CHOOSEN
I - Wybrańcy losu |
||
by Jeremy - dla X-Klubu |
Światło oślepiło wszystkich. Gdy
klubowicze zaczęli powoli odzyskiwać wzrok, zobaczyli metalowe
ściany ciągnące się wysoko w górę i kończące się czymś
w rodzaju poręczy. A ponad tą poręczą dziesiątki
błyszczących rurek.
Lufy karabinów.
- No, no, no... Nie przypuszczałem że jeszcze was kiedyś
zobaczę. A na już na pewno tak szybko... - z tłumu żołnierzy
wychyliła się znajoma uśmiechnięta twarz Thoma - Jestem
pełen podziwu, szkoda tylko że męczyliście się na próżno.
Tym razem wyślę was do czasów prehistorycznych, tam już nie
będzie terminala powrotnego.
- Sir... - odezwał się jakiś głos z tyłu - Nie może pan
przestroić systemu bez zgody Góry.
- Daj mi spokój. Tym razem nie będę ryzykował możliwości
powrotu tej bandy, a co do zgody to może chcesz zgłosić
włamanie się do pilnie strzeżonej bazy przez bandę cywili?
- ...
- Tak też myślałem. Przygotować się do przestrojenia systemu
na transfer w jedną stronę. Czas - minus 20 milionów lat.
- Thom... - Kant próbował zyskać na czasie nie wiedząc po co
właściwie to robi - Skoro już chcesz nas zabić, to powiedz
chociaż co tu się dzieje.
Thom po krótkim namyśle odwrócił się i omiótł wzrokiem
zebranych na dole klubowiczów. Uśmiechnął się po raz drugi.
- W porządku. Mimo wszystko jestem wam to winien, bo byliście
godnymi przeciwnikami. Już pewnie wiecie do czego służy ta
instalacja, bo poznaliście jej działanie na własnej skórze.
To prezent od ufoków, w zamian za miejsca do prowadzenia badań
i kilka... hmm... 'królików doświadczalnych'. Wiecie jaka jest
obrona przeciwlotnicza Polski - nikt ich tu nie wykryje. To
bardzo wygodny układ.
- Co wy z tego macie? Broń, technologię? Kto za tym wogóle
stoi?
- Ci co zawsze. Rząd, wysocy oficjele, politycy, wojsko... A co
mają? Rozejrzyjcie się wokół siebie to zobaczycie.
- Złoto?
- Zgadza się. Fortuna, czasem jakiś przekręt w rządzie który
umożliwi dorwanie się na wymarzony stołek. Proste.
Kant po raz kolejny mało nie zemdlał - to wydało mu się zbyt
głupie.
- To wszystko po to aby zdobyć... PIENIĄDZE? Stołki?!?
- Zapomniałeś w jakim kraju żyjemy? To przecież Polska, tu
odchodzą bardziej kretyńskie numery.
- No tak... Nie sądziłem że jesteś aż tak głupi aby
pójść na podobny układ.
- Daj spokój... Myślisz że zgodziłbym się na taki idiotyzm?
Mam swoje cele: mogę teraz poznawać do woli to o czym tylko
marzyłem w XC, i jestem tu szanowany. Ale dość już
pogaduszek. Musimy jeszcze dzisiaj ściągnąć dary ofiarne od
Ramzesa II, a przestrajanie systemu trwa długo. Trzymajcie się!
Thom odszedł, a klubowicze spojrzeli po sobie. Każdy oczekiwał
od innych sposobu na ucieczkę.
- Dobra. Co robimy? Nie możemy dać nakarmić sobą dinozaurów.
- Kant mimo trudnej sytuacji próbował zachować zimną krew.
- Nic nie możemy zrobić. Ściany mają ponad 10 metrów, a u
góry stoją żołnierze. Drzwi zamknięte, a my nie mamy przy
sobie nic. - Jeremy popadł w przygnębienie. Poranione stopy
krwawiły, a on sam był na skraju wyczerpania.
- Coś na pewno możemy zrobić? Kompan, a twoja wyrzutnia?
- Kompletnie wyczerpane baterie. Potrzeba będzie
kilkunastogodzinnego ładowania.
- Nawet ich z łuku nie dosięgnę, bo za daleko - Winet
wpatrywała się w błyszczące lufy karabinów.
- Kurwa, róbmy coś bo zginiemy - X-Tomcio dobitnie wyraził to
o czym myśleli wszyscy, chociaż wcale nie poprawiło to im
humoru. Zapadła grobowa cisza, przerywana jedynie cichymi
przekleństwami pod adresem WinGrozy dobiegające gdzieś z
góry. W końcu jednak i one umilkły. W tej ciszy klubowicze
patrzyli na siebie, jak sądzili po raz ostatni myśląc o
świecie do którego za chwilę trafią. Lecz nie dane im było
go zobaczyć. Gdzieś z góry dobiegły ich odgłosy szamotaniny
i niewyraźne wrzaski.
- Stać!
- Nawet o tym nie myśl. Odsuń się od klawiatury. - halę
wypełnił zniekształcony przez echo kobiecy głos
- Brać ich. - głos Thoma był pełen wściekłości
- Cofnąć się, albo wszyscy zginiecie. Mam tu bombę. -
ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z lodowatym spokojem.
Klubowicze nie mogli uwierzyć własnym uszom.
- Malda? - PeaceMaker był bardziej zaskoczony niż kiedy
pierwszy raz zobaczył Azteków..
- Wyrzućcie broń za poręcz. A wy tam na dole, odsunąć się!
Klubowicze odsunęli się w ostatniej chwili zanim obok nich
zaczęły spadać karabiny. Na szczęście żaden z nich nie
wystrzelił.
- Weźcie broń - znajomy głos ponownie się odezwał - A ty,
pozwól im wyjść.
- Ja cię... - głos Thoma bliski był wściekłości, ale po chwili
klubowicze poczuli że coś podnosi podłogę. Wkrótce znaleźli się
na wysokości pomieszczenia i zobaczyli żołnierzy stojących pod
ścianą, oraz starych znajomych, Lisława Maldę i Danutę Skałę.
Danka stała nad Thomem siedzącym nadal przy komputerze i wciskała
mu w kark lufę pistoletu.
Hala była pełna najróżniejszych urządzeń i komputerów. Gdyby
klubowicze byli w stanie jasno myśleć na pewno zaświeciłyby
im się oczy na ten widok. Zwłaszcza że na ekranach większości
komputerów widniały ikony bezpośredniego połączenia z Internetem.
- Nic wam nie jest? To dobrze. Musimy się stąd wynosić! - Malda
grzebał przy jakimś komputerze i nie patrzył na klubowiczów.
W PeaceMakerze aż się zagotowało. Już miał ochotę wywrzeszczeć
Lisowi w twarz wszystko co go dręczyło, ale X-Tomcio go ubiegł.
- Zamknij się @#$% zdrajco!!! Gdybyś nas nie zostawił nic by się
nie stało! Łatwo jest qrwa przyjść po tygodniu i powiedzeć
"chodźcie"? Nie wiem jak inni, ale ja się stąd nie ruszę.
Danka trzymająca na muszce odwróciła się zdziwiona.
- Jaki tydzień? Przecież widzieliśmy was parę godzin te... - dopiero
teraz zobaczyła jak wszyscy wyglądają. Pooblepiani błotem, wykończeni
niektórzy siedzący na podłodze z wyczerpania. W dodatku wszyscy na
twarzach mieli wypisany dobrze jej znany ból...
"Kac?"
Odwróciła się i popatrzyła na Thoma którego miała pilnować. Po chwili
podjęła decyzję.
*UGH!*
Thom osunął się z fotela i uderzył o metalową podłogę. Danka schowała
pistolet do kabury, po czym przeszła nad nieprzytomnym hackerem i
podeszła do żołnierzy stłoczonych przy ścianie.
- Gdzie jest magazyn leków?
Jeden z żołnierzy wskazał jej korytarz po swojej prawej stronie. Danka
pobiegła tam i po chwili wróciła z torbą wypełnioną różnymi przyrządami.
Podeszła do klubowiczów i zaczęła wstrzykiwać im przy pomocy dziwnego
urządzenia jakiś środek.
- Ej, co robisz? - Kompan odtrącił jej dłoń.
- Spokojnie, to zmniejszy zmęczenie i przyspieszy gojenie się ran. To
lek zrobiony przy użyciu pozaziemskiej technologii. Zaufaj mi.
Kompan po krótkim wahaniu wyciągnął rękę i podwinął rękaw.
Jeremy który dotychczas nie mógł nawet wstać, po wstrzyknięciu środka
niemal podskoczył. Rany na stopach błyskawicznie przestały krwawić.
Odzyskał też zdolność jasnego myślenia.
- Mówiłeś Lis że jak długo nas nie było?
- Jakieś dwie godziny. - odparł Malda nadal grzebiąc się w jakimś
sprzęcie.
- No to fajnie, bo spędziliśmy ostatni tydzień u w gościnie u Azteków.
Wbrew pozorom na Maldzie nie zrobiło to żadnego wrażenia, a przynajmniej
takiego które kazałoby mu przerwać robotę.
- Więc jednak miałem rację... Nasz rząd dostał od obcych technologię
załamań czasoprzestrzeni.
- Owszem. - Odparł wściekły Kant. - I to wszystko po to...
- Żeby zdobyć forsę i władzę. - Dokończyła za niego Danka. - Dziwi cię
to? W końcu żyjemy w Polsce.
Kant roześmiał się.
- To samo powiedział mi Thom. - wskazał na nieprzytomnego gościa leżącego
na podłodze parę metrów dalej.
- Kłopot w tym, że Oni mają w planach zupełnie co innego. Rząd nie wie,
albo nie chce o tym wiedzieć... - powiedział Lis nie przerywając roboty
- No więc co teraz zrobimy? - spytał rzeczowo Ufok.
- Jeszcze tylko chwilka... gotowe. - odparł Malda po czym wstał i odwrócił
się w kierunku stojących przy ścianie żołnierzy. - Sprawa wygląda następująco.
Jest was prawie dwa razy więcej niż nas, więc przy odrobinie szczęścia
moglibyście nas pokonać w ciągu dziesięciu minut. Tyle tylko, że wtedy
będziecie już martwi, bo właśnie na tyle ustawiona jest bomba pod tym
komputerem. Nie da się jej rozbroić, ani wynieść. Proponuję więc, abyście
stąd zjeżdżali do wszystkich diabłów i zabrali waszego szefa. Ta baza
zniknie z powierzchni ziemi.
