Wybrańcy losu
Cześć III

by Jeremy - dla X-Klubu

Po przejechaniu jakiegoś kilometra, kiedy ściana lasu przybliżyła się znacznie, Malda zjechał na pobocze drogi i wyłączył silnik.
- Musimy tutaj wysiąść i iść dalej pieszo. Tego obszaru nie ma nawet na wojskowych mapach i nikt nie może tutaj wejść bez specjalnej przepustki. Nie muszę chyba wspominać że takiej nie mam. Chyba nikt w tym cholernym kraju takiej nie ma.
- Więc co to za poligon? Australijski??? - odezwał się Wojt@s
- Tego właśnie mam ochotę się dowiedzieć. Przygotujcie się do drogi. Najlepiej, jeżeli wasze rzeczy zostawicie tutaj.
- Dlaczego akurat ten poligon? - spytał Kant.
- UFO pojawiło się nie tylko w Polsce. Widziano je także nad Rosją, Niemcami i Szwecją. Z analizy ich dotychczasowego lotu wynika, że spotkają się tutaj. Chcę się wreszcie dowiedzieć, dlaczego przez 8 lat pracy w UOP'ie nigdy nie udało mi się tutaj dostać - Lis wściekle zgrzytnął zębami.
Wszyscy rzucili się na swoje bagaże. Winet wyjęła z torby indiański naszyjnik z orlimi piórami, tomahawk, oraz łuk ze strzałami. Kant grzebiący w swojej torbie zauważył te przygotowania.
- Rany, Winet... Nie wzięłaś jeszcze do tego wszystkiego tego wspaniałego stroju?
- Mam go tutaj, ale jest trochę na niego za zimno. Poza tym mam wrażenie że on nie pozwala się wam skupić.
- Są z tym niewielkie trudności, ale chyba jakoś się uodpornimy. - Kant wyszczerzył zęby w uśmiechu i wrócił do przeglądania zawartości plecaka. Po krótkim namyśle stwierdził, że zabierze go ze sobą - na pewno nie będzie zbyt zawadzał.
Jeremy poszedł na chwilę za van, aby się przebrać do tej eskapady. Natknął się tam na X-Tomcia właśnie kończącego swoje przeobrażanie. Miał teraz na sobie słynny komplet Adidasa (buty, bluza i spodnie) który tak często można spotkać w ciemnych zaułkach i który to komplet jest zwykle ostatnim widokiem przed wspaniałą bielą gabinetu lekarskiego. X-Tomcio właśnie zawiązał sobie na czole firmową opaskę Adidasa i przebiegł obok Jeremy'ego.
- Okay. Szatnia wolna.
- Dziex. - odkrzyknął Jeremy, ale X-Tomcia już nie było. Szybko przebrał się w swoje ciuchy - spodnie moro z sześcioma kieszeniami i kamizelkę w tym samym kolorze. Z jednej z kieszeni kamizelki wyjął lśniący czerwienią, szwajcarski scyzoryk.
- You may call me MacGyver. - mruknął do siebie samego.
Gdy wrócił, przygotowania trwały już pełną parą. Kompan włożył właśnie na siebie lekką kamizelkę pancerną, która Jeremy'emu wyraźnie coś przypominała.
- GITS? - spytał niewyraźnie.
- Uhm... - Kompan dopinał właśnie jakiś skomplikowany zamek.
- Ale... skąd?
- Bandai po premierze urządziło promocję. Zamówiłem sobie tą kamizelkę w wersji "full". Dorzucili mi za darmo koszulkę z filmu, ale była za mała.
- Musiała kosztować fortunę.
- Wiesz - dla chcącego nie ma nic trudnego - stwierdził i wrócił do zapinania kamizelki. Jeremy'ego doleciała jeszcze tylko krótka wiązka przekleństw i Kompan, który uporał się w końcu z zamkiem zajął się grzebaniem w swoim bagażu. Malda z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął małą rurkę z której wyskoczyło podłużne ostrze.
- Podobno kilkoro ludzi zginęło aby zdobyć ten przedmiot. To jedyna rzecz która może Ich zabić, ale jest bardzo niewygodna w stosowaniu. Trzeba ją wbić w nasadę karku Obcego.
- Zupełnie jak w X-Files... - odparł PeaceMaker
- Carter nawet nie wie jak dobre zdobywa informacje. Tyle tylko, że gdy ludzie to oglądną jako serial, przestają brać wszystko na poważnie. - prychnął Malda. Kompan przyglądał się rurce i w końcu stwierdził.
- Chyba na Obcych lepsze będzie to. - sięgnął na dno swojej torby. Wyjął stamtąd podłużny przedmiot na widok którego Kantowi rozszerzyły się oczy ze zdumienia.
- Kupiłeś ją???
- A dlaczego nie? W wersji mini jest bardzo poręczna, poza tym na ludzi działa ogłuszająco - facet zapomniał chyba o tym wspomnieć.
Na przedmiocie o kształcie sporego cygara z kolbą i czymś w rodzaju lunety narysowana była główka Ufoka w znaku zakazu z napisem AlienBusters. Pod spodem był napis: Anty-UFO-Rocket-Launcher - mini version. Malda popatrzył na wyrzutnię, na swoje ostrze, potem z powrotem na wyrzutnię i schował szpikulec z powrotem do kieszeni.
- Gdzie można dostać coś takiego?
- Do mnie trafiło przez pewnego akwizytora. - tutaj Kompan popatrzył z ukosa na Kanta, który cofnął się parę kroków - Ale oni sprzedają to po zdzierczych cenach.
- Najlepiej iść nabazar i zapytać róskich. Sprowadzą ci wszystko wciągó tygodnia. Nietakie rzeczy można kupić na krakowskiej Tandecie - stwierdził X-man i wyciągnął z kieszeni identyczny szpikulec jak miał Malda. - Kosztował mnie jakieś 10 zł. Facet chciał 15, ale ódało mi się potargować. Rużnica jest tylko taka, że ten czasami się zacina przy zamykaniu itrzeba dopchnąć ręcznie.
