Wybrańcy losu
Cześć II

by Jeremy - dla X-Klubu

Podróż we wspaniałe Sudety wlekła się w nieskończoność. Droga była dość spokojna - jedyną rzeczą świadczącą o niedawnych wydarzeniach były kolumny samochodów jadących na północ, podobne nieco do tego, co zwykle działo się na drogach w lipcu. Tyle tylko, że aktualnie pogoda wcale nie sprzyjała kąpielom. Gdy jednak przejeżdżali przez jakieś miasto, zobaczyli porozbijane wystawy sklepowe i ślady po zamieszkach w centrum - niezbite dowody na defiladę latających spodków.
Pasażerowie vana przez pewien czas gadali o różnych sprawach związanych z klubem, pivem, kobietami, pivem, internetem, pivem, komputerami, pivem, sprawami paranormalnymi i jeszcze kilkoma drobniejszymi sprawami (wspomniałem już o piwie?). Po pewnym czasie pozasypiali wszyscy, łącznie z Kantem który na przednim fotelu leniwie obserwował drogę.
To był błąd. Pozostawiając organizm w spoczynku i dając bezpłatny urlop własnej świadomości, nikt z klubowiczów nie był przygotowany na to co się stanie...
Kochana, uwierz mi... Już więcej nie dręcz mnie, o, o... - zadźwięczało nagle, gdy Malda wrzucił do magnetofonu jedną ze swoich kaset opatrzonych bardzo kolorową okładką. Kilku bliżej siedzących zajęczało coś niecenzuralnego, zaś szczęściarze siedzący dalej naciągnęli na głowy kurtki i szybko zasnęli.
- Jezu, za co?... - jęknął siedzący gdzieś w połowie Jeremy, próbując bezskutecznie zasnąć. Van potoczył się dalej, pozostawiając za sobą rozedrgane w rytm Disco Polo cząsteczki powietrza.

Do Ząbkowic Śląskich dotarli ok. 4 nad ranem. Niemal jednogłośnie zdecydowano, że Winet nie należy niepokoić tak późno w nocy, więc trzeba poczekać do rana. Wprawdzie Lis wydawał bardzo się śpieszyć, ale ujęty odpowiednimi argumentami słownymi popartymi na dodatek kilkoma bardziej materialnymi argumentami z plecaka Kanta zmienił zdanie.
Rano - tzn. około 10 - drużyna zaczynała powoli się budzić. Pierwszy ocknął się Kant i zaczął przypatrywać się reszcie śpiących. Miał na co patrzeć. Poprzedniej nocy Lis porozkładał wszystkie fotele, ale i tak przestrzeń sypialna była trochę mała. Mniej więcej w połowie vana spał Jeremy rozwalony w poprzek, zaś na jego brzuchu oparli sobie głowy jak na poduszce PeaceMaker i X-Tomcio. Gdzieś obok w mieszaninie rąk, nóg i głów leżeli X-man, Wojt@s i The X wykorzystując resztkę miejsca, jaką zostawił im śpiący z rozłożonymi rękami i mamroczący coś Kompan.
Kant wstał, wyszedł z vana i wszedł z powrotem bocznymi drzwiami. Pochylił się nad leżącą masą ciał i wrzasnął do losowo wybranego ucha:
- Budźcie się!!! Obcy przylecieli!
Efekt przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Masa ciał zakotłowała się i Kanta dobiegły jakieś okrzyki bólu ze środka. PeaceMaker i X-Tomcio podskoczyli nagle i uderzyli z potworną siłą głowami w żołądek Jeremy'ego. Ten się poderwał trzymając za brzuch, z głośnym hukiem walnął głową w dach vana i wypadł przez otwarte drzwi na asfalt parkingu. Odgłos jaki temu towarzyszył można było porównać do worka ziemniaków zrzucanego z wysokości trzeciego piętra. Z tyłu Kompan tylko mruknął.
- I o co tyle hałasu...
Po czym wyciągnął się na fotelach tak, że pozrzucał całą resztę i zasnął znowu.
Kiedy wszyscy otrzepali już z siebie kurz z asfaltu i dobudzili Kompana, a Jeremy wrócił z pobliskiego baru z workiem lodu przyłożonym do solidnego guza, klubowicze zorientowali się, że Malda zniknął.
- Gdzie on jest do cholery? - jak zwykle rzeczowo spytał X-Tomcio.
- Nie mam pojęcia. Chyba go już nie było jak wstałem... - Kant był równie zdezorientowany.
- No to zajebiście... - wtrącił PeaceMaker
- Ktoś z was wie gdzie mieszka Winet? Kant?
- No coś ty... Adresy są zastrzeżone. - Kant zrobił minę niewiniątka
- Przecież jesteś prezesem!!!
- I tylko dlatego mam pamiętać adresy 300 klubowiczów?!?
Podczas, gdy się atak na siebie wydzierali, jak spod ziemi wyrósł Lisław Malda.
- Przestalibyście wrzeszczeć. Słychać was dwie przecznice stąd.
- Ale nas pan przestraszył...
- Tylko nie "pan". Nie cierpię formalizmu.
- Ok. Więc gdzie byłeś?
- Łaziłem trochę po sklepach z kasetami. Udało mi się dopaść prawdziwego białego kruka ! - jego twarz rozjaśnił uśmiech szerokości (nie)sławnej pienińskiej zapory.
- ??? - zaciekawili się wszyscy.
- Pierwszy singiel "Shazzy" w limitowanej edycji z autografem.
- ... - reakcja była u wszystkich taka sama.
- Ech... Nie znacie się na muzyce. Chodźmy już do Winet.
- Poczekaj. My tu wszyscy głodowaliśmy. Najpierw coś zjemy. - Wszyscy równo zaprotestowali.
- No dobra. W pobliżu widziałem fast-food. Pasuje?