Żołnierze popatrzyli na siebie, po czym podjęli decyzję. Jeden z nich
podniósł nieprzytomnego Thoma i wszyscy wybiegli z hali jednym z korytarzy.
Klubowicze popatrzyli za nimi.
- Ty mówiłeś prawdę o tej bombie? - spytał Maldę Wojt@s.
- Trochę blefowałem. - Lis wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. - Jeszcze
jej nie włączyłem.
- ... - reakcja klubowiczów była łatwa do przewidzenia.
- Najpierw musimy tu trochę poszperać. Szybko, mamy nie więcej niż osiem
minut zanim się zorientują i wrócą tutaj.
- A czego szukamy? - spytał rzeczowo Mr. X
- Broni.
- Co? Przeciez juz ją mamy. - Duncan wskazał na karabiny które klubowicze
trzymali w rękach.
- Nie miałem na myśli tych prymitywnych kałachów. Zaraz wam pokażę o co
mi chodziło.
Malda i Danka ruszyli w stronę jednego z korytarzy, a zdziwieni klubowicze
podążyli za nimi. Po kilkuminutowym błądzeniu Malda znalazł wreszcie
pomieszczenie oznaczone napisem "Zbrojownia" do którego prowadziły zwykłe
drewniane drzwi zamknięte na kłódkę.
- Chyba nie wierzysz że tu trzymają broń? - spytał Mesjah - Przecież to jest...
- ...największa partanina i prowizorka jaką można sobie wyobrazić? Czyli
pomimo paktu z wysoce rozwiniętą cywilizacją nic się nie zmieniło. Zresztą
zaraz się przekonamy. - Danka potężnym kopnięciem z półobrotu wyrwała drzwi
z zawiasów. Kiedy ucichło echo łomotu i opadł kurz, Lis i Danka weszli do
środka. Reszcie drużyny zajęło jeszcze parę sekund pozbieranie szczęk z
podłogi, po czym również weszli do "Zbrojowni".
Która istotnie okazała się Zbrojownią z prawdziwego zdarzenia. Na
dziesiątkach stalowych półek leżały tony sprzętu, którego nie miała chyba
żadna armia świata. Leżały tam dziwaczne karabiny, pancerze dość podobne
do tego jaki nosił Kompan, mundury, ciężki sprzęt, oraz drobniejsze gadgety
takie jak zegarki i ciemne okulary. Wszystko w kolorze czarnym.
- WOW! Zupełnie jak w Men In Black... - Jeremy po raz kolejny musiał podnosić
swoją szczękę.
- Niezupełnie. - odparł Kant przeglądając wyposażenie - Brakuje czarnych
garniturów.
- Ale są kamizelki i mundury. Możemy być Facetami Prawie W Czerni.
- Ja nie będę! - zaprotestowała Winet
- Dlaczego? Nie odpowiada ci kolor? - zdziwił się prezes
- Nie. Mogę być w czerni, ale nie facetem. - wyjaśniła śmiejąc się.
- Okay, więc będziesz Laską Prawie W Czerni. - odparł X-Tomcio - Ale co to
wogóle za broń?
- Przypomina moją wyrzutnię... - stwierdził Kompan po bliższym zbadaniu. - Ale
ma jakieś pokrętła.
- A poza tym jest dużo lżejsza i skuteczniejsza. - dodał Lis - Zasada działania
jest taka sama. Możemy nią zabić obcych. Bierzcie broń i co tam jeszcze chcecie,
ale na przebieranie nie ma czasu, więc odpuśćcie sobie mundury.
Klubowicze wzięli karabiny i kamizelki, oraz dla fasonu zegarki i okulary. Po
chwili byli już wykwalifikowanym oddziałem agentów MAIB i jako taki oddział
wrócili do sterowni i zaczęli zbierać swoje bagaże. Na szczęście dodatkowe
wyposażenie było lekkie, a zastrzyk który wszyscy dostali od Danki musiał
być także stymulantem, bo niemal nie poczuli dodatkowego ciężaru.
Malda ponownie zaczął grzebać przy bombie, ale trwało to znacznie krócej.
- Ile mamy czasó? - zainteresował się X-man
Lis nie odpowiedział. Trudno jest zresztą odpowiedzieć cokolwiek kiedy się
biegnie ze wszystkich sił w kierunku wyjścia. To jednak wystarczyło wszystkim
za odpowiedź.
* * *
Zewnętrzne wrota budynku otworzyły się na oścież i wypadła stamtąd ekipa
klubowiczy.
- Szybciej! - darł się Malda wysuwając się na prowadzenie. Jego tempo
pozwoliłoby mu wygrać mistrzostwa świata nie tylko w biegu na 100 metrów,
ale i w wyścigach konnych. - Zegar jest ustawiony tylko na minut...
Nie zdążył dokończyć ostatniego zdania. Potężna eksplozja rozkołysała
wierzchołki pobliskich drzew i cisnęła klubowiczami do przodu. Malda
runął na ziemię, a na niego spadł Kompan wbijając mu w brzuch swoją
wyrzutnię. Spod spodu coś głośno jęknęło i rzuciło wiązanką przekleństw.
Jeremy wylądował na PeaceMakerze, Wojtasie i X-Man'ie którzy zareagowali
gwałtownymi okrzykami bólu. Reszta klubowiczów wylądowała w miarę
bezpiecznie obok przywalając sobie nawzajem rękami, oraz trzymanymi w
nich karabinami po twarzach, zaś Kant wylądował na Dance Skale i przez
parę sekund nie mógł się ruszyć.
- Nie chcę być niemiła, ale może tak wreszcie ze mnie zleziesz? - Danka
zareagowała dziwnie spokojnie. Kant dopiero teraz zorientował się na czym
leżą jego ręce...
- Eee... Przepraszam bardzo - Kant podrwał się na równe nogi i podał
rękę Skale.
- Nic się nie stało. - uśmiechnęła się wstając przy jego pomocy - Jesteś
naprawdę miły...
Twarz Kanta przybrała odcień rozgrzanej do wysokiej temperatury cegły, zaś
on sam wydusił z siebie tylko niewyraźne 'dziękuję'.
Tymczasem klubowicze pozbierali się już z ziemi, oraz wyzbierali swoje
rzeczy i broń. Nikt za bardzo nie wiedział co się właściwie stało.
- Co teraz robimy? - zwrócił się Kompan do Maldy.
- Mamy jeszcze coś do załatwienia, ale najpierw musimy wrócić do vana.
Danka rzuciła mu pytające spojrzenie, zaś on odpowiedział jej prawie
niedostrzegalnym skinięciem głowy.
- Jeezu... To zajebiście daleka droga... - PeaceMakerowi przeszła
wściekłość na Maldę, ale uznał, że nikt mu nie zabroni troszkę ponarzekać.
- Wytrzymacie. - Lis wymówił już to tyłem do grupy idąc powoli w kierunku
z którego niegdyś przyszli. Cała drużyna podążyła powoli za nim.
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Malda często się zatrzymywał, aby dać
odpocząć wykończonym klubowiczom. Wprawdzie leki które zastosowała jego
partnerka były skuteczne - rany goiły się w niesamowitym tempie, jednak
zmęczenie powróciło.
Gdy mijali wagony-chłodnie, część klubowiczów przyspieszyła, chcąc uniknąć
nawet wspomnień o nieprzyjemnym wydarzeniu, które się tu rozegrało. Wkrótce
i chłodnie zostały za nimi. Malda z pewnym zdziwieniem zauważył że umilkły
rozmowy Kanta z Danką które towarzyszyły im od kiedy ruszyli w drogę.
Przyjął ten fakt z prawdziwą ulgą, bowiem powoli stawało się to już
nieznośne - chyba jeszcze gorsze niż gadanina Kanta i Winet w drodze
do bazy...
Po około dwóch godzinach marszu grupa znalazła się na granicy lasu. Na
horyzoncie majaczyła się szosa, zaś niedaleko przed nią, na polnej dróżce
stał opuszczony van. Niebo zasnuły chmury sprawiające wrażenie potworów
chcących zaatakować wszystko co żyje. W taką pogodę po prostu musi się
coś stać, nieprawdaż?
Klubowicze musieli myśleć tak samo, bo najwyraźniej nie zaskoczył ich
widok kilkudziesięciu postaci idących w ich stronę. Postaci dziwnie
przypominających te, które zaskoczyły ich nad jeziorem w srodkowoamerykańskiej
dżungli.
- Lis, czy to jest to co mieliśmy do załatwienia? - Jeremy nie krył
cynizmu.
- Prędzej czy później by nas dopadli... Bardziej mnie martwi czy ta
broń będzie mogła im coś zrobić, ale chyba tak... Trzeba ją tylko
odpowiednio nastroić.
- Jak? Umiesz to zrobić? - Winet patrzyła Maldzie przez ramię patrząc
jak grzebie przy pokrętłach i co chwila zerkała na zbliżające się
istoty.
- Chyba tak. Ustawcie ją w pozycji sa-t'reth. - odpowiedziały mu
zdziwione spojrzenia - suwak na lufie do trzech kropek, a pokrętło
na znaku przypominającym grecką Sigmę.
- Lis, nie wszyscy uczyli się tu pilnie matematyki... - zwrócił mu
uwagę X-Tomcio.
- Taka trochę podobna do naszego "E" - rzucił Jeremy manipulujący
przy swojej broni.
- Skąd wiesz że to będzie działać? - Ufok był nieco podejrzliwy.
- Później wam wszystko wyjaśnię. Pamiętajcie, aby nie pozwolić się
trafić, oni już nie będą chcieli was ogłuszyć. Wszyscy gotowi?
- Chwileczkę, a gdzie Kant i Danka? - krzyknął Wojt@s.
"Jakie to dla niej cholera typowe..." pomyślał ze złością Lis,
ale głośno powiedział co innego.
- Zostali chyba trochę z tyłu, nic im nie będzie. My też się wycofajmy
do lasu.
Grupa wycofała się między drzewa i zajęła dogodne pozycje. Uwaga Lisa
o tym, że tym razem Obcy nie będą brali jeńców okazała się bardzo
słuszna - zielonkawy promień który trafił w pień drzewa przed X-manem
wypalił spory kawał kory i urwał dużą gałąź.
- Kórde... Dlaczego akórat ja? - jęknął X-man i poczołgał się w stronę
innego drzewa.