Malda popatrzył na szpikulec X-mana, otworzył go i zamknął parę razy, po czym oddał X-man'owi z powrotem.
- U ruskich mówisz? Muszę zapamiętać.

Wyruszyli. Prowadził Malda rozglądając się nerwowo na boki, obok niego Jeremy i X-man, dalej samotnie Kompan ze swoją armatą, potem w grupie Wojt@s, PeaceMaker, The X i X-Tomcio. Pochód zamykali Kant i Winet rozmawiający ze sobą bez przerwy. Malda nasłuchiwał przez chwilę i w końcu nie wytrzymał.
- Ciszej tam gołąbeczki! Za chwilę wchodzimy do lasu.
Z tyłu wszystko na chwilę umilkło, ale po paru minutach rozmowy rozległy się na nowo, tyle że dużo ciszej. Lis już nic nie powiedział, tylko błagalnie wzniósł oczy do nieba. Dramatyczne spojrzenie zaplątało się między drzewami i po paru godzinach błądzenia, klnąc cicho pod nosem (???) uleciało do swojego miejsca przeznaczenia.
Tymczasem grupa X-Klubu przedzierająca się przez las, dotarła do jego skraju. Dalej była już tylko polana którą przecinały tory kolejowe. Na bocznicy odchodzącej od głównego toru stały dwa wagony używane zwykle jako chłodnie do przewozu żywności koleją. Malda wyjął lornetkę i obserwował przez nią budynki. Jednocześnie z niemałym przejęciem mówił coś, tyle że nie do konkretnego człowieka, ale jakby w powietrze.
- Więc to prawda... To tutaj ich zawsze zwozili. Teraz się już nie wywiną sukinsyny...
- O kim mówisz? - stojący najbliżej Jeremy usłyszał jego mamrotanie.
- A tych maniakach z rządu. Myślą że uzyskają od Nich technologię, władzę, broń czy coś podobnego. Akurat! Sporo wiem o tej rasie. Oni nas zniszczą.
Malda wściekły schował lornetkę i ruszył dalej. Jeremy wolał nie pytać już o tę rasę i ruszył za nim. Ekipa z tyłu wlokła się w takiej samej kolejności co przedtem, tylko Kant z Winet odstawali trochę bardziej. Nagle Lis przystanął gwałtownie i wyciągnął zza płaszcza pistolet.
- Co się... - Jeremy i X-man właśnie do niego dotarli
- Cicho. Ktoś jest przed nami.
Malda przeszedł parę kroków i zanurzył rękę z pistoletem w gęstych krzakach.
- Wyłaź, tylko powoli. I żebym widział twoje ręce.
Coś zaszeleściło w krzakach i wyszedł z nich chłopak ubrany w czarny golf z uwieszonym na szyi aparatem z bardzo długim obiektywem. Wkrótce na miejscu zjawili się wszscy z wyjątkiem Kanta i Winet. Malda nadal trzymał na muszce nieznajomego, kiedy z tyłu rozległ się nieznajomy, ostry głos.
- Nie ruszać się. Odwrócić się powoli, a ty - rzuć broń!
Malda posłusznie rzucił na ziemię pistolet i powoli zaczął się odwracać. Reszta zrobiła to samo.
- Doskonale, dam znać do bazy... ouch!!! - z jękiem pokrył się odbgłos silnego uderzenia i brzęk tłuczonego szkła. Gdy wyscy się odwrócili, zobaczyli Kanta i Winet stojących nad nieprzytomnym człowiekiem ubranym w wojskowy mundur. Kant trzymał w ręce coś, co kiedyś było jedną z jego drogocennych butelek z piwem. Teraz ta butelka była już tylko fantazyjnym tulipanem pokrytym pianką. W promieniu metra walały się po ziemi kawałki szkła.
- Niezła robota Kant - stwierdził The X - ale od teraz postaraj się nie oddalać od nas. Ty i Winet napędziliście nam strachu.
- Nie ma sprawy The X... Ale przecież tylko dzięki mojemu "oddaleniu się" jeszcze żyjecie.
Przysłuchujący się temu wszystkiemu chłopak z aparatem w końcu nie wytrzymał. Nie patrząc na Lisa trzymającegu mu przy głowie pistolet wrzasnął na całe gardło.
- Kant, Winet, The X ? Co to za szaleństwo ??? Może jeszcze jest tu Kompan ???!!!???
- Tutaj! - Kompan zamachał do chłopaka swoją wyrzutnią. Tego już było najwyraźniej dla nowego za wiele.
Zemdlał.
Kiedy się ocknął, pierwsze co zobaczył, to była zatroskana twarz Winet nad nim i twarze innych członków drużyny nieco z tyłu. Obok stał Lis i przyglądał się mu podejrzliwie.
- Dobrze, chyba się obudził. Nie ruszaj się przez chwilę. - Winet odsunęła się, aby zapewnić pacjentowi dopływ powietrza.
- Najwyższy czas, minęło już 15 minut. Nie zwlekajmy dłużej i chodźmy. Jego możemy tu zostawić - chyba nas nie zdradzi. - Kant po swoich ostatnich opóźnieniach strasznie się śpieszył.
- Chcę się dowiedzieć kim on jest. Wygląda na to, że was zna. - Malda schował już pistolet, ale jego twarz nadal starała się być groźna. Chyba tylko po to, aby nadrobić głupotę reszty swojej sylwetki. Chłopak w czarnym golfie rozejrzał się nieco przytomniej po zgromadzonych wokół niego ludziach i jego wzrok padł na Kompana. Przypomniał sobie wszystko w jednej chwili.
- Kim wy do diabła jesteście? Znam te xywy, ale to niemożliwe... Jesteście...
- ...z X-Klubu. Skąd o nas wiesz?
- Jeremy... - jęknął X-man
- Spokojnie. Niczym w ten sposób nie ryzykujemy - oni już na pewno o nas wiedzą, więc dalsza konspiracja jest niepotrzebna, right Lis?