W chwilę później cała ekipa obżerała się burgerami i popijała piwem, tylko X-Tomcio zalewał się Coke'm. Co ciekawe, tylko on sprawiał później wrażenie lekko wstawionego. Kompan przez chwilę patrzył na pochłaniającego hamburgera Kanta, aż w końcu nie wytrzymał.
- Kant, podobno adresy klubowiczów są zastrzeżone. Więc co robił u mnie w maju ten cholerny akwizytor zachwalający Anty-UFO-Rocket-Launcher ???
Kant nagle przestał przeżuwać wodnistą bułkę i przełknął głośno ostatni kęs.
- Eee... wiesz... potrzebowałem troche forsy na wakacje... i... no... tego... pomyślałem... że jak facet coś sprzeda to mi odpali działkę.
- I co? Zarobiłeś coś??? - uśmiech Kompana przypominał minę smoka dobierającego się właśnie do jakiejś dziewicy po dwuletnim okresie głodówki.
- Starczyło na wyjazd do Londynu.
- Cieszę się niezmiernie... Tylko następnym razem nie zarabiaj moim kosztem. A już zwłaszcza gdy zbliża się sesja.

Skończyli jeść i pojechali pod adres, gdzie według Lisa miała mieszkać Winet. Zjawili się tam w ciągu 15 minut. Wszyscy jak na komendę stłoczyli się przy drzwiach i co dziwniejsze wszyscy się zmieścili. Zza drzwi dobiegły ich tajemnicze odgłosy indiańskich bębnów. Lis zapukał i usłyszeli ciche kroki zbliżające się do drzwi. Gdy drzwi się otworzyły, za nimi stała ONA. Wyglądała tak niesamowicie, że całej ekipie opadły szczęki. W końcu nie codzień w Polsce można zobaczyć kobietę ubraną w tradycyjny strój północnoamerykańskich indian - dosyć skąpy, trzeba nadmienić...

