Goscie z kosmosu

Obecnie przylot statkow z odleglych planet nie wydaje sie nam juz tak nierealny jak kiedys. Oczywiscie czesc z nas nadal podchodzi do tego sceptycznie, ale teoria istnienia zycia poza Ziemia zyskuje sobie coraz wiecej zwolennikow i cichych sprzymierzencow.

Wzbudza to naturalnie sensacje, w gazetach przeczytac wiec mozna zawsze o odwiedzinach gosci z innych galaktyk ilekroc pojawi sie gdzies jakis, bodaj najmniejszy slad, statku pozaziemskiego, ale nikt juz prawie nie probuje tlumaczyc tego balonami meteorologicznymi przygnanymi tutaj przez wiatr od naszych wschodnich sasiadow.

Zdziwienie budzic moze tylko chyba fakt wiary absolutnej wsrod mieszkancow mniejszych miejscowosci w roznych zakatkach Ziemi, gdzie prawie nie dociera prasa, telewizja, gdzie jest licha szkola i pare osob ledwie ma radio

Mam na to nawet przyklad. Spotkalam ostatnini czasy jednego ze znajomych Indian, koncertujacych po miastach i grajacych muzyke andyjska. Poniewaz przyjechali niedawno, nie znali polskiego, wiec musialam sie nimi zaopiekowac. Usamodzielnili sie jednak, rozstalismy sie, przestali wydzwaniac z byle powodu i to spotkanie bylo dla nas zupelnym zaskoczeniem.

Troszke wiec pogadalismy sobie o starych czasach i potem rozmowa zeszla na moje zainteresowania. Amancio przez chwile zastanawial sie jak spytalam go czy wierzy w takie rzeczy po czym odparl:

- Wiesz, ja nie wiem jak wy mozecie miec jeszcze jakies watpliwosci. Przeciez tego jest teraz tyle, przylatuja i kontaktuja sie z nami Czyzby biali znow okazali sie bardziej ograniczeni od nas?

Poczulam sie lekko zdegustowana tym wszystkim i, poniewaz jestem polemiczna z natury, zapytalam:

- Gdzie lataja? Podaj mi choc jeden przyklad ich wizytu u Was !

- No jak gdzie? Cale Milagro w to wierzy a wy nie?! A owszem, przylatuja czesto Nawet udalo sie nam z nimi jakos zaprzyjaznic. Masz, dostalem niedawno list od Jose, tego co musial wyjechac bo okazalo sie, ze wladze polskie cos na niego mialy. Napisal o Amarantem, pamietasz go? Napisal do mnie i kopie wyslal do lokalnej gazety, wiec taki troszke sztywny jest ten text.

List wygladal dosc okazale, wiec zaczelam czytac. Bazgroly nieprzecietne, ale przy pomocy Amancia udalo mi sie wreszczie zrozumiec.

- " Amarante Cordova zobaczyl UFO. Twierdzil, ze lecialo z poludniowego wschodu i przelecialo nad jego licha lepianka, po czym wyladowalo na polanie, na polu Joe Mandragona, sasiada, ktorego wowczas nie bylo. Probowal nawet rzucac w nie kamieniami, ale piekielna machina nic sobie z tego nie robila. Pelna drwiny stala opodal i jakies istoty patrzyly na niego wzrokiem pelnym trwogi i zarazem zadumy, nieobcej mieszkancom miasteczka, w ktorym mieszkal.

Oczywiscie nie byloby w tym nic dziewnego. Juz nie tylko w tym, ze UFO przylecialo; trafialo sie to nie raz i niejedna osoba mogla poszczycic sie tym, ze je widziala. W jedynej knajpie w okolicy, u Pedra Alvareza, odbywaly sie potem dlugie spotkania i wraz z kolejnymi szklankami piwa naloty obcych zyskiwaly bardziej wyrazisty, krwawy lub przyjacielski, w zaleznosci od rodzaju pijackiej bredni, obraz.

Mieszkancy Milagro nie byli rozniez zdziwnieni tym, ze UFO wyladowalo nieopodal rozlatujacej sie chaty Amarantego. Wszyscy byli zdania, ze ten chodzacy relikt smierci bylby bardzo wdziecznym obiektem badan i zapewne byl przedmiotem do tego pozadanym przez niejedna brygade sil z kosmosu.

Inna rzecz, ze czesc poddawala w watpliowsc opowiesci staruszka, ulatujace niczym ostatnie iskry dogasajacego ogniska cichym szmerem z bezzebnych dygocacych warg. Kazdy byl bowiem zdania, ze lepianka Amarantego byla w nielepszej kondycji niz jej wlasciciel. Szczerze mowiac nie byla w zadnej. Nie miala wiec prawa przetrwac nie tylko podmuchu statku wyzszej cywilizacji, ale i najlzejszego bodaj podmuchu wiatru.

