CHOOSEN I - Wybrańcy losu
Cześć 4

by Jeremy - dla X-Klubu

Wbrew obawom X-Tomcia wszystko zdawało się być w najlepszym porządku. Tubylcy najwyraźniej uznali grupę za wysłańców bogów i przyjęli ich z najwyższą czcią. Problemem była jedynie kwestia języka - Winet próbowała zagadać do nich po angielsku, hiszpańsku i w paru innych językach, ale ci odpowiedzieli tylko głupią miną i uwielbieniem w oczach. Gdy wyprowadzili ich ze świątyni, oddali im do dyspozycji jeden z najwspanialszych domów w mieście. Po chwili klubowicze zostali sami, jeśli nie liczyć ciekawskich dzieciaków zaglądających przez okna. Temperatura wypalała wszystkim mózgi. Dopiero po chwili zdali sobie sprawę, że nadal są ubrani w swoje stare zimowe ubrania. Kompania szybko zrzuciła swoje nadprogramowe szmaty i usiadła do suto zastawionego stołu w koszulach. W takich warunkach można było, choć z trudem trochę się zastanowić.
- Dobra. Przede wszystkim: gdzie do cholery jesteśmy? I co zrobimy? - Kant odezwał się pierwszy.
- Nie róbmy nic. W naszej sytuacji chyba nie musimy się śpieszyć. Rozejrzyjmy się w okolicy. - zasugerował Jeremy.
- Jak to "nie musimy się śpieszyć" ?!? - Winet posłała Jeremy'emu wzrok mówiący że wątpi w jego zdrowe zmysły. Inni również mieli podobne miny.
- Pamiętacie te metalowe płyty? Tak mógłby wyglądać wehikuł czasu... To znaczy, że trafiliśmy do innej epoki.
- Tak... Ktoś nawet pisał o tym do XKlubu. - Wojt@s również doznał olśnienia - Ale przecież do uruchomienia czegoś takiego trzeba niesamowitej energii.
- Może skorzystali z technologii Obcych? Lis mówił, że podpisali z nimi jakiś pakt.
- Nie przypominaj mi Maldy!!! To cholerny zdrajca, nie trzeba było mu ufać. - uciął szybko Mr X. Na chwilę zapanowało ponure milczenie.
- Jak sądzicie? Gdzie jesteśmy i KIEDY? - przerwał Albert
- To chyba Aztekowie, sądząc po architekturze. - odparł Kompan. - Winet, ty chyba próbowałaś zagadać do nich po hiszpańsku?
- Nic nie zrozumieli.
- Więc będą to czasy prekolumbijskie...
- COO??? - Chór głosów zatrząsł całym domem.
- Dokładnie. Żadnych linii lotniczych, komputerów, Internetu, nawet żadnych białych.
- No to co teraz zrobimy? - The X wyglądał na lekko załamanego.
- Ja chyba posłucham błagań mojego żołądka. - Jeremy już od pewnego czasu zerkał na to, co leżało na stole.
- Jak możesz myśleć o jedzeniu w takiej chwili? - Ufok nie krył oburzenia.
- Mój organizm nie zgłasza weta. - odparł Jeremy i zabrał się za jeden z leżących na stole owoców.
- To chyba nie jest taki głupi pomysł... - zaczął Kant
- Ty też - oczy Winet rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Dlaczego nie? Nigdzie się nie śpieszymy, a obcy nie uciekną. Zwłaszcza że ich tutaj chyba nie ma.
- Skąd wiesz? - zaoponował Kompan - Dlaczego akurat tu trafiliśmy? Nie czytałeś Daenikena? Kosmici tu mogą być nawet teraz!
- Właśnie o to mi chodzi! Na razie nic nie wiemy. Zostańmy tu przez jakiś czas, aż dowiemy się czegoś konkretnego. Może nawet poznamy tutejszy język?
- Ile masz zamiar tu siedzieć? Rok??? - wrzasnął histerycznie Duncan
- Tyle ile to konieczne. Tu nam nic nie grozi. Widziałeś że traktują nas tu jak bogów. Lepsze to niż włóczenie się po pustyni albo przedzieranie się przez dżunglę. - odwrzasnął PeaceMaker
- Więc dobrze. Zostajemy tu, aż dowiemy się jak wrócić do domu. A teraz może zabierzemy się za jedzenie? Szkoda że nie ma tu mojego plecaka. Zostało w nim jeszcze parę butelek...
Przez dłuższy czas słychać było jedynie odgłosy jedzenia, podawania sobie jedzenia i kulturalnych "proszę", "dziękuję" itp. Po sutym obiadku cała drużyna wyłożyła się wygodnie na posłaniach w pokoju. Przed zaśnięciem Jeremy pomyślał że jak dla niego Obcy mogą sobie latać nad Polską, czy jakimkolwiek innym krajem w dowolnym okresie historycznym. Byle tylko tutaj i teraz nic nie zakłóciło sielanki.

Sielanki nie zakłóciło nic. Przez następny tydzień wszyscy klubowicze opływali w największe luksusy na jakie mogło pozwolić sobie miasto. Nie wpuszczono ich wprawdzie do świątyni w których spoczywały ich bagaże, ale poza tym mogli chodzić wszędzie. Miasto było niesamowite - ciągnące się przez kilometry, ze wspaniałymi budowlami i pełne ludzi. Cała drużyna bawiła się doskonale, zwłaszcza że niektóre miejscowe piękności za punkt honoru uznały zdobycie jak największych względów wysłańców bogów. Jako że sami wysłańcy zbytnio nie protestowali [nawet ci najmłodsi (!!!)], wszyscy byli szczęśliwi, może oprócz Winet która na wybryki wpółtowarzyszy musiała patrzyć przez palce. Co nie znaczy że się nudziła... o nie... Ze swoją wrodzoną smykałką do języków i ciekawością w ciągu pięciu dni poznała podstawy miejscowego języka i zwiedziła chyba 5/6 miasta. Tyle tylko, że musiała przez cały ten czas unikać pewnego młodego, bardzo miłego, ale też niesamowicie natrętnego wojownika. Na szczęście jej status dał jej pewną przewagę nad narwanym młodzieńcem. Tak czy inaczej nikomu nie się śpieszyło do opuszczenia tego miłego miejsca. Tyle tylko że nie zależało to od klubowiczów...