Winet stała i patrzyła się na 9-cio osobową grupę facetów szukających na czworakach czegoś na ziemi. W końcu Kant jako pierwszy znalazł swoją szczękę i wstawił ją na miejsce. Pogapił się jeszcze przez sekundę na dziewczynę i w końcu odzyskał mowę.
- To ty jesteś Winet?
- Dla przyjaciół. A kim wy jesteście?
- X-Klub Commando! - Kant odzyskał już trochę dawny Humor (TM) - Jestem Kant, a reszta chyba będzie chciała się ci osobiście przedstawić.
Winet po tych słowach zaświeciły się oczy i natychmiast zaprosiła wszystkich do środka. Sama jeszcze tylko wyjęła ze skrzynki* listy i wróciła do domu.

* - SnailMail wbrew pozorom nadal funkcjonuje. Jest wykorzystywany jedynie przez oficjalne instytucje i zawiera zwykle jedynie złe wiadomości. Poza tym może jeszcze zawierać wiadomości tragiczne i pilne, ale te dochodzą zwykle ze sporym opóźnieniem, tak że nie są tu brane pod uwagę.

Winet porozsadzała wszystkich w pokoju przy okazji witając się z każdym z osobna. Czasem uściskowi ręki towarzyszyła radość, czasem ciekawość, a niekiedy skrywana niechęć. Ostatni przedstawił się Lis.
- Nazywam się Lisław Malda. To ja dzwoniłem przedwczoraj wieczór do pani.
- Domyśliłam się. Widzicie - zwróciła się do wszystkich - gdybym tylko mogła, pierwsza pojechałabym na spotkanie, ale mam tutaj studia i pracę.
- Winet - Kant przerwał opróżnianie jednej z ostatnich puszek piwa z plecaka. - To co się dzieje teraz to szaleństwo. Nie wiem jak w ogóle możesz teraz normalnie żyć.
- Nawet latające spodki nad Polską nie mogą zmienić pewnych rzeczy. Jeżeli sobie odpuszczę, stracę pracę. Za to cały dzisiejszy dzień poświęcę dla was - chociaż tyle mogę zrobić. Opowiadajcie.
Rad nie rad Kant zaczął opowiadać całą historię ich spotkania. Co pewien czas wtrącali się inni członkowie grupy, a Winet uważnie słuchała tego, przeglądając jednocześnie listy. Tak kusiło ją, aby rzucić to wszystko w diabły i pojechać z nimi szukać prawdy. W końcu studia można skończyć nico później, zresztą nie ma teraz żadnej sesji. Gdyby tylko nie ta praca... A może?... NIE! Wróciła do słuchania i przeglądenia listów. Rachunki, upomnienia, rachunki, mandaty, rachunki, coś z pracy... Hmm... Rozerwała kopertę i przeczytała zawartość. Kant przerwał opowiadanie gdy usłyszał jej wrzask. Krzyknęła coś niecenzuralnego w dziwnym języku i wybiegła z pokoju. Wszyscy popatrzyli się na porzuconą kartkę.
- W Polsce istnieje tajemnica korespondengrrrllllppp... - rozległ się czyjś stłumiony głos.
Jeremy pierwszy stracił skrupuły i chwycił porzucony list.
- Czytaj na głos! - inni też zapomnieli o jakiejśtam tajemnicy. W końcu The Truth Is Out There, a prawo do rozwiązywania tajemnic ludzkości nadawała im nieistniejąca i niepisana Klubowa Konstytucja (c) by Otchłanie Internetu.
"Szanowna Pani blablabla... W związku z zaginięciem z naszych magazynów pewnej ilości podzespołów niezbędnych do konserwowania systemu komputertowego biura, zarząd był zmuszony przeprowadzić nieformalne śledztwo. Wykorzystując najnowocześniejsze techniki takie jak różdżkarstwo, wróżenie z fusów, medytacje, tarothipnozę, oraz spektrooptyczną analizę nagrań z biurowych kamer otrzymaliśmy liczący 12 tomów, 365 rozdziałów i 23589260 stron materiał dowodowy z którego jasno wynika, że jest pani winna kradzieży jednego opakowania jumperów i jednego opakowania śrubek. Ponieważ swoim zachowaniem zagroziła pani pracy całego biura, jednogłośnie została podjęta decyzja o pani natychmiastowym zwolnieniu bez okresu wymówienia."