- Skoro złapali nas na autostradzie, to pewnie tak.
- Więc kim jesteś i skąd wiesz o X-Klubie?
Nieznajomy na nich popatrzył i w końcu zrozumiał. Na jego twarzy wykwitł olbrzymi uśmiech.
- Ja przecież JESTEM z X-Klubu. Pisywałem do was często, nie pamiętacie? Jestem MaYkel!
- MaYkel??? Myślałem że odszedłeś z X-Klubu... - Kant stał się nieco podejrzliwy.
- Przestałem pisać, ale nadal o was pamiętam. Po prostu miałem poważne kłopoty ze szkołą.
- Przykre...
- Wiem. Ale to już przeszłość. Co tu robicie?
- Ścigamy szarych. Słyszałeś pewnie w TV o pojawieniu się UFO?
- Pewnie. Od dzisiejszego ranka ciągle tu latają. Chciałem zdobyć wreszcie jakieś dowody na ich istnienie i wybrałem się na ten poligon. Podejrzewam, że gdzieś tutaj mają lądowisko.
- Na to wygląda. Właśnie tam idziemy. Pójdziesz z nami? Będziesz miał szansę zdobyć dowody.
- Jasne. Chodźmy już - długo przeze mnie marudziliście.

Ruszyli z miejsca i po pięciu minutach dotarli do bocznicy na której stały wagony. Dookoła nie było żywego ducha, jedynie na wagonach złowieszczo świeciły się cyfry 006 i 007. Lis obszedł cały wagon dookoła. Wagony okazał się zamknięte od środka i połączone ze sobą krótkim korytarzykiem z blachy, jedynie z tyłu jednego z nich znajdowały się zwykłe drzwi zamknięte na prosty zamek. Lis wyjął z kieszeni zestaw wytrychów i przez chwilę manipulował przy zamku.
KLIK!
Nacisnął klamkę i drzwi uchyliły się skrzypiąc cicho.
- Chodźmy.
- Ktoś powinien zostać na straży - The X nerwowo rozejrzał się po okolicy.
- Ja zostanę. Idźcie już. - Kompan pogładził swoją armatę.
- Czy ta twoja zabawka nie byłaby trochę za głośna?
- Ależ skąd... Nie jest głośniejsza od pistoletu z tłumikiem.

Weszli do wagonu. Kompletne ciemności rozproszyła silna latarka Lisa. Wiązka światła omiotła pierwszy wagon - był kompletnie pusty.
- Chodźmy do drugiego wagonu.
Przeszli wąskim blaszanym korytarzykiem i zauważyli mocne, hermetyczne drzwi z napisem "UWAGA! - wejście grozi śmiercią". Malda wyjął swoje wytrychy i zaczął manipulować przy zamku.
- Eee... Może lepiej nie otwierać tych drzwi? - Wojt@s z niepokojem patrzył na żółty napis.
- Myślą że kilkoma bladymi sztuczkami odstraszą badaczy prawdy. Nie sądzisz chyba, że przy kontakcie z Nimi nie zachowali środków ostrożności. - wyjaśnił Malda i dalej grzebał przy zamku.
KLIK, KLIK, KLIK!
Sezam został otwarty. Wszyscy stłoczyli się w korytarzyku, aby jako pierwsi zobaczyć tajemnicę ukrytą w wagonie 007. Malda pchnął drzwi i oczom przerażonych klubowiczów ukazał się nieziemski widok. Dodatkowo po ok. 2 sekundach doleciał do nich pierwszy zwiastun tego co czekałoby ich w środku.
- Boże...
- Zaraz się porzygam!
- Uciekajmy stąd!
W ciasnym korytarzyku się zakotłowało. Wszyscy, jeden przez drugiego, próbowali się wydostać na świerze powietrze. Wagon wypełnił się wrzaskami.
- Puśćcie mnie!
- Zjeżdżaj!
- Zabierz te łapy!!!
- Sorry...
PLASK!
- Au! Winet, za co? To przecież nie ja!!! NIE BIJ!
- Przepraszam. W takim razie który to zrobił?!?
- Przepuśćcie mnie, bo puszczę pawia...
- Zamknąć się, wychodzimy!!!
- Au! Kto mnie walnął w oko???
- Moja noga!
- Jak stąd wyjdę to was pozabijam!!!
- Kurwa, co za smród...
Drzwi do pierwszego wagonu otwarły się i pojawił się w nich dziwny stwór, składający się z mieszaniny rąk nóg i głów. Stwór ten na chwilę utknął w drzwiach, jęknął przeraźliwie kilkoma głosami, kilkoma innymi wrzasnął, cisnął przekleństwami w kilku językach i wysypał się na zewnątrz zmieniając się na ziemi w 9-ciu wyczerpanych ludzi. Lis wypadł ostatni z wagonu i szybko zamknął go na kłódkę, po czym padł na kolana i zaczął łapczywie chwytać powietrze. PeaceMaker zasłonił ręką usta i pobiegł za wagon.
- Buuuuueeeeeeeeeee... - dobiegło stamtąd po chwili. Okolice wagonu wyglądały jak teren po bitwie. Część klubowiczów leżała na ziemi łapiąc powietrze, Wojt@s i X-man siedzieli oparci o ścianę wagonu bladzi jak papier. X-Tomcio po krótkim wachaniu popędził w ślad za PeaceMakerem i po chwili doszedł wszystkich drugi podobny odgłos. Na to wszystko patrzył się Kompan z miną wyrażającą najwyższe zdziwienie.
- MaYkel, jak długo stoją tu te wagony? - Jeremy pierwszy odzyskał głos.
- Od jakiś trzech lat...
- I nigdy nie były do niczego podłączone?
- Chyba nie...
- No to chyba rozumiem. Jak sądzisz, co to mogło być?
- Chyba wołowina. Nie przyglądałem się uważnie.
- Już nigdy nie zjem hamburgera... - X-man powiedział to śmiertelnie poważnie.
