 | Od X-Tomcia, dla X-Klubu |  |
LOTNICTWO WOJSKOWE A UFO
Ze zjawiskiem Niezidentyfikowanych Obiektow Latajacych (NOL) spotykano sie od wiekow, ale dopiero po zakonczeniu II wojny swiatowj zarysowal sie zdumiewajacy przyrost informacji o tych tajemniczych obiektach. Wytworzylo sie nawet przekonanie, ze wszystkie te zjawiska sa dzielem sil pozaziemskich, choc nie ma pewnych dowodow na potwierdzenie takiego pogladu.
Nie zmienia to faktu, ze naukowcy ostatniego slowa jeszcze nie powiedzieli, probujac okryc istote obserwowanych zjawisk, jak odtad bez jednoznacznych wnioskow.
Polska nie stanowi pod tym wzgledem wyjatku. Nad obszarem naszego kraju zaobserwowano wiele przypadkow pojawienia sie roznych obiektow, najczesciej w porze nocnej. Czesc tych zjawisk wyjasniono, obalajac rozne wymysly swiadkow, ktorzy dali sie poniesc wlasnej wyobrazni. Inne zas pozostaly do dzisiaj zagadka.
Piloci wojskowi rowniez zetkneli sie z tym osobliwym zjawiskiem, ale podchodzili do niego bardzo krytycznie, choc niektore obiekty - jak twierdza - sprawialy niesamowite wrazenie i bylo trudne do wytlumaczenia nie tylko ich pojawienie sie, ale i zachowanie. Ci piloci, ktorzy zetkneli sie z NOL-ami mowia, ze cos w tym musi byc.
Tak wlasnie okreslil, "cos w tym musi byc", kolega plk dypl. pil Zenek Kida, ktory kiedys w kolejnosci przejal po mnie dowodzenie 1. Pulkiem Lotnictwa Mysliwskiego "Warszawa".
Spotkalem go w sztabie WLOP, gdzie pracuje od lat i przy okazji opowiedzial mi wlasna przygode z NOL-em.
***
Rok 1980, lotnisko Mierzecice. Piloci pulku mysliwskiego dlugo wyczekiwali na pojawieni sie trudnych warunkow meteorologicznych, w ktorych mogliby, wykonujac lot, przedluzyc uprawnienia do lotow przy minimum pogody. Wreszcie ktoregos wiosennego dnia pojawila sie oczekiwana "brzydka" pogoda. Niskie podstawy chmur, slaba widzialnosc, prawdziwe minimum pogodowe dla samolotow typu MiG-21.
Za zadanie lotow po trasie przechwycenie w lancuszku radiolokacyjnym, wystartowalo siedmiu pilotow: Zenek Kida, Kulinowski, Szczepanski, Wolynski, Pasalka i dwoch jescze, ktorych nazwisk plk Kida juz nie pamietal. Trasa lotu stara, znana i oblatana: Mierzecice-Ksiaz Wielki-Wielun-Mierzecice. Gorna warstwa chmur, rowna jak stol, konczyla sie na wysokosci 2000m. Przechwycenia wykonywali na 4000m, w ladnej, slonecznej pogodzie, a pokladowe stacje radiolokacyjne byly potrzebne tylko w koncowej fazie przechwycenia dla wykonania zdjec celu.
Kierownik lotow sluchal przez radio glosow pilotow; po ich tonie i na podstawie wypowiedzi wczuwal sie w to, co dzieje sie w powietrzu. W pewnej chwili glosy ucichly. Piloci przestali rzucac w eter zbedne slowa, a nawet braklo tych typowych informacji, co zaniepokoilo kierownika lotow. Nagle cisza w eterze zostala przerwana wystraszonym glosem Szczepanskiego; meldowal, ze ma klopoty z silnikiem, ktory pracuje nienormalnie i ze wraca na lotnisko.
W tym czasie w powietrzu dzialy sie dziwne rzeczy. Piloci, a bylo ich siedmu lecacych daleko jeden za drugim, w pewnej chwili zauwazyli, ze zbliza sie do nich jakis NOL, ktory przez pewien czas towarzyszyl im, lecac obok i wykonujac ostre, gwaltowne manewry. NOL byl wielkosci trzech samolotow w ksztalcie spodka-kopuly-polkuli, pulsujacej zmiennym swiatlem. Podstawa NOL-a odrozniala sie od reszty jasna, niebieska poswiata. Pozostala Polkula pojazdu swiecila rozowo-pomaranczowym swiatlem. NOL zmienial gwaltownie kierunki lotu w pionie i w poziomie
Bylo to cos przerazajacego, wykraczajacego poza zanen nam prawa fizyki, by tej wielkosci obiekt, posiadajacy jakas mase, mogl tak gwaltownie manewrowac, zmieniac kierunki lotu. Wykraczalo to poza nasza wiedze. Chyba ze obiekt nie posiadal wlasnej masy, bo innego wytlumaczenia nie bylo. Odleglosc NOL-a od naszych samolotow okreslalismy na okolo 200-250m.