- Ciekaw jestem co to za owoce... - Jeremy wgryzał się właśnie w kulkę o dziwnej, czerwonej barwie. - Są rewelacyjne.
- Nie mam pojęcia. Może ktoś inny będzie wiedział, ważne żesą. Jak wrucę do domu muszę je zdobyć. - odpowiedział leżący na swoim posłaniu X-man i zamyślił się przez chwilę. - Sądzisz że óda nam się wrucić? - Odpowiedział w końcu.
- Nie tracę nadziei. Z każdym dniem wiem coraz więcej, bardziej się aklimatyzuję. Może w końcu pozwolą nam wejść do tej piramidy... Ona może być bramą w obie strony. Ale na razie wolę tu zostać. To taki fascynujący lud...
- Taak... Zwłaszcza ta... jak jej tam? - X-man uśmiechnął się i szybko zeskoczył z posłania. W samą porę - w miejscu gdzie była przed chwilą jego głowa wylądował owoc i rozprysnął się na ścianie. - Hej! Bez nerwów...
- Dobra, przyznaję - jest bardzo miła. Ale ty też znalazłeś tu sobie kogoś... Może ponabijasz się z siebie?
- Raczej nie... Amoże z Kanta? Ten to dopiero zaszalał...
- Uhm... - stwierdził Jeremy zabierając się za kolejny owoc - Jedna to jeszcze nic, mogę zrozumieć nawet dwie, ale do niego przykleiło się pięć dziewczyn! Z czego jedna mogłaby być matką innej.
- To nie jego wina, najwyraźniej tu też widać jego naturę przywódcy.
W tym momencie do domu wpadli Kompan i Winet strasznie czymś podnieceni.
- Tylko wy tu jesteście? - Winet rozejrzała się nerwowo po pokoju, po czym podbiegła do stołu i zabrała się za jedzenie. Kompan zrobił to samo.
- Tak. Co się stało?
- Znaleźliźmy coś ciekawego. Opowiem wszystko jak się reszta zbierze na kolację. - Kompan porwał kilka owoców i kubek z miejscowym napojem i uwalił się na swoim posłaniu.
Po pewnym czasie zebrali się wszyscy. Na końcu przyszedł Kant słaniając się z lekka na nogach.
- Co się stało prezesie? Czyżbyś przeholował z tutejszym samogonem? A może z czymś innym? - twarz X-Tomcia dokładnie ilustrowała o czym myślał.
- Odczep się, dobra? To nie moja wina że te pięć dziewczyn przyczepiło się do mnie. A jedna chciała mi dzisiaj przygotować posiłek.
- Smakował? - Winet z trudem mogła się powstrzymać od śmiechu.
- Nie wiem. Jak zobaczyłem co pływa w naczyniu to zwiałem natychmiast...
- Może daruj nam szczegóły. Jesteśmy przy kolacji. - skrzywił się Mr X.
- Właśnie. Siadaj i zjedz coś normalnego. - Jeremy rzucił Kantowi jeden z czerwonych owoców. Kant chwycił go i szybko zajął miejsce za stołem. - No więc... Podobno Kompan i Winet odkryli coś ciekawego...
- Naprawdę? - Kant oderwał się na moment od jedzenia.
- Zgadza się. Wygląda na to że UFO pojawiło tu się wcześniej. - Kompan rozejrzał się dookoła czekając na komentarz. Zobaczył tylko 14 wpatrujących się w niego par oczu. Wzruszył ramionami i kontynuował. - Na ścianie mniejszej świątyni do której mnie dopuszczono zauważyłem świeże malowidła. Pokazywały szarych, statki kosmiczne, spotkania. To musiało stać się niedawno. Poszedłem z tymi rewelacjami do Winet...
- Rozpytałam się tu i ówdzie. Jeden z kapłanów próbował mi coś opowiedzieć. Z tego co zrozumiałam, wynika że obcy pojawili się tu parę lat temu. Aztecy składają im jakieś dary w samotnej świątyni położonej pare dni drogi za miastem. Dary te znikają w taki sam sposób w jaki my się pojawiliśmy.
- Aztecy składają te dary co miesiąc od jakiś 2 lat. Jeżeli dobrze obliczyłam, to następna taka uroczystość będzie za 3 dni.
- Dzisiaj też ma być jakaś uroczystość. - przerwał nagle Kant - Wszyscy tutaj są nią bardzo podnieceni. Mówiła mi o tym Annai. - Kant uśmiechnął się w duchu na wspomnienie najmłodszej z pięciu dziewcząt. Przy jej inteligencji w XX w. zrobiłaby doktorat ze wszystkiego co się da w ciągu paru lat. A tutaj czeka ją rola potulnej żony... Na świecie nie ma sprawiedliwości...
- ...ma być taka ważna? - pytanie skierowane było najwyraźniej do niego.
- Eee... Słucham? - Kant wyrwał się z rozmyślań i rozejrzał dookoła. Wszyscy klubowicze mieli podobny wyraz twarzy: niesamowicie rozbawiony, ale też wyrozumiały.
- Pytałem się, dlaczego ta uroczystość ma być tak ważna? - w głosie MaYkela nie było ani śladu zniecierpliwienia. Było za to słychać wyraźną kpinę.
- Nie wiem. Wiem tylko że całe miasto przykłada do niej wielką wagę. Dziwne, że nie widać tego na ulicach.
- Rzeczywiście. Powinniśmy jutro udać się do tej świątyni. Jeżeli się pośpieszymy, zdążymy do czasu składania darów. Jeśli nie, to będziemy musieli tkwić tu przez następny miesiąc. - zdecydował Kompan.
- Okay. Powiem jutro kapłanom, że musimy się tam udać. Może dostaniemy zapasy i środek transportu. A teraz odpocznijmy trochę, czeka nas długa droga.
- Ja jeszcze trochę zjem, to jest takie wspaniałe. Winet - ty się na tym znasz. Co to za owoce? - Jeremy podsunął jej czerwony owoc.
- To owoce palmy HAIU. Faktycznie są świetne. - Winet wzięła jeden ze stołu.
- Chciałbym też wiedzieć co to za napój. Jest trochę... dziwny. Ale dobry.
- Nie mam pojęcia. Daj spróbować... Mmm... Dobre. Daj jeszcze.
Biesiada rozpoczęła się na dobre. W przyjemnej atmosferze nikt nie zauważył że powoli zaczął się zbliżać wieczór. Nikt też nie zauważył że klubowicze stali się nagle przesadnie wylewni i szczerzy. Dom co chwila wybuchał śmiechami.

- ...no więc siedzimy w pokoju, a tu nagle słychać jak ktoś biegnie... o tak: tuptuptuptup... i z powrotem tuptuptuptup... Potem okazało się że to jeden z chłopaków z pokoju obok wypił za dużo i całą noc spędził na bieganiu do kibla i z powrotem... - reakcją były urywane śmiechy - Dajcie jeszcze tego soku... - Jeremy nalał sobie do kubka i wychylił jednym haustem.
- A wy wszszszyscy tylko o piciu... Jak ja nie cierpię alkoholu... Dawaj to! - Winet wyrwała dzbanek z ręki Jeremy'ego i zaczęła pić wprost z niego. Wszyscy patrzyli na to tępym wzrokiem.
- Pusty... KANT! Jest jeszcze jakiś dzbanek? - Winet rzuciła tamten w kąt. Brzdęk tłuczonej gliny zniknął wsród śmiechów.
- Jest jeszcze parę... Zaraz przrrzyniosę. - Wstał i po chwili rozległ się huk przewracanych naczyń i jęk prezesa. - Terraz już kilka mniej...
- No to zajebiście... - PeaceMaker zerknął na podnoszącego się z ziemi Kanta. - Ale zajebiście wyglądasz... Cholera, miałem nie mówić zajebiście. Trudno siem mówi. Ale i tak jest zajebiście...
Kant wstał i popatrzył się na dzbanek który trzymał w ręce. - Nie wiem czy powinienem ci to dawać. To chyba jakaś wóda...
- Eee... Co ty? Aztekowie w zasadzie... Hik! ...w zasadzie nie pili. Jedyny alkohol jaki mieli był do usypiania ofiar i ryta... grytu... rycia... rytualnych obrzędów. - Kompan z drugiej strony stołu osuszał jeden kubek po drugim. - Ale to dobre...
- No właśnie... Poza tym zawsze namawiałeś mnie na piwo, a teraz nie chcesz dać mi owocowego soku? Ty brutalu... Jest mi smutno... Buuuu...
- Jakja nie lóbię patszeć jakktoź płacze... - X-man wyrwał Kantowi dzban i podał go Winet. - psze bardzo mylady...
- Dziękuję... - chwyciła dzbanek po czym w krótkim czasie go osuszyła. - Ty jesteś przynajmniej miły... I wy wszyscy oczywiście... Nie to co prezes, drań jeden...
W tym momencie do chaty wszedł najwyższy kapłan w otoczeniu świty i powiedział coś w swoim języku.
- Zzzzrozumiałaś, Winet? - Ufok spojrzał głupawo na odświętnie przybranego kapłana.
- Chyba chcą nas zaprosić na swoje święto... tak myślę... Idziemy?
- Czemu nie? Drużyna!!! Wymarsz! - Kant wstał i chwiejnym krokiem podszedł do kapłana.

Wyszli przed dom. Ich nieco przymglonym oczom ukazała się odświętnie przyozdobiona ulica prowadząca do głównej świątyni i cała masa ludzi śpiewających pieśni. Na widok klubowiczów zgromadzeni ludzie wydali z siebie okrzyk radości. W jednej chwili cała ulica wypełniła się radosnymi krzykami i muzyką.
- O rany... To wszystko dla nas? A ja się nawet nie umyłem... - jedynie to zdołał wykrztusić The X, po czym oparł się o ramię Wojt@sa i zachrapał.
- Heej! Nie zasypiaj. To nieładnie... Hic! - Wojt@s potrząsnął The X'em i tamten się obudził.
- Dobrze, już dobrze... Nawet zasnąć nie pozwalają...
Pomarudził tak jeszcze przez chwilę i kiwając się od Wojt@sa do PeaceMakera poszedł wzdłuż kiwającego się tłumu. Przed nimi szli Ufok, Winet, Duncan, Mesjah i Albert oparci o siebie i śpiewający w takt bębnów.
- Hej...
- HEJ!
- Hej...
- HEJ!
- Hej sokooooołyyyyyyyyyyyyy!!! - zbiorowemu wyciu towarzyszyły radosne krzyki tybylców i radosne wrzaski dzieci biegających dookoła klubowiczów. Kant szedł obok w otoczeniu swoich pięciu ślicznotek, z miną szczęśliwca wypisaną na twarzy. Jeremy szedł obok i złorzeczył pod nosem z powodu dzbanka, który mu zabrano w chacie. Nagle zobaczył idącą w ich stronę dziewczynę z bardzo podobnym naczyniem. Nie tracąc czasu podbiegł do niej (chociaż trochę w tym przeszkadzały plączące mu się nogi. Zagadał do niej zwyczajowe pozdrowienie, którego nauczyła go Winet i otoczył ramieniem. Dzbanek oczywiście zabrał i zaczął opróżniać zawartość. Dziewczyna zaśmiała się pod nosem i zaczęła go prowadzić do reszty klubowiczów. Po chwili z tłumu wypadły też inne dziewczęta i pomagały iść tym którzy mieli kłopoty z zachowaniem pionu. Czyli praktycznie wszystkim.
Wszystko to odbywało się w takt uderzeń bębnów i dziwnych rytualnych śpiewów i okrzyków. W takim to radosnym nastroju klubowicze dotarli pod piramidę.