- Nie rozumiem o czym mówicie. Co tam było? - Kompan próbował pojąć treść rozmowy.
- Krowa... martwa... - The X tylko to zdołał wyjęczeć, po czym popędził za wagon.
- COO??? Zabili Krowę - Kompan był wstrząśnięty. - Niech ja ich tylko dorwę. Zabiję! - Kompan przeładował swoją armatę z głośnym trzaskiem. W oczach płonął mu ogień.
- Nie zrozumiałeś... - Jeremy wyjęczał to leżąc na ziemi.
- Czego? Tego że zabili nam przyjaciela? Nie daruję!!!
- Kompan... To nie tak. - X-man też próbował naprostować sytuację, ale straszliwe nudności uniemożliwiły mu jakiekolwiek wyjaśnienia. Z zaciśniętymi ustami pobiegł tak jak reszta za wagon.
- Co nie tak? Nie próbuj mnie powstrzymywać! Zabiję ich wszystkich!!! - Kompan kompletnie stracił nad sobą panowanie. Wiadomość o śmierci klubowicza podziałała na niego jak płachta na byka.
- Kompan! Tam nie było naszego Krowy. To była chłodnia!!! Nie działająca już od lat chłodnia wypełniona zarżniętymi krowami! Zapewne pozostałości z zaopatrzenia dla bazy wojskowej. - wrzasnął Kant pomagając jednocześnie wstać bladej Winet. Sam wyglądał jeszcze gorzej niż ona, dodatkowo pod okiem zaczęła mu rosnąć dorodna śliwka.
- Zabi... Co? Zwykłe krowy? - Kompan nagle zdał sobie sprawę z tego, że stojąc z wyciągniętymi rękami, wymachując odbezpieczoną wyrzutnią i drąc się na całe gardło wyglądał jak idiota... Popatrzył ze wstrętem na wagony, a potem na klubowiczów rozłożonych na ziemi. O tak... Miał szczęście, że zgłosił się na ochotnika jako tylna straż.

- No to co teraz zrobimy? - spytał Kompan Lisa, kiedy zorientował się, że tamten już wrócił do normy.
- Pójdziemy w głąb poligonu. Coś tu musi być.
- I coś tu faktycznie jest, tylko że wy lamery nie potraficie patrzeć! - krzyknął ktoś z tyłu. Wszyscy momentalnie się odwrócili.
Na pobliskim wzgórzu stała grupa ludzi ubranych w mundury Wojska Polskiego. Na czele stała jakaś mroczna postać ubrana w czarny garnitur z czarnym krawatem i czarne okulary. Roztaczała wokół siebie tak mroczną poświatę, że wydawało się iż nastąpiło zaćmienie słońca.
- Ale się daliście złapać. Myślałem że takie Muldery jak wy poradzą sobie lepiej, ale jak zwykle wkopaliście się w gówno. I kto tu jest teraz górą?
X-Tomcio, który właśnie skończył wypluwać swoje wnętrzności za wagonem wybiegł zza niego na pierwszy dźwięk tych słów. Przez chwilę wyglądał na kompletnie zaskoczonego, ale zaraz oprzytomniał. Zwalił się na ziemię wyjąc ze śmiechu.
- O kurwa, niech mnie diabli. Buhahaha!!! Aleś się odstawił Democrazy! Co za debilne wdzianko. Trzymajcie mnie, bo umrę ze śmiechu! Hihihihihi.
Democrazy zdjął swoje ciemne okulary i cały jego czar prysł w jednej chwili. Spod szkieł ukazała się tak kretyńska twarz, że cała ekipa X-Klubu momentalnie padła na ziemię ze śmiechu. Właściwie nie było to zbyt rozsądne w takiej sytuacji, ale nikt nie był w stanie się powstrzymać. Democrazy wyglądał teraz jak przerośnięty niemowlak w garniturze.
Democrazy'emu wcale nie było do śmiechu. Polecił sześciu ze swoich dziesięciu ludzi skuć Lisa i klubowiczów, oraz odebrać im broń. Zrobili to szybko i sprawnie. Ci, którzy się szarpali, tzn. PeaceMaker, The X i Kompan wściekły z powodu odebranej mu wyrzutni, szybko zostali uciszeni kolbą karabinu. Jeremy który spokojnie pozwolił się skuć, myślał w tej chwili o swoim scyzoryku, a ściślej - o jednym z jego ostrzy pierwotnie zaprojektowanym jako szydło. Całkiem przypadkiem odkrył, że to szydło całkiem dobrze otwiera niektóre rodzaje zamków. Ponieważ żołnieże byli niezbyt doświadczeni i skuli ich z przodu, miał dosyć dużą swobodę ruchów i widział zamek w kajdankach. Bardzo przypominał te, które udawało mu się otworzyć. Idąc między Winet, Wojt@sem, X-Tomciem i słaniającym się na nogach Kompanem miał całkim niezłą zasłonę. Wyciągnął z kieszeni nóż i zaczął grzebać przy zamku.
Idący z przodu Kant obserwujący plecy Democrazy'ego próbował zrozumieć, co ten dziecinny gnojek robi.
- Ej, Democrazy. Wiem że jesteś palant, ale może chociaż powiesz dlaczego dałeś się wpakować w takie gówno?
- Nie powinieneś był mnie wywalać z X-Klubu Kant. Wiesz że jestem lepszy od was. To ja powinienem być prezesem.
- Tylko tyle? I po to zaprzedałeś się szarym?
- Nie. Nawet nie przypuszczasz co dzięki nim zdobędę.
- Oświeć mnie...
- Obiecali mi najlepszy program do spamowania na świecie. Będę mógł zasypywać gruzem każdą skrzynkę na I-necie i pozostać niezauważonym. Będę mógł podszyć się pod dowolnego szczyla i nikt tego nie odkryje. Będę mógł wysłać w ciągu jednego impulsu setki kilo do stu skrzynek jednocześnie. I co, nie warto było?
