Wybrańcy
losu |
||
by Jeremy - dla X-Klubu |
Po przejechaniu jakiegoś kilometra, kiedy
ściana lasu przybliżyła się znacznie, Malda zjechał na
pobocze drogi i wyłączył silnik.
- Musimy tutaj wysiąść i iść dalej pieszo. Tego obszaru nie
ma nawet na wojskowych mapach i nikt nie może tutaj wejść bez
specjalnej przepustki. Nie muszę chyba wspominać że takiej nie
mam. Chyba nikt w tym cholernym kraju takiej nie ma.
- Więc co to za poligon? Australijski??? - odezwał się Wojt@s
- Tego właśnie mam ochotę się dowiedzieć. Przygotujcie się
do drogi. Najlepiej, jeżeli wasze rzeczy zostawicie tutaj.
- Dlaczego akurat ten poligon? - spytał Kant.
- UFO pojawiło się nie tylko w Polsce. Widziano je także nad
Rosją, Niemcami i Szwecją. Z analizy ich dotychczasowego lotu
wynika, że spotkają się tutaj. Chcę się wreszcie
dowiedzieć, dlaczego przez 8 lat pracy w UOP'ie nigdy nie udało
mi się tutaj dostać - Lis wściekle zgrzytnął zębami.
Wszyscy rzucili się na swoje bagaże. Winet wyjęła z torby
indiański naszyjnik z orlimi piórami, tomahawk, oraz łuk ze
strzałami. Kant grzebiący w swojej torbie zauważył te
przygotowania.
- Rany, Winet... Nie wzięłaś jeszcze do tego wszystkiego tego
wspaniałego stroju?
- Mam go tutaj, ale jest trochę na niego za zimno. Poza tym mam
wrażenie że on nie pozwala się wam skupić.
- Są z tym niewielkie trudności, ale chyba jakoś się
uodpornimy. - Kant wyszczerzył zęby w uśmiechu i wrócił do
przeglądania zawartości plecaka. Po krótkim namyśle
stwierdził, że zabierze go ze sobą - na pewno nie będzie zbyt
zawadzał.
Jeremy poszedł na chwilę za van, aby się przebrać do tej
eskapady. Natknął się tam na X-Tomcia właśnie kończącego
swoje przeobrażanie. Miał teraz na sobie słynny komplet
Adidasa (buty, bluza i spodnie) który tak często można
spotkać w ciemnych zaułkach i który to komplet jest zwykle
ostatnim widokiem przed wspaniałą bielą gabinetu lekarskiego.
X-Tomcio właśnie zawiązał sobie na czole firmową opaskę
Adidasa i przebiegł obok Jeremy'ego.
- Okay. Szatnia wolna.
- Dziex. - odkrzyknął Jeremy, ale X-Tomcia już nie było.
Szybko przebrał się w swoje ciuchy - spodnie moro z sześcioma
kieszeniami i kamizelkę w tym samym kolorze. Z jednej z kieszeni
kamizelki wyjął lśniący czerwienią, szwajcarski scyzoryk.
- You may call me MacGyver. - mruknął do siebie samego.
Gdy wrócił, przygotowania trwały już pełną parą. Kompan
włożył właśnie na siebie lekką kamizelkę pancerną, która
Jeremy'emu wyraźnie coś przypominała.
- GITS? - spytał niewyraźnie.
- Uhm... - Kompan dopinał właśnie jakiś skomplikowany zamek.
- Ale... skąd?
- Bandai po premierze urządziło promocję. Zamówiłem sobie
tą kamizelkę w wersji "full". Dorzucili mi za darmo
koszulkę z filmu, ale była za mała.
- Musiała kosztować fortunę.
- Wiesz - dla chcącego nie ma nic trudnego - stwierdził i
wrócił do zapinania kamizelki. Jeremy'ego doleciała jeszcze
tylko krótka wiązka przekleństw i Kompan, który uporał się
w końcu z zamkiem zajął się grzebaniem w swoim bagażu. Malda
z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął małą rurkę z której
wyskoczyło podłużne ostrze.
- Podobno kilkoro ludzi zginęło aby zdobyć ten przedmiot. To
jedyna rzecz która może Ich zabić, ale jest bardzo niewygodna
w stosowaniu. Trzeba ją wbić w nasadę karku Obcego.
- Zupełnie jak w X-Files... - odparł PeaceMaker
- Carter nawet nie wie jak dobre zdobywa informacje. Tyle tylko,
że gdy ludzie to oglądną jako serial, przestają brać
wszystko na poważnie. - prychnął Malda. Kompan przyglądał
się rurce i w końcu stwierdził.
- Chyba na Obcych lepsze będzie to. - sięgnął na dno swojej
torby. Wyjął stamtąd podłużny przedmiot na widok którego
Kantowi rozszerzyły się oczy ze zdumienia.
- Kupiłeś ją???
- A dlaczego nie? W wersji mini jest bardzo poręczna, poza tym
na ludzi działa ogłuszająco - facet zapomniał chyba o tym
wspomnieć.
Na przedmiocie o kształcie sporego cygara z kolbą i czymś w
rodzaju lunety narysowana była główka Ufoka w znaku zakazu z
napisem AlienBusters. Pod spodem był napis:
Anty-UFO-Rocket-Launcher - mini version. Malda popatrzył na
wyrzutnię, na swoje ostrze, potem z powrotem na wyrzutnię i
schował szpikulec z powrotem do kieszeni.
- Gdzie można dostać coś takiego?
- Do mnie trafiło przez pewnego akwizytora. - tutaj Kompan
popatrzył z ukosa na Kanta, który cofnął się parę kroków -
Ale oni sprzedają to po zdzierczych cenach.
- Najlepiej iść nabazar i zapytać róskich. Sprowadzą ci
wszystko wciągó tygodnia. Nietakie rzeczy można kupić na
krakowskiej Tandecie - stwierdził X-man i wyciągnął z
kieszeni identyczny szpikulec jak miał Malda. - Kosztował mnie
jakieś 10 zł. Facet chciał 15, ale ódało mi się
potargować. Rużnica jest tylko taka, że ten czasami się
zacina przy zamykaniu itrzeba dopchnąć ręcznie.
