CHOOSEN
I - Wybrańcy losu |
||
by Jeremy - dla X-Klubu |
Wbrew obawom X-Tomcia wszystko zdawało się
być w najlepszym porządku. Tubylcy najwyraźniej uznali grupę
za wysłańców bogów i przyjęli ich z najwyższą czcią.
Problemem była jedynie kwestia języka - Winet próbowała
zagadać do nich po angielsku, hiszpańsku i w paru innych
językach, ale ci odpowiedzieli tylko głupią miną i
uwielbieniem w oczach. Gdy wyprowadzili ich ze świątyni, oddali
im do dyspozycji jeden z najwspanialszych domów w mieście. Po
chwili klubowicze zostali sami, jeśli nie liczyć ciekawskich
dzieciaków zaglądających przez okna. Temperatura wypalała
wszystkim mózgi. Dopiero po chwili zdali sobie sprawę, że
nadal są ubrani w swoje stare zimowe ubrania. Kompania szybko
zrzuciła swoje nadprogramowe szmaty i usiadła do suto
zastawionego stołu w koszulach. W takich warunkach można było,
choć z trudem trochę się zastanowić.
- Dobra. Przede wszystkim: gdzie do cholery jesteśmy? I co
zrobimy? - Kant odezwał się pierwszy.
- Nie róbmy nic. W naszej sytuacji chyba nie musimy się
śpieszyć. Rozejrzyjmy się w okolicy. - zasugerował Jeremy.
- Jak to "nie musimy się śpieszyć" ?!? - Winet
posłała Jeremy'emu wzrok mówiący że wątpi w jego zdrowe
zmysły. Inni również mieli podobne miny.
- Pamiętacie te metalowe płyty? Tak mógłby wyglądać
wehikuł czasu... To znaczy, że trafiliśmy do innej epoki.
- Tak... Ktoś nawet pisał o tym do XKlubu. - Wojt@s również
doznał olśnienia - Ale przecież do uruchomienia czegoś
takiego trzeba niesamowitej energii.
- Może skorzystali z technologii Obcych? Lis mówił, że
podpisali z nimi jakiś pakt.
- Nie przypominaj mi Maldy!!! To cholerny zdrajca, nie trzeba
było mu ufać. - uciął szybko Mr X. Na chwilę zapanowało
ponure milczenie.
- Jak sądzicie? Gdzie jesteśmy i KIEDY? - przerwał Albert
- To chyba Aztekowie, sądząc po architekturze. - odparł
Kompan. - Winet, ty chyba próbowałaś zagadać do nich po
hiszpańsku?
- Nic nie zrozumieli.
- Więc będą to czasy prekolumbijskie...
- COO??? - Chór głosów zatrząsł całym
domem.
- Dokładnie. Żadnych linii lotniczych, komputerów, Internetu,
nawet żadnych białych.
- No to co teraz zrobimy? - The X wyglądał na lekko
załamanego.
- Ja chyba posłucham błagań mojego żołądka. - Jeremy już
od pewnego czasu zerkał na to, co leżało na stole.
- Jak możesz myśleć o jedzeniu w takiej chwili? - Ufok nie
krył oburzenia.
- Mój organizm nie zgłasza weta. - odparł Jeremy i zabrał
się za jeden z leżących na stole owoców.
- To chyba nie jest taki głupi pomysł... - zaczął Kant
- Ty też - oczy Winet rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Dlaczego nie? Nigdzie się nie śpieszymy, a obcy nie uciekną.
Zwłaszcza że ich tutaj chyba nie ma.
- Skąd wiesz? - zaoponował Kompan - Dlaczego akurat tu
trafiliśmy? Nie czytałeś Daenikena? Kosmici tu mogą być
nawet teraz!
- Właśnie o to mi chodzi! Na razie nic nie wiemy. Zostańmy tu
przez jakiś czas, aż dowiemy się czegoś konkretnego. Może
nawet poznamy tutejszy język?
- Ile masz zamiar tu siedzieć? Rok??? - wrzasnął histerycznie
Duncan
- Tyle ile to konieczne. Tu nam nic nie grozi. Widziałeś że
traktują nas tu jak bogów. Lepsze to niż włóczenie się po
pustyni albo przedzieranie się przez dżunglę. - odwrzasnął
PeaceMaker
- Więc dobrze. Zostajemy tu, aż dowiemy się jak wrócić do
domu. A teraz może zabierzemy się za jedzenie? Szkoda że nie
ma tu mojego plecaka. Zostało w nim jeszcze parę butelek...
Przez dłuższy czas słychać było jedynie odgłosy jedzenia,
podawania sobie jedzenia i kulturalnych "proszę",
"dziękuję" itp. Po sutym obiadku cała drużyna
wyłożyła się wygodnie na posłaniach w pokoju. Przed
zaśnięciem Jeremy pomyślał że jak dla niego Obcy mogą sobie
latać nad Polską, czy jakimkolwiek innym krajem w dowolnym
okresie historycznym. Byle tylko tutaj i teraz nic nie
zakłóciło sielanki.
Sielanki nie zakłóciło nic. Przez następny tydzień wszyscy klubowicze opływali w największe luksusy na jakie mogło pozwolić sobie miasto. Nie wpuszczono ich wprawdzie do świątyni w których spoczywały ich bagaże, ale poza tym mogli chodzić wszędzie. Miasto było niesamowite - ciągnące się przez kilometry, ze wspaniałymi budowlami i pełne ludzi. Cała drużyna bawiła się doskonale, zwłaszcza że niektóre miejscowe piękności za punkt honoru uznały zdobycie jak największych względów wysłańców bogów. Jako że sami wysłańcy zbytnio nie protestowali [nawet ci najmłodsi (!!!)], wszyscy byli szczęśliwi, może oprócz Winet która na wybryki wpółtowarzyszy musiała patrzyć przez palce. Co nie znaczy że się nudziła... o nie... Ze swoją wrodzoną smykałką do języków i ciekawością w ciągu pięciu dni poznała podstawy miejscowego języka i zwiedziła chyba 5/6 miasta. Tyle tylko, że musiała przez cały ten czas unikać pewnego młodego, bardzo miłego, ale też niesamowicie natrętnego wojownika. Na szczęście jej status dał jej pewną przewagę nad narwanym młodzieńcem. Tak czy inaczej nikomu nie się śpieszyło do opuszczenia tego miłego miejsca. Tyle tylko że nie zależało to od klubowiczów...
- Ciekaw jestem co to za owoce... - Jeremy wgryzał się
właśnie w kulkę o dziwnej, czerwonej barwie. - Są
rewelacyjne.
- Nie mam pojęcia. Może ktoś inny będzie wiedział, ważne
żesą. Jak wrucę do domu muszę je zdobyć. - odpowiedział
leżący na swoim posłaniu X-man i zamyślił się przez
chwilę. - Sądzisz że óda nam się wrucić? - Odpowiedział w
końcu.
- Nie tracę nadziei. Z każdym dniem wiem coraz więcej,
bardziej się aklimatyzuję. Może w końcu pozwolą nam wejść
do tej piramidy... Ona może być bramą w obie
strony. Ale na razie wolę tu zostać. To taki fascynujący
lud...
- Taak... Zwłaszcza ta... jak jej tam? - X-man uśmiechnął
się i szybko zeskoczył z posłania. W samą porę - w miejscu
gdzie była przed chwilą jego głowa wylądował owoc i
rozprysnął się na ścianie. - Hej! Bez nerwów...
- Dobra, przyznaję - jest bardzo miła. Ale ty też znalazłeś
tu sobie kogoś... Może ponabijasz się z siebie?
- Raczej nie... Amoże z Kanta? Ten to dopiero zaszalał...
- Uhm... - stwierdził Jeremy zabierając się za kolejny owoc -
Jedna to jeszcze nic, mogę zrozumieć nawet dwie, ale do niego
przykleiło się pięć dziewczyn! Z czego jedna
mogłaby być matką innej.
- To nie jego wina, najwyraźniej tu też widać jego naturę
przywódcy.
W tym momencie do domu wpadli Kompan i Winet strasznie czymś
podnieceni.
- Tylko wy tu jesteście? - Winet rozejrzała się nerwowo po
pokoju, po czym podbiegła do stołu i zabrała się za jedzenie.
Kompan zrobił to samo.
- Tak. Co się stało?
- Znaleźliźmy coś ciekawego. Opowiem wszystko jak się reszta
zbierze na kolację. - Kompan porwał kilka owoców i kubek z
miejscowym napojem i uwalił się na swoim posłaniu.
Po pewnym czasie zebrali się wszyscy. Na końcu przyszedł Kant
słaniając się z lekka na nogach.
- Co się stało prezesie? Czyżbyś przeholował z tutejszym
samogonem? A może z czymś innym? - twarz X-Tomcia dokładnie
ilustrowała o czym myślał.
- Odczep się, dobra? To nie moja wina że te pięć dziewczyn
przyczepiło się do mnie. A jedna chciała mi dzisiaj
przygotować posiłek.
- Smakował? - Winet z trudem mogła się powstrzymać od
śmiechu.
- Nie wiem. Jak zobaczyłem co pływa w naczyniu to zwiałem
natychmiast...
