miał wielu braci, łączyły go więzy krwi. Niebezpieczna rzecz zaczęła się dziać na lewym skrzydle, gdzie walczyli zażarcie rycerze. Był wśród nich wysoki i przystojny człowiek o słomianych włosach, a także jego kompan z włosami tuż przy czaszce zgolonymi i paskudną szramą na twarzy. Walczyli wspaniale, kościeje upadali pod nimi. Ale zagrożenie było bliskie, jeden z upiorów postanowił zaatakować właśnie to skrzydło boju. Podjechał na koniu, prowadząc za sobą kilkudziesięciu truposzy. Zaatakowali, a człowieczek z paskudną blizną został cięty krótko, w miejscu starej blizny. Osunął się na nogi, ale Matromutinis wiedział, co robić. Szybko rzucił czar uzdrawiania, wzmocnił go tak, że niziutki człowieczek na ugiętych nogach rzucił się do przodu, próbując nadziać upiora. Trafił w żebra, a impet był tak wielki, że zrzucił z konia upiora Rady Krucjus. Upiór zaczął płonąć, a ogień trawił kości, to był ogień piekielny. -Na wszystkie moce, on jest Naznaczony! Chłopi rzucili się na skrzydło, które próbowało zaatakować ich lewą flankę. Uderzali w kościejów, ale gęsto umierali od precyzyjnych uderzeń. Jeden z chłopów stracił głowę, a z karku wytrysnęła czerwona fontanna, gdy próbował wbić siódme z kolei widły w kościeja. Deszcz padał nadal, błyski przeszywały niebo, a w nikłych blaskach trwała zażarta walka. Ogień trawił kości upiora, ale duch bojowy nagle podupadł w walczących. Pod zwłokami upiora zaczęła wibrować ziemia, coś niedobrego się działo! Skorupa się otworzyła, a pod ciałem upiora wytrysnął strumień lawy na wiele, wiele dziesiątek metrów do góry. Wszyscy zaczęli się patrzeć w tamtą stronę, bez wyjątku. Wśród strumieni lawy powstał upiór, który dopiero co leżał martwy. Płonął nadal, ale jego oczy wyrażały demoniczny gniew. Lawa lała się na wszystkich, zabijała, ludzie w koszmarnych jękach zrzucali z siebie płonące ubrania. Śmierć szła, była blisko, a w powietrzu roznosił się zapach spalenizny. Zamknęła się skorupa ziemi, siklawa lawy przestała strzelać do góry. Ale to nie był sen, bo upiór nadal stał, a właściwie już biegł, chrzęszcząc. Zamachnął się na pierwszego z brzegu człowieka, a był nim Retro. Opadł zastępca dowódcy straży, na ziemię, mając wbity aż po głownię miecz, prosto w serce. *** Paskudna to była noc, deszcz uderzał bez przerwy, a niebo przeszywały błyskawice. Na gałęzi dębu siadł puchacz, który dopiero skądś nadleciał. Nie przeszkadzały mu pióra, które były całkowicie przemoczone. Oglądał wielką bitwę, był żądny krwawego przedstawienia, a takie właśnie się rozgrywało w okolicy mokradeł. Gdzieś koło lasku płynął strumyk. Kilka godzin wcześniej szemrał cicho, ale teraz był potwornie dużym potokiem, a płynęła w nim krew i posoka. Gdzieś, daleko od Skalnych Wież, dał o sobie znać puchacz, tam musiało coś się dziać. *** -Z nimi nie można zwyciężyć, zginiemy!