Kant po takim osłabiającym oświadczeniu mało nie przywalił głową o glebę. Szczęka zaczęła mu drgać tak, że zdołał z siebie wykrztusić tylko dwa słowa.
- Ty idoto...

Szli dalej ścieżką wiodącą przez las. Jeremy grzebał scyzorykiem przy kajdankach i sypał w myślach przekleństwami, jakich nie powstydziłby się nawet Bogusław Linda. W końcu usłyszał ciche "szczęk" i kajdaki poluzowały swój uścisk. Schował do kieszeni nóż i szedł dalej z półotwartymi kajdankami czekając na sprzyjającą okazję.
Która zresztą wkrótce nastąpiła.
W pewnym momencie cała grupa przechodziła bardzo wąską ścieżką. Las niemal wchodził na nią próbując odebrać swoją utraconą własność. Idący po bokach strażnicy byli co jakiś czas smagani gałęziami po twarzach. Nagle gąszcz po prawej stronie zaszeleścił głośno. Po lewej zresztą też.
- Hej! Wy tam. Jesteście okrążeni. Puśćcie ich natychmiast! - dobiegł ich gdzieś z boku kobiecy głos. Jeden ze strażników stojących w pobliżu Jeremy'ego podniósł broń celując w miejsce z którego dobiegł ich głos. Jeremy zerwał z rąk kajdanki i rzucił się na strażnika przewracając się na ziemię. Pozostali nie czekając przyłączyli się do akcji. Kompan z miną szaleńca stanął za strażnikiem, wyrwał mu karabin i przywalił kolbą w szczękę. Był to ten sam karabin, którym on sam oberwał wcześniej w żołądek.
- Masz za swoje.
The X i X-Tomcio rzucili się na trzeciego strażnika, Kant skoczył na Democrazy'ego, Lis przerzucił ręce za głowę innego strażnika i zaczął go dusić łańcuchem od kajdanek. Następnego strażnika załatwili X-man i PeaceMaker. Innego chwycili Wojt@s i MaYkel. Na wąskiej ścieżce zrobiło się bardzo ciasno. Winet zobaczyła wśród rzeczy porzuconych przez nieprzytomnego już żołnierza swój tomahawk i chwyciła go z bardzo niepokojącą miną. Po chwili dał się słyszeć głuchy łomot i jęk ogłuszonego strażnika. Zajęta swoją ofiarą Winet nie zauważyła, że z tyłu podchodzi do niej żołnierz z nożem.
- Uważaj! - głos który przedtem nawoływał do poddania się rozległ się teraz dużo bliżej. Winet odwróciła się i zobaczyła rudą sylwetkę skaczącą z krzaków na żołnierza. Tamten nie zdążył nawet się odwrócić...
- Aaaaa... - przytłumiony krzyk rozniósł się po okolicy wybijając się ponad wrzaski innych żołnierzy i walczących klubowiczów. Ten krzyk stał się czymś w rodzaju okrzyku bojowego. Zza drzew z obu stron wyskoczyły inne postacie i zaczęły tłuc pozostałych przytomnych żołnierzy. Po krótkiej szamotaninie wszystko ucichło. Żołnierze leżeli nieprzytomni, niektórzy w lepszym stanie, inni w gorszym. Najgorzej wyglądał ten, który próbował zaatakować Winet nożem, ale wyglądało na to, że nawet on nie zamierza rozstawać się ze światem doczesnym. Kobieta z rudymi włosami opatrzyła mu głowę banażem wyjętym ze swojej apteczki i oparła o drzewo. Wyglądało jednak na to, że jego ręka będzie wymagała dłuższej kuracji.
- Cholera. Muszę wreszcie nauczyć się nad sobą panować. - Mruknęła pod nosem, po czym przeczesała ręką swoją chmurę włosów i związała je w długi koński ogon. - A was kiedyś zetnę, jak będziecie się tak wczepiać w gałęzie... - Mruknęła znowu, tym razem pod ich adresem. Wstała i poparzyła w twarz Lisławowi Maldzie. Jej twarz rozjaśnił nieco złośliwy uśmiech.
- Cześć Lis. I co? Jak zwykle nie potrafisz sobie beze mnie poradzić. Ten smarkacz miał rację - dałeś się złapać jak dziecko.
- Ech... Chyba masz rację. - rozejrzał się po grupie nowoprzybyłych. Jego twarz rozjaśniła się. - Ale za to ja zebrałem większą grupę. I co ty na to Danka?
- I co z tego? Ilość nie przekuje się w jakość. - odpaliła mu.
- Echm... Przepraszam że się wtrącę... - Kant właśnie oswobodził się z kajdanek i przebił się przez kolejkę która ustawiła się przed Jeremy'm. W ferworze walki jakoś nikt nie pomyślał nawet, aby poszukać kluczyków do kajdanek. - Lis, czyżbyś znał naszą wybawicielkę? Może nam ją przedstawisz?
- Przepraszam. To moja partnerka Danuta Skała. Uważajcie na nią - to nazwisko pasuje do niej jak ulał. Niejeden drań połamał sobie na niej zęby. - kobieta uśmiechnęła się tak czarująco, że nikt nie pomyślał nawet że może być ona w jakikolwiek sposób niebezpieczna. Na szczęście jęczący pod drzewem żołnierz przypominał o tym bardzo wyraźnie.
- Miło mi. - pierwszy ocknął się Jeremy, który zresztą nie patrzył się na nią, bo męczył się właśnie z kajdankami PeaceMakera. Cały czas wydawało mu się, że męczy się na darmo, ale nie potrafił powiedzieć dlaczego.
Pozostali również się przywitali z Danką i pytającym wzrokiem patrzyli na towarzyszą jej grupę.
- Cóż, może Lis to wyjaśni. Ja muszę się zająć tymi rannymi. Nie możemy ich tu tak zostawić.
- Dobra. Widzicie, Danka i ja podzieliliśmy się rolami, każdy z nas miał odnaleźć pewną część członków X-Klubu i sprowadzić ich tutaj. Tak więc poznajcie ludzi, których tak naprawdę od dawna już znacie...