- Tyle chałasu o parę zworek? Co to kurwa za idiotyzm??? - X-Tomcio nigdy nie owijał myśli w bawełnę.
- Co się na mnie patrzycie? - Jeremy wpadł w lekką panikę - To nie moja wina że mamy debilnego scenarzystę!
- ... - reakcja świadczyła o tym że zaczęło to do wszystkich dochodzić. Jak na razie nie było rękoczynów.
- Powiem więcej. Jeżeli będziemy podskakiwać, to drań naciśnie Del i nic z nas nie zostanie. Zrozumieliście ?
- ...
Kant zerknął na kartkę i nagle oczy mu zapłonęły. Podszedł powoli do Maldy.
- Coś ty narobił?
- Ja? Co się stało? - agent UOP wydawał się wystraszony.
- Tutaj jest podpis "Lis" !
- COO??? - wrzyknęli wszyscy i rzucili się w kierunku kartki. Zgadzało się. - Udusić go!
- Zostawcie go. - W drzwiach pojawiła się Winet ubrana w turystyczne ubranie z niewielką torbą przerzuconą przez ramię. - Lis to mój szef... mój były szef. Teraz przynajmniej mogę jechać z wami. - Uśmiechnęła się słabo.
- Ale oco chodziło ztymi jamperami? - X-man nie mógł opanować ciekawości.
- Zgubiłam z dysku, a w pracy było tego pełno. pomyślałam, że się zabezpieczę na podobne wypadki, więc zabrałam dwa pudełka.
- I za dwa pudełka wywalili cię z pracy??? Life is brutal and full of zasadzkas...
- ...and sometimes kopas dupas. - dokończył słynną sentencję Jeremy
- Wyślę im te pudełka z pozdrowieniami. - Winet podniosła ze stołu obrus i zaczęła taszczyć jedno z pudeł do innego pokoju. Dopiero teraz wszyscy zauważyli że miało ono rozmiary 1.5 x 1 x 0.5 metrów. The X i PeaceMaker pomogli zanieść drugie i zgodnie ze wskazówkami Winet zawiązali na nim misterną czerwoną kokardę.
- W porządku. Pójdę jeszcze na pocztę i wyślę te pudła i możemy jechać.
- Podrzucimy cię. Lis, możesz rozgrzewać silniki - startujemy.
Malda obrzucił Kanta dziwnym spojrzeniem i wyszedł z mieszkania Winet. Pozostali również wyszli taszcząc dwa pudła i Winet zamknęła drzwi mieszkania na klucz. Pięć minut później jechali już drogami.
Zatrzymali się przed pocztą, aby Winet mogła wysłać swój prezent. Poszli z nią Jeremy, PeaceMaker, X-man i Kompan niosąc pudła. W tym czasie Kant przysiadł na schodkach vana i zagadnął do palącego papierosa Lisa.
- Gdzie my właściwie teraz pojedziemy?
- Na jeden z poligonów o nazwie Czerwony Bór. To w okolicach Łomży?
- Łomża? To na drugim krańcu Polski! Podróż potrwa cały dzień.
- Możliwe...
- Może dałbyś radę jakoś wygodniej poustawiać siedzenia w vanie? Mi się jedzie wygodnie, ale pozostałym raczej nie.
- Bez problemu. Jakbyś to widział?
Kant opisał mu swój pomysł i Lis przytaknął. W ciągu pół godziny fotele z tyłu były porozkładane wzdłuż ścianek vana, oraz fotela kierowcy, a jedyne wolne miejsce było na środku i przy bocznych drzwiach. W tym czasie wrócili pozostali i z zainteresowaniem obserwowali jak Malda przymocowuje na srodku podłogi do specjalnych zaczepów niewielki składany stolik.
- W porządku. Teraz możecie grać w karty, a nocą można odczepić stół i rozłożyć siedzenia. Wtedy tył zmieni się jeden wielki materac - będzie więcej miejsca niż zeszłej nocy. The X który doskonale pamiętał moment przebudzenia jęknął z ulgą i popatrzył się z ukosa na Kompana.