Piramida była ogromna. Ciągnące się w góre schody wyglądały jak wrota do nieba. Przed schodami czekało kilkudziesięciu ludzi ubranych w odświętne stroje. Kompan który znalazł się obok Jeremy'ego i MaYkela podśpiewując sobie coś po japońsku nagle spoważniał. W jednej chwili cały sok wywietrzał mu z mózgu.
- Boże... Wiecie czemu tu jesteśmy?
- Nie. A czemu pytasz? - MaYkel zrobił zdziwioną minę.
- Ja chyba wiem, i wcale mi się to nie podoba. - Jeremy popatrzył z ukosa na długie schody.
- Uciekajmy dopóki jeszcze możemy!
- Nie! Jeżeli rzucimy się teraz do ucieczki to nas zabiją. Poczekajmy jeszcze - na górę nie może wbiec żaden człowiek, tylko kapłani. Poza tym nasze rzeczy są tam.
- Do diabła z nimi. - Kompan przerażony rozglądał się po śpiewającym tłumie.
- Właśnie że nie! Pomyśl o swojej wyrzutni. Strzela światłem, to ich trochę ogłupi i skłoni do posłuszeństwa.
- Okay. Więc co robimy?
- Idźmy potulnie na górę. Powiedz innym żeby nic nie robili i czekali na mój znak.
- Dobra... Co się tam dzieje? - Kompan podniósł głowę żeby lepiej widzieć co się dzieje z przodu. Okazało się że do każdego klubowicza podeszło dwóch przystrojonych mężczyzn i trzymając za ręce zaczęli prowadzić ich na górę. Winet nie była już w stanie iść, więc największy z mężczyzn przewiesił ją sobie przez ramię jak piórko. Po chwili nawet mimo wypełniających powietrze śpiewów dobiegło stamtąd do wszystkich głośne chrapanie. Kant widząc to zaczął się przepychać w stronę strażnika.
- Hej! Gdzie ją bierzecie?
Jeremy i Kompan widząc to, szybko doskoczyli do Kanta i chwycili go za ramiona.
- Stój.
- Zostawcie mnie! Nie widzicie co się dzieje? On ją gdzieś zabiera.
- Uspokój się Kant. Możemy się uratować tylko jeżeli razem wejdziemy na górę. Inaczej będzie po nas. - Kompan z trudem powstrzymywał prezesa.
- O czym wy chrzanicie? Nie pozwólcie jej zabrać!
- Kant, popatrz na mnie! - Jeremy szarpnął nim mocno. - Przypomnij sobie texty do klubu. Do czego zwykle służyły takie piramidy?
- X-Klub... texty... piramidy... Boże, nie!!! Oni chcą ją...
- Nas wszystkich chcą. A teraz wracaj do szeregu i pozwól się prowadzić. Musimy zaczekać aż będziemy na górze.
- Dobra. Mam nadzieję że wiecie co robicie.
- Ja też ją mam... - Powiedział sobie w duchu Jeremy i spojrzał z ukosa na Kompana. Jego mina mówiła mu, że Kompan myślał dokładnie o tym samym.
Po chwili wiadomość o tym co się ma stać dotarła do wszystkich klubowiczów. No, powiedzmy że dotarła... w każdym razie ją usłyszeli, a to co przebiło się do nasączonych "sokiem" mózgów to już prywatna sprawa każdego z nich. Szli po schodach piramidy jeden za drugim prowadzeni przez pomocników kapłanów. Pierwszy był olbrzym niosący nieprzytomną Winet, następny był Kant, potem Kompan, Jeremy, The X i cała reszta. Między nimi szli ludzie z bębnami wybijający rytm. Całość układała się w niezwykły korowód idący po schodach w takt uderzeń bębnów i śpiewający jednostajne pieśni.

Dotarli na górę po parunastu minutach marszu. Ich oczom ukazało się wejście do świątyni w której się zjawili tydzień temu. Obok stał ołtarz, z którego unosiły się dymy i ogromny kamień pokryty czymś czerwonym. Czymś, co na pewno nie było ketchupem...
Jeremy rozejrzał się po twarzach przyjaciół. Wyrażały przestrach, napięcie, lub zupełne otępienie, w zależności od tego ile wcześniej wypili. Pomocnicy kapłanów ustawili klubowiczów w szeregu i zeszli po schodach w dół. Ten, który niósł Winet podszedł i delikatnie położył ją na ofiarnym kamieniu, po czym odsunął się parę kroków. Do kamienia podszedł najwyższy kapłan recytujący, lub raczej śpiewający jakąś inwokację. Winet spała spokojnie, nieświadoma tego, co się z nią dzieje. Kantowi obserwującymi to wszystko rozszerzyły się wszystkie żyłki na czole.
- Nie zamierzasz nic zrobić?
- Jeszcze nie. Niech nikt z was się nie rusza, aż dam znak. - Rozejrzał się dookoła patrząc czy kapłani nie nabrali żadnych podejrzeń. Dopiero dużo później przypomniał sobie że przecież nikt z kapłanów nie rozumiał ich mowy.
- Co ty chcesz zrobić? Zaraz ją zabiją!
- Wiem co robię. A teraz uciszcie się!
Kapłan przy Winet najwyraźniej doszedł do kulminacyjnego punktu swojej pieśni.
- Kompan. Jak to się zacznie biegnij natychmiast po swoją wyrzutnię i wal w kogo tylko możesz. Najlepiej zacznij od tego olbrzyma.
Kompan skinął głową. Kapłan wyjął skinął na jednego z pomocników, zaś ten podszedł do niego niosąc uroczyście w rękach kamienny nóż o szerokim ostrzu.
Jeremy sprężył się do skoku. Kątem oka zauważył, że co bardziej przytomni towarzysze zrobili to samo.
Najwyższy kapłan uniósł nóż w powietrze i skierował jego ostrze w stronę Winet wrzeszcząc swoje modły na całe gardło. Pozostali kapłani i pomocnicy padli na ziemię.
Jeremy skoczył w kierunku kamienia. W tą samą stronę pobiegli Kant, X-man i Mr X. Kompan widząc to, rzucił się do wnętrza świątyni. Kilku klubowiczów rzuciło się w stronę modlących się kapłanów i ich pomocników, paru stało ogłupiale patrząc się na to, co się działo wokół. Na ten widok nawet najbardziej pijanym wywietrzał alkohol z organizmu.
X-man wyprzedził Jeremy'ego i dopadł kapłana pierwszy. Wytrącił mu nóż z ręki i popchnął na skraj piramidy, ale przewrócił się przy tym i padł na kamienie z głośnym jękiem. Kapłan zawył i z obłędem w oczach zaczął się rozglądać za nożem. W momencie gdy się po niego schylał, dopadł go Jeremy i popchnął w kierunku krawędzi piramidy. Kapłan stracił równowagę i z wrzaskiem spadł w dól uderzając o skalne bloki. Po kilku uderzeniach wrzaski ustały.
W tym czasie Kant i Mr. X wpadli na stojącego obok olbrzyma, ale ten zrzucił ich jednym szarpnięciem i ruszył w kierunku nieco oszołomionego Jeremy'ego. Chwycił go za szyję i podniósł na wysokość swojej głowy. Stopy Jeremy'ego uniosły się jakieś pół metra ponad podłoże, a on sam poczuł że nie może zaczerpnąć powietrza. Szarpnął się rozpaczliwie, ale silna dłoń nie puszczała. Jeremy'emu zaczęły migotać przed oczami czarne plamy. W odruchu rozpaczy szarpnął się jeszcze raz i jęknął głośno po tym, jak uderzył o ziemię. Przez moment oślepił go jasny błysk. Po dłuższej chwili odzyskał nad swoim ciałem kontrolę na tyle, że mógł wstać. Pierwsze co zobaczył to cielsko olbrzyma leżącego bez świadomości obok niego. Rozejrzał się i zobaczył klubowiczów tłukących się z kapłanami. Pod drzwiami świątyni stał zaś Kompan z wyrzytnią i machał do niego. Jeremy zrozumiał - odmachał do Kompana który właśnie celował do jednego z kapłanów bijącego się z Duncanem. Kompan mierząc kątem oka zobaczył Jeremy'ego machającego w jego stronę i odruchowo zadrżała mu ręka.
To wystarczyło aby wiązka energii z wyrzutni trafiła prosto w Duncana.
Kompan zaklął pod nosem i wymierzył dokładniej. Cztery kolejne strzały były nieco bardziej precyzyjne - dwóch kapłanów i jeden strażnik pocałowali ziemię.
Do reszty kapłanów najwyraźniej dotarło, że mają do czynienia z boskimi istotami. Padli na kolana wyśpiewując jakieś pochwalne pieśni.
Jeremy podbiegł do kamienia i próbował obudzić Winet - nie dał rady.
"Jest zbyt pijana. I co ja teraz zrobię?" - pomyślał zmartwiony. Nagle przypomniał sobie olbrzyma niosącego Winet jak piórko.
"Hmm... Skoro jemu się udało to ja nie powinienem mieć problemów..." - wziął delikatnie Winet na ręce. Ugiął się mocno, ale po chwili wyprostował się. Stwierdził że może iść całkiem swobodnie. Kant widząc to, podbiegł do niego.
- Nic jej nie jest?
- Nie. Jest tylko kompletnie zalana.
- Dziwisz się? Nigdy w życiu nie wypiła nawet jednego piwa. Dasz radę ją nieść?
- Chyba tak, ale lepiej będzie jak znajdziemy jakieś nosze...
- Wiesz, dziwię się dlaczego ta wódka tak słabo na nas podziałała. Przecież oprócz Winet, żaden z nas nie jest właściwie pijany.
- Cóż... Żeby upić Polaka potrzeba czegoś więcej niż samogonu, nie uważasz?
- Zgadza się... - Kant uśmiechnął się pod nosem i nagle rozejrzał się z niepokojem - Chodźmy już lepiej. Ten zachwyt Azteków nie potrwa długo.
Kapłani nadal leżeli na ziemi i bili pokłony.
- Ale gdzie pójdziemy? - spytał Albert, który właśnie przyszedł.
- Pójdziemy do tej świątyni na południu. Jeżeli ta historia z UFO jest prawdziwa, to będziemy mogli stamtąd wrócić do naszych czasów.
- A jeżeli nie? - Alber nadal miał wątpliwości
- Tym będziemy się martwić później - zbył go Kant, ale i on zamarł na myśl o takiej perspektywie. Reszta życia bez piwa i internetu...
- Wszyscy gotowi? Macie swoje rzeczy? - spytał się Kant, po tym jak zebrał całą drużynę razem. Odpowiedział mu zgodny chór głosów.
- Niech ktoś weźmie rzeczy Winet i mój plecak. - krzyknął Jeremy
- Mam je tutaj. - odrzekł Ufok
- Świetnie. Plecak wezmę sam. - położył Winet na chwilę na ziemię i założył plecak, po czym podniósł ją z powrotem. - Rany... Naprawdę musimy znaleźć dla niej jakieś nosze... Okay, jestem gotowy.
- To chodźmy. Kompan - strzelaj do każdego kto będzie podskakiwał. - Kant ruszył po schodach piramidy. Obok niego szedł Kompan z gotową do strzału armatą, dalej reszta klubowiczów. Pochód zamykał Jeremy mamroczący coś pod nosem.