Pilot Szczepanski w chwili gdy NOL zaczal mu towarzyszyc, odczul wlasnie w tym momencie nierownomierna prace silnika, o czym zameldowal, ale ani slowa nie powiedzial o dziwnym obiekcie. Tak jakby sie bal, ze wymienianie jego istnienia spowoduje cos niespodziewanego. Pozostali piloci, jak pozniej wspominali, tez nie meldowali z tych samych przyczyn. Tylko Wolynski blysnal refleksem i mimo odczuwanego strachu, w momencie gdy NOL znalazl sie przed jego samolotem, wykonal kilka zdjec z fotokarabinu. Wszyscy byli paralizowani strachem i w chwili gdy NOL podchodzil blizej, mimo woli odchylali sie od lotu prostoliniowego, byle dalej od dziwnego obiektu. Zaczeli skracac lot, byle szybciej do ladowania, byle pozbyc sie nieprzyjemnego towarzysza i znalezc sie bezpiecznie na ziemi.
Ladowanie calej siodemki tez bylo zaskakujace, szczegolnie dla personelu technicznego. Niby doswiadczeni piloci, a szesciu zerwalo opony przy ostrym hamowaniu. Dzialal tu na pewno duzy stres wywolany przygoda w powietrzu, ale gotowi byli rowniez wina obciazyc NOL-a.
Teraz przygnebieni, nie tylko przezyciem w powietrzu, ale i niefortunnymi ladowaniami, zebrali sie obok startowego stanowiska dowodzenia. Milczeli. Dopiero gdy ktorys zaczal delikatnie wspominac, ze cos tam spotkal w powietrzu, rozgadali sie i pozostali, stwierdzajac to samo, ze kazdemu z nich przez jakis odcinek lotu towarzyszyl NOL. Wszyscy okreslili, ze bylo to cos niesamowitego, dlatego ze strachu nie meldowali. Bali sie, ze meldunek spowoduje lawine nieprzewidzianych rzeczy.
Okazalo sie, ze naziemne stacje radiolokacyjne rowniez zobserwowaly NOL obok samolotow wlasnych bez sygnalu rozpoznawczego "swoj", ale bylo t ocos niespodziewanego i uznali zaobserwowany obiekt, ktory pojawil sie nagle, za swoja pomylke. Zdjecia zrobione przez pilota Wolynskiego pokazaly obiekt, ale wykonane z odleglosci 800m, nie na wiele sie przydaly, by rozroznic ksztalty i detale obiektu. Na zdjeciu czarno-bialym byl widoczny punkt. Blone fotograficzna wraz z meldunkami wyslano do korpusu i sprrawa ucichla. Piloci, by nie narazic sie na zarty kolegow, niechetnie wspominali przygode z NOL-em, tym bardziej ze zakonczyla sie fatalnymi ladowaniami. Jednak niewiadoma pozostala, bo pytani, co sadza o NOL-ach, odpowiadaja ostroznie, ze cos jednak w tym musi byc.
***
Lotnisko 1. Pulku, godz. 21.00. Na samolocie dwusterze MiG-21 wracali ze strefy pil. Roman Harmoza i Roman Kurczewski. Gdy byli juz w rejonie trzeciego zakretu, Harmoza lecacy jako kontrolujacy w pierwszej kabinie, majacy lepsze pole obserwacji, zauwazyl :ocs: dziwnego na kregu nadlotniskowym. Wiedzial, iz innego samolotu z tego lotniska niema w powietrzu. Przejal stery od Kruczewskiego. To "cos" lecialo w ich kierunku. Obiekt, a wlasciwie rzedy swiatel, wedlug ktorych trudno bylo okreslic ksztalt i wielkosc. Trzy rzedy swiatel w dodatkowej poswiacie jakby od wirujacych lopat smiglowcow. Swiatla e przelecialy nad nami i oddalajac sie zniknely. To "cos" zauwazyli rowniez piloci i technicy z ziemi. Natomiast stacja radiolokacyjna RSL mimo opuszczonej anteny, tego "czegos" nie widziala.