Alisci zarowno Amarante jak i jego chylaca sie do upadlosci i podpierajaca drzwiami i okiennicami o ziemie chata zaprzeczaly silomi fizyki, biologii i zdrowego rozumu juz od lat ."

- Nie rozumiem Nie wierzycie dziadkowi, bo jego chata sie nie rozwalila?! - przerwalam czytanie ze zdumieniem.

- Nie, nie o to chodzi najwieksze watpliwosci pojawily sie na innym tle. Kazdy chyba mieszkaniec zadawal sobie nie raz pytanie, ktore krazylo potem od jednego domu do drugiego: jakim cudem Amarante to UFO mogl zobaczyc. Stan, w ktorym znadowal sie juz od niepamietnych czasow abosolutnie wykluczal zobacznie przez niego czegokolwiek wiekszego od olbrzymiego kufla piwska, trzymanego przed samymi oczyma. I zadne okulary nie polepszaly juz stanu jego wzroku. Uzaleznienie Amarantego wykluczalo calkowicie mozliwsc posluzenia sie smakiem, tak wiec od szeregu lat zdany byl na zanikajacy z kazdym dniem wech. Zreszta nie byl to jedyny feler Amarantego, ktorego wieku najstarsi ludzie z miasta wyliczyc juz nie potrafili.

- Nadal jest w takim stanie?

- Przez cale zycie Amarante zyl w cieniu wlasnej smierci. Mial dopiero dwa dni, kiedy dostal zapalenia pluc, wszyscy polozyli na nim krzyzyk, on jednak jakos wydobrzal. Przez cale dziecinstwo byl nieprzerwanie chory i nie mogl pracowac jak inni jego rowiesnicy. Miewal napady goraczki reumatycznej, nabawil sie ospy wietrznej, jeszczy trzy czy cztery razy dopadalo go zapalenie pluc, zaczal popluwac krwia w wieku lat szesciu, zawsze anemiczny i ospaly, pokaslujacy, slaby i wymizerowany, byl w powszechnej opinii na skraju smierci. Gdy mial osiem lat, wycieto mu migdalki, jako dziesieciolatek przeszedl zapalenie slepej kiszki, dwa lata pozniej ukaszony przez grzechotnika zapadl w spiaczke, z ktorej jakos sie jednak wykaraskal. Kopniecie konia zlamalo mu wszystkie zebra po lewej stronie, na dodatek nabawil sie gruzlicy. Przygarbiony i kustykajacy wlokl sie przed siebie ze smutnymi oczyma, a ludzie zegnali sie i odmawiali zdrowaski, ilekroc pojawil sie w polu widzenia. Jako dwudzestolatek byl juz alkoholikiem pelna geba, szkarlatyna zas przywiodla go na skraj grobu; trzy lata pozniej wydawalo sie, ze dziela dopelnila nareszcie malaria. Nastepnych kilka lat uplynelo na anemicznej dezynterii, po nich zas nastapilo siedmiomiesieczne zatwardzenie. Trzydziestke powital niedodma jednego pluca; mial trzydziesci cztery lata, gdy wkrotce po wyborze na pierwszego szeryfa w Milagro powital starego przesladowce: zapalenie pluc. Puls Amarantego spadl niemal do zera, alisci pneumonia okazala sie podobna do boksera wagi muszej, ktory zwinny i nienaganny technicznie za slaby jest jednak, by wyprowadzic cios nokautujacy. Przez cala piata dekade zycia wielosc chorob wstrzasnela cialem Amarantego, dobijajac sie o tytul pogromczyni. Razy spadaly jeden po drugim, czasami ukladaly sie w serie, Cordova byl liczony, ale sie podnosil; pojawila sie ospa i swinka, ale nie wytrzymaly nawet jednej rundy. W imie starej znajomosci powrocilo zapalenie pluc, z furia rzucilo sie na sciane, ktora najwidoczniej otoczyla pluca Amarantego, a potem wywiesilo biala flage i sie wycofalo. Zakazenie krwi rozdelo wszystkie wezly limfatyczne do wielkosci pileczek golfowych, ale po miesiacu i ono musialo podac tyly.