Klubowicze jak na komendę otworzyli ogień. Z lasu posypały się wiązki
energii w kierunku wysokich sylwetek. Kilku Obcych upadło na ziemię,
zaś jeden trafiony trzema wiązkami naraz, z miejsca zmienił się w
zielonkawą breję. Pozostali zatrzymali się na chwilę, po czym nagle
zniknęli.
- Co do kur... - X-Tomcio gapił się na miejsce na którym przed chwilą
było gęsto od Obcych.
- Mają kamuflaże! Uważajcie, teraz prawie ich nie widać! - krzyknął Malda
- Prawie?!? Ich wogóle nie widać! - odwrzasnął The X - Jak mamy ich zobaczyć?
- Nie mogą strzelać z włączonym kamuflażem, bo reakcja energetyczna ich
zabije. Miejcie oczy otwarte, to może zobaczycie falujące powietrze. - Jakby
na potwierdzenie swoich słów Malda trzelił w miejsce które wydawało się
puste. Dał się słyszeć krzyk i nagle klubowicze zobaczyli upadającą postać.
WolfCub również strzelił kilkakrotnie w miejsce, w którym powietrze falowało
jak nad rozgrzaną autostradą. Jedna z wiązek trafiła Obcego.
Nagle Duncan wrzasnął. Jakaś siła wyrwała mu karabin z ręki i rzuciła
w bok, a potem chwyciła za gardło i uniosła w powietrze.
- Hrr... Ratunku... - zacharczał z braku powietrza Duncan. Słysząc
to, Mr. X odwrócił się w samą porę aby zobaczyć inną postać pojawiającą
się obok Duncana i celującą w niego ze swojej broni. Nie czekając wypalił
kilkukrotnie i na trawę upadły dwa brązowe ciała.
Duncan chwycił swoją broń i przyjrzał się ciałom - byli to dokładnie tacy
sami Obcy, jacy zaatakowali ich w dżungli.
Jednak na dłuższe oglądanie nie było czasu. Wokół klubowiczów nagle zaroiło
się od podobnych sylwetek. Rozpoczęła się strzelanina na oślep. Wokół padały
ciała, odpadały od pni kawałki drzew i wzbijały się tumany kurzu. MaYkel
oberwał od jednego z Obcych zrogowaciałą pięścią i wyrżnął głową w leżący
na ziemi konar. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył, była lufa pistoletu Obcego
wycelowana w jego głowę. Stracił przytomność.
Nagle z głębi lasu posypały się strzały. Dwie serie promieni dokonały
spustoszenia pośród Obcych, zabijając również tego, który celował do
nieprzytomnego MaYkela. Zaskoczeni przeciwnicy wzięci w krzyżowy ogień
nie byli w stanie nic zrobić. Wkrótce też zostali przez klubowiczy wybici
co do jednego.
Kompan wstał i otarł pot z czoła rozglądając się dookoła. Las tonął w
bagnie zielonkawego szlamu - pozostałości po Obcych. Spojrzał na swój
karabin. Olbrzymia ilość energii którą wyprodukował w ciągu ostatnich
kilku minut zaczęła nadtapiać lufę i pewnym było, że już niedługo ta
broń będzie jedynie kupą złomu.
- Jeśli ktoś nas teraz zaatakuje, to po nas - mruknął i odwrócił się
w stronę z której nadeszła nieoczekiwana pomoc.
Krzaki się zatrzęsły i wyszli stamtąd Kant i Danka z dymiącymi miotaczami.
- To już drugi raz jak ratuję wam skórę. - Kant uśmiechnął się od ucha
do ucha.
- I drugi raz jak oddaliłeś się niepotrzebnie. - odburknął Jeremy - Nie
rób tego więcej.
- Dobra, dobra... Też mi wdzięczność... - Kant próbował udawać obrażonego,
ale niezbyt mu to wyszło.
Malda chwycił partnerkę za rękę i odciągnął ją kilka metrów na bok.
- Co ty sobie wyobrażasz do jasnej cholery? Masz pojęcie jak on zareaguje
gdy się dowie?!?
- Zamierzasz im powiedzieć? - twarz Danki poszarzała.
- A jak myślisz? Już i tak się domyślają że coś jest nie tak, poza tym
wiesz że bez nich nie damy rady ich zatrzymać.
- Ale to właściwie nie ja... to znaczy... on był taki milutki... i... i
to właściwie był jego pomysł... - zaczęła się nagle plątać.
- Zastanawiam się jakim cudem nie jesteś blondynką, to chyba jakaś
nieprawidłowość genetyczna... - Malda się nieco rozchmurzył i pozwolił
sobie na nieco sarkazmu. - I pozapinaj tę bluzkę do ciężkiej cholery!
Danka zaczerwieniła się po raz drugi i poprawiła ubranie.
- Hej, Lis! - z tyłu dobiegł ich głos Kompana. - Chyba musisz nam
wyjaśnić parę rzeczy.
- Wszystko wam powiem jak dojdziemy do vana. Szybko, nie mamy czasu.
- Nawet nie ma mowy. - Jeremy zagrodził mu drogę. - Powiesz co masz do
powiedzenia tu i teraz.
- Zrozumcie, to naprawdę ważne. Od tego może zależeć wasze życie. I to
nie tylko wasze...
Klubowicze popatrzyli przez chwilę na siebie po czym bez słow podjęli
decyzję.
- Dobra, ale pamiętaj że mamy cię na muszce.
Malda i Skała poszli w kierunku vana, a za nimi grupa klubowiczów z
zastygłym na twarzy wyrazem podejrzliwości. Jedynie Kant nie wiedział
za bardzo o co w tym wszystkim chodzi. Zresztą w tym momencie błąkały
się po głowie zupełnie inne myśli, które sprawiały że twarz prezesa
promieniowała niczym najwspanialszy radziecki reaktor atomowy.
Zaczęły szybko zapadać ciemności. Zdziwiło to trochę Jeremy'ego, ale
bardziej niż pogoda niepokoiło go to, co Malda ma im do powiedzenia.
Po chwili uświadomił sobie, że przecież nadal jest listopad, a to że
ego zegar biologiczny jest rozregulowany zawdzięcza tygodniowemu
urlopowi w tropikach. Jednak nadal nie miał pojęcia co chce powiedzieć
im Lis...
Tymczasem Lis z partnerką dotarli do vana. Lis wszedł do środka i spod
jednego z foteli wyciągnął dziwne urządzenie. Zabrał je ze sobą i
wyszedł do zebranych przed wozem klubowiczy.
- Chcieliście znać prawdę... Dobrze. Nie jesteśmy tacy, jacy się
wydajemy. To znaczy ja i Danka... Jesteśmy tymi, których wy określacie
mianem Obcych.
Odpowiedziała mu cisza, a po chwili wybuch histerycznego śmiechu.
Zebrani klubowicze chihotali, wyli, śmiali się i rechotali. Jedynie
Kant stał cicho z boku, a jego twarz zaczęła przyjmować dziwny wyraz.
Lis usiadł na brzegu vana czekając aż klubowicze zamilkną.
- To niemożliwe... - pierwsza opanowała się Winet.
- Ale to prawda. Przyjeliśmy naszą postać, aby zbliżyć się do was.
Przepraszam. - ostatnie słowa skierowała do Kanta, który jednak tego
nie słuchał. Nikt z pozostałych klubowiczów nie zwrócił uwagi na to,
że twarz prezesa stawała się coraz bardziej blada.
- Muszę się czegoś napić... - Kant usiadł na trawie i wyciągnął z
plecaka butelkę piwa.
Odpowiedziało mu chóralne "Ja też" i po chwili kilkanaście rąk zwróciło
się do niego błagalnie. Kant rozdając butelki zauważył że ostatnia
podeszła do niego Winet. Jej twarz wyrażała taką mieszaninę uczuć
że Kant nie wiedział które z nich dominowało w obecnej chwili.
Winet z drżeniem dłoni otworzyła butelkę. Pal sześć, że nie cierpiała
piwa - musiała w jakiś sposób uspokoić rozdygotane nerwy. Podobnie
zresztą jak pozostali...
Ufok opróżnił butelkę i odetchnął głęboko.
- To wszystko nie trzyma się kupy. Dlaczego nam pomagałeś? Zebrałeś
nas razem, sprowadziłeś tutaj, wyciągnąłeś z bazy, zabiłeś tych
Ob... zabiłeś ich... - wskazał reką w kierunku gdzie rozegrała się
ostatnia potyczka.
Lis pracujący przy swoim urządzeniu przerwał na chwilę i popatrzył w
niebo. Silny wiatr rozgonił chmury, i nad nimi rozpościerało się piękne
gwiaździste niebo.
- W kosmosie jest wiele ras. Dużo jest takich jak wy, które nie
opanowały jeszcze techniki lotów międzygwiezdnych. Te którym się
to udało, albo tworzą różne przymierza, albo są na tyle silne, aby
istnieć samodzielnie. Rasa która was zaatakowała jest właśnie jedną
z takich samodzielnych. Są jak ekspansywny rój, ciągle poszukują nowych
światów, przestrzeni życiowej. W tej chwili badają waszą planetę, chcą
wiedzieć jakie mają szanse na udaną kolonizację. Jeśli ją rozpoczną,
zginą wszystkie inne gatunki na Ziemi.
Klubowicze wpatrywali się w Maldę bez słowa. To co dotychczas oglądali
jedynie na kiepskich filmach s/f stało się faktem. Ich świat był
zagrożony, a nikt poza nimi o tym nie wiedział.
- A ty? - odezwał się Mesjah.
- Jesteśmy rasą odkrywców i badaczy. Od wielu stuleci przeczesujemy
wszechświat szukając inteligentnych form życia, którym możemy pomóc
się rozwijać.
- Pomóc? Od tak po prostu? - Jeremy niezbyt wierzył w to co powiedział
Lis. Jego dotychczasowe doswiadczenia nie obejmowały bezinteresownych
dobroczyńców, zwłaszcza na taką skalę.
- Te rasy, którym uda się wejść na wyższy poziom rozwoju dołączają
do naszej Ligi. Nasze społeczeństwo jest zbyt jednostronne, a przez
to słabe. Musimy współdziałać z innymi rasami, aby przetrwać.
- A jeżeli jakaś odmówi? - spytał Duncan.
- Nigdy się to nie zdażyło... Oceniliśmy szansę waszego rozwoju
przez "posiew", jak to nazywamy na 1:5.