Malda popatrzył na szpikulec X-mana, otworzył go i zamknął
parę razy, po czym oddał X-man'owi z powrotem.
- U ruskich mówisz? Muszę zapamiętać.
Wyruszyli. Prowadził Malda rozglądając się nerwowo na
boki, obok niego Jeremy i X-man, dalej samotnie Kompan ze swoją
armatą, potem w grupie Wojt@s, PeaceMaker, The X i X-Tomcio.
Pochód zamykali Kant i Winet rozmawiający ze sobą bez przerwy.
Malda nasłuchiwał przez chwilę i w końcu nie wytrzymał.
- Ciszej tam gołąbeczki! Za chwilę wchodzimy do lasu.
Z tyłu wszystko na chwilę umilkło, ale po paru minutach
rozmowy rozległy się na nowo, tyle że dużo ciszej. Lis już
nic nie powiedział, tylko błagalnie wzniósł oczy do nieba.
Dramatyczne spojrzenie zaplątało się między drzewami i po
paru godzinach błądzenia, klnąc cicho pod nosem (???)
uleciało do swojego miejsca przeznaczenia.
Tymczasem grupa X-Klubu przedzierająca się przez las, dotarła
do jego skraju. Dalej była już tylko polana którą przecinały
tory kolejowe. Na bocznicy odchodzącej od głównego toru stały
dwa wagony używane zwykle jako chłodnie do przewozu żywności
koleją. Malda wyjął lornetkę i obserwował przez nią
budynki. Jednocześnie z niemałym przejęciem mówił coś, tyle
że nie do konkretnego człowieka, ale jakby w powietrze.
- Więc to prawda... To tutaj ich zawsze zwozili. Teraz się już
nie wywiną sukinsyny...
- O kim mówisz? - stojący najbliżej Jeremy usłyszał jego
mamrotanie.
- A tych maniakach z rządu. Myślą że uzyskają od Nich
technologię, władzę, broń czy coś podobnego. Akurat! Sporo
wiem o tej rasie. Oni nas zniszczą.
Malda wściekły schował lornetkę i ruszył dalej. Jeremy
wolał nie pytać już o tę rasę i ruszył za nim. Ekipa z
tyłu wlokła się w takiej samej kolejności co przedtem, tylko
Kant z Winet odstawali trochę bardziej. Nagle Lis przystanął
gwałtownie i wyciągnął zza płaszcza pistolet.
- Co się... - Jeremy i X-man właśnie do niego dotarli
- Cicho. Ktoś jest przed nami.
Malda przeszedł parę kroków i zanurzył rękę z pistoletem w
gęstych krzakach.
- Wyłaź, tylko powoli. I żebym widział twoje ręce.
Coś zaszeleściło w krzakach i wyszedł z nich chłopak ubrany
w czarny golf z uwieszonym na szyi aparatem z bardzo długim
obiektywem. Wkrótce na miejscu zjawili się wszscy z wyjątkiem
Kanta i Winet. Malda nadal trzymał na muszce nieznajomego, kiedy
z tyłu rozległ się nieznajomy, ostry głos.
- Nie ruszać się. Odwrócić się powoli, a ty - rzuć broń!
Malda posłusznie rzucił na ziemię pistolet i powoli zaczął
się odwracać. Reszta zrobiła to samo.
- Doskonale, dam znać do bazy... ouch!!! - z jękiem pokrył
się odbgłos silnego uderzenia i brzęk tłuczonego szkła. Gdy
wyscy się odwrócili, zobaczyli Kanta i Winet stojących nad
nieprzytomnym człowiekiem ubranym w wojskowy mundur. Kant
trzymał w ręce coś, co kiedyś było jedną z jego
drogocennych butelek z piwem. Teraz ta butelka była już tylko
fantazyjnym tulipanem pokrytym pianką. W promieniu metra walały
się po ziemi kawałki szkła.
- Niezła robota Kant - stwierdził The X - ale od teraz postaraj
się nie oddalać od nas. Ty i Winet napędziliście nam strachu.
- Nie ma sprawy The X... Ale przecież tylko dzięki mojemu
"oddaleniu się" jeszcze żyjecie.
Przysłuchujący się temu wszystkiemu chłopak z aparatem w
końcu nie wytrzymał. Nie patrząc na Lisa trzymającegu mu przy
głowie pistolet wrzasnął na całe gardło.
- Kant, Winet, The X ? Co to za szaleństwo ??? Może jeszcze
jest tu Kompan ???!!!???
- Tutaj! - Kompan zamachał do chłopaka swoją wyrzutnią. Tego
już było najwyraźniej dla nowego za wiele.
Zemdlał.
Kiedy się ocknął, pierwsze co zobaczył, to była zatroskana
twarz Winet nad nim i twarze innych członków drużyny nieco z
tyłu. Obok stał Lis i przyglądał się mu podejrzliwie.
- Dobrze, chyba się obudził. Nie ruszaj się przez chwilę. -
Winet odsunęła się, aby zapewnić pacjentowi dopływ
powietrza.
- Najwyższy czas, minęło już 15 minut. Nie zwlekajmy dłużej
i chodźmy. Jego możemy tu zostawić - chyba nas nie zdradzi. -
Kant po swoich ostatnich opóźnieniach strasznie się
śpieszył.
- Chcę się dowiedzieć kim on jest. Wygląda na to, że was
zna. - Malda schował już pistolet, ale jego twarz nadal
starała się być groźna. Chyba tylko po to, aby nadrobić
głupotę reszty swojej sylwetki. Chłopak w czarnym golfie
rozejrzał się nieco przytomniej po zgromadzonych wokół niego
ludziach i jego wzrok padł na Kompana. Przypomniał sobie
wszystko w jednej chwili.
- Kim wy do diabła jesteście? Znam te xywy, ale to
niemożliwe... Jesteście...
- ...z X-Klubu. Skąd o nas wiesz?
- Jeremy... - jęknął X-man
- Spokojnie. Niczym w ten sposób nie ryzykujemy - oni już na
pewno o nas wiedzą, więc dalsza konspiracja jest niepotrzebna,
right Lis?