Przeszli przez miasto w milczeniu obserwowani przez ludzi. Obok jednej z chat znaleźli coś, co mogło posłużyć za nosze i dalszą drogę Winet spędziła niesiona przez Wojt@sa i X-Tomcia. Wprawdzie przy południowym moście prowadzącym z miasta próbował ich zatrzymać wojownik, który wcześniej zalecał się do Winet, ale po chwili pływał on w jeziorze. Okrążyli jezioro i skierowali się na południe nie krępowani przez nikogo.

Szli przez zupełne pustkowia przez dłuższy czas. Gdy zapadły już niemal całkowite ciemności, ujrzeli wreszcie przed sobą ścianę drzew.
- Boże, już dalej nie idę. - Jeremy zrzędził tak od dłuższego czasu.
- Uspokój się. Rozbijemy obóz, jak tylko dojdziemy do lasu. - Kant miał już dość jego zawodzenia. Głównie dlatego że przypominało mu to jak bardzo jest sam zmęczony. W dodatku po ich ostatnich przejściach poziom adrenaliny w krwi klubowiczów znacznie zelżał i do głosu znowu zaczął dochodzić pewien związek organiczny z grupy alkoholi. Tylko że tym razem objawiło się to nie rozweseleniem, a ogólną apatią i narzekaniem na wszystko.
Po chwili weszli między drzewa. Szum gałęzi działał na wszystkich tak kojąco, że starczyło im sił tylko na delikatne położenie noszy ze śpiącą wciąż Winet na trawie u rzucenie bagaży na jeden stos. Każdy padł na ziemię tam gdzie stał i po chwili zza drzew słychać było tylko mocne chrapanie.

* * *

Promienie słońca przebijały przez gałęzie drzew sunąc leniwie po trawie. Któryś z wyjątkowo złośliwych zjechał na twarz Jeremy'ego, który mruknął coś niezrozumiałego i otworzył oczy.
W jego głowie wybuchła bomba, a zaraz po tym zagrały mu mixy Carla Orffa i Ryszarda Wagnera wykonane w stylu heavy metal.
- Jeeezu... - Przyłożył do głowy pierwszy przedmiot który nawinął mu się pod rękę. Gdy ból zelżał na chwilę, okazało się że trzyma przy głowie kamień. Odrzucił go i z trudem wstał.
Po chwili wahania, świat przed jego oczami również zdecydował się na przyjęcie pozycji pionowej i wyostrzył się na tyle, że Jeremy mógł zobaczyć gdzie się właściwie znajduje. Zobaczył 14 chłopaków rozwalonych gdzie popadnie wśród tropikalnych drzew i dziewczynę leżącą na noszach. W ciągu ułamka sekundy przypomniał sobie wszystko, co działo się przez ostatnie półtorej tygodnia.
"Więc to jednak nie sen. Siedzę w środkowoamerykańskiej dżungli na długo przed tym, nim wylądował tu Kolumb. A znalazłem się tu razem z 15-toma ludźmi, których dotychczas znałem tylko przez Internet dzięki pewnemu sukinsynowi korzystającemu z technologii obcej cywilizacji. I mam potężnego kaca."
Przeszedł parę kroków i zaczął się przyglądać śpiącym klubowiczom. Znał ten rodzaj snu i był dość zaniepokojony.
"Jeżeli góral podhalański, jakim jestem - no, powiedzmy że jestem - ma takiego kaca, to oni będą dzisiaj umierać przez parę godzin. A Winet pewnie przez cały dzień."
Przerwał rozmyślania i rozejrzał się po okolicy. Niewielka polanka na której zasnęli zewsząd otoczona była gęstym murem drzew i krzaków jakie Jeremy widział dotychczas tylko na filmach przyrodniczych. Nagle wydało mu się że słyszy szum. Wytężył słuch i rzeczywiście - gdzieś w pobliżu musiała płynąć rzeka.
"Dobrze, woda jest, tylko w czym ja ją przyniosę?"
Rzucił okiem na porozwalane wokół toboły klubowiczów.
"Może tam się coś znajdzie? W moim plecaku jest chyba jeszcze butelka z resztką Fanty..."
Poszukiwania dokonane bez pozwolenia właścicieli zakończyły się pełnym sukcesem. Jeremy objuczony butelkami zaczął się przedzierać przez dżunglę. Po paru minutach przeklinania, narzekań i modlitw, ujrzał wreszcie widok który pozwolił mu zapomnieć o mękach ostatnich kilkuset metrów.
Rzeka na którą się natknął wypływała z niewielkiego jeziora, do którego wpadał najwspanialszy wodospad jaki widział w życiu. Chmura wody przez którą prześwitywało słońce tworzyła tęczę obejmującą swoim łukiem całe jezioro. Jeremy zanurzył w krystalicznie czystej wodzie obolałą głowę, po czym wstał i zaczął nabierać wody do butelek. W trakcie tej czynności przyszedł mu do głowy plan zdobycia śniadania. Pozostawało tylko wprowadzić go w życie.