- ktoś z chłopów krzyknął. -Zamilczcie, walczcie dalej, czekając na śmierć, walczycie o to, żeby wasze dzieci wyrosły na wspaniałych ludzi, bo jeżeli my ich nie powstrzymamy, to śmierć stanie się pomstą dla wszystkiego, co żyje. Niespodziewanie wszyscy nieżyjący wysnuli z siebie przerażającą pieśń, która sprawiła, że ludzie bledli z trwogi. Pośród rytualnych strof pieśni i zgrzytu żelaza krzyżującego się w boju, dał się słyszeć donośny, ale zniekształcony głos upiora Rady Krucjus: -Krew za krew, śmierć za śmierć, przyzywam was Mudriany! Służcie w imię zemsty! Z ziemi w wielu miejscach zaczęły wychodzić dziwne stwory, zapiaszczone, były pokryte skórą, ale rozciągniętą jedynie na szkielecie. Wiele powstało potworów, a trudno było je zliczyć. Yufrilk teraz już wiedział, walczy o to, żeby zginąć na końcu, walczy o chwałę po śmierci. On pierwszy się otrząsnął. Biegł prosto przed siebie, nie czekał na innych, rzucił się na jednego z upiorów, chlastając go po twarzy mieczem. Gdy tamten zasłonił oczy, po których przejechał krasnoludzki topór, Yufrilk zrobił potężny zamach i ciął. Po placu boju przeszedł głuchy szmer. -Na wszystkich bogów, przecie to nic nie da, znowu powstanie upiór w ogniu i lawie! W momencie, gdy słowa te zabrzmiały, w strugach deszczu opadły na ziemię głowa i dwa kościste łapska, wkrótce i upiór oklapł bezwładnie w błoto. Chłopi schylili głowy, osłaniając je rękoma, bo nagle przestały bić gromy, a deszcz nie uderzał już grubymi kroplami w ziemię, chrzęst oręża ustał. Niedaleko, aczkolwiek w mroku słychać było rżenie końskie. Bardzo szybko na polu bitwy pojawili się czterej jeźdźcy, którzy zeskoczyli z koni i zaatakowali kościejów. A był wśród nich białobrody starzec, któremu sztuka magiczna nie była obca. Powróciły znienacka gromy i deszcz, także oręż zaczął kręcić się w rękach walczących. Matromutinis rzucając zaklęcia, starał się jednocześnie podchodzić do Wodana. -Czyżbyś zmienił zdanie? -Odnalazłem swoje Przeznaczenie. Stąd tutaj jestem. -Czyżby ty był Wybranym? -Nie, nie jestem nim, ale pisane mi było walczyć tutaj, bo ta walka dotyczy także mnie, od tamtego czasu, od tego zamachu na króla... -Co?!!! Musieli przerwać na chwilę, bo próbowały ich zaatakować truposze, odparli wspólnymi siłami ten atak. -To długa historia, nie wiem, czy będzie mi dane opowiedzieć ci ją kiedyś. Rozdzielili się, pomagając innym. Wspaniała była postawa Xelandera, który walczył jak upiór, nie tylko swoje życie ratował zdecydowanymi ofensywami, ale także rycerzy, którzy walczyli u jego boku. Zły duch za złym duchem ulatywały z leżących w błocie kości. Krew i posoka upływały z leżących w błocie ciał ludzi. Wiele ciał w tę noc opadło na wieczność. Bitwa była wspaniała, zacięta. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Szalały trzy upiory, które po raz wtóry powstały w ogniu piekielnym do spełnienia misji. Odnalazło się wielu Naznaczonych wśród walczących. Ale nie było pory, by patrzeć na mężów tych. Pośród kościejów szalał z dziwnie zakrzywionym mieczem siedemnastoletni chłopak, który wyglądał na mężczyznę. Nie miał szczęścia. Ranił jedynie truposzy, a dobijani byli przez innych walczących. U boku siwobrodego starca stał młody magik, rzucając ciągle czary na kościeje i Mudriany. Walczył, chociaż był już bardzo zmęczony, a brakowało mu mocy. Nie poddawał się jednak. Wszyscy