- Skoro złapali nas na autostradzie, to pewnie tak.
- Więc kim jesteś i skąd wiesz o X-Klubie?
Nieznajomy na nich popatrzył i w końcu zrozumiał. Na jego
twarzy wykwitł olbrzymi uśmiech.
- Ja przecież JESTEM z X-Klubu. Pisywałem do was często, nie
pamiętacie? Jestem MaYkel!
- MaYkel??? Myślałem że odszedłeś z X-Klubu... - Kant stał
się nieco podejrzliwy.
- Przestałem pisać, ale nadal o was pamiętam. Po prostu
miałem poważne kłopoty ze szkołą.
- Przykre...
- Wiem. Ale to już przeszłość. Co tu robicie?
- Ścigamy szarych. Słyszałeś pewnie w TV o pojawieniu się
UFO?
- Pewnie. Od dzisiejszego ranka ciągle tu latają. Chciałem
zdobyć wreszcie jakieś dowody na ich istnienie i wybrałem się
na ten poligon. Podejrzewam, że gdzieś tutaj mają lądowisko.
- Na to wygląda. Właśnie tam idziemy. Pójdziesz z nami?
Będziesz miał szansę zdobyć dowody.
- Jasne. Chodźmy już - długo przeze mnie marudziliście.
Ruszyli z miejsca i po pięciu minutach dotarli do bocznicy na
której stały wagony. Dookoła nie było żywego ducha, jedynie
na wagonach złowieszczo świeciły się cyfry 006 i 007. Lis
obszedł cały wagon dookoła. Wagony okazał się zamknięte od
środka i połączone ze sobą krótkim korytarzykiem z blachy,
jedynie z tyłu jednego z nich znajdowały się zwykłe drzwi
zamknięte na prosty zamek. Lis wyjął z kieszeni zestaw
wytrychów i przez chwilę manipulował przy zamku.
KLIK!
Nacisnął klamkę i drzwi uchyliły się skrzypiąc cicho.
- Chodźmy.
- Ktoś powinien zostać na straży - The X nerwowo rozejrzał
się po okolicy.
- Ja zostanę. Idźcie już. - Kompan pogładził swoją armatę.
- Czy ta twoja zabawka nie byłaby trochę za głośna?
- Ależ skąd... Nie jest głośniejsza od pistoletu z
tłumikiem.
Weszli do wagonu. Kompletne ciemności rozproszyła silna
latarka Lisa. Wiązka światła omiotła pierwszy wagon - był
kompletnie pusty.
- Chodźmy do drugiego wagonu.
Przeszli wąskim blaszanym korytarzykiem i zauważyli mocne,
hermetyczne drzwi z napisem "UWAGA! - wejście grozi
śmiercią". Malda wyjął swoje wytrychy i zaczął
manipulować przy zamku.
- Eee... Może lepiej nie otwierać tych drzwi? - Wojt@s z
niepokojem patrzył na żółty napis.
- Myślą że kilkoma bladymi sztuczkami odstraszą badaczy
prawdy. Nie sądzisz chyba, że przy kontakcie z Nimi nie
zachowali środków ostrożności. - wyjaśnił Malda i dalej
grzebał przy zamku.
KLIK, KLIK, KLIK!
Sezam został otwarty. Wszyscy stłoczyli się w korytarzyku, aby
jako pierwsi zobaczyć tajemnicę ukrytą w wagonie 007. Malda
pchnął drzwi i oczom przerażonych klubowiczów ukazał się
nieziemski widok. Dodatkowo po ok. 2 sekundach doleciał do nich
pierwszy zwiastun tego co czekałoby ich w środku.
- Boże...
- Zaraz się porzygam!
- Uciekajmy stąd!
W ciasnym korytarzyku się zakotłowało. Wszyscy, jeden przez
drugiego, próbowali się wydostać na świerze powietrze. Wagon
wypełnił się wrzaskami.
- Puśćcie mnie!
- Zjeżdżaj!
- Zabierz te łapy!!!
- Sorry...
PLASK!
- Au! Winet, za co? To przecież nie ja!!! NIE BIJ!
- Przepraszam. W takim razie który to zrobił?!?
- Przepuśćcie mnie, bo puszczę pawia...
- Zamknąć się, wychodzimy!!!
- Au! Kto mnie walnął w oko???
- Moja noga!
- Jak stąd wyjdę to was pozabijam!!!
- Kurwa, co za smród...
Drzwi do pierwszego wagonu otwarły się i pojawił się w nich
dziwny stwór, składający się z mieszaniny rąk nóg i głów.
Stwór ten na chwilę utknął w drzwiach, jęknął
przeraźliwie kilkoma głosami, kilkoma innymi wrzasnął,
cisnął przekleństwami w kilku językach i wysypał się na
zewnątrz zmieniając się na ziemi w 9-ciu wyczerpanych ludzi.
Lis wypadł ostatni z wagonu i szybko zamknął go na kłódkę,
po czym padł na kolana i zaczął łapczywie chwytać powietrze.
PeaceMaker zasłonił ręką usta i pobiegł za wagon.
- Buuuuueeeeeeeeeee... - dobiegło stamtąd po chwili. Okolice
wagonu wyglądały jak teren po bitwie. Część klubowiczów
leżała na ziemi łapiąc powietrze, Wojt@s i X-man siedzieli
oparci o ścianę wagonu bladzi jak papier. X-Tomcio po krótkim
wachaniu popędził w ślad za PeaceMakerem i po chwili doszedł
wszystkich drugi podobny odgłos. Na to wszystko patrzył się
Kompan z miną wyrażającą najwyższe zdziwienie.
- MaYkel, jak długo stoją tu te wagony? - Jeremy pierwszy
odzyskał głos.
- Od jakiś trzech lat...
- I nigdy nie były do niczego podłączone?
- Chyba nie...
- No to chyba rozumiem. Jak sądzisz, co to mogło być?
- Chyba wołowina. Nie przyglądałem się uważnie.
- Już nigdy nie zjem hamburgera... - X-man powiedział to
śmiertelnie poważnie.
- Nie rozumiem o czym mówicie. Co tam było? - Kompan próbował
pojąć treść rozmowy.