- Może daruj nam szczegóły. Jesteśmy przy kolacji. -
skrzywił się Mr X.
- Właśnie. Siadaj i zjedz coś normalnego. - Jeremy rzucił
Kantowi jeden z czerwonych owoców. Kant chwycił go i szybko
zajął miejsce za stołem. - No więc... Podobno Kompan i Winet
odkryli coś ciekawego...
- Naprawdę? - Kant oderwał się na moment od jedzenia.
- Zgadza się. Wygląda na to że UFO pojawiło tu się
wcześniej. - Kompan rozejrzał się dookoła czekając na
komentarz. Zobaczył tylko 14 wpatrujących się w niego par
oczu. Wzruszył ramionami i kontynuował. - Na ścianie mniejszej
świątyni do której mnie dopuszczono zauważyłem świeże
malowidła. Pokazywały szarych, statki kosmiczne, spotkania. To
musiało stać się niedawno. Poszedłem z tymi rewelacjami do
Winet...
- Rozpytałam się tu i ówdzie. Jeden z kapłanów próbował mi
coś opowiedzieć. Z tego co zrozumiałam, wynika że obcy
pojawili się tu parę lat temu. Aztecy składają im jakieś
dary w samotnej świątyni położonej pare dni drogi za miastem.
Dary te znikają w taki sam sposób w jaki my się pojawiliśmy.
- Aztecy składają te dary co miesiąc od jakiś 2 lat. Jeżeli
dobrze obliczyłam, to następna taka uroczystość będzie za 3
dni.
- Dzisiaj też ma być jakaś uroczystość. - przerwał nagle
Kant - Wszyscy tutaj są nią bardzo podnieceni. Mówiła mi o
tym Annai. - Kant uśmiechnął się w duchu na wspomnienie
najmłodszej z pięciu dziewcząt. Przy jej inteligencji w XX w.
zrobiłaby doktorat ze wszystkiego co się da w ciągu paru lat.
A tutaj czeka ją rola potulnej żony... Na świecie nie ma
sprawiedliwości...
- ...ma być taka ważna? - pytanie skierowane było
najwyraźniej do niego.
- Eee... Słucham? - Kant wyrwał się z rozmyślań i rozejrzał
dookoła. Wszyscy klubowicze mieli podobny wyraz twarzy:
niesamowicie rozbawiony, ale też wyrozumiały.
- Pytałem się, dlaczego ta uroczystość ma być tak ważna? -
w głosie MaYkela nie było ani śladu zniecierpliwienia. Było
za to słychać wyraźną kpinę.
- Nie wiem. Wiem tylko że całe miasto przykłada do niej
wielką wagę. Dziwne, że nie widać tego na ulicach.
- Rzeczywiście. Powinniśmy jutro udać się do tej świątyni.
Jeżeli się pośpieszymy, zdążymy do czasu składania darów.
Jeśli nie, to będziemy musieli tkwić tu przez następny
miesiąc. - zdecydował Kompan.
- Okay. Powiem jutro kapłanom, że musimy się tam udać. Może
dostaniemy zapasy i środek transportu. A teraz odpocznijmy
trochę, czeka nas długa droga.
- Ja jeszcze trochę zjem, to jest takie wspaniałe. Winet - ty
się na tym znasz. Co to za owoce? - Jeremy podsunął jej
czerwony owoc.
- To owoce palmy HAIU. Faktycznie są świetne. - Winet wzięła
jeden ze stołu.
- Chciałbym też wiedzieć co to za napój. Jest trochę...
dziwny. Ale dobry.
- Nie mam pojęcia. Daj spróbować... Mmm... Dobre. Daj jeszcze.
Biesiada rozpoczęła się na dobre. W przyjemnej atmosferze nikt
nie zauważył że powoli zaczął się zbliżać wieczór. Nikt
też nie zauważył że klubowicze stali się nagle przesadnie
wylewni i szczerzy. Dom co chwila wybuchał śmiechami.
- ...no więc siedzimy w pokoju, a tu nagle słychać jak
ktoś biegnie... o tak: tuptuptuptup... i z powrotem
tuptuptuptup... Potem okazało się że to jeden z chłopaków z
pokoju obok wypił za dużo i całą noc spędził na bieganiu do
kibla i z powrotem... - reakcją były urywane śmiechy - Dajcie
jeszcze tego soku... - Jeremy nalał sobie do kubka i wychylił
jednym haustem.
- A wy wszszszyscy tylko o piciu... Jak ja nie cierpię
alkoholu... Dawaj to! - Winet wyrwała dzbanek z ręki Jeremy'ego
i zaczęła pić wprost z niego. Wszyscy patrzyli na to tępym
wzrokiem.
- Pusty... KANT! Jest jeszcze jakiś dzbanek? - Winet rzuciła
tamten w kąt. Brzdęk tłuczonej gliny zniknął wsród
śmiechów.
- Jest jeszcze parę... Zaraz przrrzyniosę. - Wstał i po chwili
rozległ się huk przewracanych naczyń i jęk prezesa. - Terraz
już kilka mniej...
- No to zajebiście... - PeaceMaker zerknął na podnoszącego
się z ziemi Kanta. - Ale zajebiście wyglądasz... Cholera,
miałem nie mówić zajebiście. Trudno siem mówi. Ale i tak
jest zajebiście...
Kant wstał i popatrzył się na dzbanek który trzymał w ręce.
- Nie wiem czy powinienem ci to dawać. To chyba jakaś wóda...
- Eee... Co ty? Aztekowie w zasadzie... Hik! ...w zasadzie nie
pili. Jedyny alkohol jaki mieli był do usypiania ofiar i ryta...
grytu... rycia... rytualnych obrzędów. - Kompan z drugiej
strony stołu osuszał jeden kubek po drugim. - Ale to dobre...
- No właśnie... Poza tym zawsze namawiałeś mnie na piwo, a
teraz nie chcesz dać mi owocowego soku? Ty brutalu... Jest mi
smutno... Buuuu...
- Jakja nie lóbię patszeć jakktoź płacze... - X-man wyrwał
Kantowi dzban i podał go Winet. - psze bardzo mylady...
- Dziękuję... - chwyciła dzbanek po czym w krótkim czasie go
osuszyła. - Ty jesteś przynajmniej miły... I wy wszyscy
oczywiście... Nie to co prezes, drań jeden...
W tym momencie do chaty wszedł najwyższy kapłan w otoczeniu
świty i powiedział coś w swoim języku.
- Zzzzrozumiałaś, Winet? - Ufok spojrzał głupawo na
odświętnie przybranego kapłana.
- Chyba chcą nas zaprosić na swoje święto... tak myślę...
Idziemy?
- Czemu nie? Drużyna!!! Wymarsz! - Kant wstał i chwiejnym
krokiem podszedł do kapłana.
Wyszli przed dom. Ich nieco przymglonym oczom ukazała się
odświętnie przyozdobiona ulica prowadząca do głównej
świątyni i cała masa ludzi śpiewających pieśni. Na widok
klubowiczów zgromadzeni ludzie wydali z siebie okrzyk radości.
W jednej chwili cała ulica wypełniła się radosnymi krzykami i
muzyką.
- O rany... To wszystko dla nas? A ja się nawet nie umyłem... -
jedynie to zdołał wykrztusić The X, po czym oparł się o
ramię Wojt@sa i zachrapał.
- Heej! Nie zasypiaj. To nieładnie... Hic! - Wojt@s
potrząsnął The X'em i tamten się obudził.
- Dobrze, już dobrze... Nawet zasnąć nie pozwalają...
Pomarudził tak jeszcze przez chwilę i kiwając się od Wojt@sa
do PeaceMakera poszedł wzdłuż kiwającego się tłumu. Przed
nimi szli Ufok, Winet, Duncan, Mesjah i Albert oparci o siebie i
śpiewający w takt bębnów.
- Hej...
- HEJ!
- Hej...
- HEJ!
- Hej sokooooołyyyyyyyyyyyyy!!! - zbiorowemu wyciu towarzyszyły
radosne krzyki tybylców i radosne wrzaski dzieci biegających
dookoła klubowiczów. Kant szedł obok w otoczeniu swoich
pięciu ślicznotek, z miną szczęśliwca wypisaną na twarzy.
Jeremy szedł obok i złorzeczył pod nosem z powodu dzbanka,
który mu zabrano w chacie. Nagle zobaczył idącą w ich stronę
dziewczynę z bardzo podobnym naczyniem. Nie tracąc czasu
podbiegł do niej (chociaż trochę w tym przeszkadzały
plączące mu się nogi. Zagadał do niej zwyczajowe
pozdrowienie, którego nauczyła go Winet i otoczył ramieniem.
Dzbanek oczywiście zabrał i zaczął opróżniać zawartość.
Dziewczyna zaśmiała się pod nosem i zaczęła go prowadzić do
reszty klubowiczów. Po chwili z tłumu wypadły też inne
dziewczęta i pomagały iść tym którzy mieli kłopoty z
zachowaniem pionu. Czyli praktycznie wszystkim.