- Niewiele... - stwierdził The X.
- Udawało się już rasom o mniejszych szansach. Jeżeli bez naszej
ingerencji dotrwacie do pewnego momentu rozwoju, pomożemy wam iść dalej.
- Jaki to moment? - zainteresował się Jeremy.
- Nie możecie się tego dowiedzieć. To jedna z zasad posiewu. Teraz jednak
nie dacie sobie rady bez pomocy z naszej strony. Oni już zebrali dane,
stwierdzili że wasza planeta nadaje się na kolonizację, zresztą sami
ludzie ich w tym upewnili. Jeżeli teraz chociaż jeden osobnik powróci
do ich macierzystego świata, nastąpi inwazja.
- A jeśli nie wrócą, to co? Wyślą następnych i koszmar zacznie się od
nowa? - Winet odzyskała wreszcie władzę nad nerwami i zdołała coś
powiedzieć.
- To potrwa długo. Przygotowania do następnej wyprawy zajmą co najmniej
następne stulecie, a do tego czasu będziecie gotowi sami sobie z nimi
poradzić.
- Więc chyba jóż się óratowaliśmy? - spytał X-man.
- To był tylko mały oddział. Oni zbierali dane w wielu miejscach na
ziemi - to było ostatnie. Wkrótce statek-matka orbitujący obecnie w
pasie planetoid między Marsem a Jowiszem odleci stąd, a niedługo potem
nastąpi inwazja.
- Więc co można zrobić? Ziemia nie posiada odpowiedniej technologii.
- spuścił głowę Jeremy, lecz po chwili się ożywił - A wy?
- Po to jesteście nam potrzebni. Przylatując tutaj podzieliliśmy się
na grupy dla różnych krajów, niestety Oni odnaleźli wszystkich i
zostaliśmy tylko my. Nikt w tutaj nie chciał nam uwierzyć, a nie
mieliśmy żadnych kontaktów poza Polską. Wtedy dowiedzieliśmy się
o Was.
- Nasz statek to wprawdzie jednostka badawcza, ale posiadamy systemy
obronne. - wtrąciła Danka - Jednak ktoś musi je obsługiwać. My dwoje
z ledwością poradzimy sobie z nawigacją.
- Ale... Jak my sobie damy z tym radę? - spytał zdziwiony Kompan.
- To nie jest trudne. Większość urządzeń działa na zasadzie sprzęgu
maszyny z układem nerwowym. Bez trudu dopasujemy system do ludzkiego
mózgu.
- Jak u Gibsona? - oczy PeaceMakera zaświeciły sie z radości -
Zajebiście...
- Dokładnie tak. Pytanie tylko, czy się zgodzicie? - przez przypadek,
a może specjalnie Danka wypowiedziała to pytanie w kierunku Kanta,
który podniósł głowę i popatrzył jej w oczy.
- A mamy jakieś wyjście? - odparł ze słabym uśmiechem Kant.
* * *
Deszcz zaczal ponownie padać. Część klubowiczów schowała się do vana,
a pozostali którzy się nie zmieścili próbowali dostać się do środka
wyrzucając pozostałych.
Lis i Danka siedzieli z przodu pracując przy urządzeniu wyglądającym
trochę jak radar, a trochę jak sterowanie modelu samolotu. PeaceMaker
który szczęśliwie dostał się do samochodu teraz troche wbrew swojej
woli zerkał Maldzie przez ramię. Wbrew swojej woli, ponieważ pięciu
innych klubowiczy wciskało go w oparcie fotela kierowcy na którym
siedział Malda.
- Zajebiste. Co to właściwie jest?
- Zobaczysz. - odparł zapytany - Jeszcze tylko parę minut.
- Do czego? - spytał Kant który siedzący (?) tuż obok. On z kolei
dławił się włosami Skały która siedziała w fotelu pasażera.
Z tyłu klubowicze kotłowali się nieziemsko, ale najgorsze miało
dopiero nadejść.
- Dobra, prawie skończyłem. - odezwał się Malda - Teraz wszyscy
musicie wejść do vana i zamknąć drzwi.
- ŻE CO?!? - odpowiedział mu chór głosów
- Po prostu zróbcie to. No już, szybko!
Klubowicze jęcząc i przeklinając pod nosem zaczęli się upychać
wewnątrz wozu, jednak nie udało im się na tyle aby zamknąć drzwi.
W końcu wściekła Danka wysiadła z wozu i przy pomocy rąk, a także
jednego silnego kopniaka wcisnęła ostatniego klubowicza do wnętrza,
po czym zasunęła drzwi. W podzięce usłyszała jęki, złorzeczenia i
tuzin przekleństw pod swoim adresem. Uśmiechnęła się słodko i posłała
buźkę do rozsmarowanego na szybie Jeremy'ego - to właśnie jego
upchnęła na końcu niemal łamiąc mu palce przy zamykaniu drzwi. W
końcu wróciła na swoje miejsce i odwróciła się w kierunku zbitej
masy ciał.
- Wszyscy są?
- A jak Ci się wydaje? - odparł Duncan któremu wbijały się pod żebra
lufy trzech karabinów. - Rób co miałeś robić, albo zaraz się podusimy!
- Okay, trzymajcie się! - krzyknął Malda
- CZEGO??? - odparł mu chóralny wrzask
Całym vanem zatrzęsło. Jeremy nadal rozsmarowany na szybie zobaczył
jak karoseria w kilku miejscach pęka, a spod spodu wyłażą dziwne
uchwyty. W tej chwili nad wozem rozbłysło dziwne świtatło. Jeremy
zdążył zobaczyć, jak z błyszczącej białym światłem kuli wylatują
dziwaczne macki, po czym wozem ponownie zatrzęsło i znalazł się na
podłodze. Pozostali klubowicze również zauważyli macki i przez chwilę
świat zatrząsł się od wrzasku piętnastu przerażonych gardeł.
Oślepiające światło było ostatnią rzeczą którą zapamiętali. Może
oprócz wykrzywionych min ogłuszonych piekielnym wrzaskiem Lisa i Danki.
- Wstawać!!!
Kolejny wrzask był zdecydowanie mniej głośny, ale prawie tak samo
nieprzyjemny - głos mógł należeć tylko do jednej osoby.
- Rany, Danka nie wrzeszcz tak... - ten głos z kolei należał do Maldy
Jeremy spróbował otworzyć jedno oko. Po chwili otworzył drugie co nie
dało zbyt wiele - nadal nic nie widział. Po chwili zorientował się że
leży na brzuchu na czymś twardym i zimnym, a na nim leży spora porcja
bagaży, kilkanaście karabinów, oraz na oko sądząc jakieś piętnaście
osób w kamizelkach pancernych.
- Pliz... Zejdźcie ze mnie... - wyjęczał
Pomogło. Klubowicze powoli zaczęli wyłazić z vana, aż w końcu i Jeremy
wyczołgał się na zewnątrz i spróbował wstać. Po którejś próbie z kolei
udało mu się i mógł rozejrzeć się po miejscu w którym się znaleźli.
Znajdowali się w dużym pomieszczeniu zbudowanym z materiału przypominającego
z wyglądu wypolerowane drewno, lecz twardego i zimnego jak stal. Van, a
raczej to w co się zmienił stał na samym środku tego dziwacznego hangaru,
zaś macki które go pochwyciły wystawały z jakiejś maszyny umocowanej przy
odległym o prawie osiem metrów suficie.
- Gdzie jesteśmy? - Kompan który pierwszy się uspokoił jako jedyny był
w stanie coś z siebie wydusić.
- Jakieś 10 tys km od Ziemi na naszym statku badawczym. - odparł Malda
- Witamy - dodał z uśmiechem.
- J... jak się tu dostaliśmy? - Winet rozglądnęła się ponownie dookoła.
Jej oczy (i zresztą nie tylko jej) przypominały parę spodków.
- Mały portal podprzestrzenny. Urządzenie przy którym pracowałem było
nadajnikiem które pomogło skierować wylot przejścia tuż nad nami. Resztę
załatwiła wyciągarka. - wskazał na urządzenie z mackami.
- Podziwiać to wszystko będziecie później, teraz nie ma na to czasu. -
Danka była nieco bardziej rzeczowa. Ruszyła w stronę jedynego wyjścia z
hali, zaś klubowicze poszli za nią.
Szli dość długo przez ciemne korytarze wykonane z tego samego dziwacznego
materiału. Co pewien czas mijali rozwidlenia prowadzące do bardziej
oświetlonych pomieszczeń. Po około piętnastu minutach dotarli do celu.
Potrzeba było kolejnych piętnastu minut, aby goście otrząsnęli się z szoku...
Miejsce do którego trafili musiało być centrum sterowania. Tutaj ściany
wykonane były z jakiegoś przeźroczystego tworzywa. Wszystkie urządzenia
wyglądały jakby po prostu wisiały w przestrzeni, również klubowicze mieli
wrażenie że zwisają w niekończącej się pustce kosmosu. Daleko pod nimi
świeciła się błękitnym światłem Ziemia.
- Piękna... - Winet nie mogła oderwać wzroku od gigantycznej niebieskiej
kuli poprzecinanej w wielu miejscach białymi pasami chmur.
- To prawda, ale jeżeli czegoś nie zrobimy to nawet stąd będzie wyglądała
dużo paskudniej. - Malda podszedł do jednej z licznych konsolet i usiadł
w dziwacznym fotelu. Danka przeszła na drugą stronę sterówki do innej
konsolety pozbawionej tym razem fotela. Stojąc położyła ręce na dwóch
świecących planszach.
- Dobrze, trzeba dostroić systemy uzbrojenia do waszych mózgów. Chodźcie
tu po kolei.
Klubowicze spojrzeli po sobie niepewnie. W końcu Kant wyszedł z szeregu
i podszedł do Danki.
- Co mam robić?
- Po prostu stój. - Skała wzięła ze stolika obok coś co wyglądało jak
srebrna opaska i założyła Kantowi na głowę, zaś sama wróciła do konsolety
i ponownie położyła dłonie na świecące pola. Ekran przed jej oczami rozjarzył
się setkami barw, po czym zaczął pokazywać różne wykresy i symbole.
- Miałeś rację. - zwróciła się do Lisa - Będą mogli sterować tymi urządzeniami.
Wystarczy tylko przekalibrować każde działo na osobisty wzór fal mózgowych
każdego z nich.