- Krowa... martwa... - The X tylko to zdołał wyjęczeć, po
czym popędził za wagon.
- COO??? Zabili Krowę - Kompan był wstrząśnięty. - Niech ja
ich tylko dorwę. Zabiję! - Kompan przeładował swoją armatę
z głośnym trzaskiem. W oczach płonął mu ogień.
- Nie zrozumiałeś... - Jeremy wyjęczał to leżąc na ziemi.
- Czego? Tego że zabili nam przyjaciela? Nie daruję!!!
- Kompan... To nie tak. - X-man też próbował naprostować
sytuację, ale straszliwe nudności uniemożliwiły mu
jakiekolwiek wyjaśnienia. Z zaciśniętymi ustami pobiegł tak
jak reszta za wagon.
- Co nie tak? Nie próbuj mnie powstrzymywać! Zabiję ich
wszystkich!!! - Kompan kompletnie stracił nad sobą panowanie.
Wiadomość o śmierci klubowicza podziałała na niego jak
płachta na byka.
- Kompan! Tam nie było naszego Krowy. To była chłodnia!!! Nie
działająca już od lat chłodnia wypełniona zarżniętymi
krowami! Zapewne pozostałości z zaopatrzenia dla bazy
wojskowej. - wrzasnął Kant pomagając jednocześnie wstać
bladej Winet. Sam wyglądał jeszcze gorzej niż ona, dodatkowo
pod okiem zaczęła mu rosnąć dorodna śliwka.
- Zabi... Co? Zwykłe krowy? - Kompan nagle zdał sobie sprawę z
tego, że stojąc z wyciągniętymi rękami, wymachując
odbezpieczoną wyrzutnią i drąc się na całe gardło
wyglądał jak idiota... Popatrzył ze wstrętem na wagony, a
potem na klubowiczów rozłożonych na ziemi. O tak... Miał
szczęście, że zgłosił się na ochotnika jako tylna straż.
- No to co teraz zrobimy? - spytał Kompan Lisa, kiedy
zorientował się, że tamten już wrócił do normy.
- Pójdziemy w głąb poligonu. Coś tu musi być.
- I coś tu faktycznie jest, tylko że wy lamery nie potraficie
patrzeć! - krzyknął ktoś z tyłu. Wszyscy momentalnie się
odwrócili.
Na pobliskim wzgórzu stała grupa ludzi ubranych w mundury
Wojska Polskiego. Na czele stała jakaś mroczna postać ubrana w
czarny garnitur z czarnym krawatem i czarne okulary. Roztaczała
wokół siebie tak mroczną poświatę, że wydawało się iż
nastąpiło zaćmienie słońca.
- Ale się daliście złapać. Myślałem że takie Muldery jak
wy poradzą sobie lepiej, ale jak zwykle wkopaliście się w
gówno. I kto tu jest teraz górą?
X-Tomcio, który właśnie skończył wypluwać swoje
wnętrzności za wagonem wybiegł zza niego na pierwszy dźwięk
tych słów. Przez chwilę wyglądał na kompletnie zaskoczonego,
ale zaraz oprzytomniał. Zwalił się na ziemię wyjąc ze
śmiechu.
- O kurwa, niech mnie diabli. Buhahaha!!! Aleś się odstawił
Democrazy! Co za debilne wdzianko. Trzymajcie mnie, bo umrę ze
śmiechu! Hihihihihi.
Democrazy zdjął swoje ciemne okulary i cały jego czar prysł w
jednej chwili. Spod szkieł ukazała się tak kretyńska twarz,
że cała ekipa X-Klubu momentalnie padła na ziemię ze
śmiechu. Właściwie nie było to zbyt rozsądne w takiej
sytuacji, ale nikt nie był w stanie się powstrzymać. Democrazy
wyglądał teraz jak przerośnięty niemowlak w garniturze.
Democrazy'emu wcale nie było do śmiechu. Polecił sześciu ze
swoich dziesięciu ludzi skuć Lisa i klubowiczów, oraz odebrać
im broń. Zrobili to szybko i sprawnie. Ci, którzy się
szarpali, tzn. PeaceMaker, The X i Kompan wściekły z powodu
odebranej mu wyrzutni, szybko zostali uciszeni kolbą karabinu.
Jeremy który spokojnie pozwolił się skuć, myślał w tej
chwili o swoim scyzoryku, a ściślej - o jednym z jego ostrzy
pierwotnie zaprojektowanym jako szydło. Całkiem przypadkiem
odkrył, że to szydło całkiem dobrze otwiera niektóre rodzaje
zamków. Ponieważ żołnieże byli niezbyt doświadczeni i skuli
ich z przodu, miał dosyć dużą swobodę ruchów i widział
zamek w kajdankach. Bardzo przypominał te, które udawało mu
się otworzyć. Idąc między Winet, Wojt@sem, X-Tomciem i
słaniającym się na nogach Kompanem miał całkim niezłą
zasłonę. Wyciągnął z kieszeni nóż i zaczął grzebać przy
zamku.
Idący z przodu Kant obserwujący plecy Democrazy'ego próbował
zrozumieć, co ten dziecinny gnojek robi.
- Ej, Democrazy. Wiem że jesteś palant, ale może chociaż
powiesz dlaczego dałeś się wpakować w takie gówno?
- Nie powinieneś był mnie wywalać z X-Klubu Kant. Wiesz że
jestem lepszy od was. To ja powinienem być prezesem.
- Tylko tyle? I po to zaprzedałeś się szarym?
- Nie. Nawet nie przypuszczasz co dzięki nim zdobędę.
- Oświeć mnie...
- Obiecali mi najlepszy program do spamowania na świecie. Będę
mógł zasypywać gruzem każdą skrzynkę na I-necie i pozostać
niezauważonym. Będę mógł podszyć się pod dowolnego szczyla
i nikt tego nie odkryje. Będę mógł wysłać w ciągu jednego
impulsu setki kilo do stu skrzynek jednocześnie. I co, nie warto
było?
Kant po takim osłabiającym oświadczeniu mało nie przywalił
głową o glebę. Szczęka zaczęła mu drgać tak, że zdołał
z siebie wykrztusić tylko dwa słowa.