Wszystko to odbywało się w takt uderzeń bębnów i dziwnych
rytualnych śpiewów i okrzyków. W takim to radosnym nastroju
klubowicze dotarli pod piramidę.
Piramida była ogromna. Ciągnące się w góre schody
wyglądały jak wrota do nieba. Przed schodami czekało
kilkudziesięciu ludzi ubranych w odświętne stroje. Kompan
który znalazł się obok Jeremy'ego i MaYkela podśpiewując
sobie coś po japońsku nagle spoważniał. W jednej chwili cały
sok wywietrzał mu z mózgu.
- Boże... Wiecie czemu tu jesteśmy?
- Nie. A czemu pytasz? - MaYkel zrobił zdziwioną minę.
- Ja chyba wiem, i wcale mi się to nie podoba. - Jeremy
popatrzył z ukosa na długie schody.
- Uciekajmy dopóki jeszcze możemy!
- Nie! Jeżeli rzucimy się teraz do ucieczki to nas zabiją.
Poczekajmy jeszcze - na górę nie może wbiec żaden człowiek,
tylko kapłani. Poza tym nasze rzeczy są tam.
- Do diabła z nimi. - Kompan przerażony rozglądał się po
śpiewającym tłumie.
- Właśnie że nie! Pomyśl o swojej wyrzutni. Strzela
światłem, to ich trochę ogłupi i skłoni do posłuszeństwa.
- Okay. Więc co robimy?
- Idźmy potulnie na górę. Powiedz innym żeby nic nie robili i
czekali na mój znak.
- Dobra... Co się tam dzieje? - Kompan podniósł głowę żeby
lepiej widzieć co się dzieje z przodu. Okazało się że do
każdego klubowicza podeszło dwóch przystrojonych mężczyzn i
trzymając za ręce zaczęli prowadzić ich na górę. Winet nie
była już w stanie iść, więc największy z mężczyzn
przewiesił ją sobie przez ramię jak piórko. Po chwili nawet
mimo wypełniających powietrze śpiewów dobiegło stamtąd do
wszystkich głośne chrapanie. Kant widząc to zaczął się
przepychać w stronę strażnika.
- Hej! Gdzie ją bierzecie?
Jeremy i Kompan widząc to, szybko doskoczyli do Kanta i chwycili
go za ramiona.
- Stój.
- Zostawcie mnie! Nie widzicie co się dzieje? On ją gdzieś
zabiera.
- Uspokój się Kant. Możemy się uratować tylko jeżeli razem
wejdziemy na górę. Inaczej będzie po nas. - Kompan z trudem
powstrzymywał prezesa.
- O czym wy chrzanicie? Nie pozwólcie jej zabrać!
- Kant, popatrz na mnie! - Jeremy szarpnął nim mocno. -
Przypomnij sobie texty do klubu. Do czego zwykle służyły takie
piramidy?
- X-Klub... texty... piramidy... Boże, nie!!! Oni chcą ją...
- Nas wszystkich chcą. A teraz wracaj do szeregu i pozwól się
prowadzić. Musimy zaczekać aż będziemy na górze.
- Dobra. Mam nadzieję że wiecie co robicie.
- Ja też ją mam... - Powiedział sobie w duchu Jeremy i
spojrzał z ukosa na Kompana. Jego mina mówiła mu, że Kompan
myślał dokładnie o tym samym.
Po chwili wiadomość o tym co się ma stać dotarła do
wszystkich klubowiczów. No, powiedzmy że dotarła... w każdym
razie ją usłyszeli, a to co przebiło się do nasączonych
"sokiem" mózgów to już prywatna sprawa każdego z
nich. Szli po schodach piramidy jeden za drugim prowadzeni przez
pomocników kapłanów. Pierwszy był olbrzym niosący
nieprzytomną Winet, następny był Kant, potem Kompan, Jeremy,
The X i cała reszta. Między nimi szli ludzie z bębnami
wybijający rytm. Całość układała się w niezwykły korowód
idący po schodach w takt uderzeń bębnów i śpiewający
jednostajne pieśni.
Dotarli na górę po parunastu minutach marszu. Ich oczom
ukazało się wejście do świątyni w której się zjawili
tydzień temu. Obok stał ołtarz, z którego unosiły się dymy
i ogromny kamień pokryty czymś czerwonym. Czymś, co na pewno
nie było ketchupem...
Jeremy rozejrzał się po twarzach przyjaciół. Wyrażały
przestrach, napięcie, lub zupełne otępienie, w zależności od
tego ile wcześniej wypili. Pomocnicy kapłanów ustawili
klubowiczów w szeregu i zeszli po schodach w dół. Ten, który
niósł Winet podszedł i delikatnie położył ją na ofiarnym
kamieniu, po czym odsunął się parę kroków. Do kamienia
podszedł najwyższy kapłan recytujący, lub raczej śpiewający
jakąś inwokację. Winet spała spokojnie, nieświadoma tego, co
się z nią dzieje. Kantowi obserwującymi to wszystko
rozszerzyły się wszystkie żyłki na czole.
- Nie zamierzasz nic zrobić?
- Jeszcze nie. Niech nikt z was się nie rusza, aż dam znak. -
Rozejrzał się dookoła patrząc czy kapłani nie nabrali
żadnych podejrzeń. Dopiero dużo później przypomniał sobie
że przecież nikt z kapłanów nie rozumiał ich mowy.
- Co ty chcesz zrobić? Zaraz ją zabiją!
- Wiem co robię. A teraz uciszcie się!
Kapłan przy Winet najwyraźniej doszedł do kulminacyjnego
punktu swojej pieśni.
- Kompan. Jak to się zacznie biegnij natychmiast po swoją
wyrzutnię i wal w kogo tylko możesz. Najlepiej zacznij od tego
olbrzyma.
Kompan skinął głową. Kapłan wyjął skinął na jednego z
pomocników, zaś ten podszedł do niego niosąc uroczyście w
rękach kamienny nóż o szerokim ostrzu.
Jeremy sprężył się do skoku. Kątem oka zauważył, że co
bardziej przytomni towarzysze zrobili to samo.
Najwyższy kapłan uniósł nóż w powietrze i skierował jego
ostrze w stronę Winet wrzeszcząc swoje modły na całe gardło.
Pozostali kapłani i pomocnicy padli na ziemię.
Jeremy skoczył w kierunku kamienia. W tą samą stronę pobiegli
Kant, X-man i Mr X. Kompan widząc to, rzucił się do wnętrza
świątyni. Kilku klubowiczów rzuciło się w stronę modlących
się kapłanów i ich pomocników, paru stało ogłupiale
patrząc się na to, co się działo wokół. Na ten widok nawet
najbardziej pijanym wywietrzał alkohol z organizmu.
X-man wyprzedził Jeremy'ego i dopadł kapłana pierwszy.
Wytrącił mu nóż z ręki i popchnął na skraj piramidy, ale
przewrócił się przy tym i padł na kamienie z głośnym
jękiem. Kapłan zawył i z obłędem w oczach zaczął się
rozglądać za nożem. W momencie gdy się po niego schylał,
dopadł go Jeremy i popchnął w kierunku krawędzi piramidy.
Kapłan stracił równowagę i z wrzaskiem spadł w dól
uderzając o skalne bloki. Po kilku uderzeniach wrzaski ustały.
W tym czasie Kant i Mr. X wpadli na stojącego obok olbrzyma, ale
ten zrzucił ich jednym szarpnięciem i ruszył w kierunku nieco
oszołomionego Jeremy'ego. Chwycił go za szyję i podniósł na
wysokość swojej głowy. Stopy Jeremy'ego uniosły się jakieś
pół metra ponad podłoże, a on sam poczuł że nie może
zaczerpnąć powietrza. Szarpnął się rozpaczliwie, ale silna
dłoń nie puszczała. Jeremy'emu zaczęły migotać przed oczami
czarne plamy. W odruchu rozpaczy szarpnął się jeszcze raz i
jęknął głośno po tym, jak uderzył o ziemię. Przez moment
oślepił go jasny błysk. Po dłuższej chwili odzyskał nad
swoim ciałem kontrolę na tyle, że mógł wstać. Pierwsze co
zobaczył to cielsko olbrzyma leżącego bez świadomości obok
niego. Rozejrzał się i zobaczył klubowiczów tłukących się
z kapłanami. Pod drzwiami świątyni stał zaś Kompan z
wyrzytnią i machał do niego. Jeremy zrozumiał - odmachał do
Kompana który właśnie celował do jednego z kapłanów
bijącego się z Duncanem. Kompan mierząc kątem oka zobaczył
Jeremy'ego machającego w jego stronę i odruchowo zadrżała mu
ręka.
To wystarczyło aby wiązka energii z wyrzutni trafiła prosto w
Duncana.
Kompan zaklął pod nosem i wymierzył dokładniej. Cztery
kolejne strzały były nieco bardziej precyzyjne - dwóch
kapłanów i jeden strażnik pocałowali ziemię.
Do reszty kapłanów najwyraźniej dotarło, że mają do
czynienia z boskimi istotami. Padli na kolana wyśpiewując
jakieś pochwalne pieśni.
Jeremy podbiegł do kamienia i próbował obudzić Winet - nie
dał rady.