Jakieś dwie godziny później Jeremy siedział już na polanie, układając porzucone bagaże klubowiczów w jeden stos. Pułapki podpatrzone w qltowym serialu "Mac Gyver" okazały się znakomitym pomysłem. Nad ogniskiem smażyły się kawałki mięsa wydzielając silny i bardzo przyjemny zapach. To właśnie ten zapach sprawił, że Winet zaczęła się kręcić na noszach i po chwili usiadła. Rozejrzała się dookoła z przerażeniem, ale uspokoiła się widząc śpiących klubowiczów i Jeremy'ego przy ognisku. Wstała, a przynajmniej spróbowała wstać.
- Gdzie jesteśmy? O Boże... moja głowa... Ale chce mi się pić. Co się stało?
- Nie wstawaj. Odpowiadając na twoje pytania, jesteśmy jakieś 10 km na południe od jeziora Xaltocan, czy jak je nazywałaś. Boli cię głowa i chce ci się pić bo masz kaca-giganta, a co do tego, co się stało, to już dłuższa historia.
- Jakiego kaca? Przecież ja nic nie piję. - znowu próbowała wstać, ale opadła na ziemię - Paskudnie się czuję... muszę się czegoś napić.
- Musi wystarczyć ci woda, bo nie ma nic innego. No, chyba że potrafisz z tutejszych roślin przyrządzić jakiś napój. Byle nie to, co piliśmy wczoraj wieczór...
- Chwila, coś mi się przypomina... Jedliśmy kolację, był też jakiś pyszny sok... Masz go jeszcze? - Jeremy pokręcił głową.
- Lepiej żebyś go już nigdy nie piła... To przez niego masz ten ból głowy.
- Przez niego? Ah, więc to musiało być pulque. Aztekowie używają tego podczas świąt i oszałamiania ofiar. To mi przypomina że miało być jakieś święto na naszą cześć. Było?
- Owszem. Wprawdzie nie na naszą cześć, ale mieliśmy być głównym punktem programu.
- ???
- Eee... Nie wiem jak to powiedzieć.
- Najlepiej prosto z mostu.
- No dobrze. Chcieli nas złożyć w ofierze.
- ŻE CO?!?
- Dokładnie. Jak się czujesz?
- Wstrząśnięta... Jak nam się udało uciec?
- Dzięki Kompanowi. Przekonał tubylców że naprawdę jesteśmy wysłancami bogów. - obejrzał się i jęknął - Geez... Śniadanie się przypali! Chcesz trochę?
- Nie mam apetytu.
- Musisz coś zjeść, bo padniesz po drodze.
- Dobra. Co tam zrobiłeś?
- Aaa... udało mi się coś upolować. Bierz i jedz.
- Niezłe. Chciałabym wiedzieć z czego to zrobiłeś.
"Uwierz mi. Nie chciałabyś... Ale rzeczywiście nie jest złe, smakuje troche jak kurczak. Kto by pomyślał?"

Powoli zaczynała się budzić reszta ekipy. Tak jak Jeremy podejrzewał niemal wszyscy byli w opałakanym stanie. Niektórzy jednak byli w zadziwiająco dobrej formie.
"Albo tylko trzymają pozę. Ale to wkrótce wyjdzie na jaw, nie można wiecznie udawać twardziela."
Przygotowane przez Jeremy'ego śniadanie zniknęło w mgnieniu oka. Po posiłku PeaceMaker rozciągnął się na trawie.
- Ale zajebisty piknik... Prawdziwy zlot X-Klubu pełen przyjemności i spraw para...
- Wolałbym jednak aby następne zloty były mniej para. - stwierdził WolfCub - ale rzeczywiście jest tu miło. Chyba się jednak nie obrazicie, jeżeli następny zlot zorganizujemy już w Polsce?
- Jeżeli uda nam się tam wrócić. - odparł ponuro Mr X.
- Z pewnością. Winet, będziesz w stanie odnaleźć tę świątynię? - przypomniał sobie Kompan.
- Nie jestem pewna. Kapłan próbował mi tłumaczyć, gdzie ona jest, ale nie wiem czy dobrze zrozumiałam.
- No to zajebiście... - mruknął PeaceMaker - Zaraz... co to za zapach? Jakbym był w szatni sprinterów...
- Cóż... To chyba my... - odparł zakłopotany MaYkel - Nic dziwnego. Nie braliśmy porządnej kąpieli od czasów wyjazdu.
- W pobliżu jest jezioro, woda ciepła, można się wykąpać. Mamy chyba dość czasu aby znaleźć tę świątynię.
- Hmm... Nie zapomnieliście o mnie? - spytała nieco zirytowana Winet
- Cóż. Chyba będziesz musiała poczekać aż wrócimy. Później jezioro należy do ciebie.
Kant obruszył się nieco na taki brak skrupułów u Jeremy'ego.
- Czy to nie my powinniśmy poczekać?
- No urządzimy głosowanie. Kto jest za tym aby faceci pierwsi poszli się popluskać? - Jeremy wyciągnął rękę. Zobaczył że pozostali robią tak samo.
Kant popatrzył na Winet i zdecydował że za nic w świecie nie podniesie ręki. Nagle skrzywił się z bólu i w oczach pojawiły mu się łzy. Ktoś z tyłu uszczypnął go mocno wyraźnie dając do zrozumienia że powinien trzymać ze swoimi. Podniósł rękę i ból ustał.
- Doskonale. Zadecydowano większością. Poczekaj tu na nas - to nie potrwa długo. - odparł Jeremy i pobiegł przez drzewa. Reszta chłopaków ruszyła za nim. Kant mijając Winet mruknął coś przepraszająco i jako ostatni wszedł w zarośla.
Winet została sama ze swoimi myślami. Nie były one miłe. Dotyczyły głównie Jeremy'ego i takich słów jak "uduszę", "zamorduję", "zatłukę". Winet ogólnie nienawidziła przeklinania, ale teraz miała na to wielką ochotę. Dlaczego nie zabrała kostiumu kąpielowego? Głupie pytanie... Przecież w listopadzie raczej nie pływa się w jeziorze. Siedząc na trawie jej wzrok padł na poukładane w stos bagaże. Bagaże... A wśród nich jej plecak z nienaruszoną zawartością. A przecież w plecaku leżała sobie bardzo wygodna indiańska sukienka. Podobno nadawała się do wszystkiego. A może by tak sprawdzić jej przydatność...