- Ty idoto...
Szli dalej ścieżką wiodącą przez las. Jeremy grzebał
scyzorykiem przy kajdankach i sypał w myślach przekleństwami,
jakich nie powstydziłby się nawet Bogusław Linda. W końcu
usłyszał ciche "szczęk" i kajdaki
poluzowały swój uścisk. Schował do kieszeni nóż i szedł
dalej z półotwartymi kajdankami czekając na sprzyjającą
okazję.
Która zresztą wkrótce nastąpiła.
W pewnym momencie cała grupa przechodziła bardzo wąską
ścieżką. Las niemal wchodził na nią próbując odebrać
swoją utraconą własność. Idący po bokach strażnicy byli co
jakiś czas smagani gałęziami po twarzach. Nagle gąszcz po
prawej stronie zaszeleścił głośno. Po lewej zresztą też.
- Hej! Wy tam. Jesteście okrążeni. Puśćcie ich natychmiast!
- dobiegł ich gdzieś z boku kobiecy głos. Jeden ze
strażników stojących w pobliżu Jeremy'ego podniósł broń
celując w miejsce z którego dobiegł ich głos. Jeremy zerwał
z rąk kajdanki i rzucił się na strażnika przewracając się
na ziemię. Pozostali nie czekając przyłączyli się do akcji.
Kompan z miną szaleńca stanął za strażnikiem, wyrwał mu
karabin i przywalił kolbą w szczękę. Był to ten sam karabin,
którym on sam oberwał wcześniej w żołądek.
- Masz za swoje.
The X i X-Tomcio rzucili się na trzeciego strażnika, Kant
skoczył na Democrazy'ego, Lis przerzucił ręce za głowę
innego strażnika i zaczął go dusić łańcuchem od kajdanek.
Następnego strażnika załatwili X-man i PeaceMaker. Innego
chwycili Wojt@s i MaYkel. Na wąskiej ścieżce zrobiło się
bardzo ciasno. Winet zobaczyła wśród rzeczy porzuconych przez
nieprzytomnego już żołnierza swój tomahawk i chwyciła go z
bardzo niepokojącą miną. Po chwili dał się słyszeć głuchy
łomot i jęk ogłuszonego strażnika. Zajęta swoją ofiarą
Winet nie zauważyła, że z tyłu podchodzi do niej żołnierz z
nożem.
- Uważaj! - głos który przedtem nawoływał do poddania się
rozległ się teraz dużo bliżej. Winet odwróciła się i
zobaczyła rudą sylwetkę skaczącą z krzaków na żołnierza.
Tamten nie zdążył nawet się odwrócić...
- Aaaaa... - przytłumiony krzyk rozniósł się po okolicy
wybijając się ponad wrzaski innych żołnierzy i walczących
klubowiczów. Ten krzyk stał się czymś w rodzaju okrzyku
bojowego. Zza drzew z obu stron wyskoczyły inne postacie i
zaczęły tłuc pozostałych przytomnych żołnierzy. Po
krótkiej szamotaninie wszystko ucichło. Żołnierze leżeli
nieprzytomni, niektórzy w lepszym stanie, inni w gorszym.
Najgorzej wyglądał ten, który próbował zaatakować Winet
nożem, ale wyglądało na to, że nawet on nie zamierza
rozstawać się ze światem doczesnym. Kobieta z rudymi włosami
opatrzyła mu głowę banażem wyjętym ze swojej apteczki i
oparła o drzewo. Wyglądało jednak na to, że jego ręka
będzie wymagała dłuższej kuracji.
- Cholera. Muszę wreszcie nauczyć się nad sobą panować. -
Mruknęła pod nosem, po czym przeczesała ręką swoją chmurę
włosów i związała je w długi koński ogon. - A was kiedyś
zetnę, jak będziecie się tak wczepiać w gałęzie... -
Mruknęła znowu, tym razem pod ich adresem. Wstała i poparzyła
w twarz Lisławowi Maldzie. Jej twarz rozjaśnił nieco
złośliwy uśmiech.
- Cześć Lis. I co? Jak zwykle nie potrafisz sobie beze mnie
poradzić. Ten smarkacz miał rację - dałeś się złapać jak
dziecko.
- Ech... Chyba masz rację. - rozejrzał się po grupie
nowoprzybyłych. Jego twarz rozjaśniła się. - Ale za to ja
zebrałem większą grupę. I co ty na to Danka?
- I co z tego? Ilość nie przekuje się w jakość. - odpaliła
mu.
- Echm... Przepraszam że się wtrącę... - Kant właśnie
oswobodził się z kajdanek i przebił się przez kolejkę która
ustawiła się przed Jeremy'm. W ferworze walki jakoś nikt nie
pomyślał nawet, aby poszukać kluczyków do kajdanek. - Lis,
czyżbyś znał naszą wybawicielkę? Może nam ją przedstawisz?
- Przepraszam. To moja partnerka Danuta Skała. Uważajcie na
nią - to nazwisko pasuje do niej jak ulał. Niejeden drań
połamał sobie na niej zęby. - kobieta uśmiechnęła się tak
czarująco, że nikt nie pomyślał nawet że może być ona w
jakikolwiek sposób niebezpieczna. Na szczęście jęczący pod
drzewem żołnierz przypominał o tym bardzo wyraźnie.
- Miło mi. - pierwszy ocknął się Jeremy, który zresztą nie
patrzył się na nią, bo męczył się właśnie z kajdankami
PeaceMakera. Cały czas wydawało mu się, że męczy się na
darmo, ale nie potrafił powiedzieć dlaczego.
Pozostali również się przywitali z Danką i pytającym
wzrokiem patrzyli na towarzyszą jej grupę.
- Cóż, może Lis to wyjaśni. Ja muszę się zająć tymi
rannymi. Nie możemy ich tu tak zostawić.
- Dobra. Widzicie, Danka i ja podzieliliśmy się rolami, każdy
z nas miał odnaleźć pewną część członków X-Klubu i
sprowadzić ich tutaj. Tak więc poznajcie ludzi, których tak
naprawdę od dawna już znacie...