Lis odetchnął z ulgą, po czym zwrócił się do klubowiczów którzy patrzyli na
niego z wyrazem niezrozumienia na twarzy.
- Wszystko w porządku, będziecie mogli obsługiwać naszą broń. Każde z was
będzie obsługiwać jedno działo plazmowe. Wróg dysponuje olbrzymim statkiem-matką
i wieloma szybkimi myśliwcami, więc będzie to bardzo niebezpieczne. Jeżeli ktoś
z was chce, jest to ostatnia okazja aby wrócić do domu nie pamiętając niczego.
Jedyną odpowiedzią była grobowa cisza.
- Więc dobrze... - Malda kontynuował - Statek posiada 20 takich dział, zaś was
jest tylko piętnastu. Rozmieścimy was tak, aby żadna część kadłuba nie pozostała
bez osłony. Teraz przystosujemy nasz sprzęt pod wasze mózgi, a potem będziecie
mieli kilkanaście godzin na trening i odrobinę snu. Tyle czasu potrzeba abyśmy
dotarli do pasa asteroid.
- Czy i wy nie możecie obsługiwać dział? - spytał Albert. Malda potrząsnął głową.
- Ktoś musi zajmować się nawigacją. Właściwie statek powinny pilotować trzy osoby,
ale ja i Danka powinniśmy sobie jakoś poradzić.
- Jak wogóle zamierzacie nawigować podczas walki w próżni??? - zdziwił się MaYkel
- Nawigacja to chyba za duże słowo. - Odparła Danka która właśnie skończyła badać
Kanta i zabrała się za Mesjaha. - To będą tylko niewielkie korekty kursu aby
uniknąć niektórych trafień, a wam dać jak najwięcej możliwości do strzału. No i
będziemy się starali tak kierować pola ochronne wokół statku, aby trafienia miały
jak najmniejsze skutki, to wszystko. A teraz ustawcie mi się w kolejce to będzie
szybciej.
Zrobili jak kazała. Przez następne dwie godziny trwało coś, co Skała określiła
jako "przepisanie wzorców osobowych". Klubowicze kolejno podchodzili i zakładali
sobie na głowę srebrną opaskę, a Danka pracowała przy komputerze do którego
podłączone było to urządzenie. Jeremy stwierdził ze zdumieniem że podczas badania
nic nie czuł - po prostu stał przez kilkanaście minut z założonym na głowę
srebrnym ustrojstwem.
Po skończonej operacji Danka wyłączyła terminal i podeszła do siedzących pod
ścianą klubowiczów.
- Wszystko w porządku. Teraz musicie się przespać parę godzin, a potem zaczynamy
ćwiczenia.
- Spać??? Teraz? Chyba żartujesz. - WolfCub roześmiał się - Mam ochotę obejrzeć
ten statek od góry do dołu. Ostatnie o czym myślę to sen. Niby jak mam według
Ciebie zasnąć?
Mina pozostałych klubowiczów wskazywała na to że myślą podobnie. Danka wyciągnęła
z kieszeni strzykawkę którą zabrała z bazy.
- O co to, to nie! - zaprotestował Mr. X - Dość już prochów nam załadowałaś.
Ja już wolę nie spać.
- Musicie się przespać. - swierdził Malda odwracając się ze swoim fotelem w
ich kierunku. - Jak sami mówiliście nie spaliście od ponad doby i jesteście
wyczerpani. Wkrótce przestaną działać środki stymulujące i wtedy nie pomoże
wam nawet ta końska dawka adrenaliny którą macie. Obsługa urządzeń neuralnych
wymaga dużej jasności umysłu, więc lepiej podwijajcie rękawy!
Zaskoczeni nagłą złością Maldy klubowicze zrobili to co kazał. Danka podeszła
ze strzykawką i zaczęła dawkować wszystkim środek nasenny.
- Nie macie chociaż jakichś łóżek? - spytał Jeremy pocierając obolałe przedramię.
- Nic na czym chcielibyście spać, ale nie martwcie się o to. Miłych snów. -
szyderczy uśmiech Danki był ostatnią rzeczą jaką zapamiętał Jeremy zanim przewrócił
się na podłogę.
Ocknął się na czymś miękkim. Zbyt miękkim jak na podłogę statku. Otwarcie
oczu w niczym nie poprawiło jego sytuacji - dookoła panowały egipskie
ciemności.
Wstał.
Tuż obok niego zapaliło się słabe, bladoniebieskie światło rozświetlające
najbliższy teren.
"Czujnik ruchu? Fajne."
Rozejrzawszy się zobaczył, że leżał na zwyczajnym materacu. Dookoła leżały
podobne materace na których spali jego przyjaciele. Światło było zbyt słabe,
aby zobaczyć całe pomieszczenie, ale wyglądało na to że znajdowali się w
długim korytarzu, którego koniec był jasno oświetlony.
Jeremy ruszył w tamtą stronę. Światełko za nim zgasło, za to zapaliła się
identyczna lampka przed nim.
"Naprawdę świetne..."
Po drodze mijał kolejne materace. Zauważył śpiącego Ufoka, Mesjaha i Wojt@asa,
oraz dwa puste materace.
"Ciekawe gdzie się podziali? Może obudzili się wcześniej..."
Po chwili doszedł do zakrętu zza którego dobiegało światło i znajome rozbawione
głosy. Jeremy ostrożnie zajrzał do środka.
Droga prowadziła do dużego pomieszczenia wyglądającego jak skrzyżowanie
laboratorium, sali operacyjnej i centrum komputerowego. Wewnątrz dostrzegł
Kanta, Winet i X-Mana śmiejących się na całe gardło i Kompana podpiętego do
dziwnej maszyny z podobną opaską na głowie jaką miał w czasie badań, ta
jednak miała kolor szmaragdowy. Z boku przy komputerze stała Danka z równie
rozbawioną miną co klubowicze.
Jeremy wszedł do pomieszczenia. Było znacznie większe niż wcześniej przypuszczał.
- Hej! Z czego się tak śmiejecie? - Spytał machając do klubowiczów ręką.
- Cześć Jeremy, już wstałeś? - Odmachnął mu Kant.
- Zaraz zobaczysz z czego. - Odparł tajemniczo X-man.
Nagle Jeremy usłyszał z tyłu kroki i poczuł jakąś ciężką rękę na swoim ramieniu.
Odwrócił się i zobaczył twarz którą ostatni raz widział oglądając "Terminatora II".
- Aaa!!! - Odskoczył z wrzaskiem i wylądował na tyłku. - Przed nim stał humanoidalny
robot ze szczęrzącą zęby metaliczną czaszką.
Salą zatrzęsła salwa śmiechu.
- Cześć! Fajny mech, nie? Tylko jak dla mnie trochę mały. - odezwał się cyborg
głosem Kompana.
- Eee??? - Jeremy tylko to zdołał wydusić z siebie. Odpowiedział mu kolejny
wybuch śmiechu.
Jeremy wstał powoli i przyjrzał się robotowi, po czym zerknął na Kompana
przypiętego do fotela. Coś zaczęło się Jeremy'emu przebijać przez otumaniony umysł.
- Czy to jest to o czym myślę?
- Dokładnie. - Odparł Malda stojący za robotem. - To Kompan nim steruje przy
pomocy tego urządzenia. Podobnie pracują działa które będziecie obsługiwać.
- Kompan umie już chodzić i wykonywać czynności ruchowe tak samo jak we własnym
ciele. Myślę że na początek wystarczy, odłączam go. Kompan, przygotuj się na powrót.
Robot skinął głową, po czym zamarł. Danka położyła dłonie na świecących polach
komputera i uchwyty unieruchamiające Kompana otworzyły się. Kompan powoli podniósł
ręce i ściągnął opaskę z głowy.
- Trochę to dziwne... - Wymamrotał i spróbował wstać, jednak zachwiał się i chwycił
rękami oparcie fotela. Po chwili spróbował ponownie. Tym razem mu się udało i
chwiejnym krokiem ruszył w kierunku Winet i Kanta.
- Chyba za bardzo przyzwyczaiłem się do tamtego ciała...
- To przejdzie. I tak jak na razie poradziłeś sobie najlepiej. - Stwierdziła Danka
nie odwracając się od konsolety. - Teraz twoja kolej Jeremy.
- Ja?
Skinęła głową.
- Dobrze, co mam robić?
- Usiądź w fotelu i załóż sobie na głowę opaskę.
Zrobił jak kazała.
- A teraz ułóż ręce i nogi w tych uchwytach.
- Po co? - Jeremy zaczął się trochę niepokoić.
- Żebyś się nie wiercił jak będę cię biczować. - odparła Danka słodko.
- Żżżże cccco??? - oczy Jeremy'ego powiększyły się kilkakrotnie.
- Hihi... Spokojnie, tylko żartowałam. Chodzi o to że pomimo kontroli świadomości
nad maszyną nadal będziesz zależny od swojego ciała. Nie wolno dopuścić do tego
żebyś wyrwał się z opaski będąc podłączonym do systemu.
Jeremy pomyślał chwilę nad tym co usłyszał, po czym włożył ręce i nogi w uchwyty.
Natychmiast zamknęły się unieruchamiając go zupełnie.
- No i co teraz?
- Odpręż się, i przygotuj się na podróż.
Przed Jeremym rozwarła się otchłań. Poczuł że unosi się gdzieś i po chwili
wszysto pociemniało. Kiedy po paru minutach odzyskał zdolność widzenia, zobaczył
laboratorium, ale z zupełnie innej perspektywy. Stał tuż obok drzwi, widział
Kanta, Kompana, Winet i X-mana patrzących na coś po prawej stronie. Obrócił
się w tamtą stronę i zobaczył znajomy fotel, a w nim... siebie!
Zaskoczony przez chwilę nie mógł nic zrobić, po czym opuścił wzrok i zobaczył
metalowe ręce. Zacisnął pięści - metalowe palce również się zacisnęły. To były
jego dlonie, a on sam znajdował się w ciele robota którego wcześniej
tak się przestraszył.
- Dobrze, masz teraz pełną kontrolę. - odezwał się Malda - Słyszysz mnie?
- Tak.
- Rozejrzyj się dookoła poruszając tylko głową.
Jeremy zrobił to. Zobaczył resztę laboratorium, Dankę nadal patrzącą w monitor
i Maldę stojącego za nim. Dopiero po chwili dotarło do niego że obrócił głowę
o 360 stopni! Usłyszał rechot przyjaciół.