- Co takiego? Oni też są z X-Klubu? - wszyscy popatrzyli na grupę nowoprzybyłych. Ich twarze były równie zaskoczone, ale po chwili twarze wszystkich rozjaśnił szeroki uśmiech. Powitanie trwało dobrą chwilę i w ruch po raz kolejny poszedł słynny Plecak Kanta (TM). Nowa szóstka klubowiczów, którymi okazali się WolfCub, Ufok, Albert, Mr X, Mesjah i Duncan usiadła razem z innymi wzdłuż ścieżki i zaczęła opowiadać o sobie i swoich przejściach. Jeremy, który właśnie oswobodził ostatniego klubowicza i podwędził Kantowi piwo, zobaczył przypadkiem pęczek kluczy przy pasku Democrazy'ego i zdał sobie sprawę ze swojego błędu. Rzucił taką wiązkę przekleństw, że stojąca niedaleko Winet dosłownie zmiażdżyła go wzrokiem. Pod wpływem takiego ciosu Jeremy szybko się zamknął, i jedyne co się z niego wydobyło to krótki jęk.
- I po co ja się do cholery męczyłem... - po czym usiadł pod drzewem i zaczął przysłuchiwać się rozmowie.

[Dając klubowiczom czas na poznanie się, a Danucie Skale możliwość uratowania życia dziesięciu Bogu ducha winnym żołnierzom (a Democrazy niech zdycha - należy mu się) proponuję klubowiczom Psychozabawę pt. "Czy jestem prawdziwym X-Phile?" Osoby niezainteresowane prosimy o przeskoczenie do następnego akapitu.]
1. Czy uważasz że rocznica powstania X-Files powinna być obchodzona jako dzień wolny od pracy i nauki we wszystkich krajach świata?
2. Czy masz w domu plakat FTF naturalnej wielkości?
3. Czy jesteś przekonany(a), że w rzeczywistości Muldera i Scully nie odgrywają Duchovny i Anderson, a jedynie Fox i Dana przyjmują takie pseudonimy na czas wystąpień publicznych i urlopów przyznawanych im przez FBI (chodzi przecież o ich bezpieczeństwo - nie mogą się ujawniać)?
4. Czy wysyłałeś(aś) już E-maile do Scully?
5. Czy odpowiedziała?
6. Czy uważasz że rządy pewnych krajów ukrywają istnienie UFO?
7. Czy wierzysz w międzynarodowe spiski, porwania przez UFO, istnienie tajnych baz Obcych, siły PSI, psychokinezę, zbawienne działania piramidki, egipskiego krzyża i innych przedmiotów, autohipnozę regresywną, leczenie psychotroniczne, objawienia, opętania, możliwość kontaktowania się z duchami, istnienie Atlantydy, nieziemskie pochodzenie Wielkiej Piramidy, powiązania starożytnych ludów z Obcymi, przepowiednie, uzdrowicieli, magię Voodoo, . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . (miejsce na dopisanie czegoś) ?
8. Czy uważasz że książki Daenikena powinny zostać dopisane do spisu lektur obowiązkowych?
9. Czy dostrzegasz ICH wśród nas?
10. Czy uważasz że X-Klub zmieni świat?
11. Czy głosisz to otwarcie?
12. Czy wysyłasz do rządu petycje z żądaniami ujawnienia prawdy o agentach UFO w byłych służbach bezpieczeństwa?

a) Wszystkie odpowiedzi "tak" - jesteś wzorowym X-Phile. Twoja wiara i zaangażowanie powinny być uznawane za wzór do naśladowania, a historia twojego życia będzie z pewnością opisana w podręcznikach historii. BTW. kiedy w twoim szpitalu psychiatrycznym wypadają dni odwiedzin?)
b) Większość odpowiedzi "tak" - twoje przekonania są słuszne, chociaż masz problemy z przyznaniem się do tego. Proponuję, abyś udał się na terapię hipnotyczną która wzmocni twoją siłę woli, a następnie wysłał do poczytnych czasopism artykuł na dowolny interesujący cię temat z podanymi pełnymi personaliami oraz adresem i prośbą ich wydrukowania.
c) Tyle samo odpowiedzi "tak" i "nie" - stoisz na rozdrożach i nie jesteś w stanie wybrać. Pozwól że zrobimy to za ciebie...
d) Większość odpowiedzi "nie" - twoja wiara przeżywa poważny kryzys. Zalecana jest natychmiastowa terapia u zaufanego lekarza-ufologa, lub wróżki. Niezbędne jest także zamówienie prenumerat co najmniej trzech pism paranormalnych i regularne uczenie się ich na pamięć. Mile widziane będzie recytowanie wybranych fragmentów przed snem zamiast modlitwy.
e) Wszystkie odpowiedzi "nie" - Możliwości są dwie: albo jesteś kompletnie nieprzystosowany do życia w nowoczesnym społeczeństwie, albo jesteś agentem obcej cywilizacji wrogo do nas nastawionej. W pierwszym przypadku jesteś obiektem całkowicie nieprzydatnym, w drugim - wręcz wrogim naszej sprawie. Wynik może być tylko jeden...
Śmierć od samobójczego strzału w tył głowy...

[Test dobiegł końca. Teraz, gdy już poznałeś siebie, co zamierzasz dalej robić? Pamiętaj, że od ciebie mogą zależeć losy Ziemi]

Mniej więcej po pół godzinie, kiedy cała grupa była już ze sobą w doskonałej komitywie, żołnierze byli opatrzeni, przywiązani do drzewa i zakneblowani (Jeremy miał przy sobie komplet "Home MacGyver" - oprócz noża nosił także taśmę klejącą), a Democrazy zwisał z gałęzi uwiązany za nogi, Lis dał sygnał do wymarszu. Wprawdzie Danka patrzyła na niego trochę krzywo, ale zabrała swoje rzeczy i pomaszerowała obok. Tak naprawdę wcale nie była na niego zła - ich utarczki były rzeczą tak zwyczajną, jak smog nad Krakowem i żadne z nich nie wytrzymało bez drugiego dłużej niż tydzień. Po prostu czasem drażniło ją podobieństwo ich charakterów. Tyle tylko że ona nie słuchała Disco Polo...