- Co takiego? Oni też są z X-Klubu? - wszyscy popatrzyli na
grupę nowoprzybyłych. Ich twarze były równie zaskoczone, ale
po chwili twarze wszystkich rozjaśnił szeroki uśmiech.
Powitanie trwało dobrą chwilę i w ruch po raz kolejny poszedł
słynny Plecak Kanta (TM). Nowa szóstka klubowiczów, którymi
okazali się WolfCub, Ufok, Albert, Mr X, Mesjah i Duncan
usiadła razem z innymi wzdłuż ścieżki i zaczęła opowiadać
o sobie i swoich przejściach. Jeremy, który właśnie
oswobodził ostatniego klubowicza i podwędził Kantowi piwo,
zobaczył przypadkiem pęczek kluczy przy pasku Democrazy'ego i
zdał sobie sprawę ze swojego błędu. Rzucił taką wiązkę
przekleństw, że stojąca niedaleko Winet dosłownie
zmiażdżyła go wzrokiem. Pod wpływem takiego ciosu Jeremy
szybko się zamknął, i jedyne co się z niego wydobyło to
krótki jęk.
- I po co ja się do cholery męczyłem... - po czym usiadł pod
drzewem i zaczął przysłuchiwać się rozmowie.
[Dając klubowiczom czas na poznanie się, a Danucie Skale
możliwość uratowania życia dziesięciu Bogu ducha winnym
żołnierzom (a Democrazy niech zdycha - należy mu się)
proponuję klubowiczom Psychozabawę pt. "Czy jestem
prawdziwym X-Phile?" Osoby niezainteresowane prosimy o
przeskoczenie do następnego akapitu.]
1. Czy uważasz że rocznica powstania X-Files powinna być
obchodzona jako dzień wolny od pracy i nauki we wszystkich
krajach świata?
2. Czy masz w domu plakat FTF naturalnej wielkości?
3. Czy jesteś przekonany(a), że w rzeczywistości Muldera i
Scully nie odgrywają Duchovny i Anderson, a jedynie Fox i Dana
przyjmują takie pseudonimy na czas wystąpień publicznych i
urlopów przyznawanych im przez FBI (chodzi przecież o ich
bezpieczeństwo - nie mogą się ujawniać)?
4. Czy wysyłałeś(aś) już E-maile do Scully?
5. Czy odpowiedziała?
6. Czy uważasz że rządy pewnych krajów ukrywają istnienie
UFO?
7. Czy wierzysz w międzynarodowe spiski, porwania przez UFO,
istnienie tajnych baz Obcych, siły PSI, psychokinezę, zbawienne
działania piramidki, egipskiego krzyża i innych przedmiotów,
autohipnozę regresywną, leczenie psychotroniczne, objawienia,
opętania, możliwość kontaktowania się z duchami, istnienie
Atlantydy, nieziemskie pochodzenie Wielkiej Piramidy, powiązania
starożytnych ludów z Obcymi, przepowiednie, uzdrowicieli,
magię Voodoo, . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . (miejsce na dopisanie czegoś) ?
8. Czy uważasz że książki Daenikena powinny zostać dopisane
do spisu lektur obowiązkowych?
9. Czy dostrzegasz ICH wśród nas?
10. Czy uważasz że X-Klub zmieni świat?
11. Czy głosisz to otwarcie?
12. Czy wysyłasz do rządu petycje z żądaniami ujawnienia
prawdy o agentach UFO w byłych służbach bezpieczeństwa?
a) Wszystkie odpowiedzi "tak" - jesteś wzorowym
X-Phile. Twoja wiara i zaangażowanie powinny być uznawane za
wzór do naśladowania, a historia twojego życia będzie z
pewnością opisana w podręcznikach historii. BTW. kiedy w twoim
szpitalu psychiatrycznym wypadają dni odwiedzin?)
b) Większość odpowiedzi "tak" - twoje przekonania
są słuszne, chociaż masz problemy z przyznaniem się do tego.
Proponuję, abyś udał się na terapię hipnotyczną która
wzmocni twoją siłę woli, a następnie wysłał do poczytnych
czasopism artykuł na dowolny interesujący cię temat z podanymi
pełnymi personaliami oraz adresem i prośbą ich wydrukowania.
c) Tyle samo odpowiedzi "tak" i "nie" -
stoisz na rozdrożach i nie jesteś w stanie wybrać. Pozwól że
zrobimy to za ciebie...
d) Większość odpowiedzi "nie" - twoja wiara
przeżywa poważny kryzys. Zalecana jest natychmiastowa terapia u
zaufanego lekarza-ufologa, lub wróżki. Niezbędne jest także
zamówienie prenumerat co najmniej trzech pism paranormalnych i
regularne uczenie się ich na pamięć. Mile widziane będzie
recytowanie wybranych fragmentów przed snem zamiast modlitwy.
e) Wszystkie odpowiedzi "nie" - Możliwości są dwie:
albo jesteś kompletnie nieprzystosowany do życia w nowoczesnym
społeczeństwie, albo jesteś agentem obcej cywilizacji wrogo do
nas nastawionej. W pierwszym przypadku jesteś obiektem
całkowicie nieprzydatnym, w drugim - wręcz wrogim naszej
sprawie. Wynik może być tylko jeden...
Śmierć od samobójczego strzału w tył głowy...
[Test dobiegł końca. Teraz, gdy już poznałeś siebie, co zamierzasz dalej robić? Pamiętaj, że od ciebie mogą zależeć losy Ziemi]
Mniej więcej po pół godzinie, kiedy cała grupa była już
ze sobą w doskonałej komitywie, żołnierze byli opatrzeni,
przywiązani do drzewa i zakneblowani (Jeremy miał przy sobie
komplet "Home MacGyver" - oprócz noża nosił także
taśmę klejącą), a Democrazy zwisał z gałęzi uwiązany za
nogi, Lis dał sygnał do wymarszu. Wprawdzie Danka patrzyła na
niego trochę krzywo, ale zabrała swoje rzeczy i pomaszerowała
obok. Tak naprawdę wcale nie była na niego zła - ich utarczki
były rzeczą tak zwyczajną, jak smog nad Krakowem i żadne z
nich nie wytrzymało bez drugiego dłużej niż tydzień. Po
prostu czasem drażniło ją podobieństwo ich charakterów. Tyle
tylko że ona nie słuchała Disco Polo...