"Jest zbyt pijana. I co ja teraz zrobię?" -
pomyślał zmartwiony. Nagle przypomniał sobie olbrzyma
niosącego Winet jak piórko.
"Hmm... Skoro jemu się udało to ja nie powinienem
mieć problemów..." - wziął delikatnie Winet na
ręce. Ugiął się mocno, ale po chwili wyprostował się.
Stwierdził że może iść całkiem swobodnie. Kant widząc to,
podbiegł do niego.
- Nic jej nie jest?
- Nie. Jest tylko kompletnie zalana.
- Dziwisz się? Nigdy w życiu nie wypiła nawet jednego piwa.
Dasz radę ją nieść?
- Chyba tak, ale lepiej będzie jak znajdziemy jakieś nosze...
- Wiesz, dziwię się dlaczego ta wódka tak słabo na nas
podziałała. Przecież oprócz Winet, żaden z nas nie jest
właściwie pijany.
- Cóż... Żeby upić Polaka potrzeba czegoś więcej niż
samogonu, nie uważasz?
- Zgadza się... - Kant uśmiechnął się pod nosem i nagle
rozejrzał się z niepokojem - Chodźmy już lepiej. Ten zachwyt
Azteków nie potrwa długo.
Kapłani nadal leżeli na ziemi i bili pokłony.
- Ale gdzie pójdziemy? - spytał Albert, który właśnie
przyszedł.
- Pójdziemy do tej świątyni na południu. Jeżeli ta historia
z UFO jest prawdziwa, to będziemy mogli stamtąd wrócić do
naszych czasów.
- A jeżeli nie? - Alber nadal miał wątpliwości
- Tym będziemy się martwić później - zbył go Kant, ale i on
zamarł na myśl o takiej perspektywie. Reszta życia bez piwa i
internetu...
- Wszyscy gotowi? Macie swoje rzeczy? - spytał się Kant, po tym
jak zebrał całą drużynę razem. Odpowiedział mu zgodny chór
głosów.
- Niech ktoś weźmie rzeczy Winet i mój plecak. - krzyknął
Jeremy
- Mam je tutaj. - odrzekł Ufok
- Świetnie. Plecak wezmę sam. - położył Winet na chwilę na
ziemię i założył plecak, po czym podniósł ją z powrotem. -
Rany... Naprawdę musimy znaleźć dla niej jakieś nosze...
Okay, jestem gotowy.
- To chodźmy. Kompan - strzelaj do każdego kto będzie
podskakiwał. - Kant ruszył po schodach piramidy. Obok niego
szedł Kompan z gotową do strzału armatą, dalej reszta
klubowiczów. Pochód zamykał Jeremy mamroczący coś pod nosem.
Przeszli przez miasto w milczeniu obserwowani przez ludzi. Obok jednej z chat znaleźli coś, co mogło posłużyć za nosze i dalszą drogę Winet spędziła niesiona przez Wojt@sa i X-Tomcia. Wprawdzie przy południowym moście prowadzącym z miasta próbował ich zatrzymać wojownik, który wcześniej zalecał się do Winet, ale po chwili pływał on w jeziorze. Okrążyli jezioro i skierowali się na południe nie krępowani przez nikogo.
Szli przez zupełne pustkowia przez dłuższy czas. Gdy
zapadły już niemal całkowite ciemności, ujrzeli wreszcie
przed sobą ścianę drzew.
- Boże, już dalej nie idę. - Jeremy zrzędził tak od
dłuższego czasu.
- Uspokój się. Rozbijemy obóz, jak tylko dojdziemy do lasu. -
Kant miał już dość jego zawodzenia. Głównie dlatego że
przypominało mu to jak bardzo jest sam zmęczony. W dodatku po
ich ostatnich przejściach poziom adrenaliny w krwi klubowiczów
znacznie zelżał i do głosu znowu zaczął dochodzić pewien
związek organiczny z grupy alkoholi. Tylko że tym razem
objawiło się to nie rozweseleniem, a ogólną apatią i
narzekaniem na wszystko.
Po chwili weszli między drzewa. Szum gałęzi działał na
wszystkich tak kojąco, że starczyło im sił tylko na delikatne
położenie noszy ze śpiącą wciąż Winet na trawie u rzucenie
bagaży na jeden stos. Każdy padł na ziemię tam gdzie stał i
po chwili zza drzew słychać było tylko mocne chrapanie.
* * *
Promienie słońca przebijały przez
gałęzie drzew sunąc leniwie po trawie. Któryś z wyjątkowo
złośliwych zjechał na twarz Jeremy'ego, który mruknął coś
niezrozumiałego i otworzył oczy.
W jego głowie wybuchła bomba, a zaraz po tym zagrały mu mixy
Carla Orffa i Ryszarda Wagnera wykonane w stylu heavy metal.
- Jeeezu... - Przyłożył do głowy pierwszy przedmiot który
nawinął mu się pod rękę. Gdy ból zelżał na chwilę,
okazało się że trzyma przy głowie kamień. Odrzucił go i z
trudem wstał.
Po chwili wahania, świat przed jego oczami również zdecydował
się na przyjęcie pozycji pionowej i wyostrzył się na tyle,
że Jeremy mógł zobaczyć gdzie się właściwie znajduje.
Zobaczył 14 chłopaków rozwalonych gdzie popadnie wśród
tropikalnych drzew i dziewczynę leżącą na noszach. W ciągu
ułamka sekundy przypomniał sobie wszystko, co działo się
przez ostatnie półtorej tygodnia.
"Więc to jednak nie sen. Siedzę w
środkowoamerykańskiej dżungli na długo przed tym, nim
wylądował tu Kolumb. A znalazłem się tu razem z 15-toma
ludźmi, których dotychczas znałem tylko przez Internet dzięki
pewnemu sukinsynowi korzystającemu z technologii obcej
cywilizacji. I mam potężnego kaca."
Przeszedł parę kroków i zaczął się przyglądać śpiącym
klubowiczom. Znał ten rodzaj snu i był dość zaniepokojony.
"Jeżeli góral podhalański, jakim jestem - no,
powiedzmy że jestem - ma takiego kaca, to oni będą dzisiaj
umierać przez parę godzin. A Winet pewnie przez cały dzień."
Przerwał rozmyślania i rozejrzał się po okolicy. Niewielka
polanka na której zasnęli zewsząd otoczona była gęstym murem
drzew i krzaków jakie Jeremy widział dotychczas tylko na
filmach przyrodniczych. Nagle wydało mu się że słyszy szum.
Wytężył słuch i rzeczywiście - gdzieś w pobliżu musiała
płynąć rzeka.
"Dobrze, woda jest, tylko w czym ja ją przyniosę?"
Rzucił okiem na porozwalane wokół toboły klubowiczów.
"Może tam się coś znajdzie? W moim plecaku jest chyba
jeszcze butelka z resztką Fanty..."
Poszukiwania dokonane bez pozwolenia właścicieli zakończyły
się pełnym sukcesem. Jeremy objuczony butelkami zaczął się
przedzierać przez dżunglę. Po paru minutach przeklinania,
narzekań i modlitw, ujrzał wreszcie widok który pozwolił mu
zapomnieć o mękach ostatnich kilkuset metrów.
Rzeka na którą się natknął wypływała z niewielkiego
jeziora, do którego wpadał najwspanialszy wodospad jaki
widział w życiu. Chmura wody przez którą prześwitywało
słońce tworzyła tęczę obejmującą swoim łukiem całe
jezioro. Jeremy zanurzył w krystalicznie czystej wodzie
obolałą głowę, po czym wstał i zaczął nabierać wody do
butelek. W trakcie tej czynności przyszedł mu do głowy plan
zdobycia śniadania. Pozostawało tylko wprowadzić go w życie.
Jakieś dwie godziny później Jeremy siedział już na
polanie, układając porzucone bagaże klubowiczów w jeden stos.
Pułapki podpatrzone w qltowym serialu "Mac Gyver"
okazały się znakomitym pomysłem. Nad ogniskiem smażyły się
kawałki mięsa wydzielając silny i bardzo przyjemny zapach. To
właśnie ten zapach sprawił, że Winet zaczęła się kręcić
na noszach i po chwili usiadła. Rozejrzała się dookoła z
przerażeniem, ale uspokoiła się widząc śpiących
klubowiczów i Jeremy'ego przy ognisku. Wstała, a przynajmniej
spróbowała wstać.
- Gdzie jesteśmy? O Boże... moja głowa... Ale chce mi się
pić. Co się stało?
- Nie wstawaj. Odpowiadając na twoje pytania, jesteśmy jakieś
10 km na południe od jeziora Xaltocan, czy jak je nazywałaś.
Boli cię głowa i chce ci się pić bo masz kaca-giganta, a co
do tego, co się stało, to już dłuższa historia.
- Jakiego kaca? Przecież ja nic nie piję. - znowu próbowała
wstać, ale opadła na ziemię - Paskudnie się czuję... muszę
się czegoś napić.
- Musi wystarczyć ci woda, bo nie ma nic innego. No, chyba że
potrafisz z tutejszych roślin przyrządzić jakiś napój. Byle
nie to, co piliśmy wczoraj wieczór...