- Więc czego się dowiedziałaś? - Malda urwał jej wątek myślowy.
- Nic ciekawego. UFO faktycznie tu wylądowało. Ścieżka prowadzi do tylnego wejścia tutejszej bazy - chyba tam będzie dobrze zacząć. A ty znalazłeś coś w tych wagonach?
- Lepiej nie pytaj... Nic tam nie ma.
- Cóż, chyba masz pecha.
Z tyłu klubowicze szli parami - inaczej po prostu się nie dało, bo ścieżka była za wąska. Kant przechodząc obok zwisającego Democrazy'ego uśmiechnął się do niego szyderczo.
- Miałeś rację: jesteś teraz górą. I to nawet do góry nogami... Jak ci to odpowiada?
- Mmmmppppffff... - Kant nie potrzebował tłumacza żeby zrozumieć jego intencje. Popchnął gałąź tak, że Democrazy zaczął dyndać jak wahadełko.
Jeremy wylądował obok Ufoka.
- Więc to ty jesteś tym tajemniczym X-phile z Nowego Sącza... Myślałem że masz szlaban.
- Na podróże po Sieci tak, ale nie na jazdę po kraju. - Ufok wyszczerzył zęby. Cała drużyna poruszała się przez następne piętnaście minut we względnym spokoju. Gdy dotarli na skraj lasu rozmowy samoczynnie umilkły. Przed nimi na polanie w odległości ok. 150 metrów stał budynek przypominający zwykłą szopę. Tyle tylko że zwykłej szopy raczej nie pilnują uzbrojeni strażnicy. Lis i Danka polecili reszcie grupy zostać głębiej w lesie, zaś sami wychylili się i zaczęli obserwować strażników.
- Jak ich obejdziemy?
- Nie damy rady. Jest nas za dużo.
- Musimy ich zdjąć po cichu.
- Dwóch naraz? To 150 metrów odsłoniętego terenu. Wywołamy alarm.
- To może... Czekaj, mam pomysł!
Malda pobiegł do reszty grupy i wyciągnął z niej Kompana. Zaprowadził go tam, skąd jego partnerka obserwowała szopę.
- Jaki zasięg ma ta twoja kolubryna?
- Minimum 300m. Na większą odległość nie sprawdzałem.
- Dasz radę ogłuszyć tych dwóch tam?
- Może... Jednego na pewno.
- Spróbuj. Jak ten drugi się zorientuje, to po nas.
Kompan skinął głową i zajął wygodną pozycję leżącą. Długo i dokładnie celował, po czym powoli nacisnął spust. Szarpnęło lekko i w kierunku jednego ze strażników poleciała szybko zielonkawa wiązka energii. Dosięgła go w momencie, gdy tamten schylał się, aby zawiązać sznurowadło.
ZZZAAAPPP...
Przez moment było słychać wyładowania elektryczne i strażnik upadł na ziemię bez żadnego jęku. Drugi w tym czasie obchodził szopę z drugiej strony. Gdy przybiegł na dźwięk wyładowań przez chwilę nie był w stanie się ruszyć ze zdziwienia. Trwało to tylko parę sekund, ale dla Kompana to było aż nadto. Kolejny strzał ogłuszył również i jego.
- Uff... - Kompan wstał ocierając pot z czoła. - To wyszło chyba cudem. Teraz będą nieprzytomni przez jakieś pół godziny.
Danka się uśmiechnęła. Nie potrzebowała pół godziny, aby wyłączyć tych żołnierzy z czynnej służby.

Miała rację. Przy niewielkiej pomocy drużyny piętnaście minut później obaj strażnicy leżeli sobie cicho w krzakach pod lasem związani i zakneblowani. Jeremy ponuro stwierdził że w takim tempie taśmy klejącej zabraknie mu za jakieś półtorej godziny, o ile oczywiście nic się nie wydarzy.
Szopa od wewnątrz również wyglądała normalnie. Tu i ówdzie walały się narzędnia, stały jakieś pudła, a w rogu pomieszczenia leżały sobie ogromne taczki. Jednak po dłuższych poszukiwaniach Mr X znalazł pod jedną z pustych skrzyń odmykane drzwi w podłodze. Po otwarciu ujawniły one długie, kręte schody prowadzące w dół.
Lis zszedł pierwszy oświetlając sobie drogę swoim reflektorem. Za nim gęsiego schodzili klubowicze, zaś pochód zamykała Danuta Skała z olbrzymim pistoletem w dłoni. Gdy idący niemal na samym końcu Duncan zobaczył ten pistolet tuż przed swoim nosem, podskoczył tak, że mało nie spadł ze schodów.
Gdy po pewnym czasie zeszli na dół, ich oczom ukazał się szeroki korytarz ciągnący się gdzieś daleko. Było już na tyle miejsca, aby klubowicze mogli iść w zwartej grupie. Korytarz ciągnął się kilometrami. Wzdłuż ścian i sufitu cały czas były przeprowadzone jakieś przewody, rury i inne urządzenia. Odgłosy kroków na metalowej podłodze odbijały się przygnębiającym echem. Wszyscy szli w milczeniu nerwowo rozglądając się na boki.
Po trudnym do określenia czasie grupa dotarła do metalowych drzwi. W ścianie obok drzwi zamontowana była mała konsoleta. Był na niej jedynie jeden przycisk i dwa światełka. Jedno z nich świeciło się właśnie na czerwono. Wiedziony pierwotnym instynktem Kant nacisnął przycisk. Czerwone światełko zgasło ustępując pola zielonemu i drzwi otworzyły się z cichym szumem. Pierwszy przeszedł przez nie Kompan z nadstawioną do strzału wyrzutnią, a za nim reszta klubowiczów. W momencie gdy wszedł, jako ostatni WolfCub, drzwi zasunęły się z podobnym odgłosem. WolfCub stwierdził z przerażeniem, że od tej strony nie ma konsolety.