- Więc czego się dowiedziałaś? - Malda urwał jej wątek
myślowy.
- Nic ciekawego. UFO faktycznie tu wylądowało. Ścieżka
prowadzi do tylnego wejścia tutejszej bazy - chyba tam będzie
dobrze zacząć. A ty znalazłeś coś w tych wagonach?
- Lepiej nie pytaj... Nic tam nie ma.
- Cóż, chyba masz pecha.
Z tyłu klubowicze szli parami - inaczej po prostu się nie
dało, bo ścieżka była za wąska. Kant przechodząc obok
zwisającego Democrazy'ego uśmiechnął się do niego szyderczo.
- Miałeś rację: jesteś teraz górą. I to nawet do góry
nogami... Jak ci to odpowiada?
- Mmmmppppffff... - Kant nie potrzebował tłumacza żeby
zrozumieć jego intencje. Popchnął gałąź tak, że Democrazy
zaczął dyndać jak wahadełko.
Jeremy wylądował obok Ufoka.
- Więc to ty jesteś tym tajemniczym X-phile z Nowego Sącza...
Myślałem że masz szlaban.
- Na podróże po Sieci tak, ale nie na jazdę po kraju. - Ufok
wyszczerzył zęby. Cała drużyna poruszała się przez
następne piętnaście minut we względnym spokoju. Gdy dotarli
na skraj lasu rozmowy samoczynnie umilkły. Przed nimi na polanie
w odległości ok. 150 metrów stał budynek przypominający
zwykłą szopę. Tyle tylko że zwykłej szopy raczej nie
pilnują uzbrojeni strażnicy. Lis i Danka polecili reszcie grupy
zostać głębiej w lesie, zaś sami wychylili się i zaczęli
obserwować strażników.
- Jak ich obejdziemy?
- Nie damy rady. Jest nas za dużo.
- Musimy ich zdjąć po cichu.
- Dwóch naraz? To 150 metrów odsłoniętego terenu. Wywołamy
alarm.
- To może... Czekaj, mam pomysł!
Malda pobiegł do reszty grupy i wyciągnął z niej Kompana.
Zaprowadził go tam, skąd jego partnerka obserwowała szopę.
- Jaki zasięg ma ta twoja kolubryna?
- Minimum 300m. Na większą odległość nie sprawdzałem.
- Dasz radę ogłuszyć tych dwóch tam?
- Może... Jednego na pewno.
- Spróbuj. Jak ten drugi się zorientuje, to po nas.
Kompan skinął głową i zajął wygodną pozycję leżącą.
Długo i dokładnie celował, po czym powoli nacisnął spust.
Szarpnęło lekko i w kierunku jednego ze strażników poleciała
szybko zielonkawa wiązka energii. Dosięgła go w momencie, gdy
tamten schylał się, aby zawiązać sznurowadło.
ZZZAAAPPP...
Przez moment było słychać wyładowania elektryczne i
strażnik upadł na ziemię bez żadnego jęku. Drugi w tym
czasie obchodził szopę z drugiej strony. Gdy przybiegł na
dźwięk wyładowań przez chwilę nie był w stanie się ruszyć
ze zdziwienia. Trwało to tylko parę sekund, ale dla Kompana to
było aż nadto. Kolejny strzał ogłuszył również i jego.
- Uff... - Kompan wstał ocierając pot z czoła. - To wyszło
chyba cudem. Teraz będą nieprzytomni przez jakieś pół
godziny.
Danka się uśmiechnęła. Nie potrzebowała pół godziny, aby
wyłączyć tych żołnierzy z czynnej służby.
Miała rację. Przy niewielkiej pomocy drużyny piętnaście
minut później obaj strażnicy leżeli sobie cicho w krzakach
pod lasem związani i zakneblowani. Jeremy ponuro stwierdził że
w takim tempie taśmy klejącej zabraknie mu za jakieś
półtorej godziny, o ile oczywiście nic się nie wydarzy.
Szopa od wewnątrz również wyglądała normalnie. Tu i ówdzie
walały się narzędnia, stały jakieś pudła, a w rogu
pomieszczenia leżały sobie ogromne taczki. Jednak po
dłuższych poszukiwaniach Mr X znalazł pod jedną z pustych
skrzyń odmykane drzwi w podłodze. Po otwarciu ujawniły one
długie, kręte schody prowadzące w dół.
Lis zszedł pierwszy oświetlając sobie drogę swoim
reflektorem. Za nim gęsiego schodzili klubowicze, zaś pochód
zamykała Danuta Skała z olbrzymim pistoletem w dłoni. Gdy
idący niemal na samym końcu Duncan zobaczył ten pistolet tuż
przed swoim nosem, podskoczył tak, że mało nie spadł ze
schodów.
Gdy po pewnym czasie zeszli na dół, ich oczom ukazał się
szeroki korytarz ciągnący się gdzieś daleko. Było już na
tyle miejsca, aby klubowicze mogli iść w zwartej grupie.
Korytarz ciągnął się kilometrami. Wzdłuż ścian i sufitu
cały czas były przeprowadzone jakieś przewody, rury i inne
urządzenia. Odgłosy kroków na metalowej podłodze odbijały
się przygnębiającym echem. Wszyscy szli w milczeniu nerwowo
rozglądając się na boki.
Po trudnym do określenia czasie grupa dotarła do metalowych
drzwi. W ścianie obok drzwi zamontowana była mała konsoleta.
Był na niej jedynie jeden przycisk i dwa światełka. Jedno z
nich świeciło się właśnie na czerwono. Wiedziony pierwotnym
instynktem Kant nacisnął przycisk. Czerwone światełko zgasło
ustępując pola zielonemu i drzwi otworzyły się z cichym
szumem. Pierwszy przeszedł przez nie Kompan z nadstawioną do
strzału wyrzutnią, a za nim reszta klubowiczów. W momencie gdy
wszedł, jako ostatni WolfCub, drzwi zasunęły się z podobnym
odgłosem. WolfCub stwierdził z przerażeniem, że od tej strony
nie ma konsolety.