- Chwila, coś mi się przypomina... Jedliśmy kolację, był
też jakiś pyszny sok... Masz go jeszcze? - Jeremy pokręcił
głową.
- Lepiej żebyś go już nigdy nie piła... To przez niego masz
ten ból głowy.
- Przez niego? Ah, więc to musiało być pulque.
Aztekowie używają tego podczas świąt i oszałamiania ofiar.
To mi przypomina że miało być jakieś święto na naszą
cześć. Było?
- Owszem. Wprawdzie nie na naszą cześć, ale mieliśmy być
głównym punktem programu.
- ???
- Eee... Nie wiem jak to powiedzieć.
- Najlepiej prosto z mostu.
- No dobrze. Chcieli nas złożyć w ofierze.
- ŻE CO?!?
- Dokładnie. Jak się czujesz?
- Wstrząśnięta... Jak nam się udało uciec?
- Dzięki Kompanowi. Przekonał tubylców że naprawdę jesteśmy
wysłancami bogów. - obejrzał się i jęknął - Geez...
Śniadanie się przypali! Chcesz trochę?
- Nie mam apetytu.
- Musisz coś zjeść, bo padniesz po drodze.
- Dobra. Co tam zrobiłeś?
- Aaa... udało mi się coś upolować. Bierz i jedz.
- Niezłe. Chciałabym wiedzieć z czego to zrobiłeś.
"Uwierz mi. Nie chciałabyś... Ale rzeczywiście nie
jest złe, smakuje troche jak kurczak. Kto by pomyślał?"
Powoli zaczynała się budzić reszta ekipy. Tak jak Jeremy
podejrzewał niemal wszyscy byli w opałakanym stanie. Niektórzy
jednak byli w zadziwiająco dobrej formie.
"Albo tylko trzymają pozę. Ale to wkrótce wyjdzie na
jaw, nie można wiecznie udawać twardziela."
Przygotowane przez Jeremy'ego śniadanie zniknęło w mgnieniu
oka. Po posiłku PeaceMaker rozciągnął się na trawie.
- Ale zajebisty piknik... Prawdziwy zlot X-Klubu pełen
przyjemności i spraw para...
- Wolałbym jednak aby następne zloty były mniej para. -
stwierdził WolfCub - ale rzeczywiście jest tu miło. Chyba się
jednak nie obrazicie, jeżeli następny zlot zorganizujemy już w
Polsce?
- Jeżeli uda nam się tam wrócić. - odparł ponuro Mr X.
- Z pewnością. Winet, będziesz w stanie odnaleźć tę
świątynię? - przypomniał sobie Kompan.
- Nie jestem pewna. Kapłan próbował mi tłumaczyć, gdzie ona
jest, ale nie wiem czy dobrze zrozumiałam.
- No to zajebiście... - mruknął PeaceMaker - Zaraz... co to za
zapach? Jakbym był w szatni sprinterów...
- Cóż... To chyba my... - odparł zakłopotany MaYkel - Nic
dziwnego. Nie braliśmy porządnej kąpieli od czasów wyjazdu.
- W pobliżu jest jezioro, woda ciepła, można się wykąpać.
Mamy chyba dość czasu aby znaleźć tę świątynię.
- Hmm... Nie zapomnieliście o mnie? - spytała nieco zirytowana
Winet
- Cóż. Chyba będziesz musiała poczekać aż wrócimy.
Później jezioro należy do ciebie.
Kant obruszył się nieco na taki brak skrupułów u Jeremy'ego.
- Czy to nie my powinniśmy poczekać?
- No urządzimy głosowanie. Kto jest za tym aby faceci pierwsi
poszli się popluskać? - Jeremy wyciągnął rękę. Zobaczył
że pozostali robią tak samo.
Kant popatrzył na Winet i zdecydował że za nic w świecie nie
podniesie ręki. Nagle skrzywił się z bólu i w oczach
pojawiły mu się łzy. Ktoś z tyłu uszczypnął go mocno
wyraźnie dając do zrozumienia że powinien trzymać ze swoimi.
Podniósł rękę i ból ustał.
- Doskonale. Zadecydowano większością. Poczekaj tu na nas - to
nie potrwa długo. - odparł Jeremy i pobiegł przez drzewa.
Reszta chłopaków ruszyła za nim. Kant mijając Winet mruknął
coś przepraszająco i jako ostatni wszedł w zarośla.
Winet została sama ze swoimi myślami. Nie były one miłe.
Dotyczyły głównie Jeremy'ego i takich słów jak
"uduszę", "zamorduję",
"zatłukę". Winet ogólnie nienawidziła przeklinania,
ale teraz miała na to wielką ochotę. Dlaczego nie zabrała
kostiumu kąpielowego? Głupie pytanie... Przecież w listopadzie
raczej nie pływa się w jeziorze. Siedząc na trawie jej wzrok
padł na poukładane w stos bagaże. Bagaże... A wśród nich
jej plecak z nienaruszoną zawartością. A przecież w plecaku
leżała sobie bardzo wygodna indiańska sukienka. Podobno
nadawała się do wszystkiego. A może by tak sprawdzić jej
przydatność...
Tymczasem nad jeziorem panował niezły tłok. Właściwie nie
tyle nad jeziorem co w jeziorze. Klubowicze mocząc się w wodzie
odkryli że taka kąpiel to najlepsze lekarstwo na kaca, więc
nie śpieszyli się zbytnio. Albert spłukujący właśnie z
siebie pozostałości pamiętnego tygodnia rozmarzył się
leżąc na tafli wody.
- Ech... można tu siedzieć całe życie. Co z tego? Jeżeli
chcemy wrócić do domu, musimy dotrzeć do tej świątyni w
ciągu dwóch dni. Zaraz... Kto to jest? - na górze, w miejscu
gdzie zaczynał się wodospad, jakieś 5 metrów nad nimi
pojawił się jakiś cień. Bardzo znajomy cień.
- Cześć chłopaki!!! Jaka woda?
- Winet?!? Co ty tu robisz?
- Przyszłam popływać. Nie martwcie się - nie będę
przeszkadzać.
- Eee... Może wrócisz za parę minut - X-Tomcio ukradkiem
zerkał w kierunku brzegu.
Winet zdziwiła się nie wiedząc o co mu chodzi. Dopiero po
chwili zobaczyła leżące na brzegu ubrania poukładane w
niewielkie stosy. W tych stosach było wszystko.
Zaśmiała się głośno i skoczyła w dół. Rozchlapująca się
na wszystkie strony woda przez chwilę zalała wszystkim oczy.
Kiedy już mogli cokolwiek widzieć, okazało się że Winet
zniknęła.
- Ej! Gdzie ona jest??? - Kant rozejrzał się dookoła, ale nie
mógł jej nigdzie dostrzec. Nagle woda jakiś metr przed
Jeremy'm zakotłowała się. Chwilę później pojawiła się tam
roześmiana Winet.
- Czeeeść! - wrzasnęła prosto w twarz zaskoczonemu
Jeremy'emu. Nie zareagował. Na jego twarzy malował się wyraz
absolutnego szoku, a oczy zamieniły się w parę spodków. Z
nosa spłynęła mu strużka krwi.
Stojący dalej Wojt@s zainteresował się płynącym wzdłuż
rzeki brązowym kształtem.
- Ej! Czy to nie...
- MOOOOOOOJA SUKIEEEEENKA!!! - wrzask Winet
przepłoszył wszystkie zwierzęta w promieniu kilku kilometrów.
Dziewczyna zanurkowała ochlapując wszystkich wodą i schowała
się pod wodospadem.
- Odwróćcie się, proszę... - dobiegło ich zza słupa wody.
[niezły wyczyn, biorąc pod uwagę huk wody]
- Okay, okay... - Jeremy doszedł już do siebie i wbił wzrok w
ścianę drzew. Pozostali zrobili to samo.
- Moglibyście już wrócić do obozu i poczekać na mnie? -
Winet próbowała przekrzyczeć wodospad - Ktoś z was mógłby
mi tylko zostawić jakieś ciuchy. Oddam niedługo. Obiecuję
- O ile zauważyłaś, to wiesz że nasze ubrania też leżą na
brzegu. Poza tym w czym ten ktoś wróci do obozu? - Kant miał
niejasne uczucie, że to o nim mowa.
- Hmm... Wygląda na sytuację patową... Mi się nigdzie nie
śpieszy. - Kompan oparł się o jeden z kamieni i rozłożył
się wygodnie w wodzie.
- No co wy...
Winet przekomarzała się z chłopakami jescze przez parę minut,
ale w końcu odechciało jej się. Zdecydowała się nawet
wystawić głowę spod wodospadu i obserwowała z ciekawością
klubowiczów rozmyślając, kogo pierwszego ruszy sumienie.
Pierwszy ruszył się Jeremy, ale bynajmniej nie z powodu
wyrzutów sumienia. Klubowicze zobaczyli tylko jak wpatrujący
się gdzieś w las Jeremy nagle blednie i wyskakuje z rzeki
pędząc do swojego stosu ubrań. Na ten widok wszyscy nie
wyłączając Winet wybuchnęli śmiechem, dopingując go
głośno do szybszego biegu. Jeremy dobiegł do swoich łachów,
chwycił je w ręce nie zakładając nawet na siebie i odskoczył
na bok na chwilę przed tym, jak w miejsce gdzie leżały jego
ubrania, trafiła błękitna kula energii.