walczyli z poświęceniem, tak jak przepowiednia głosiła. To była ich jedyna nadzieja. Na placu boju pozostali już tylko najmężniejsi i ci, którym się poszczęściło. Musieli stoczyć ostatnią walkę z upiorami i stojącymi w ich obronie kościejami. Żyli jeszcze dowódcy. Bez życia jednak dzień miał zastać szewca, który właśnie konał ze sztyletem w brzuchu i Retra, którego trup był już zimny pośród strug deszczu. Chrzęst żelaza, rytmiczne bicie gdzieś w oddali i jęki, stukot gruchotanych kości, krzyk uchodzącego życia. Wkrótce ostatni kościej został zgładzony. Upiory stały naprzeciw garstki ledwie ludzi. Chwili nie doczekał Xelander, który rzuciwszy się na ratunek jednego z rycerzy, został za niego ugodzony. W chwilę potem umarł ów rycerz. Stali naprzeciw siebie Rada Krucjus i żyjący. Pozostał przy życiu Matromutinis, Yufrilk, Wodan, siedemnastoletni chłopak nieznany z imienia, a także pustelnik o imieniu Marcus. Martwy leżał młody czarodziej-pustelnik, który ostatnią dawkę mocy zaczerpnął ze swoich sił witalnych, by uzdrowić jakiegoś z walczących. Stali naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Rada Krucjus stała nieruchomo, szybko się podnosiły i opadały klatki piersiowe ostatnich wojowników na polu bitwy. *** Trzy upiory popatrzyły na siebie, później na swoich przeciwników i wybuchły śmiechem, przeraźliwym skrzeczeniem, które ogarnęło mokradła. -Czy wy naprawdę liczycie, że nas pokonacie? Odłóżcie lepiej te zabawki, a zabijemy was szybko, bez zbędnych ceregieli. -Ci ludzie nie przelali krwi za to, żebyśmy my się teraz poddali za cenę szybkiej śmierci- Yufrilk nie dał szansy na odpowiedź Matromutinisowi i zrobił krok do przodu. W jego oczach płonęła wściekłość, chęć odegrania się za śmierć tych wszystkich ludzi. Zaczął biec, szybko przebył dystans, jaki ich dzielił. -Dobrze, zatem walczcie głupcy, śmierć jest blisko-upiór stojący na środku był bardzo szybki, nie dał szans Yufrilkowi, który padł na ziemię trupem, nienawiść zastygła w oczach martwego krasnoluda. -Odsuń się Saviour- białowłosy odezwał się do siedemnastolatka o męskim obliczu.-Musi się znaleźć wśród nas ten jeden, jedyny, ja wierzę w tę cholerną przepowiednię! Czarodziej wykrzyczał zaklęcie, które jednak nic nie zrobiło upiorom. Rada Krucjus czekała, bawiła się z nimi. Matromutinis i Wodan zaczęli wspólnie śpiewać runy, a pustelnik o czarnych, nieco pobielonych włosach rzucił się w szale na Radę Krucjus. Walczył, półobrotami przesuwał się między trzema upiorami, które w żaden sposób nie mogły go trafić. Wiedział, że zaraz straci życie, ale musiał dać czas do przygotowania zaklęcia. W końcu jeden z upiorów stracił cierpliwość. Podstępnie użył pradawnej magii, która zabiła Marcusa. Na twarzy Savioura pojawiły się łzy, płakał jak dziecko, stracił najbliższą osobę . Ale czarodzieje byli przyzwyczajeni do widoku śmierci, zdążyli już ułożyć czar, o którym miano mówić na wieki, że był podany w Przepowiedni. -Gvyn an leas Motrieu!!! - obaj wykrzyczeli na glos, kierując palec wskazujący na środkowego upiora, tego, który był przed ziemską śmiercią wysokim, chudym człowiekiem. Z nieba strzeliła wiązka energii, która leciała prosto na upiora. Ten tylko się roześmiał: -Haha, światło księżycowe, doprawdy, myślałem czarodzieje, że stać was na więcej!