Wszyscy rozejrzeli się po pomieszczeniu. Było prostokątne o
wymiarach około 100 x 50 m i wysokości ok. 10 m. W
odróżnieniu od korytarza było zbuowane z kamiennych bloków i
jedynie dwie najbardziej oddalone od siebie ściany, oraz sufit
były zbudowane z metalu. Pomieszczenie było puste, jedynie przy
ścianie, jakieś 100m od nich coś leżało. Pierwsza pobiegła
tm Winet trzymając w ręce tomahawk. Po chwili stanęła jak
wryta.
- Winet! Co to jest? - odezwało się parę głosów z tyłu.
- To przecież... Nasze rzeczy.
- Co??? - odpowiedział jej chóralny okrzyk zdziwienia i po
chwili wszyscy przybiegli na miejsce.
- Sami widzicie. To wszystko nasze bagaże które zostawiliśmy w
vanie Lisa.
- I w wozie Danki. - dopowiedział Mesjah, który właśnie
grzebał przy swoim plecaku. - Niczego tu nie brakuje.
- A właśnie. Gdzie są Lis i Danka? - Jeremy zdał sobie
sprawę że już od dłuższego czasu nie słyszał
przekomarzania się pary agentów.
- Myślałem żeidą znami. - X-man zaczął się rozglądać po
pomieszczeniu. Nigdzie ich nie było.
- Oni już wam nie pomogą! - z góry dobiegł
ich zniekształcony przez głośnik i metalowe płyty na suficie
głos. Sufit zaczął się nagle otwierać. 12 metrów nad sobą
klubowicze zobaczyli rząd poręczy wokół całej hali.
Gdzieniegdzie krzątali się ludzie w mundurach WP, lub białych
kitlach naukowcow.
- I co jest robaczki? Pamiętacie mnie jeszcze? - z góry wychyli
się przez barierkę młody mężczyzna. Na jego widok niektórym
klubowiczom zadrgały wszystkie mięśnie na twarzy.
- Cześć Kant. Pamiętasz mnie jeszcze?
- Oczywiście Thom. Ty też zaprzedałeś się Obcym tak jak
Democrazy?
- Democrazy to idiota.
- Przynajmniej tu się zgadzamy...
- Zaproponowana mi sporo forsy za pomoc w obsłudze tego systemu,
ale jak się dowiedziałem że to chodzi o was, to zrobiłem to
za darmo. Czeka was niezła podróż - o ile oczywiście
przeżyjecie. No to zapnijcie pasy!
Nagle do Thoma podszedł jakiś doktorek w kitlu.
- Sir, główny komputer nie działa.
- Co? Znowu się Windows wysypał??? Czemu akurat teraz ?! - Thom
załamał ręce. Kompan się uśmiechnął.
- Trzeba było zamontować Amigi.
- Nie ciesz się tak amigowcu. Na pomocniczym komputerze mam
Unixa. Już po was!
Pobiegł gdzieś i klubowicze stracili go z oczu. Po chwili
gdzieś z góry usłyszeli brzęczenie transformatorów.
- Pieprzony Malda. Zdradził nas skurwiel. - oczy X-Tomcia
miotały płomienie. Pozostali członkowie drużyny również nie
szczędzili wyzwisk pod adresem Lisa.
- Pomyślm lepiej jak się stąd wydostać. - PeaceMakerowi jako
pierwszemu przeszło.
- Nie da rady. Drzwi są pancerne. - krzyknął oglądający je
właśnie Wojt@s - Kompan. Masz jeszcze w tym swoim plecaku
jakiś granatnik.
- Nie, ale to i tak chyba nie ma znaczenia. Patrzcie na ściany!
Wszyscy rozejrzeli się dookoła. Kompan miał rację - dwie
metalowe ściany zaczęły się żarzyć jasnym światłem. Po
chwili całe pomieszczenie wypełniło się oślepiającą
bielą. Wszyscy przestali cokolwiek widzieć, natomiast po chwili
usłyszeli świdrujący dźwięk. Ból, jaki odczuwali w głowach
był tak silny, że opadli na kolana. Po pewnym czasie dźwięk
zelżał, a razem z nim zniknął ból. Światło zniknęło.
Kiedy oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności, Jeremy
zauważył że leżą znowu w kamiennej sali, a ich bagaże są
porozrzucane wokół nich. Jednak coś tu się nie zgadzało i
Jeremy po chwili zorientował się co. Pomieszczenie było dużo
mniejsze, a przy jednej ze ścian stał duży ołtarz z
płaskorzeźbami które można zobaczyć jedynie w Ameryce
Południowej i Środkowej. Nad nimi nie było już hali, a
jedynie kamienny sufit. Zaś światło, które oświetlało
pomieszczenie nie było światłem żarówek - były to zwykłe
promienie słońca wpadające przez duże drzwi. Powoli obudzili
się pozostali członkowie zespołu. Z równym zdumieniem
oglądali dziwaczną świątynię. Płonące tu i ówdzie kaganki
nadawały powietrzu specyficzny zapach i wszystkim trochę
kręciło się w głowie.
Nagle światło padające do wnętrza nieco osłabło. Wszyscy
jak na komendę odwrócili się i zobaczyli liczne sylwetki
stojące w przejściu. Jedna z nich zbliżyła się i można
było dostrzec coś poza sylwetką.
Był to człowiek o ciemnej karnacji ubrany w długą szatę i
wiele różnych symboli kultu jak naszyjniki czy coś w rodzaju
pastorału. Miał twarz pomalowaną w jakiś rytualny wzór.
Krzyknął on coś w dziwnym języku i przybiegło do niego kilku
innych ludzi ubranych jedynie w przepaski na biodrach i uzbrojeni
w dzidy. Ludzie ci na widok obcych skierowali na nich swoją
broń.
Wszyscy klubowicze zamarli bez ruchu i jedynie X-Tomcio zdołał
cokolwiek z siebie wykrztusić.
- Dlaczego mam wrażenie że dopiero teraz wdepnęliśmy w
gówno...
to be continued...