Reszta ekipy natychmiast przestała się śmiać i rzuciła się
w kierunku brzegu, jedynie Winet nie ruszyła się z jeziora,
tylko schowała głębiej pod wodospadem. WolfCub biegnąc
odwrócił się i zobaczył wyłaniające się z lasu sylwetki.
Klubowicze dopadli brzegu i na wyścigi zaczęli się ubierać, a
następnie uciekać do lasu. Jeremy, jako że był kiepskim
sprinterem został nieco z tyłu, zaś kiedy się odwrócił
ujrzał przybyszy na tyle wyraźnie, że w jakiś sposób
podwoił szybkość swojego biegu. Mimo wszystko nie pomogło mu
to. Kolejny strzał trafił go w plecy i Jeremy upadł na
ziemię.
Kant i Kompan biegli ramie w ramię przedzierając się przez
gałęzie. Kant co chwila oglądał się za siebie.
- Nie powinniśmy zostawiać tam Winet. A jeżeli oni ją
złapią?
- Chyba pobiegli za nami. Poza tym co byś im zrobił?
Widziałeś tę broń? To nie są tubylcy...
- Więc co zrobimy?
- Wrócimy tam jak tylko odzyskam miotacz.
Dobiegli do obozu jako pierwsi i Kompan bez chwili wahania
zaczął szukać swojej wyrzutni - znalazł ją bez trudu. Po
chwili na miejscu byli wszyscy oprócz Winet, Jeremy'ego,
X-Tomcia i MaYkela.
- Gdzie oni są? Widzieliście ich??? - Kant przerażony
rozglądał się dookoła.
- X-Tomcio i MaYkel biegli tuż za mną. Jeremy został chyba z
tyłu. - The X klęczał na ziemi i z trudem łapał oddech.
- Winet została pod wodospadem - powiedział X-man - Co teraz
zrobimy?
- Wrócimy tam. Nie możemy ich tak zostawić. - oczy Mesjaha
miały barwę stali. Malowała się w nich zawziętość.
Odpowiedziało mu grupowe skinienie głów na znak zgody. Nagle
zza drzew wystrzeliła kolejna kula energii trafiając Wojt@sa
który upadł na ziemię. Druga wystrzelona w tym samym czasie
dopadła Mr X'a. Kompan szybko obrócił się i wypalił pełną
serię w kierunku drzew, zza których strzelano. Usłyszał
dziwny krzyk i wypalił jeszcze kilkukrotnie. Po ostatnim strzale
usłyszał kolejny podobny wrzask i zapadła cisza. Myśląc że
to już koniec, Kompan odwiesił broń. Pomylił się - kolejna
kula energii trafiła go prosto w głowę.
Kant widząc to doskoczył do niego i potrząsnął mocno. Kompan
lezal nieprzytomny. Gdy Kant uniósł głowę zobaczył
wyłaniające się z lasu trzy postacie z dziwną bronią w
rękach. Kątem oka zobaczył też X-mana rzucającego się ze
swoim szpikulcem (tym kupionym na targu u Rosjan po okazyjnej
cenie) na najbliższego z nich. Przybysze byli jednak zbyt
zainteresowani Kompanem, aby zauważyć X-mana, który właśnie
dopadł jednego z nich i zatopił ostrze w jego karku. Rozległ
się wrzask, dokładnie taki jak przedtem słyszeli, tyle że
głośniejszy i bardziej przenikliwy. Pozostali dwaj jak na
komendę obrócili się i wypalili jednocześnie ze swojej broni.
Trafiony X-man poleciał do tyłu i upadł na ziemię, ale w
odróżnieniu od poprzednich nie cicho, tylko z głośnym
wrzaskiem.
Kant widząc to, chwycił miotacz który upuścił Kompan i
założył sobie na rękę podobnie, jak robił to Kompan.
Modląc się w duchu, o szybkie załapanie obsługi tej broni,
wycelował w kierunku obcych i zaczął naciskać coś, co
przypominało spust. Z miotacza poszybowały zielone kule i
pomknęły w kierunku obcych. Kant naciskał spust raz za razem,
aż nagle zdał sobie sprawę, że wyrzutnia już nie strzela.
Odrzucił ją i popatrzył tam, gdzie wcześniej byli przybysze.
Na ziemi leżały trzy ciała. Jedno należało do tego, któremu
X-man wbił w kark ostrze. Ciało to powoli rozkładało się,
zamieniając się w zielonkawą kałużę. Obok leżeli pozostali
dwaj porażeni strzałami Kanta.
Kant przypadł do leżącego Kompana i zaczął nim mocno
potrząsać. Na szczęscie Kompan okazał się tylko lekko
oszołomiony i po paru minutach mógł nawet stanąć na nogi.
Wprawdzie oparty na ramieniu Duncan'a, ale jednak w pionie.
Podobnie udało się dobudzić Wojt@sa, któremu pomagał iść
PeaceMaker. Z X-man'em był większy kłopot. Podwójna dawka
energi wypaliła mu dziurę w koszuli i solidnie poparzyła.
Wprawdzie oprzytomniał, ale każde dotknięcie klatki piersiowej
powodowało dotkliwy ból.
Albert podszedł również do obcych i zbadał ich z grymasem
strachu i obrzydzenia na twarzy.
- Chyba nie żyją. - obrócił się w kierunku Kanta, który
zbladł w tym momencie jak płótno i opadł na kolana.
- Jezu Chryste... Zabiłem człowieka...
- To nie byli ludzie. - Kompan uniósł głowę z trudnością -
Ten miotacz nie zabija ludzi, ani zwierząt, nawet jeżeli trafi
się kilka razy. Zabija natomiast tych, przeciw którym był
zaprojektowany. - wskazał palcem na podobiznę Szaraka
narysowaną na lufie.
- A więc to byli Oni? - Mr X przyglądał się ciekawie ciałom.
Istotnie, nie przypominali zbyt ludzi. Ciała mierzyły ponad 2
metry wzrostu i były niezwykle umięśnione. Skóra miała
barwę ciemnego brązu i w wielu miejscach była zrogowaciała
tworząc coś w rodzaju pancerza. Poza tym Obcy nie nosili
żadnego ubrania i byli kompletnie pozbawieni owłosienia. Na
prawym nadgarstku czteropalczastej dłoni, mieli zamontowane
dziwne pistolety. Między drzewami zza których wyszli, WolfCub
znalazł jeszcze dwa ciała.
- Musimy ich pochować. - Kant podniósł się wreszcie z kolan.
- Chyba żartujesz. Musimy się stąd zmywać. Musimy odnaleźć
Winet i resztę. Musimy wrócić do domu! To musimy zrobić!!! -
wrzasnął Ufok.
- Nie zostawię ich tutaj. Nawet jeśli nie byli ludźmi!
- Nie będzie czego pochować. Patrzcie! -
dobiegł ich z tyłu głos Mr X'a. Odwrócili się w tamtą
stronę, akurat żeby zobaczyć jak ciała zamieniają się w
zieloną ciecz. Za chwilę po ciałach nie było ani śladu.
- No więc problem z głowy. Chodźmy teraz poszukać innych. -
Kompan mogł już chodzić o własnych siłach. Podniósł
wyrzutnię i obejrzał wyświetlacz przy kolbie. - Jeżeli
spotkamy któregoś z nich, to po nas. Wyładowały się baterie,
a na ponowne naładowanie potrzebuję gniazdka 220V i dwóch dni.
- Schował wyrzutnię do plecaka i ruszył przez gąszcza w
kierunku jeziora. Pozostali również podążyli za nim. Pochód
zamykał milczący Kant, idąc ze zwieszoną głową.
Po paru minutach marszu znaleźli X-Tomcia i MaYkela leżących
obok siebie. Jeremy leżał samotnie kilkaset metrów dalej.
Całą trójkę bez problemu doprowadzono do stanu przytomności.
The X, który budził Jeremy'ego, opowiedział wszystko co się
stało i podał mu chustkę.
- Masz. Nos nadal ci krwawi. Uderzyłeś się w coś?
- Nie... To z powodu... uhm... szoku... Gdy Winet wyskoczyła z
wody tuż przede mną... - Jeremy się zaczerwienił na samo
wspomnienie i nagle przypomniał sobie. - Winet! Co z nią? Nie
ma jej?!?
The X pokręcił głową.
- Ostatnim razem widzieliśmy ją pod wodospadem. Nie pobiegła
za nami, a Obcy chyba jej nie zobaczyli. Mam nadzieję że nic
się jej nie stało.
Ruszyli dalej i po chwili wszyscy byli pod wodospadem.
- Winet!!! - Kompan rozdarł się na całe gardło i po chwili
zza wodospadu wychyliła się głowa.
- Jestem tutaj!
- Już jest bezpiecznie. Wychodź!
- Macie moje ubranie?