- upiór wyciągnął rękę tak, żeby wiązka trafiała w dłoń. Matriomutinis z Wodanem tylko na to czekali i wykrzyczeli drugą część zaklęcia: -Matrieu posta myrv!!! Z ich rąk wystrzeliła złocista wiązka, która uderzyła w środkowego upiora. Energia nimi zachwiała, ale za wszelką cenę musieli utrzymać wiązkę. Upiór zaczął krzyczeć, potwornie wrzeszczeć, a jego postać wyginała się nienaturalnie. W końcu zaczął płonąć, a na ziemię spadał czarny popiół. Gdy całkiem spłonął, czarodzieje przerwali zaklęcie. Opadli na ziemię, padając w błoto. Obaj oddychali ciężko, a z czół spływał pot, którego nikt nie mógł odróżnić od deszczu. Zostały dwa upiory, ich oczy wyrażały ogromną wściekłość. Krew jeszcze nie została przelana w wystarczającej ilości. -Nieźle, nieźle, jesteśmy pod wrażeniem, ale teraz umrzecie. Szkoda tylko, że nasz towarzysz nie będzie mógł nam pomóc. -Taaakk, zastosowanie czaru blokującego po tych waszych zabawkach nie było głupie, ale w następnej misji nikt nie powstrzyma upiorów Rady Krcucjus. Dwa upiory podeszły do klęczących na ziemi czarodziejów i wykonali zamach mieczami... -Nieeeeeeee!!!!!!!!!!!- krzyknął Saviour. Głowy czarodziejów opadły w błoto, a wokół nich zrobiła się kałuża krwi. Saviuor zrobił się biały, nienawiść wzrosła w zapłakanych oczach. -Jak mogliście to zrobić? -Częścią misji była zemsta mały, poza tym zadanie jeszcze nie skończone... zostałeś jeszcze ty i Skalne Wieżyce. Saviour zamknął nagle oczy, a jego ciało zaczęło tonąć w drgawkach. Upiory popatrzyły na siebie i zrozumiały. Przyglądały się temu zjawisku nadal, a kiedy Saviour otworzył oczy, ich barwa przeraziła Radę. Oczy młodzika były zajęte kryształowym kolorem, a na ustach gościł ironiczny uśmieszek. -Czas wypełnić Przeznaczenie? Brak odpowiedzi. -Musicie znieść na tą krainę śmierć w akcie zemsty? Zemsty dość już, bo oto ma przyjść Wybrany, który powstrzyma mord krainy Dol Matre. Niech dość stanie się misji Rady Krucjus, bo mszczą się na nieodpowiednim życiu, życiu, które zachowanym być powinno. Co się stało, wrócić nie można, zapobiec należy złej przyszłości. Saviour uniósł ręce do góry, a z góry spłynęła na niego błyskawica. Uderzyła z ogromnym impetem, ale on to wytrzymał. Otaczała go teraz złocista łuna światła. Wystawił rękę, a w dłoni pojawiała się kula energii. Zacisnął ją w dłoni, zwrócił się w stronę Skalnych Wież i cisnął, a trafiła ona w zbocze płaskowyżu, ziemia się osunęła. Niewielu wiedziało, że tam znajdowało się wejście do kopalni. -Koniec stanie się bezczeszczeniu cmentarzyska, a teraz wynoście się upiory Rady Krucjus, bo nie ma już tu nic po was. Wasza misja się skończyła skurwiele. Młodzieniec uderzył kolejną kulą w ziemię, a rozstąpiła się skorupa pod upiorami, które złorzecząc w prastarej mowie elfów, do czeluści zostały wciągnięte. Zamknął za nimi czeluść Saviour. *** Ogień oczyszcza, pomyślał Saviour. Złocista kula objęła