Tymczasem nad jeziorem panował niezły tłok. Właściwie nie tyle nad jeziorem co w jeziorze. Klubowicze mocząc się w wodzie odkryli że taka kąpiel to najlepsze lekarstwo na kaca, więc nie śpieszyli się zbytnio. Albert spłukujący właśnie z siebie pozostałości pamiętnego tygodnia rozmarzył się leżąc na tafli wody.
- Ech... można tu siedzieć całe życie. Co z tego? Jeżeli chcemy wrócić do domu, musimy dotrzeć do tej świątyni w ciągu dwóch dni. Zaraz... Kto to jest? - na górze, w miejscu gdzie zaczynał się wodospad, jakieś 5 metrów nad nimi pojawił się jakiś cień. Bardzo znajomy cień.
- Cześć chłopaki!!! Jaka woda?
- Winet?!? Co ty tu robisz?
- Przyszłam popływać. Nie martwcie się - nie będę przeszkadzać.
- Eee... Może wrócisz za parę minut - X-Tomcio ukradkiem zerkał w kierunku brzegu.
Winet zdziwiła się nie wiedząc o co mu chodzi. Dopiero po chwili zobaczyła leżące na brzegu ubrania poukładane w niewielkie stosy. W tych stosach było wszystko.
Zaśmiała się głośno i skoczyła w dół. Rozchlapująca się na wszystkie strony woda przez chwilę zalała wszystkim oczy. Kiedy już mogli cokolwiek widzieć, okazało się że Winet zniknęła.
- Ej! Gdzie ona jest??? - Kant rozejrzał się dookoła, ale nie mógł jej nigdzie dostrzec. Nagle woda jakiś metr przed Jeremy'm zakotłowała się. Chwilę później pojawiła się tam roześmiana Winet.
- Czeeeść! - wrzasnęła prosto w twarz zaskoczonemu Jeremy'emu. Nie zareagował. Na jego twarzy malował się wyraz absolutnego szoku, a oczy zamieniły się w parę spodków. Z nosa spłynęła mu strużka krwi.
Stojący dalej Wojt@s zainteresował się płynącym wzdłuż rzeki brązowym kształtem.
- Ej! Czy to nie...
- MOOOOOOOJA SUKIEEEEENKA!!! - wrzask Winet przepłoszył wszystkie zwierzęta w promieniu kilku kilometrów. Dziewczyna zanurkowała ochlapując wszystkich wodą i schowała się pod wodospadem.
- Odwróćcie się, proszę... - dobiegło ich zza słupa wody. [niezły wyczyn, biorąc pod uwagę huk wody]
- Okay, okay... - Jeremy doszedł już do siebie i wbił wzrok w ścianę drzew. Pozostali zrobili to samo.
- Moglibyście już wrócić do obozu i poczekać na mnie? - Winet próbowała przekrzyczeć wodospad - Ktoś z was mógłby mi tylko zostawić jakieś ciuchy. Oddam niedługo. Obiecuję
- O ile zauważyłaś, to wiesz że nasze ubrania też leżą na brzegu. Poza tym w czym ten ktoś wróci do obozu? - Kant miał niejasne uczucie, że to o nim mowa.
- Hmm... Wygląda na sytuację patową... Mi się nigdzie nie śpieszy. - Kompan oparł się o jeden z kamieni i rozłożył się wygodnie w wodzie.
- No co wy...
Winet przekomarzała się z chłopakami jescze przez parę minut, ale w końcu odechciało jej się. Zdecydowała się nawet wystawić głowę spod wodospadu i obserwowała z ciekawością klubowiczów rozmyślając, kogo pierwszego ruszy sumienie.
Pierwszy ruszył się Jeremy, ale bynajmniej nie z powodu wyrzutów sumienia. Klubowicze zobaczyli tylko jak wpatrujący się gdzieś w las Jeremy nagle blednie i wyskakuje z rzeki pędząc do swojego stosu ubrań. Na ten widok wszyscy nie wyłączając Winet wybuchnęli śmiechem, dopingując go głośno do szybszego biegu. Jeremy dobiegł do swoich łachów, chwycił je w ręce nie zakładając nawet na siebie i odskoczył na bok na chwilę przed tym, jak w miejsce gdzie leżały jego ubrania, trafiła błękitna kula energii.
Reszta ekipy natychmiast przestała się śmiać i rzuciła się w kierunku brzegu, jedynie Winet nie ruszyła się z jeziora, tylko schowała głębiej pod wodospadem. WolfCub biegnąc odwrócił się i zobaczył wyłaniające się z lasu sylwetki. Klubowicze dopadli brzegu i na wyścigi zaczęli się ubierać, a następnie uciekać do lasu. Jeremy, jako że był kiepskim sprinterem został nieco z tyłu, zaś kiedy się odwrócił ujrzał przybyszy na tyle wyraźnie, że w jakiś sposób podwoił szybkość swojego biegu. Mimo wszystko nie pomogło mu to. Kolejny strzał trafił go w plecy i Jeremy upadł na ziemię.
Kant i Kompan biegli ramie w ramię przedzierając się przez gałęzie. Kant co chwila oglądał się za siebie.
- Nie powinniśmy zostawiać tam Winet. A jeżeli oni ją złapią?
- Chyba pobiegli za nami. Poza tym co byś im zrobił? Widziałeś tę broń? To nie są tubylcy...
- Więc co zrobimy?
- Wrócimy tam jak tylko odzyskam miotacz.
Dobiegli do obozu jako pierwsi i Kompan bez chwili wahania zaczął szukać swojej wyrzutni - znalazł ją bez trudu. Po chwili na miejscu byli wszyscy oprócz Winet, Jeremy'ego, X-Tomcia i MaYkela.
- Gdzie oni są? Widzieliście ich??? - Kant przerażony rozglądał się dookoła.
- X-Tomcio i MaYkel biegli tuż za mną. Jeremy został chyba z tyłu. - The X klęczał na ziemi i z trudem łapał oddech.
- Winet została pod wodospadem - powiedział X-man - Co teraz zrobimy?
- Wrócimy tam. Nie możemy ich tak zostawić. - oczy Mesjaha miały barwę stali. Malowała się w nich zawziętość.
Odpowiedziało mu grupowe skinienie głów na znak zgody. Nagle zza drzew wystrzeliła kolejna kula energii trafiając Wojt@sa który upadł na ziemię. Druga wystrzelona w tym samym czasie dopadła Mr X'a. Kompan szybko obrócił się i wypalił pełną serię w kierunku drzew, zza których strzelano. Usłyszał dziwny krzyk i wypalił jeszcze kilkukrotnie. Po ostatnim strzale usłyszał kolejny podobny wrzask i zapadła cisza. Myśląc że to już koniec, Kompan odwiesił broń. Pomylił się - kolejna kula energii trafiła go prosto w głowę.
Kant widząc to doskoczył do niego i potrząsnął mocno. Kompan lezal nieprzytomny. Gdy Kant uniósł głowę zobaczył wyłaniające się z lasu trzy postacie z dziwną bronią w rękach. Kątem oka zobaczył też X-mana rzucającego się ze swoim szpikulcem (tym kupionym na targu u Rosjan po okazyjnej cenie) na najbliższego z nich. Przybysze byli jednak zbyt zainteresowani Kompanem, aby zauważyć X-mana, który właśnie dopadł jednego z nich i zatopił ostrze w jego karku. Rozległ się wrzask, dokładnie taki jak przedtem słyszeli, tyle że głośniejszy i bardziej przenikliwy. Pozostali dwaj jak na komendę obrócili się i wypalili jednocześnie ze swojej broni. Trafiony X-man poleciał do tyłu i upadł na ziemię, ale w odróżnieniu od poprzednich nie cicho, tylko z głośnym wrzaskiem.
Kant widząc to, chwycił miotacz który upuścił Kompan i założył sobie na rękę podobnie, jak robił to Kompan. Modląc się w duchu, o szybkie załapanie obsługi tej broni, wycelował w kierunku obcych i zaczął naciskać coś, co przypominało spust. Z miotacza poszybowały zielone kule i pomknęły w kierunku obcych. Kant naciskał spust raz za razem, aż nagle zdał sobie sprawę, że wyrzutnia już nie strzela. Odrzucił ją i popatrzył tam, gdzie wcześniej byli przybysze.
Na ziemi leżały trzy ciała. Jedno należało do tego, któremu X-man wbił w kark ostrze. Ciało to powoli rozkładało się, zamieniając się w zielonkawą kałużę. Obok leżeli pozostali dwaj porażeni strzałami Kanta.
Kant przypadł do leżącego Kompana i zaczął nim mocno potrząsać. Na szczęscie Kompan okazał się tylko lekko oszołomiony i po paru minutach mógł nawet stanąć na nogi. Wprawdzie oparty na ramieniu Duncan'a, ale jednak w pionie. Podobnie udało się dobudzić Wojt@sa, któremu pomagał iść PeaceMaker. Z X-man'em był większy kłopot. Podwójna dawka energi wypaliła mu dziurę w koszuli i solidnie poparzyła. Wprawdzie oprzytomniał, ale każde dotknięcie klatki piersiowej powodowało dotkliwy ból.
Albert podszedł również do obcych i zbadał ich z grymasem strachu i obrzydzenia na twarzy.
- Chyba nie żyją. - obrócił się w kierunku Kanta, który zbladł w tym momencie jak płótno i opadł na kolana.
- Jezu Chryste... Zabiłem człowieka...
- To nie byli ludzie. - Kompan uniósł głowę z trudnością - Ten miotacz nie zabija ludzi, ani zwierząt, nawet jeżeli trafi się kilka razy. Zabija natomiast tych, przeciw którym był zaprojektowany. - wskazał palcem na podobiznę Szaraka narysowaną na lufie.
- A więc to byli Oni? - Mr X przyglądał się ciekawie ciałom. Istotnie, nie przypominali zbyt ludzi. Ciała mierzyły ponad 2 metry wzrostu i były niezwykle umięśnione. Skóra miała barwę ciemnego brązu i w wielu miejscach była zrogowaciała tworząc coś w rodzaju pancerza. Poza tym Obcy nie nosili żadnego ubrania i byli kompletnie pozbawieni owłosienia. Na prawym nadgarstku czteropalczastej dłoni, mieli zamontowane dziwne pistolety. Między drzewami zza których wyszli, WolfCub znalazł jeszcze dwa ciała.
- Musimy ich pochować. - Kant podniósł się wreszcie z kolan.
- Chyba żartujesz. Musimy się stąd zmywać. Musimy odnaleźć Winet i resztę. Musimy wrócić do domu! To musimy zrobić!!! - wrzasnął Ufok.
- Nie zostawię ich tutaj. Nawet jeśli nie byli ludźmi!
- Nie będzie czego pochować. Patrzcie! - dobiegł ich z tyłu głos Mr X'a. Odwrócili się w tamtą stronę, akurat żeby zobaczyć jak ciała zamieniają się w zieloną ciecz. Za chwilę po ciałach nie było ani śladu.
- No więc problem z głowy. Chodźmy teraz poszukać innych. - Kompan mogł już chodzić o własnych siłach. Podniósł wyrzutnię i obejrzał wyświetlacz przy kolbie. - Jeżeli spotkamy któregoś z nich, to po nas. Wyładowały się baterie, a na ponowne naładowanie potrzebuję gniazdka 220V i dwóch dni. - Schował wyrzutnię do plecaka i ruszył przez gąszcza w kierunku jeziora. Pozostali również podążyli za nim. Pochód zamykał milczący Kant, idąc ze zwieszoną głową.
Po paru minutach marszu znaleźli X-Tomcia i MaYkela leżących obok siebie. Jeremy leżał samotnie kilkaset metrów dalej. Całą trójkę bez problemu doprowadzono do stanu przytomności. The X, który budził Jeremy'ego, opowiedział wszystko co się stało i podał mu chustkę.
- Masz. Nos nadal ci krwawi. Uderzyłeś się w coś?
- Nie... To z powodu... uhm... szoku... Gdy Winet wyskoczyła z wody tuż przede mną... - Jeremy się zaczerwienił na samo wspomnienie i nagle przypomniał sobie. - Winet! Co z nią? Nie ma jej?!?
The X pokręcił głową.
- Ostatnim razem widzieliśmy ją pod wodospadem. Nie pobiegła za nami, a Obcy chyba jej nie zobaczyli. Mam nadzieję że nic się jej nie stało.
Ruszyli dalej i po chwili wszyscy byli pod wodospadem.
- Winet!!! - Kompan rozdarł się na całe gardło i po chwili zza wodospadu wychyliła się głowa.
- Jestem tutaj!
- Już jest bezpiecznie. Wychodź!
- Macie moje ubranie?
- Ups... Sorry. Zapomnieliśmy. Gdzie je położyłaś?
- Obok bagaży w obozie.
- Okay. Zaraz je będziesz mieć. A potem wynosimy się stąd!
Ufok pobiegł szybko i dostarczył wszystko w ciągu paru minut. Zgodnie z prośbą Winet (chociaż sprzecznie z własnymi chęciami) wszyscy odwrócili się na chwilę. Usłyszeli odgłos kroków w wodzie, a następnie szuranie ubrań. Po paru minutach Winet się odezwała.
- Dobra. Możecie się odwrócić.
Wszyscy odwrócili się i zobaczyli Winet ubraną w swoje stare ciuchy, choć kompletnie mokrą. Teraz ona zdziwiła się na widok ich twarzy.
- Biliście się z tymi potworami na pięści, czy co?
- ??? - reakcja wszystkich była jednakowa. Dopiero po chwili dotarło do nich o czym mówiła Winet. Spojrzeli na siebi i roześmieli się głośno. Twarze wszystkich były mocno podrapane i posiniaczone od przedzierania się przez gałęzie.
Winet zwróciła uwagę na Kanta stojącego samotnie z tyłu i pomachała wesoło do niego. On uśmiechnął się krzywo i spuścił głowę. Winet zaskoczyło takie niecodzienne zachowanie prezesa. Podeszła do stojącego obok MaYkela.
- Co mu się stało?
- Zabił dwóch obcych i bardzo się tym przejął.
- Nie...
- Uratował nam wszystkim życie.
Winet podeszła do prezesa i położyła mu rękę na ramieniu. Ten odwrócił się i popatrzył się na nią mętnym wzrokiem. Wyraz twarzy wskazywał, że myślami Kant był zupełnie gdzie indziej.
- Zrobiłeś to co musiałeś. Gdyby nie ty, nie wiadomo gdzie byśmy teraz byli. Moglibyśmy już nie żyć.
Kant popatrzył na nią przez chwilę, po czym obrócił się i usiadł na trawie.
- Zostaw mnie w spokoju...
Winet widząc że nie może mu pomóc zwiesiła głowę i odeszła. Wszyscy oprócz Kanta zebrali się w grupie nad jeziorem.
- Co teraz zrobimy? - spytał The X
- Pójdziemy do tej świątyni. - Kompan na czas duchowej nieobecności prezesa został niepisanym przywódcą grupy. - Odbywają się do niej przynajmniej co miesiąc pielgrzymki, prawda? - Odpowiedziało mu skinienie głów. - A więc musi tam prowadzić droga. Świątynia leży na południe od miasta. My właśnie tak szliśmy. Musimy znaleźć tę drogę.
- Pamiętam że przez dłuższy czas szliśmy po czymś co wyglądało jak trakt. Było ciemno, a ja byłem wykończony, ale to chyba była ubita droga. - Jeremy przypomniał sobie szczegóły z wczorajszej wędrówki.
- W takim razie ruszamy, i to najlepiej teraz. Jest już południe i wkrótce będzie tu prawdziwe piekło. Nie wiem, czy zdołamy dotrzeć dziś do tej świątyni. Nabierzcie tylko do butelek tyle wody ile się da i oszczędzajcie ją w czasie marszu. Idziemy.