Amarante kulal, kaszlal, poswistywal; bolalo go w piersiach; spluwal krwia i okropna granatowoczarnawa wydzielina; pil az do bolu odbytnicy; plaskostopie przyprawialo go o jeki; artretyzm bezlitosnym mlotem okladal kolana; wszystkie zeby z wyjatkiem trzech zbrazowialy i powypadaly z dziasel niczym zoledzie. W Milagro oczekiewanie na ostateczna smierc Amarantego Cordovy podobne bylo do oczekiwania na zwlekajace kichniecie. Kiedy dociagnal szescdziesiatki, ludzie zaczeli pospiesznie zmykac przed nim i ucinac rozmowe w pol slowa, wszyscy bowiem wiedzeli, ze jeszcze dziesiec sekund, a nieborak padnie trupem, a nikt nie lubi byc bezposrednim swiadkiem takiego zdarzenia.

Osmy krzyzyk na karku dal niejako sygnal do calego ciagu operacji. Na poczatek wycieto Amarantemu pluco. W tym juz jednak czasie mieszkancy Milagro popadli w stan szyderstwa i sarkazmu, ktory wyrazal sie w slowach: - Niech to diabli, nawet jakby wyjeli skurwielowi drugie pluco, to i tak by sobie oddychal.

Po jakims czasie Amarantemu usunieto guz na szyi; nastepnie trzeba sie bylo pozegnac z kawalkiem jelita cienkiego. Ni stad, ni zowad przyszla potem kolej na operacje woreczka zolciowego, sledziony i nerek. Ludzie z Milagro mruczeli: -idzie ten zywy zamek blyskawiczny - ikekroc wynurzal sie zza rogu. Przyjaciele odnosili sie do niego z mieszanina szacunku oraz nienawisci i prosili, aby wstawil sie za nimi do Aniola Smierci czy kogokolwiek, z kim zawarl przymierze.

Az wreszcie, gdy Amarante osiagnal szescdziesiat siedem lat, zdawalo sie, ze nadszedl czas Waterloo. Doktor Gomez z kliniki w Dona Luz skierowal go do Szpitala Swietego Krzyza w Chamisaville, gdzie lekarz dokonal ogledzin , zrobil przeswietlenia, pokrecil glowa i odeslal starowine do stolecznego Szpitala Swietej Klary, gdzie po licznych analizach i zdjeciach w promieniach baru specjalisci doszli do zgodnego wniosku, ze trzeba amputowac niemal wszystko, co znajdowalo sie ponizej szyi Amarantego, o czym poinformowano najrozniejszych czlonkow rodziny.

Pomimo rozproszenia w trzy strony swiata rodzina Amarantego pozostawala z kontakcie. Ci wiec, ktorzy pozostawali przy zyciu, wlacznie z Jorge`m w Australii, zjechali do Milagro na narade wojenna, ktora miala rozstrzygnac, czy dalej beda gromadzic pieniadze na nastepne, kosztowne operacje ojca. - Bez nich - uslyszeli od lekarza ze stolicy - ojciec zemrze przed uplywem pol roku.

Otoz wszyscy czlonkowie rodziny zapowiedz te nie raz juz slyszeli; tak jednal czy owak zarzadzono glosowanie.

Nadia, Maria, Ana, Berta, Sally i Billy opowiedzieli sie za operacjami; Jorge, Roberto, Nazario i Richardo - przeciw. Stosunkiem glosow piec do czterech Amarante zostal oddany pod noz chirurgiczny, ktory pozbawil go wiekszosci organow wewnetrznych. Rekonwalescencja potrwala kilkanascie tygodni, a potem pod opieka Sally, Richarda i Berty powrocil do Milagro.

Tym razem wydawalo sie, ze czas sie dopelnil. Amarante mial zoltaczke; ledwie mogl ustac na nogach i przypominal widmo. Uskarazal sie, ze nic nie widzi, czego przyczyna, jak sie okazalo, byla katarakta na obu oczach. Richardo, Sally i Berta zawiezli go wiec znowu do Szpitala Swietej Klary, gdzie zacme usunieto. Musial potem nosic szkla o grubych soczewkach i bardziej niz kiedykolwiek wczesniej przypominal zwloki otrutego. Powolny i polwoczysty chod Amarantego sprawial, ze nawet slimaki mogly przy nim uchodzic za olimpijskich sprinterow. Spolecznosc Milagro wstrzymywala oddech i wyczekiwala. Gdyby ta historia dziala sie w innej czesci kraju, w innym miasteczki i w innej kulturze, najpewniej zaczeto by robic zaklady, ktorego dnia nastapi kres. Poniewaz wiesc sie jednak rozchodzila, wiec w Chamisaville w domu pogrzebowym Ortegi, ktory obslugiwal wiekszosc pogrzebow od Arroyo Verde do granicy z Kolorado, Bunny Oretega, Buces Maes i Bernardo Medina zaczeli zastanawiac sie podczas przerw na kawe, kiedy tez trzeba bedzie przewiezc zwloki Amarantego. I chociaz Sally nie posunela sie tak daleko, aby poprosic Joe Mandragona czy ktoregos z innych rownie przedsiebiorczych szczeniakow, aby wykopal grob, to jednak zajrzala do Ortegi, aby rozeznac sie w cenach trumien i dac personelowi odczuc, czego moga oczekiwac kiedy nadejdzie czas.