"Heh... Śmieszne uczucie."
- Nieźle, teraz podnieś po kolei prawą i lewą rękę. Staraj się nimi poruszać
jak najnormalniej. - wydawał kolejne polecenia Malda.
Jeremy skoncentrował się na poruszeniu rąk. Ani drgnęły.
- Co się stało? Przecież przed chwilą ruszałem palcami? - spytał zdziwiony
i od razu odpowiedział sobie na to pytanie.
"Bo o tym nie myślałem! Zareagowałem odruchowo, to niczym się nie różni
od normalnego podniesienia ręki - nie muszę o tym myśleć."
Tym razem poszło bez problemów. Jeremy podniosł ręce, opuścił je, znowu
podniósł, a na koniec zaklaskał. Metaliczny dźwięk wymieszał się ze śmiechem
stojących obok klubowiczów.
- Dobrze, a teraz sprawdzimy czy potrafisz w pełni kontrolować tę maszynę.
- tym razem komendy zaczęła wydawać Skała - Podejdź do tamtego stołu pod
ścianą, weź pojemnik który się na nim znajduje i przynieś go tutaj.
Jeremy popatrzył w tamtą stronę - pojemnik o którym mówiła Danka znajdował
się na drugim końcu laboratorium, jakieś dziesięć metrów w linii prostej.
Po drodze trzeba było jeszcze obejść długi stół laboratoryjny. Łatwizna.
Zrobił krok w tamtym kierunku. Poczuł, jakby ziemia usuwała mu się spod nóg
i całym ciężarem przywalił o podłogę. Ponownie huk zmieszał się z chóralnym
rechotem.
- Auuu... - Jeremy'emu wcale nie było do śmiechu. - Co się stało? Czuję się
jakby spadła na mnie tona stali...
- Po prostu przewróciłeś się, a że ważysz tera znacznie więcej, to i również
bardziej boli. - wyjaśnił Lis
- Więc mogę czuć ból? Myślałem że to tylko robot...
- Ale posiada czujniki dotyku i może symulować różne doznania. Także ból.
- Nie przejmuj się że się przewróciłeś, to normalne. - dodała Danka - Dotychczas
twój błędnik był przekonany że nadal siedzisz. Potrzebował drobnego szoku, żeby
się przestawić na doznania płynące z nowego ciała. Spróbuj teraz wstać.
Świat nadal wirował Jeremy'emu przed oczami, ale spróbował się podnieść. Najpierw
udało mu się z trudem powstać i uklęknąć. Po paru minutach świat przestał tańczyć
i Jeremy'emu udało się stanąć na nogi.
- Nieźle. - przyznała z pewnym podziwem Skała - Teraz spróbuj normalnie iść,
powinieneś nie mieć już problemów.
Jeremy najpierw ostrożnie, a potem z większą wprawą pochodził trochę dookoła,
a następnie ruszył w kierunku stołu z pojemnikiem, po czym bardzo ostrożnie
spróbował go podnieść. Z zaskoczeniem stwierdził że czuje go w palcach, co
dodało mu pewności. Pojemnik wydał mu się dość lekki, więc przeniósł go szybko
i położył obok Danki.
- Świetnie. Teraz włóż go tutaj. - Wskazała nieco większy pojemnik z wycięciem
dokładnie pasującym do kształtu pojemnika.
"Jak w przedszkolu, co?" zaśmiał się po czym spróbował wykonać jej
polecenie. Zajęło mu chwilę zanim nabrał wprawy w precyzyjnym celowaniu i
umieścił pojemnik na miejscu.
- Doskonale. Weź go teraz i odnieś tam, skąd go wziąłeś a potem wracaj.
Zaliczyłeś pierwszy test.
Jeremy odniósł pojemnik i wrócił do miejsca z którego zaczął.
- Jak mam teraz wrócić do swojego ciała?
- Sama cię sprowadzę. Poczekaj sekundę.
Nagle poczuł że znowu się unosi i po chwili siedział już ponownie w fotelu,
a zapięcia unieruchamiające zwolniły się. Jeremy zdjął z głowy opaskę a
następnie zszedł z fotela. A przynajmniej próbował, bo znowu nogi rozjechały
się pod nim i uderzył o podłogę.
- Uff... Tak będzie za każdym razem?
- Niestety. Potrzeba chwili, zanim mózg przestawi się na nowe doznania. -
Wyjaśnił Malda pomagając mu wstać. - I tak nie było źle, robot przypomina
kształtem i ruchami człowieka. Działka funkcjonują na zupełnie innej zasadzie,
więc będzie dużo gorzej.
- Cholera...
- Jak na razie radzisz sobie całkiem dobrze. - Stwierdziła Danka oglądając
wyniki testów. - Chociaż Kompan nadal pozostaje na pierwszym miejscu jeśli
chodzi o synchronizację, to ty też nie masz z tym większych problemów. Podobnie
zresztą jak i Kant, Winet i X-man.
- Ciekawe jak sobie poradzą inni. - zaśmiał się Kant - Gdybym w tym robocie
mógł sobie rzygnąć, na pewno bym to zrobił. Nawet teraz kręci mi się w głowie.
X-man skinął głową.
- To tak samo jak ja. Chodźmy obudzić resztę, pośmiejemy się teraz z nich.
Kant, Winet, Kompan, X-man i Jeremy ruszyli w stronę korytarza. Kiedy wychodzili
Danka chowała dla nich jeszcze drobną niespodziankę.
- Tak przy okazji... - powiedziała jakby od niechcenia - Pojemnik który
nosiliście ważył 85 kg.
Jeremy natychmiast poczuł się tak, jakby nosił ten ciężar na własnych plecach.
Otrząsnął się i poszedł budzić innych.
Przez nastepne parę godzin ta część przestrzeni rozświetlona była blaskiem
puszek piwa niszczonych przez wiązki energii zdolne rozbić na pył największe
potęgi militarne Ziemi. Klubowicze ćwiczyli niszczenie grup celów, walkę bez
użycia systemów celowniczych, ataki grupowe, strzelanie przy włączonym zoomie
i wszelkie inne możliwe kombinacje. Wreszczie Lisław Malda i Danuta Skała uznali
że są gotowi aby ocalić swój świat.
A przynajmniej spróbować.
* * *
Jeremy ocknął się na swoim stanowisku bojowym. Czuł na rękach i nogach ucisk
zapięć, a na głowie opaskę, więc nie był podłączony do systemu.
I był potwornie zesztywniały.
Po chwili przypomniał sobie co się stało. Malda po treningach odciął od systemu
tych, którzy chcieli, zaś sam zajął się ostatnimi przygotowaniami. Według jego
słów pozostały im cztery godziny lotu, zanim dotrą do pasa asteroid gdzie miał
stacjonować statek Obcych. Od czasu opuszczenia orbity Ziemi nie działo się nic.
Lot przez kosmiczną próżnię był tak potwornie nudny, że Jeremy spróbował przespać
się trochę. W stanie nieważkości przyszło mu to łatwo. Według zegarka spał około
3.5 godziny. Co go obudziło?
- Powtarzam, przygotujcie się do ponownego podłączenia. Zbliżamy się do celu. -
odezwał się Malda.
"Aha, więc to mnie obudziło. Świetnie, bo myślałem że umrę z nudów" -
pomyślał zadowolony.
"A tak umrzesz spalony żywcem" - dodał nieco mniej wesoło.
Chwilę później Jeremy poczuł znajome uczucie unoszenia się. Najwyraźniej Malda
podłączył go do systemu sterowania działkiem.
"I świetnie, przynajmniej nie czuję bólu mięśni"
- Jak się czujesz? - Z boku dobiegł głos Winet.
- Trochę zaspany, poza tym świetnie. Jak reszta?
- Nienajgorzej. - Tym razem odzezwał się Mesjah. - Ale bałem się że umrę ze
starości zanim dolecimy.
- Nie marwcie się, zaraz zacznie się akcja. - pocieszyła ich Danka - W komputerze
celowniczym macie dane statku-matki który będzie celem naszego ataku. Spróbujemy
zaatakować z zaskoczenia. Macie zaznaczone wieżyczki, musicie je wyeliminować
na samym początku. Potem wylecą myśliwce wroga, będziecie musieli nas przed
nimi bronić aż uda nam się wejść na rufę ich statku. Tylko zmasowany strzał
wszystkich działek w silniki może Ich zniszczyć, a przynajmniej unieruchomić.
Żeby nas nie wykryto wejdziemy w pas planetoid. Nie martwcie się, nic nam nie
zrobią.
- May the force be with you. - stwierdził wesoło X-Tomcio prawdopodobnie
próbując nie pokazać jak bardzo się boi. Niezbyt mu się to udawało.
- Jak długo potrwa zanim znajdziemy się na ich tyłach? - spytał Duncan
- Jakieś 20 minut od chwili kiedy nas zauważą.
- To będzie bardzo długie 20 minut... - mruknął The X zaciskając zęby.
Jeremy spojrzał w kierunku w którym podążali. Wszędzie widać było skały
najróżniejszej maści. Niektóre były wielkości cegły, inne wielkości ciężarówki.
Były i takie które wyglądały jak małe planety. Statek wślizgnął się między nie
i zaczął zmieniać kurs.
Aby nie myśleć o nich, Jeremy zaczął przeglądać dane. Według komputera
celowniczego statek Obcych znajdował się 7000 kilometrów przed nimi. Na
widok jego danych Jeremy'emu włosy na karku stanęły dęba.
"To jakiś gigant! Jak mamy z tym walczyć?"
Przyjrzał się danym i ustatwił celowanie na jedną z wieżyczek które pojawią
się w polu strzału najwcześniej. Był gotowy, podobnie jak inni.
Zza jednej z największych skał wychylił się statek o kształcie nieco spłaszczonego cygara i złocistej barwie. Jeremy wlepił oczy we wskaźnik odległości czekając aż podejdzie w zasięg strzału. Był przygotowany na wszystko.
Ale nie na to co miało nastąpić.
- Hej, nie bądźcie tacy spięci! - odezwał się nagle Malda - Mam tu coś co was
rozrusza.
- Nie zrobisz tego?... - w głosie Danki slychać było strach.
- Ooo tak...
- O NIE!
Niestety protesty Danki niewiele pomogły. Wkrótce do uszu klubowiczów dotarły
straszliwe dźwięki.
- Co to jest? - Kompan początkowo nie mógł się zorientować. Jeremy za to zorientował
się bardzo szybko.