Wszyscy rozejrzeli się po pomieszczeniu. Było prostokątne o wymiarach około 100 x 50 m i wysokości ok. 10 m. W odróżnieniu od korytarza było zbuowane z kamiennych bloków i jedynie dwie najbardziej oddalone od siebie ściany, oraz sufit były zbudowane z metalu. Pomieszczenie było puste, jedynie przy ścianie, jakieś 100m od nich coś leżało. Pierwsza pobiegła tm Winet trzymając w ręce tomahawk. Po chwili stanęła jak wryta.
- Winet! Co to jest? - odezwało się parę głosów z tyłu.
- To przecież... Nasze rzeczy.
- Co??? - odpowiedział jej chóralny okrzyk zdziwienia i po chwili wszyscy przybiegli na miejsce.
- Sami widzicie. To wszystko nasze bagaże które zostawiliśmy w vanie Lisa.
- I w wozie Danki. - dopowiedział Mesjah, który właśnie grzebał przy swoim plecaku. - Niczego tu nie brakuje.
- A właśnie. Gdzie są Lis i Danka? - Jeremy zdał sobie sprawę że już od dłuższego czasu nie słyszał przekomarzania się pary agentów.
- Myślałem żeidą znami. - X-man zaczął się rozglądać po pomieszczeniu. Nigdzie ich nie było.
- Oni już wam nie pomogą! - z góry dobiegł ich zniekształcony przez głośnik i metalowe płyty na suficie głos. Sufit zaczął się nagle otwierać. 12 metrów nad sobą klubowicze zobaczyli rząd poręczy wokół całej hali. Gdzieniegdzie krzątali się ludzie w mundurach WP, lub białych kitlach naukowcow.
- I co jest robaczki? Pamiętacie mnie jeszcze? - z góry wychyli się przez barierkę młody mężczyzna. Na jego widok niektórym klubowiczom zadrgały wszystkie mięśnie na twarzy.
- Cześć Kant. Pamiętasz mnie jeszcze?
- Oczywiście Thom. Ty też zaprzedałeś się Obcym tak jak Democrazy?
- Democrazy to idiota.
- Przynajmniej tu się zgadzamy...
- Zaproponowana mi sporo forsy za pomoc w obsłudze tego systemu, ale jak się dowiedziałem że to chodzi o was, to zrobiłem to za darmo. Czeka was niezła podróż - o ile oczywiście przeżyjecie. No to zapnijcie pasy!
Nagle do Thoma podszedł jakiś doktorek w kitlu.
- Sir, główny komputer nie działa.
- Co? Znowu się Windows wysypał??? Czemu akurat teraz ?! - Thom załamał ręce. Kompan się uśmiechnął.
- Trzeba było zamontować Amigi.
- Nie ciesz się tak amigowcu. Na pomocniczym komputerze mam Unixa. Już po was!
Pobiegł gdzieś i klubowicze stracili go z oczu. Po chwili gdzieś z góry usłyszeli brzęczenie transformatorów.
- Pieprzony Malda. Zdradził nas skurwiel. - oczy X-Tomcia miotały płomienie. Pozostali członkowie drużyny również nie szczędzili wyzwisk pod adresem Lisa.
- Pomyślm lepiej jak się stąd wydostać. - PeaceMakerowi jako pierwszemu przeszło.
- Nie da rady. Drzwi są pancerne. - krzyknął oglądający je właśnie Wojt@s - Kompan. Masz jeszcze w tym swoim plecaku jakiś granatnik.
- Nie, ale to i tak chyba nie ma znaczenia. Patrzcie na ściany!
Wszyscy rozejrzeli się dookoła. Kompan miał rację - dwie metalowe ściany zaczęły się żarzyć jasnym światłem. Po chwili całe pomieszczenie wypełniło się oślepiającą bielą. Wszyscy przestali cokolwiek widzieć, natomiast po chwili usłyszeli świdrujący dźwięk. Ból, jaki odczuwali w głowach był tak silny, że opadli na kolana. Po pewnym czasie dźwięk zelżał, a razem z nim zniknął ból. Światło zniknęło.
Kiedy oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności, Jeremy zauważył że leżą znowu w kamiennej sali, a ich bagaże są porozrzucane wokół nich. Jednak coś tu się nie zgadzało i Jeremy po chwili zorientował się co. Pomieszczenie było dużo mniejsze, a przy jednej ze ścian stał duży ołtarz z płaskorzeźbami które można zobaczyć jedynie w Ameryce Południowej i Środkowej. Nad nimi nie było już hali, a jedynie kamienny sufit. Zaś światło, które oświetlało pomieszczenie nie było światłem żarówek - były to zwykłe promienie słońca wpadające przez duże drzwi. Powoli obudzili się pozostali członkowie zespołu. Z równym zdumieniem oglądali dziwaczną świątynię. Płonące tu i ówdzie kaganki nadawały powietrzu specyficzny zapach i wszystkim trochę kręciło się w głowie.
Nagle światło padające do wnętrza nieco osłabło. Wszyscy jak na komendę odwrócili się i zobaczyli liczne sylwetki stojące w przejściu. Jedna z nich zbliżyła się i można było dostrzec coś poza sylwetką.
Był to człowiek o ciemnej karnacji ubrany w długą szatę i wiele różnych symboli kultu jak naszyjniki czy coś w rodzaju pastorału. Miał twarz pomalowaną w jakiś rytualny wzór. Krzyknął on coś w dziwnym języku i przybiegło do niego kilku innych ludzi ubranych jedynie w przepaski na biodrach i uzbrojeni w dzidy. Ludzie ci na widok obcych skierowali na nich swoją broń.
Wszyscy klubowicze zamarli bez ruchu i jedynie X-Tomcio zdołał cokolwiek z siebie wykrztusić.
- Dlaczego mam wrażenie że dopiero teraz wdepnęliśmy w gówno...

to be continued...