ogniem ciała wszystkich, którzy walczyli tej nocy. Płonęły ciała, ale pozostanie legenda po tych, którzy tutaj walczyli, a ja za to osobiście zadbam, myślał sobie dalej. Puchacz z rezygnacją odleciał, już po wszystkim, teraz musiał zaspokoić jeszcze jeden głód krwi. Nie było już stukotu butów. Ani żołnierskich, ani tych prostych, słomianych. Nie wolno ronić łez, gdy tyle legend wyrosło na zgliszczach tej bitwy. Nie wolno. *** Nastał poranek. Słońce nieśmiało wyjrzało zza wzgórz. Ale na moczarach nie było nic, żadnych śladów, które świadczyłyby, że stoczono tam bitwę. Nigdzie też nie było Savioura. Pozostała tylko legenda, którą będzie trzeba rozbudzić w duszach... *** -Dziaduniu, czy to już koniec?- dziewczynka blond włosy zadała pytanie. -Tak moje dziecko, to już koniec. Już nie ma czasu na opowiadanie kolejnej bajki, musicie iść spać, jest późno. - O tej porze działa się bitwa, prawda?- któreś z dzieci zapytało. -Mhhmmm. -Dziaduniu, kim byli ci pustelnicy? -Widzisz, nie można powiedzieć wszystkiego, bo wtedy opowieść przestanie być ciekawa. -Ale podpowiedz coś. Prosimy... -No dobrze, ale musicie dobrze zapamiętać to, co po wiem, a i tak nie wszyscy zrozumieją. Przeszłość łączy się z przyszłością. -Nic z tego nie kapuję- najstarszy chłopiec powiedział to, czego spodziewał się bajarz. -A dziaduniu, kim był Saviour i czy jesteś czarodziejem?- dziewczynka blond włosy lubiła zadawać pytania. -Hmmmm... na te pytania mogę odpowiedzieć. Widzicie dzieci-bajarz podniósł rękę, a w jego dłoni pojawiła się złocista kula-teraźniejszością budujemy sobie przyszłość. A różne są Przeznaczenia. Ja jeszcze nie doszedłem do swojego. Wszystkie dzieci otworzyły buzie, a młynarzowi zaczęły trząść się nogi. -Dziaduniu, ale to znaczy, że ty jesteś... Saviourem? Ale przecież rzeź w noc Trust działa się sto trzydzieści sześć lat temu. -Znowu masz rację dziewczynko. Moja misja jeszcze nie dobiegła końca. Muszę pielęgnować legendę, a nie wiem, jak długo przyjdzie mi ją jeszcze tworzyć. W oddali zabrzmiały bębny, rytmiczne uderzanie, to musiała być sprawka magii. Bajarz podniósł się, wydawał się bardzo dużym w świetle ognia. -Czas na mnie, muszę już iść. Bywajcie dzieci. Młynarz z całego tego zamieszania zapomniał zapłacić bajarzowi, ale zapłata była niepotrzebna. Bajarz odszedł kilkanaście kroków i w półmroku rozpłynął się w powietrzu. Sowa, która siedziała na gałęzi dębu, pohukiwała kilka razy, po czym zrezygnowana odleciała, musiała zaspokoić głód. Odwieczny głód krwi rządził wszystkim w tym świecie. Od strony gór powiał chłodny wiaterek, zbyt chłodny jak na letnią porę. Bębny przestały bić. Została tylko legenda. ***KONIEC*** Snaakee Upiorne Wieże; Snaakee |
|||||||
|
Strona główna | Wprowadzenie | Bibliografia | Galeria | Download Teksty | MERP | METW | Film | Linki | Chat | Banery | Księgarnia Cytaty | Forum |
||||||||
| Serwis zaprojektował i prowadzi: Michał Rossa - barahir@tolkien.art.pl |
| Patronem serwisu jest .: gate internet services |
| Serwisy sponsorowane: fronteria | impart | konferencja złd | moda i sztuka | rally.pl | wywrota |