- Domyslam sie, ze jednak nadeszla pora na co innego..?

- Dokladnie. I w takim to wlasnie momencie, wcale nie najgorszym z punktu widzenia stanu starego, pojawilo sie UFO

- Dobra, przylecialo i jak je potraktowal?

- A bo ja wiem ? Jakby sie znali od dawna, co by mnie nie zdziwilo.

- Co ty.. ty tak powaznie?

- Pare osob bylo swiadkami. Ja tez raz cos takiego widzilem.

- Np?

- Kiedys wracalem z piwa kiedy tuz przez chata Amarantego trafilem na spory tlumek usilujacy sie schowac za jednym cienkim drzewkiem owocowym. Podszedlem tam i zamarlem ze zdziwienia

- Byl tam jakis szary?

- Wiesz, w pewnej chwili na podworko zza chaty wkroczyl sztywno jakis taki maly elegancik. Popatrzyl dookola, popatrzyl na Amarantego i na siedzacego opodal kota, podszedl do futrzaka i obaj zajeli sie kontemplowaniem Cordovy. Po paru chwilach do elegancika podfrunelo pare srok, dopadly jego nog i zaczelo robic potworny rejwach, ale ten nic sobie z tego nie robil. Wowczas Amarante zerknal w jego strone i stanal jak wryty. Po chwili dosc dziarskim ruchem piekielny staruszek chwycil kamien, zamachnal sie nim i rzucil, lecz chybil o mile. Sroki pierzchnely, kot i ufok niemrawo stali dalej w ym samym miejscu. Owinal tylko o siebie ogon i wlepil w Amarantego senne, wezowe spojzenie.

- Kto?! Ufok?! - wylalam na siebie z wrazenia goraca herbate, bo to mnie az zelektryzowalo. Ufoki maja ogony?!

- Nie, kot.

- Dobrze, ty mnie nie mydl teraz oczu kotem, ja chce szarego! Co dalej?!

- No, Amarante wydarl sie potwornie i rzucil w przybysza szesciocalowym klocem drewna cztery na dwa, jednak pocisk znow rozminal sie z celem, oba obiekty zas ani drgnely.

Wowczas Cordova pobiegl do domu i wrocil z paczka chinskich fajerwerkow. Przylozyl ogien do glownego zapalnika i cisnal pakiecik w kierunku szarego i zoltego. Wokol rozpetala sie prawdziwa zawierucha blyskow i hukow. Kot podniosl sie z godnoscia mistrza protokolu, leniwie wygial sie w palak, wiec szary wzial z niego przyklad i tez pomachal troche glowa. Gdy kurz opadl i rozwial sie dym, kot niemrawo i sennie przymknal oczy pomrukujac z lekka. Ufok wtedy tez jakos zachrypial. Amarante zas porwal motyke, ktora bez trudu mogla przepolowic natreta i podbiegl do niego.

- To znaczy do szarego?

- Nie, wowczas sie okazalo, ze on go nie widzial, ale jak sie zblizyl to zobaczyl. Stanal wtedy jak wryty, oparl motyke o ziemie i wlepil wzrok z niego. Patrzyli tak dlugo, po czym Amarante glosno powiedzial: "gato!!!" i zawrocil do domu.

- Co to znaczy? - znalam troszke slownictwo, ale nie do konca jesli chodzi o slowka wykluczone ze slownika.

- Wiesz ja wiem, ze ty nie lubisz przeklinac

- Dobra, mow jak wygladal!

- A wiesz, leb plaski, palakowate lapy, uszy zzarte do krwawych kikutow przez mroz

- A kolor skory?

- Skory ? Bleee, zolty, jak wymiociny. I wiesz - Amancio usmiechnal sie glupkowato - mial olbrzymie...

- Dobrze juz, dobrze! - ucielam wiedzac o co mu chodzi po czym zastanowilam sie. - O kim ty wlasciwie mowisz? O szarym?

- Nie, o kocie!

- Wariat! Ja pytam o szarego!

- Co ty, myslisz, ze ja nie wiem co ja mam ogladac?! Szary trzymal sie niezle, natomiast kocie widmo smierci i Amarante byli siebie nawzajem warci Myslisz, ze po co ci ludzie tam stali ?

W tym momencie zalamalam sie psychicznie, wywarczalam: "Ai, Chihuahua!" i wyszlam z knajpy.

 

Dokonczenie za rok.

;-))))

 

 

 

Winet