- Jezu, tylko nie to... BŁAGAM!
Niech żyje wolność! Wolność i swoboooda... zawyło wszystkim w uszach.
- WYŁĄCZ TO!!! - wrzasnął chór wściekłych głosów.
- Eee, mi się podoba... - zaczął nieśmiało X-Tomcio, ale chóralne "ZAMKNIJ SIĘ"
uciszyło go natychmiast. Malda wyciągnął się na fotelu z zadowoleniem.
- Tak to mogę walczyć...
"Kurde, porozwalajmy je szybko, bo dłużej tego nie wytrzymam."
Powiedział to samo na głos i tylko usłyszał chóralne "tak". Klubowicze skupili
się na swoich celach, podczas gdy ich statek trzęsący się od rytmów Disco Polo
zbliżał się do podłużnego złotego cygara.
Niech żyje zabaaaaaawa...
Pocisk Jeremy'ego trafił bezbłędnie w działko zamieniając je w chmurę ognia.
Strzały innych klubowiczów równeż dosięgły celu i statek Obcych na starcie miał
już piętnaście działek mniej.
- To będzie naprawdę długie 20 minut... - mruknął pod nosem
I dziewczyna młodaaaa!
Jeremy przygotował się do kolejnego strzału kiedy komputer powiadomił go o dużej
liczbie obiektów opuszczających właśnie statek wroga.
- Uwaga, myśliwce! - Danka potwierdziła jego podejrzenia.
Klubowicze którzy byli po tej stronie kadłuba z której widać było statek otworzyli
ogień do myśliwców. Kilka z nich eksplodowało malowniczym wybuchem, zaś reszta
strzelając z podobnej co klubowicze broni przeleciała nad statkiem. Statkiem
szarpnęło i do wszystkich doleciały przekleństwa wyrzucane z siebie przez Dankę
próbującą rozpaczliwie zwiększyć moc osłon.
Tymczasem myśliwce wroga przeleciał ponad statkiem i padły ofiarami tych dział
które jeszcze nie zdążyły się wykazać w walce. Te które przetrwały obróciły się
momentalnie posyłając wiązkę śmiercionośnej energii w działka.
- Jasna cholera!!! - wrzasnął Mesjah który stał się jednym z celów ataku.
Przestrzeń wokół niego zamigotała błękitnie.
- Uff... Zdążyłam przekierować energię osłon. - westchnęła Danka - Uwaga do
wszystkich! Nie strzelajcie kiedy wokół was jest ta niebieska poświata. To
osłona energetyczna, jeśli ją przebijecie nie będziecie mieli ochrony przed
ogniem wroga.
Mesjah który już miał wystrzelić odczekał jeszcze parę sekund. Kiedy światło
znikło, posłał morderczą wiązkę w myśliwiec który właśnie chował się za jedną
z planetoid. Odłupany kawałek skały jakimś cudem uderzył we wrogą maszynę która
zamieniła się w ognistą kulę.
Po drugiej stronie statku odbywało się, przy dźwiękach "Skanera", niszczenie
licznych dział statku-matki Obcych.
- Lis! Błagam! - nie wytrzymał w końcu Ufok - Wyłącz to, to ci dostarczę
całe stado krów do eksperymentów. Słowo!!! - wrzasnął rozwalając kolejno
trzy wieżyczki.
- Nic z tego. - odparł zadowolony Malda - Zbyt was to dopinguje do walki,
a poza tym ten projekt z krowami zakończyliśmy 20 lat temu.
Duncanowi coś nie pasowało.
- Właściwie dlaczego oni nie strzelają do nas z wieżyczek?
Danka przełączyła swój komputer na tryb analizy energii i zbladła.
- Wstrzymać ogień, cała energia statku do osłon prawej burty! Przygotować
się na wstrząs.
Jeremy i wszyscy którzy byli po tej stronie statku zostali otoczeni przez
niebieską poświatę. Nagle kosmos przed nimi rozbłysł, a statkiem szarpnęło.
- Co się dziejeeeee?!? - Jeremy patrzył ogłupiały na wskaźniki Ker-stha
przebijające się przez oślepiającą biel.
- Strzelili maksymalną wiązką! Nie róbcie nic, to może osłony wytrzymają.
- Kurwa, myśliwce atakują! - wrzasnął X-Tomcio który przebywał po drugiej
stronie statku - Osłona nie działa, wskaźniki oszalały!
- Wyłaź stamtąd! Odłączam cię. - krzyknęła Danka
Nagle światło zniknęło i oczom klubowiczów ukazała się ponownie czerń
kosmosu i statek wroga.
- Przywracam osłony we wszystkich częściach statku. - usłyszeli głos Skały
- Mamy poważne uszkodzenia. - odezwał się Lis - Większość wieżyczek na prawej
burcie jest uszkodzona. Jedna na lewej została zniszczona doszczętnie przez
myśliwiec wroga.
- X-Tomcio! - wrzasnęła przerażona Winet
- Odłączyłam go, chyba zdążył uciec. Zajmij się lepiej ochroną statku. -
odparła Danka - Straciliśmy 76 procent mocy osłon!
- Diabli wzięli system namierzania! - krzyknął Mr.X
- U mnie tak samo! - dodał Jeremy.
- I u mnie. - potwierdził Kompan - Ale poradzimy sobie bez tego!
"Pewnie że tak." przemknęło przez myśl Jeremy'emu kiedy ostrzeliwywał
okolice w której dostrzegł kolejną wieżyczkę.
Kochaaana uwierz mi...
"...o ile mnie to wcześniej nie zabije."
Tymczasem w sterowni Danka i Lis obserwowali ekrany z niepokojem.
- Mamy pół minuty zanim zbiorą dość energii aby wystrzelić ponownie. Jeżeli
będą chcieli użyć ponownie takiej salwy to mamy kolejne dwie minuty. Potem
będzie koniec. - stwierdziła ponuro Danka.
- Zaraz wyślą kolejne myśliwce do ochrony statku w tym czasie. Może uda nam
się zablokować wylot doku impulsem elektromagnetycznym.
- Niezły pomysł. Przy okazji obrócimy statek żeby mogły strzelać nieuszkodzone
wieżyczki. Wykonuję... - zaczęła, gdy usłyszała jakiś jęk z tyłu. Obróciła
się i zobaczyła X-Tomcia leżącego przy wejściu do sterówki w kałuży krwi.
Zerwała się z fotela i podbiegła do Tomcia próbując zatamować mu upływ krwi.
- Ej, a generator? - wrzasnął za nią Malda.
- Wystrzel sam. Ja mam inne zajęcie.
Lis przechylił się w stronę konsolety Danki i zaczął ładować działo EM, po
czym wystrzelił.
O parę sekund za późno.
Statek zaczął szybko wirować. Kolejno w stronę wrogiego okretu leciały
wiązki potwornej energii, a każda z nich wywoływała eksplozje o blasku
słońca. Kiedy ostatnia z nich dosięgła korpusu napędu, poświata wydobywająca
się z wylotu zaczęła migotać, aż w końcu zgasła.
Wszyscy klubowicze jednocześnie zostali odłączeni od systemu. Wypełzli
przez tunel do korytarza i przez następne pół godziny od nowa uczyli się
chodzić. Potem wszyscy zebrali się w centrum sterowania gdzie zastali
uśmiechniętych Obcych w osobie Lisława Maldy i Danuty Skały.
- Udało się! - w głosie Lisa słychać było nieskończoną ulgę - Nie mam
pojęcia jakim cudem, ale udało się. Jesteśmy bezpieczni. I Ziemia także.
- Może i my jesteśmy bezpieczni, ale ty nie. - Kant podszedł do Lisa i
nachylił się nad nim groźnie. Pozostali, łącznie z Danką zrobili to samo.
- O co chodzi? - Malda rozejrzał się niepewnie.
- WYŁĄCZ TO!!! - wrzasnęli wszyscy chórem usiłując przekrzyczeć
Skanera i Shazzę śpiewających (?) w duecie.
- Teraz już pozostaje nam tylko stąd odlecieć. - Stwierdził Lis po tym
jak zażegnał groźbę buntu na statku.
- Ale... ÓFO nadal istnieje... - X-man nie był do końca przekonany.
- Żeby go zniszczyć, musimy się oddalić na bezpieczniejszą odległość. Poza
tym już teraz są skończeni. Statek nigdzie nie poleci, nie działają na nim
żadne urządzenia bo zniszczyliśmy jedyne źródło zasilania. Prędzej czy
później uderzy w niego jakaś duża skała.
- A co jeśli tak się nie stanie? - spytał MaYkel - Jeżeli któryś przeżyje,
albo wyśle komunikat do swoich. Poza tym ludzie też mogą odnaleźć ten statek.
Trzeba go rozwalić.
Zapadła krótka cisza. W końcu Lis skinął głową.
- Macie raję. Musimy oddalić się, a potem skonstruujemy jakąś torpedę
nuklearną. Będzie powolna, ale już nie będą w stanie jej przechwycić.
- Idź do laboratorium. - Stwierdziła Danka schyliwszy się nad komuterem
na ekranie którego widniały dane okrętu wroga. - Ja wyprowadzę statek na
bezpieczną odległość. To powinien być ładunek termonuklearny o sile
przynajmniej 450 megaton.
Klubowicze przysłuchiwali się tej rozmowie mając jednak co innego na
myśli.
- Słuchajcie... - zaczęła Winet - Co się stało z Tomciem?
- Ciężkie poparzenia, rozległe rany, ale wyjdzie z tego. - odparła Danka
- Jest w sekcji medycznej, zbiornik czwarty. Powinien być w pełni sprawny
w ciągu dwóch godzin.
- Zaprowadzę was. - zaoferował się Lis - Mniej więcej tyle czasu będzie
nam potrzeba aby wszystko przygotować, więc X-Tomcio zdąży zobaczyć ciekawe
widowisko.
Malda zaprowadził klubowiczów przez labirynt korytarzy do pomieszczenia w
którzym stały rzędy cylindrycznych przeźroczystych pojemników wypełnionych
żółtawą cieczą. W jednym z nich dostrzegli ciało.
- To on? - spytał Wojt@s
- Tak. Zostańcie tu i nie ruszajcie niczego. Ja musżę już iść.
Malda opuścił salę, a klubowicze podeszli do zbiornika. Wewnątrz, zanurzony
całkowicie w dziwnym płynie leżał Tomcio. Całe ciało miał poparzone i pokryte
głębokimi ranami.