W ciągu pół godziny klubowicze pozbierali swoje rzeczy i nabrali tyle wody, ile mogli. Gdy wszyscy byli już gotowi, Kompan dał sygnał do wymarszu.
W momencie gdy wychodzili z polany na której nocowali, zza drzew dobiegł ich jakiś szelest. Mr X, który był najbliżej wskoczył tam i po chwili klubowiczów dobiegł wysoki pisk i kilka przekleńst Mr X'a.
- Kogo tam masz? - zainteresowali się wszyscy.
- Cholera. Taka mała, a tak gryzie... Hej! Skąd ja cię znam? - mruknął Mr X wyciągając za włosy młodą dziewczynę.
Kant, który właśnie wychodził zza drzew, na widok dziewczyny rozszerzył oczy ze zdumienia.
- Annai??? Co ty tu robisz? X, puść ją!
Mr X puścił dziewczynę, która podbiegła do Kanta i uwiesiła mu się na szyi.
- Jesteś... A myślałam że już cię nie widzę...
Wszyscy osłupieli słysząc jej całkiem niezłą, choć niedokładną polszczyznę.
- O co chodzi Annai? Szukałaś nas?
- Tak. Do Tenochtitlan przybywają bogowie wczoraj. Chcą waszej śmierci, mówią że sprzeciwiliście się ich woli, że zabiliście ich braci. Ale to źli bogowie, a ty jesteś dobry i twoi przyjaciele też. Mówią, że nie możemy pozwolić, abyś dotarł do świątyni na czas święta, dlatego każą nam świętować tam dziś o zachodzie słońca. Przychodzę ci o tym mówić, bo jest późno, a droga daleka. Człowiek nie mógłby zdążyć, ale ty możesz wszystko. Musisz tam iść, Kant...
- Dziś wieczór?!? Gdzie jest ta świątynia?
- Pół dnia marszu drogą. Zaprowadzę was do drogi. Idźcie już.
Kant spojrzał w jej twarz i zobaczył strach. Zrozumiał dlaczego - sprzeciwiła się woli bogów i zostanie ukarana. Chyba że...
- Annai, nie musisz tu zostawać. Chodź z nami. - Kant zdał sobie sprawę, że się czerwieni. Wyraz twarzy Annai zmienił się na jeszcze większy strach.
- Nie, nie mogę. Ty jesteś Wysłańcem Bogóa, a ja człowiekiem. Jesteś dobry, ale nie mogę iść z tobą. Wielki wojownik musi podróżować sam, by móc walczyć ze złymi bogami.
- Wielki wojownik??? - Kant nie zrozumiał ostatniego zdania. Był pewien, że Annai coś przekręciła, ale nie przypominał sobie, aby ona kiedykolwiek się pomyliła w czasie jego nauki.
- Ty jesteś wielkim wojownikiem. Walczysz ze złymi bogami, którzy od lat nas niewolą. - pociągnęła go za koszulę, aż schylił się do wysokości jej głowy i zawiesiła mu na szyi dziwny medalion. - Weź go. To było mojego ojca, który próbował z nimi walczyć i zginął, ale ty jesteś mocniejszy i wygrasz. Dziękuję ci bardzo.
Pocałowała go i podbiegła do Mr X'a. Dotknęła jego ręki, na której widniał krwawy ślad po ugryzieniu.
- Przepraszam za to. Przestraszyłam się, że jesteś złym Wysłańcem Bogów. Wybaczysz mi?
- Jasne... Nic się nie stało. - Mr X był strasznie zakłopotany.
Twarz małej Annai rozjaśnił uśmiech. Wskazała palcem jakieś miejsce na pustkowiach.
- Tam jest droga. Śpieszcie się, bo nie zdążycie na czas. Będę się modlić o wasze zwycięstwo. - po czym pobiegła w zarośla i znikła im z oczu. Kant jeszcze przez chwilę patrzył się w miejsce gdzie zniknęła.
- Co ją tam czeka? Mogą ją zabić, torturować.
- Ona o tym wiedziała. - Winet stanęła za Kantem i położyła mu dłoń na ramieniu. - Chyba naprawdę cię kochała. Nie Wysłańca Bogów, ale ciebie.
- Chyba tak. Nazwała mnie wojownikiem, bo zabiłem tamtych obcych... Dlaczego?
- Dlatego że Oni podbili ich naród. - Kompan przypomniał sobie swoje podróże po mieście - Tego nie było widać, ale tam wszyscy się Ich bali. Nawet o tej uroczystości dzisiaj mówili ze strachem. Stałeś się jej bohaterem. Pewnie także ich wszystkich. Może to coś tam zmieni...
- Jeśli tak to warto było. Chodźmy - na nas już czas.
- Kant... - Jeremy'ego nurtowała jedna sprawa - W jaki sposób tak szybko nauczyłeś ją mówić po polsku?
- Sama się nauczyła. - Kant uśmiechnął się słabo - Jest młodsza ode mnie, a mogłaby u nas zdawać już maturę. Nigdy nie spotkałem tak niezwykłej dziewczyny. I już nie spotkam...
Kant westchnął, zarzucił za ramię swój plecak i zaczął iść w stronę, którą wskazała Annai. Reszta klubowiczów zrobiła tak samo i po ok. 10 minutach dotarli do ubitego setkami stóp traktu. Czekało ich kilka godzin bardzo szybkiego marszu w największym gorącu, jaki doświadczyli w całym swoim dotychczasowym życiu. Każdy z klubowiczów wiedział jednak, że jeżeli nie uda im się teraz, to na następną uroczystość będą musieli czekać cały miesiąc. I bardzo wątpliwe było, aby do tego czasu udało im się tutaj przeżyć...