- Ups... Sorry. Zapomnieliśmy. Gdzie je położyłaś?
- Obok bagaży w obozie.
- Okay. Zaraz je będziesz mieć. A potem wynosimy się stąd!
Ufok pobiegł szybko i dostarczył wszystko w ciągu paru minut.
Zgodnie z prośbą Winet (chociaż sprzecznie z własnymi
chęciami) wszyscy odwrócili się na chwilę. Usłyszeli odgłos
kroków w wodzie, a następnie szuranie ubrań. Po paru minutach
Winet się odezwała.
- Dobra. Możecie się odwrócić.
Wszyscy odwrócili się i zobaczyli Winet ubraną w swoje stare
ciuchy, choć kompletnie mokrą. Teraz ona zdziwiła się na
widok ich twarzy.
- Biliście się z tymi potworami na pięści, czy co?
- ??? - reakcja wszystkich była jednakowa.
Dopiero po chwili dotarło do nich o czym mówiła Winet.
Spojrzeli na siebi i roześmieli się głośno. Twarze wszystkich
były mocno podrapane i posiniaczone od przedzierania się przez
gałęzie.
Winet zwróciła uwagę na Kanta stojącego samotnie z tyłu i
pomachała wesoło do niego. On uśmiechnął się krzywo i
spuścił głowę. Winet zaskoczyło takie niecodzienne
zachowanie prezesa. Podeszła do stojącego obok MaYkela.
- Co mu się stało?
- Zabił dwóch obcych i bardzo się tym przejął.
- Nie...
- Uratował nam wszystkim życie.
Winet podeszła do prezesa i położyła mu rękę na ramieniu.
Ten odwrócił się i popatrzył się na nią mętnym wzrokiem.
Wyraz twarzy wskazywał, że myślami Kant był zupełnie gdzie
indziej.
- Zrobiłeś to co musiałeś. Gdyby nie ty, nie wiadomo gdzie
byśmy teraz byli. Moglibyśmy już nie żyć.
Kant popatrzył na nią przez chwilę, po czym obrócił się i
usiadł na trawie.
- Zostaw mnie w spokoju...
Winet widząc że nie może mu pomóc zwiesiła głowę i
odeszła. Wszyscy oprócz Kanta zebrali się w grupie nad
jeziorem.
- Co teraz zrobimy? - spytał The X
- Pójdziemy do tej świątyni. - Kompan na czas duchowej
nieobecności prezesa został niepisanym przywódcą grupy. -
Odbywają się do niej przynajmniej co miesiąc pielgrzymki,
prawda? - Odpowiedziało mu skinienie głów. - A więc musi tam
prowadzić droga. Świątynia leży na południe od miasta. My
właśnie tak szliśmy. Musimy znaleźć tę drogę.
- Pamiętam że przez dłuższy czas szliśmy po czymś co
wyglądało jak trakt. Było ciemno, a ja byłem wykończony, ale
to chyba była ubita droga. - Jeremy przypomniał sobie
szczegóły z wczorajszej wędrówki.
- W takim razie ruszamy, i to najlepiej teraz. Jest już
południe i wkrótce będzie tu prawdziwe piekło. Nie wiem, czy
zdołamy dotrzeć dziś do tej świątyni. Nabierzcie tylko do
butelek tyle wody ile się da i oszczędzajcie ją w czasie
marszu. Idziemy.
W ciągu pół godziny klubowicze pozbierali swoje rzeczy i
nabrali tyle wody, ile mogli. Gdy wszyscy byli już gotowi,
Kompan dał sygnał do wymarszu.
W momencie gdy wychodzili z polany na której nocowali, zza drzew
dobiegł ich jakiś szelest. Mr X, który był najbliżej
wskoczył tam i po chwili klubowiczów dobiegł wysoki pisk i
kilka przekleńst Mr X'a.
- Kogo tam masz? - zainteresowali się wszyscy.
- Cholera. Taka mała, a tak gryzie... Hej! Skąd ja cię znam? -
mruknął Mr X wyciągając za włosy młodą dziewczynę.
Kant, który właśnie wychodził zza drzew, na widok dziewczyny
rozszerzył oczy ze zdumienia.
- Annai??? Co ty tu robisz? X, puść ją!
Mr X puścił dziewczynę, która podbiegła do Kanta i uwiesiła
mu się na szyi.
- Jesteś... A myślałam że już cię nie widzę...
Wszyscy osłupieli słysząc jej całkiem niezłą, choć
niedokładną polszczyznę.
- O co chodzi Annai? Szukałaś nas?
- Tak. Do Tenochtitlan przybywają bogowie wczoraj. Chcą waszej
śmierci, mówią że sprzeciwiliście się ich woli, że
zabiliście ich braci. Ale to źli bogowie, a ty jesteś dobry i
twoi przyjaciele też. Mówią, że nie możemy pozwolić, abyś
dotarł do świątyni na czas święta, dlatego każą nam
świętować tam dziś o zachodzie słońca. Przychodzę ci o tym
mówić, bo jest późno, a droga daleka. Człowiek nie mógłby
zdążyć, ale ty możesz wszystko. Musisz tam iść, Kant...
- Dziś wieczór?!? Gdzie jest ta świątynia?
- Pół dnia marszu drogą. Zaprowadzę was do drogi. Idźcie
już.
Kant spojrzał w jej twarz i zobaczył strach. Zrozumiał
dlaczego - sprzeciwiła się woli bogów i zostanie ukarana.
Chyba że...
- Annai, nie musisz tu zostawać. Chodź z nami. - Kant zdał
sobie sprawę, że się czerwieni. Wyraz twarzy Annai zmienił
się na jeszcze większy strach.
- Nie, nie mogę. Ty jesteś Wysłańcem Bogóa, a ja
człowiekiem. Jesteś dobry, ale nie mogę iść z tobą. Wielki
wojownik musi podróżować sam, by móc walczyć ze złymi
bogami.
- Wielki wojownik??? - Kant nie zrozumiał ostatniego zdania.
Był pewien, że Annai coś przekręciła, ale nie przypominał
sobie, aby ona kiedykolwiek się pomyliła w czasie jego nauki.
- Ty jesteś wielkim wojownikiem. Walczysz ze złymi bogami,
którzy od lat nas niewolą. - pociągnęła go za koszulę, aż
schylił się do wysokości jej głowy i zawiesiła mu na szyi
dziwny medalion. - Weź go. To było mojego ojca, który
próbował z nimi walczyć i zginął, ale ty jesteś mocniejszy
i wygrasz. Dziękuję ci bardzo.
Pocałowała go i podbiegła do Mr X'a. Dotknęła jego ręki, na
której widniał krwawy ślad po ugryzieniu.
- Przepraszam za to. Przestraszyłam się, że jesteś złym
Wysłańcem Bogów. Wybaczysz mi?
- Jasne... Nic się nie stało. - Mr X był strasznie
zakłopotany.
Twarz małej Annai rozjaśnił uśmiech. Wskazała palcem jakieś
miejsce na pustkowiach.
- Tam jest droga. Śpieszcie się, bo nie zdążycie na czas.
Będę się modlić o wasze zwycięstwo. - po czym pobiegła w
zarośla i znikła im z oczu. Kant jeszcze przez chwilę patrzył
się w miejsce gdzie zniknęła.
- Co ją tam czeka? Mogą ją zabić, torturować.
- Ona o tym wiedziała. - Winet stanęła za Kantem i położyła
mu dłoń na ramieniu. - Chyba naprawdę cię kochała. Nie
Wysłańca Bogów, ale ciebie.
- Chyba tak. Nazwała mnie wojownikiem, bo zabiłem tamtych
obcych... Dlaczego?
- Dlatego że Oni podbili ich naród. - Kompan przypomniał sobie
swoje podróże po mieście - Tego nie było widać, ale tam
wszyscy się Ich bali. Nawet o tej uroczystości dzisiaj mówili
ze strachem. Stałeś się jej bohaterem. Pewnie także ich
wszystkich. Może to coś tam zmieni...
- Jeśli tak to warto było. Chodźmy - na nas już czas.
- Kant... - Jeremy'ego nurtowała jedna sprawa - W jaki sposób
tak szybko nauczyłeś ją mówić po polsku?
- Sama się nauczyła. - Kant uśmiechnął się słabo - Jest
młodsza ode mnie, a mogłaby u nas zdawać już maturę. Nigdy
nie spotkałem tak niezwykłej dziewczyny. I już nie spotkam...
Kant westchnął, zarzucił za ramię swój plecak i zaczął
iść w stronę, którą wskazała Annai. Reszta klubowiczów
zrobiła tak samo i po ok. 10 minutach dotarli do ubitego setkami
stóp traktu. Czekało ich kilka godzin bardzo szybkiego marszu w
największym gorącu, jaki doświadczyli w całym swoim
dotychczasowym życiu. Każdy z klubowiczów wiedział jednak,
że jeżeli nie uda im się teraz, to na następną uroczystość
będą musieli czekać cały miesiąc. I bardzo wątpliwe było,
aby do tego czasu udało im się tutaj przeżyć...