- Boże... Jak on z tego wyjdzie? - jęknął Ufok
- I to w ciągu dwóch godzin? - zawtórował X-man
- Oni są znacznie bardziej rozwinięci od nas. - stwierdził ze spokojem Kant
- Poczekajmy, to się przekonamy.
I rzeczywiście. Rany na ciele chłopaka zaczęły się zabliźniać na oczach
reszty klubowiczów. Po pewnym czasie nie było już po nich żadnego śladu.
Następnie przyszła kolej na oparzenia które znikały szybciej niż karp ze
świątecznego stołu. Po dwóch godzinach X-Tomcio wyglądał tak, jak gdyby
nic złego mu się nie przydarzyło.
- Wygląda całkiem nieźle. - Stwierdziła Skała która minutę wcześniej weszła
do pomieszczenia a teraz stała przy zbiorniku odczytując wskazania urządzenia.
- Myślę że można go już obudzić.
Położyła dłonie na dwóch małych planszach które rozbłysły po dotyku. Zbiornik
zaczął się opróżniać, a kiedy był pusty otworzył się. Z wnętrza rozszedł się
zapach przypominający woń starej krwi. Ciało X-Tomcia było oblepione żółtawym
śluzem.
- Fuu... I on w tym siedział? - Duncan zatkał nos z obrzydzeniem.
Tymczasem ze ścianek zbiornika strzeliły strumienie wody które spłukały
resztki śluzu. Kiedy wszystko zostało zmyte, X-Tomcio zaczął się niemrawo
poruszać. Po chwili zakrztusił się i wypluł resztki śluzu. Otworzył oczy.
- O kurwa... Ale to paskudne!
- Na twoim miejscu nie narzekałabym tak. - stwierdziła poirytowana Danka
- Dzięki temu żyjesz.
Dopiero po tych słowach Tomcio jakby otrzeźwiał. Rozejrzał się dookoła,
popatrzył na Dankę, resztę klubowiczów, rozejrzał się po pomieszczeniu,
a potem znowu zerknął na Dankę.
- Gdzie jestem? Co się stało? Żyję?
- Żyjesz i jesteś w izbie medycznej. - odparła Danka.
- Tomcio, pokonaliśmy tych drani! - dodał WolfCub
- Serio? Szkoda że tego nie widziałem. Myślałem że już po mnie, ta wieżyczka
wybuchła tuż po tym jak stamtąd wypełzłem. Mało mnie nie wyssało w kosmos...
- Nie martw się, nie straciłeś widowiska. - powiedziała Winet - Statek
Obcych jest unieruchomiony i za chwilę będziemy go rozwalać. Chcesz to
zobaczyć?
- Pewnie! - krzyknął - Pomóżcie mi stąd wyjść! A właściwie... gdzie jest
moje ubranie???
* * *
Kilkadziesiąt godzin później na orbicie okołoziemskiej
- Chyba będziemy musieli się pożegnać... - Lis i Danka stali obok siebie
w centrum sterowania swojego statku. Naprzeciwko nich stała grupa składająca
się z piętnastu członków X-Klubu. Pod ich stopami błyszczała wspaniałym
błękitem Ziemia.
- To prawda. Spędziliśmy ze sobą wiele czasu. Miłego czasu. Ale niestety
musimy już odejść. - Danka wydawała się zasmucona.
- Naprawdę musicie stąd odlecieć? - Kant popatrzył Dance w oczy.
- Nie mamy wyboru. - odparł Lis - Nasza misja na Ziemi została zakończona.
Nikt z naszej rasy nie wróci na Ziemię dopóki nie zostanie dokończony posiew.
Widząc smutną minę klubowiczy Lis uśmiechnął się beztrosko.
- Ej, nie martwcie się tak. W kosmosie jest wiele ras i jeszcze nie raz
będziecie ich gościć. Nie zabraknie wam tematów na arty do XK.
Klubowicze uśmiechnęli się lekko, jednak smutek powrócił. Jeremy patrzył
na Kanta próbując odgadnąć co ich prezes myśli. On sam patrzył się cały
czas na Dankę.
Jeremy nie miał wielkich wątpliwości co do myśli prezesa. Od czasu pokonania
Obcych, Kant najwyraźniej nie pamiętał, albo nie chciał pamiętać że i Danka
Skała była przedstawicielem obcej cywilizacji. Wprawdzie bardzo pięknym, ale
jednak...
Jeremy'emu ciarki przechodziły po plecach na myśl co mogłoby z tego wyjść
na dłuższą metę.
Ale i jemu było trudno opuszczać ten statek.
Po zniszczeniu statku obcych mieli już wracać do domu kiedy Danka i kilku
klubowiczów stwierdziło że nie można tak się rozstać bez pożegnalnego
przyjęcia. Pozostali ochoczo, lub w przypadku Lisa nieco mniej ochoczo
przystali na ten pomysł i na kilka godzin statek wypełnił się smiechem,
rozmowami, krzykami, śpiewem, muzyką i całym wachlarzem dźwięków używanych
przy podobnych okazjach.
Leczenie kaca potrwało nieco dłużej.
Potem wszystkim przeszła ochota na pożegnania. Lis i Danka zadbali aby czas
spędzony poza Ziemią nie dłużył się zbytnio. Klubowicze pozostawili na
Księżycu kilka podpisów markerem obok flagi którą niegdyś zostawił tam
Armstrong, a także mieli okazję popodziwiać słynną marsjańską twarz z
bardzo dobrych miejsc.
Właściwie to można powiedzieć że mieli Czerwoną Planetę u swoich stóp.
Szkoda że nikt nam nie uwierzy że byliśmy pierwszymi ludźmi na Marsie...
- stwierdził Jeremy smutno.
Teraz jednak nadeszła chwila pożegnania. Obcy i Faceci Prawie W Czerni (oraz
jedna Laska Prawie W Czerni) stali naprzeciw siebie nie wiedząc co powiedzieć.
- Zobaczymy się jeszcze kiedyś? - spytał z nadzieją Ufok
- To zależy tylko od was, ludzi. - odparł Lis
- Więc chyba nie... - Zwiesiła głowę Winet i po chwili ją podniosła patrząc
niepewnie. - Lis, mogę was o coś prosić?
- Tak?
- Czy moglibyście pokazać się nam w waszej prawdziwej postaci?
Lis zdębiał. Nie spodziewał się takiej prośby. Wyręczyła go Danka.
- Na pewno tego chcecie? - spytała niby przypadkiem patrząc się na Kanta.
Sam prezes uśmiechnął się.
- W końcu chcemy poznać prawdę, nie? - odparł szyderczo.
Lis i Danka spojrzeli po sobie, po czym obrócili się w stronę klubowiczów.
Nagle ubranie i skóra zaczęły z nich opadać. Ciała rozciągały się i kurczyły
we wszystkich kierunkach, a spod opadłej skóry zaczęła wyglądać nowa w
znanym klubowiczom kolorze. Po chwili naprzeciwko piętnastu poszukiwaczy
prawdy stało dwoje klasycznych Szaraków podobnych do siebie jak dwie krople
wody.
Z tyłu coś uderzyło o ziemię.
- Co się stało?... - spytał mechanicznie Jeremy nie odwracając wzroku
- Prezes zemdlał... - stwierdził stojący z tyłu Mesjah podobnym tonem co
Jeremy.
- Aha...
- I chyba puścił pawia... - dodał Albercik
- Aha...
Obaj Obcy unieśli prawe ręce i ustawili trójpalczaste dłonie w geście pokoju.
To było ostatnią rzeczą jaką Jeremy zobaczył zanim jaskrawe światło wypełniło
jego umysł.
* * *
Światło przebiło się do jego oczu zmuszając je do powolnego otwarcia. Uszy
wypełniał jakiś niezydentyfikowany dźwięk, który po pewniej chwili okazał
się miarowymi uderzeniami kościelnego dzwonu.
Podniosł się lekko, po czym spróbował zwlec się z łóżka, w rezultacie czego
wylądował na podłodze. Pomogło.
Wstał i ubrał się patrząc na zegar wiszący nad drzwiami.
Dwunasta. Obudził mnie dzwięk dzwonu kościelnego.
Wyjrzał przez okno i zobaczył ludzi ciągnących na południową mszę świętą.
Przed oczami stanął mu obraz brunatnych istot podobnych nieco do tych
"gorliwych katolików" lezących do kościoła aby sobie w ciszy i spokoju
poplotkować. Tylko skąd te brunatne sylwetki?
Jak piorun uderzyła go wiązka oświecenia. Zaczął się śmiać.
Jeezu... Ale sen!!! Takiej zabawy nigdy w życiu nie miałem! Muszę o tym
napisać do XK, bo nigdy mi nie uwierzą.
Obrócił się śmiejąc i śmiech uwiązł mu w ustach. Na biurku zobaczył kartkę
z zapisanym numerem telefonu, a obok spostrzegł leżący czarny zegarek i
czarne okulary.
Nie... Nie, to nie może być prawda... To zbyt... głupie!
Po chwili wyjaśnienie pojawiło się przed nim niczym ostatnia deska ratunku.
Uchwycił się jej kurczowo.
To na pewno któryś z moich kumpli zostawił to wczoraj. Tak, to musiało
być to! Teraz nie trzeba o tym myśleć. Ktoś zadzwoni i spyta się czy tego
nie zostawił. Na pewno tak będzie...
Jeremy wyszedł z pokoju kierując się chwiejnym krokiem do łazienki. Tylko
jedna rzecz nie dawała mu spokoju...
Dlaczego czuje się jakby chlał co najmniej od tygodnia???
* * *
W najbliższy czwartek, jak co tydzień przyszedł nowy numer X-Klubu.
Jeremy otworzył go jak zwykle z niecierpliwością. Na ręce miał czarny
zegarek, a obok na stole leżały czarne okulary. Nikt się po nie nie
zgłosił - trudno. Znalezione nie kradzione.
280kb archiwum wróżyło dobrą zabawę. Jeremy otworzył je, po czym zawartość
skopiował do odpowiedniego katalogu i uruchomił. Rzeczywiście, X-Klub był
tym razem wyjątkowo obszerny - na pierwszy rzut oka było około dwudziestu
listów. Jeremy przejrzał je pobieżnie i oblał go zimny pot.
Piętnaście z nich zaczynało się od słów: "Nie uwierzycie jaki miałem
niedawno sen..."
THE END