- Nie wiem o co wam chodzi. Ja miejsca miałem dość. - Kompan miał bardzo niewinną minę.
- Ty... - Wojt@s nie dokończył.
Wszyscy powoli zapakowali się do wozu i Malda przekręcił kluczyk w stacyjce. Chwilę później jechali już międzymiastową drogą na północny-wschód. Droga się dłużyła, rozmówki się kleiły, pogoda nie zmieniała. W radiu na tapetę powracał non-stop temat UFO. Od wczoraj nikt go nie widział i panika zaczęła ustępować. Jeszcze nie wprawiono do witryn sklepów nowych szyb (wszak była niedziela), jak pojawiły się pierwsze fachowe doniesienia o smaowej sugestii, przywidzeniach, oszsustwach, tudzież o balonach meterologicznych, dziwnych układach chmur, piorunach kulistych i innych podobnych bzdurach. Lis zrezygnowany wyłączył radio.
- Co za idioci. Znowu wszystkiemu zaprzeczają.
Kompan spojrzał na jego plecy i spytał:
- Więc jest pan z jakiegoś wydziałyu UOP'u. Coś takiego jak Archiwum X?
- Zgadza się.
- W Polsce też istnieje coś takiego?
- W każdym kraju który ma jakiś urząd bezpieczeństwa. Dziwne sprawy dzieją się wszędzie. Kiedyś w trakcie wymieniania informacji z brytyjskim MI6 padła nazwa waszego klubu. Postanowiłem się bliżej mu przyjrzeć i znalazłem świetnych fachowców.
- Wielkie dzięki... Tylko czy spęłnimy twoje oczekiwania?
- To się okaże. Jesteście...
Nagle cały wóz wypełniło oślepiające światło. Wewnątrz czas jakby się zatrzymał. Malda odwrócił się do grupy i wrzasnął:
- Zapamiętajcie godzinę!!!
Nie musiał tego mówić. W momencie pierwszego błysku wszyscy rzucili się do zegarków. Jedynie Jeremy który nigdy nie nosił tej oznaki pośpiechu wydarł się do siedzącej obok Winet.
- Która jest ???
- Dziesięć po drugiej. Nie musisz się tak drzeć!
Przez chwilę błysk był tak silny, że wwiercił się wszystkim w mózgi przy akompaniamencie silnego bólu, potem wszystko zniknęło. Van stał na polnej drodze. Pierwszy odzyskał przytomność Kompan, potem cała reszta.
- Która jest godzina? - spytali jednocześnie Jeremy i Malda
- Za piętnaście trzecia.
- Nie było nas pół godziny. Gdzie jesteśmy? - spytał wyglądając przez okno. Droga na której stali była wybita w szczerym polu. Dookoła nie było nic oprócz ściany lasu przed nimi.
- Chłopaki, patrzcie na to - Winet wskazała im tabliczkę oddaloną od nich o jakieś 50 m.
"Czerwony Bór - obiekt wojskowy. Wkraczanie zabronione. Granica za 2 km."
- Rany Boskie... Przelecieliśmy 500 km. w pół godziny. - zbladł Kant
- Może jest już następny dzień? - X-Tomcio miał wątpliwości
- Nie. Zegarek wskazuje tą samą datę, chociaż to można zmienić. Tyle, że ja się nie czuję, jakbym spała cały dzień.
- Ja też. To tak, jakbym na chwilę zemdlał. Tylko po co Oni nas tu sprowadzili?
- Może chcą nas wciągnąć w pułapkę?
- Mogli nas już zabić. - Jeremy jak zwykle myślał trzeźwo.
- Nie dajmy im czekać... - Lis przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik momentalnie zaskoczył. Pracował niezwykle równo. Van ruszył i pojechał w stronę ciemnej ściany lasu. Wszyscy myśleli, co ich tam może spotkać i snuli dziwaczne domyły. Ale jednocześnie każdy podświadomie czuł, że prawda okaże się zupełnie inna i miał nadzieję, że będzie gotowy ją przyjąć.

to be continued...