Lecacy w drugiej kabinie pilot Kurczewski tak relacjonuje:
Bedac na kregu, w pewnym momencie dowodca pulku Harmoza krzyknal do mnie, ze przejmuje stery i zebym spojrzal w lewo, bo cos tam sie kreci na kregu. Pierwsze odczucie, gdy spojrzalem we wskazanym kietunku, bylo takie, ze widze dwa Limy lecace obok siebie pionowo w gore z wlaczonymi dopalaczami. W tym czasie odezwal sie pomocnik kierownika lotow, ze sa to chyba jakies smiglowce ostro wznoszace sie do gory. Harmoza wlaczyl sie do tego jakby pytajaca: Jak oni to robia, ze widac taka struge ognia gazow wylotowych? Dolatujac do czwartego zakretu, to "cos przelecialowyzej nad nami, ciagnac (takie bylo moje wrazenie) jakby kilka szybowcow na holu ze swiatlami pozycyjnymi, z pulsujacymi bialymi swiatlami w srodkowym rzedzie. Zdawlo mi sie, ze pozostale rzedy maja kolor swiarel zielony i czerwony.
Zdarza sie, ze jedno zjawisko zauwazone przez wielu ludzi, roznie jest widziane. To bylo tez tego przykladem.
***
W styczniu 1983r. na CSD ciekawy meldunek zlozyl oficer dyzurny WSW. Poinformowal, ze do patrolu w Kobylve pod Warszawa zglosili sie cywile, zeby sprawdzono las, bo dzieje sie tam cos dziwnego, widac jakies swiatlo. Patrol WSW po przejsciu kilkuset metrow w glab lasu dostrzegl silny odblask swiatala, sprawiajacy wrazenie jakby caly las plonal. Gdy zolnierze patrolu doszli blizej, zobaczyli nad polana jakis "obiekt" na wysokosci okolo 10m w ksztalcie cygara, dlugosci ok. 50m w czerwonej, silnej poswiacie. Po uplywie okolo 10 sekund "cygaro" zmienilo swiatlo na seledynowo-zielone, niebieskie i w koncu na silnie pulsujace czerwone i wpelnej ciszy wyprysnelo z ogromna predkoscia w gore. Na ziemi zadnych sladow nie zostawilo.
Meldunek zostal przyjety bez odnotowania w raporcie. Potraktowano go jako ciekawostke bez wplywu na szkodliwosc dla wojska, wiec i bez zadnego przeciwdzialania czy dochodzenia. Bylo, minelo...
***
Takich ciekawych spotkan z NOL-ami mozna przytaczac dziesiatki. Konczyly sie one jednakowo - materialy nie skladano w jedno miejsce po prostu z czasem znikaly do prywatnych zbiorow - ginely.
Powyzszy artykul celowo zatytulowany zostal prowokujaca, aby sugerowal, ze wojsko dostrzega w UFO problem, ktorym sie zajmuje lub powinno sie zajac. Ale nie o to chodzi. Znam problemy przyziemne, z ktorymi wojsko boryka sie na co dzien i nie musi ono szukac dodatkowych atrakcji w poszukiwaniu rozwiazan pochodzenia NOL-i. Spotkaniami z NOL-aim interesuja sie tak w cywila, jak i w wojsku tylko pojedyncze osoby - amatorzy i nie ma to charakteru naukowego.
W latach 80., gdy pracowalem na stanowisku szefa Sluzby Ruchu Lotniczego, doszlismy do porozumienia z bylym szefem lotnictwa plk. J. Topolnickim, aby wszystkie wplywajace meldunki o NOL-ach byly skladane do jednej teczki zdeponowanej u niego. Do mojego odejscia ze sztabu WLOP uzgodnienia te funkcjonowaly. Obecnie nikt jednoznacznie tym tematem sie nie interesuje, a szkoda. Wyznaczenie miejsca gromadzenia informacji - meldunkow o NOL-ach nie wymaga zadnych kosztow ani wysilku, a bylby to krok do powaznego potraktowania osob skladfajacych takie meldunki. Ponadto w przyszlosci komus materialy te moga okazac sie przydatne.
Z drugiej strony, powazne potraktowanie, badz co badz glebokich przezyc osob spotykajacych NOL-e, przelamie opory i pobudzi do nieskrepowanych wypowiedzi i przekazania informacji ukrywanych przed otoczeniem w obawie osmieszenia.
Nalezy oficjalnie poprzec zalozenie, ze jezeli czegos nie mozemy pojac wlasnym rozumem, to wcale nie znaczy, ze tego nie ma. Trzeba wyjsc naprzeciw temu, co i tak sie dzieje bez naszej wiedzy i udzialu.
plk dypl. pil. w st. spocz.
Ryszard GRUDMAN
Artykul ten ukazal sie w pismie WIRAZE nr17