* * *
Szli tak już od paru godzin. Słońce wprawdzie osłabło nieco, ale nie było to powodem do radości. Wręcz przeciwnie - uświadamiało wszystkim jak szybko płynie teraz czas. Poruszali się w tempie podobnym trochę do tego, jakim Robert Korzeniowski zdobył w Atlancie Złoty Medal Olimpijski w chodzie na czas. Tyle tylko, że on nie miał na plecach całego swojego bagażu. Każdy z klubowiczów po pierwszych dwóch godzinach marszu nauczył się w pewien sposób odłączać swoją swiadomość tak, aby nie zdawać sobie sprawy z upływających kilometrów. Szedł po prostu jak automat przez zupełne pustkowie w palącym słońcu licząc kamienie, recytując w pamięci tytuły odcinków "X-Files", lub robiąc cokolwiek aby zapomnieć o swoich nogach błagających o litość. Jeremy idący na końcu niemal konał. Przy masie swojego ciała marsz był dla niego najbardziej morderczy i jedyne o czym myślał, to cel ich drogi który zbliżał się z każdym krokiem, a jednak był tak odległy. Nie miał nawet siły na swoje komentarze, zresztą nikt nie miał siły na nic... Jednak ani on, ani nikt inny nie poddał się. Bardzo w tym pomogła postawa Kanta, który od rozmowy z małą Annai bardzo się zmienił. Można było pomyśleć, że zupełnie zapomniał on o załamaniu jakie przeszedł parę godzin wcześniej, ale on wiedział że to była nieprawda. Pamiętał wszystko doskonale, ale teraz ciążyła na nim odpowiedzialność za tych ludzi którzy z nim szli i wierzyli w niego. To właśnie uświadomiła mu Annai - był teraz wojownikiem i musiał się z tym pogodzić. Oni wszyscy byli wojownikami.
Gdzieś z przodu, oświetlone przez czerwone promienie
zachodzącego słońca, pojawiły się drzewa. Niedługo potem
zza horyzontu wynurzyła się ściana lasu rosnąca z każdym
krokiem. To zdopingowało klubowiczów do jeszcze większego
wysiłku i dzięki temu udało się dojść do linii drzew w
momencie, gdy słońce dotknęło linii horyzontu. Droga którą
szli przez cały dzień zamieniła się w leśną scieżynę.
Ślady stóp widoczne były coraż wyraźniej, gdyż ścieżka
ukryta w cieniu drzew nie wysychała właściwie nigdy. Droga
teraz przypominała chodzenie po bagnie tuż po deszczu. Setki
ludzi którzy przeszli tędy wcześniej rozgrzebali swoimi
stopami ziemię na głębokość kilkudziesięciu centymetrów.
Marsz po takim gruncie był dużo trudniejszy, a drużyna nie
mogła sobie pozwolić na zwłokę. Wszystko utrudniały
również zapadające ciemności, gdyż przez gęste drzewa nie
było widać nawet nieba. Ta część drogi była piekłem nawet
w porównaniu do marszu przez pustynie.
- Poczekajcie! Chyba gdzieś zgubiłam but. Trudno coś zobaczyć
w tym mroku. - Winet przystanęła na drodze i zaczęła się
rozglądać. Przechodzący obok niej Jeremy chwycił ją za
rękę.
- Ja swoje zgubiłem już dawno. Chodź, nie znajdziesz nic w
tych ciemnościach. I tak nie włożysz tych butów, bo stopy
zaraz ci spuchną. Lepiej się idzie boso.
Jeremy powiedział 3/4 prawdy. Faktycznie z butami pożegnał
się już parę minut temu i był z tego powodu wściekły jak
diabli. Pawdą było też, że w tych ciemnościach nie widział
nawet, czy w tym błocie są kamienie, chociaż dość wyraźnie
je czuł. Zaś co do wygody marszu, to Jeremy wmawiał to sobie
przez dłuższą chwile, ale nie mógł się zdecydować, czy
gorszy był spacer przy 30-tu stopniach ciepła w zimowych
traperach, czy też brodzenie boso w błocie pełnym kamieni.
Winet bardzo niechętnie poszła jego przykładem i złożecząc
pod adresem kamieni powlekła się styłu. z resztą nie oni
jedyni w grupie szli bez wygodnego obuwia - to miejsce było
pradziwym bagnem, mimo że na codzień było normalną
ścieżką.
Nagle Kant się zatrzymał i zaczął nadsłuchiwać. Za jego
przykładem wszyscy zrobili tak samo. Po chwili byli pewni -
gdzieś z przodu setki ludzi uderzały w bębny i spiewali
mistyczne pieśni. W miarę jak się zbliżali, pieśń wzmagała
swoją siłę. Gdy w końcu dotarli na skraj lasu, ich oczom
ukazał się niezwykły widok.
Ścieżka wychodziła na polanę, kończąc się w miejscu, gdzie
kończył się las. Dalej prowadziła już gładka kamienna droga
zbudowana z wielką dbałością i starannie utrzymana. Polana
była ogromna, ale nie dość ogromna, aby pomieścić taką
ilość ludzi jaka tam się znajdowała. Setki ludzi tłoczyło
się w niesamowitym ścisku wokół kamiennej świątyni o
kształcie piramidy. Swiątynia nie była tak okazała jak te,
które klubowicze widzieli w Tenochtitlan, ale miała w sobie
coś, czego nie miały poprzednie. Wokół niej niemal emanowała
pewnego rodzaju moc i klubowicze mogliby przysiąc, że widzą
poświatę emanującą z każdego kamienia.
Wzdłuż drogi stały rzędy ludzi wybijający rytm na bębnach,
a inni śpiewali jakąś pieśń z której przebijał strach i
uwielbienie. Nagle w bramie świątyni na szczycie schodów
ukazali się kapłani niosący olbrzymie puste kosze. W tym
momencie bębnienie i śpiewy umilkły. Kapłanów było wielu,
schodzili oni po schodach w tej milczącej procesji , a coraz to
nowi wychodzili z bram świątyni. Wszystko wokół zdawało się
czekać na jakąś ważną chwilę.
Kompan nagle zrozumiał, co się dzieje, a przynajmniej tak mu
się wydawało. Wrzasnął
- Teraz albo nigdy! Biegniemy tam!!!
i rzucił się wzdłuż drogi. Pozostali członkowie X-Klubu
zebrali w sobie resztkę sił i pobiegli za nim. Jeremy, który
już niemal nie panował nad swoim organizmem został daleko z
tyłu, ale wtedy PeaceMaker, The X i X-man zatrzymali się i
pomogli mu biec, dzięki czemu utrzymywał dość jednostajne,
chociaż wolne tempo.
- Puście mnie do cholery i ratujcie siebie!!! - Wrzasnął na
ciągnących go chłopaków.
- Nie ma mowy. Odejdziemy stąd wszyscy, albo nikt z nas! -
Odwrzasnął mu PeaceMaker i przynaglił do szybszego biegu.
Obserwujący to wszystko tubylcy nie ruszyli się ani o krok,
tylko patrzyli z przestrachem na biegnących wybrańców bogów,
próbujących dotrzeć do piramidy na czas. Milkczący widzowie
obserwujący maraton ostatniej szansy w głębi swoich dusz
modlili się o powodzenie tego biegu.
Gdy Kompan dotarł do schodów piramidy, zorientował się jak
niektórzy klubowicze odstają w biegu i zatrzymał się.
Pozostali którzy dobiegli, również zatrzymali się, czekając
na Jeremy'ego i tych którzy go prowadzili, dopingując do
większego wysiłku. Gdy Jeremy'emu udało się dotrzeć do
podnóża piramidy, został niemal wyniesiony na górę po
kamiennych schodach, po czym przyjaciele chwycili go pod ramiona
i niemal razem wpadli do świątyni. Tam, upadł bez czucia
pośród gór przedmiotów wykonanych z jakiegoś metalu.
Nagle wnętrze świątyni zalało jasne światło, które
oświetliło również polanę i twarze tubylców na których - o
dziwo - malowała się nadzieja. Dopiero wtedy klubowicze
zobaczyli, że przedmioty którymi wypełniona była świątynia
są wykonane ze złota i drogich kamieni. Były to większe
skarby niż te, które przechwywano we wszystkich muzeach
świata. Wkrótce światło stało się tak silne, że klubowicze
przestali widzieć cokolwiek. Ściany, podłoga, skarby, wszystko
zniknęło pod wszechogarniającą bielą.
Wszyscy w tym momencie myśleli już tylko o tym, gdzie się
znajdą i co przyniesie przyszłość. Lecz gdzieś w głębi
duszy przeczuwali, że przyszłość będzie o wiele dziwniejsza
niż są w stanie to sobie wyobrazić...
Światło zniknęło. Na polanie pozostali jedynie milczący Aztecy. Jeden z kapłanów wbiegł po schodach i zajrzał do wnętrza świątyni. Zarówno wysłańcy bogów, jak i zgromadzone tu skarby zniknęły - świątynia była tylko kwadratowym pomieszczeniem z dwiema przeciwległymi metalowymi ścianami. Kapłan wyszedł przed świątynię i z wysokości schodów krzyknął coś do swojego ludu. Odpowiedział mu chóralny krzyk radości.
to be continued...