* * *

Szli tak już od paru godzin. Słońce wprawdzie osłabło nieco, ale nie było to powodem do radości. Wręcz przeciwnie - uświadamiało wszystkim jak szybko płynie teraz czas. Poruszali się w tempie podobnym trochę do tego, jakim Robert Korzeniowski zdobył w Atlancie Złoty Medal Olimpijski w chodzie na czas. Tyle tylko, że on nie miał na plecach całego swojego bagażu. Każdy z klubowiczów po pierwszych dwóch godzinach marszu nauczył się w pewien sposób odłączać swoją swiadomość tak, aby nie zdawać sobie sprawy z upływających kilometrów. Szedł po prostu jak automat przez zupełne pustkowie w palącym słońcu licząc kamienie, recytując w pamięci tytuły odcinków "X-Files", lub robiąc cokolwiek aby zapomnieć o swoich nogach błagających o litość. Jeremy idący na końcu niemal konał. Przy masie swojego ciała marsz był dla niego najbardziej morderczy i jedyne o czym myślał, to cel ich drogi który zbliżał się z każdym krokiem, a jednak był tak odległy. Nie miał nawet siły na swoje komentarze, zresztą nikt nie miał siły na nic... Jednak ani on, ani nikt inny nie poddał się. Bardzo w tym pomogła postawa Kanta, który od rozmowy z małą Annai bardzo się zmienił. Można było pomyśleć, że zupełnie zapomniał on o załamaniu jakie przeszedł parę godzin wcześniej, ale on wiedział że to była nieprawda. Pamiętał wszystko doskonale, ale teraz ciążyła na nim odpowiedzialność za tych ludzi którzy z nim szli i wierzyli w niego. To właśnie uświadomiła mu Annai - był teraz wojownikiem i musiał się z tym pogodzić. Oni wszyscy byli wojownikami.

Gdzieś z przodu, oświetlone przez czerwone promienie zachodzącego słońca, pojawiły się drzewa. Niedługo potem zza horyzontu wynurzyła się ściana lasu rosnąca z każdym krokiem. To zdopingowało klubowiczów do jeszcze większego wysiłku i dzięki temu udało się dojść do linii drzew w momencie, gdy słońce dotknęło linii horyzontu. Droga którą szli przez cały dzień zamieniła się w leśną scieżynę. Ślady stóp widoczne były coraż wyraźniej, gdyż ścieżka ukryta w cieniu drzew nie wysychała właściwie nigdy. Droga teraz przypominała chodzenie po bagnie tuż po deszczu. Setki ludzi którzy przeszli tędy wcześniej rozgrzebali swoimi stopami ziemię na głębokość kilkudziesięciu centymetrów. Marsz po takim gruncie był dużo trudniejszy, a drużyna nie mogła sobie pozwolić na zwłokę. Wszystko utrudniały również zapadające ciemności, gdyż przez gęste drzewa nie było widać nawet nieba. Ta część drogi była piekłem nawet w porównaniu do marszu przez pustynie.
- Poczekajcie! Chyba gdzieś zgubiłam but. Trudno coś zobaczyć w tym mroku. - Winet przystanęła na drodze i zaczęła się rozglądać. Przechodzący obok niej Jeremy chwycił ją za rękę.
- Ja swoje zgubiłem już dawno. Chodź, nie znajdziesz nic w tych ciemnościach. I tak nie włożysz tych butów, bo stopy zaraz ci spuchną. Lepiej się idzie boso.
Jeremy powiedział 3/4 prawdy. Faktycznie z butami pożegnał się już parę minut temu i był z tego powodu wściekły jak diabli. Pawdą było też, że w tych ciemnościach nie widział nawet, czy w tym błocie są kamienie, chociaż dość wyraźnie je czuł. Zaś co do wygody marszu, to Jeremy wmawiał to sobie przez dłuższą chwile, ale nie mógł się zdecydować, czy gorszy był spacer przy 30-tu stopniach ciepła w zimowych traperach, czy też brodzenie boso w błocie pełnym kamieni.
Winet bardzo niechętnie poszła jego przykładem i złożecząc pod adresem kamieni powlekła się styłu. z resztą nie oni jedyni w grupie szli bez wygodnego obuwia - to miejsce było pradziwym bagnem, mimo że na codzień było normalną ścieżką.
Nagle Kant się zatrzymał i zaczął nadsłuchiwać. Za jego przykładem wszyscy zrobili tak samo. Po chwili byli pewni - gdzieś z przodu setki ludzi uderzały w bębny i spiewali mistyczne pieśni. W miarę jak się zbliżali, pieśń wzmagała swoją siłę. Gdy w końcu dotarli na skraj lasu, ich oczom ukazał się niezwykły widok.
Ścieżka wychodziła na polanę, kończąc się w miejscu, gdzie kończył się las. Dalej prowadziła już gładka kamienna droga zbudowana z wielką dbałością i starannie utrzymana. Polana była ogromna, ale nie dość ogromna, aby pomieścić taką ilość ludzi jaka tam się znajdowała. Setki ludzi tłoczyło się w niesamowitym ścisku wokół kamiennej świątyni o kształcie piramidy. Swiątynia nie była tak okazała jak te, które klubowicze widzieli w Tenochtitlan, ale miała w sobie coś, czego nie miały poprzednie. Wokół niej niemal emanowała pewnego rodzaju moc i klubowicze mogliby przysiąc, że widzą poświatę emanującą z każdego kamienia.
Wzdłuż drogi stały rzędy ludzi wybijający rytm na bębnach, a inni śpiewali jakąś pieśń z której przebijał strach i uwielbienie. Nagle w bramie świątyni na szczycie schodów ukazali się kapłani niosący olbrzymie puste kosze. W tym momencie bębnienie i śpiewy umilkły. Kapłanów było wielu, schodzili oni po schodach w tej milczącej procesji , a coraz to nowi wychodzili z bram świątyni. Wszystko wokół zdawało się czekać na jakąś ważną chwilę.
Kompan nagle zrozumiał, co się dzieje, a przynajmniej tak mu się wydawało. Wrzasnął
- Teraz albo nigdy! Biegniemy tam!!!
i rzucił się wzdłuż drogi. Pozostali członkowie X-Klubu zebrali w sobie resztkę sił i pobiegli za nim. Jeremy, który już niemal nie panował nad swoim organizmem został daleko z tyłu, ale wtedy PeaceMaker, The X i X-man zatrzymali się i pomogli mu biec, dzięki czemu utrzymywał dość jednostajne, chociaż wolne tempo.
- Puście mnie do cholery i ratujcie siebie!!! - Wrzasnął na ciągnących go chłopaków.
- Nie ma mowy. Odejdziemy stąd wszyscy, albo nikt z nas! - Odwrzasnął mu PeaceMaker i przynaglił do szybszego biegu.
Obserwujący to wszystko tubylcy nie ruszyli się ani o krok, tylko patrzyli z przestrachem na biegnących wybrańców bogów, próbujących dotrzeć do piramidy na czas. Milkczący widzowie obserwujący maraton ostatniej szansy w głębi swoich dusz modlili się o powodzenie tego biegu.
Gdy Kompan dotarł do schodów piramidy, zorientował się jak niektórzy klubowicze odstają w biegu i zatrzymał się. Pozostali którzy dobiegli, również zatrzymali się, czekając na Jeremy'ego i tych którzy go prowadzili, dopingując do większego wysiłku. Gdy Jeremy'emu udało się dotrzeć do podnóża piramidy, został niemal wyniesiony na górę po kamiennych schodach, po czym przyjaciele chwycili go pod ramiona i niemal razem wpadli do świątyni. Tam, upadł bez czucia pośród gór przedmiotów wykonanych z jakiegoś metalu.
Nagle wnętrze świątyni zalało jasne światło, które oświetliło również polanę i twarze tubylców na których - o dziwo - malowała się nadzieja. Dopiero wtedy klubowicze zobaczyli, że przedmioty którymi wypełniona była świątynia są wykonane ze złota i drogich kamieni. Były to większe skarby niż te, które przechwywano we wszystkich muzeach świata. Wkrótce światło stało się tak silne, że klubowicze przestali widzieć cokolwiek. Ściany, podłoga, skarby, wszystko zniknęło pod wszechogarniającą bielą.
Wszyscy w tym momencie myśleli już tylko o tym, gdzie się znajdą i co przyniesie przyszłość. Lecz gdzieś w głębi duszy przeczuwali, że przyszłość będzie o wiele dziwniejsza niż są w stanie to sobie wyobrazić...

Światło zniknęło. Na polanie pozostali jedynie milczący Aztecy. Jeden z kapłanów wbiegł po schodach i zajrzał do wnętrza świątyni. Zarówno wysłańcy bogów, jak i zgromadzone tu skarby zniknęły - świątynia była tylko kwadratowym pomieszczeniem z dwiema przeciwległymi metalowymi ścianami. Kapłan wyszedł przed świątynię i z wysokości schodów krzyknął coś do swojego ludu. Odpowiedział mu chóralny krzyk radości.

to be continued...