CHOOSEN I - Wybrańcy losu
Cześć 5

by Jeremy - dla X-Klubu

Światło oślepiło wszystkich. Gdy klubowicze zaczęli powoli odzyskiwać wzrok, zobaczyli metalowe ściany ciągnące się wysoko w górę i kończące się czymś w rodzaju poręczy. A ponad tą poręczą dziesiątki błyszczących rurek.
Lufy karabinów.
- No, no, no... Nie przypuszczałem że jeszcze was kiedyś zobaczę. A na już na pewno tak szybko... - z tłumu żołnierzy wychyliła się znajoma uśmiechnięta twarz Thoma - Jestem pełen podziwu, szkoda tylko że męczyliście się na próżno. Tym razem wyślę was do czasów prehistorycznych, tam już nie będzie terminala powrotnego.
- Sir... - odezwał się jakiś głos z tyłu - Nie może pan przestroić systemu bez zgody Góry.
- Daj mi spokój. Tym razem nie będę ryzykował możliwości powrotu tej bandy, a co do zgody to może chcesz zgłosić włamanie się do pilnie strzeżonej bazy przez bandę cywili?
- ...
- Tak też myślałem. Przygotować się do przestrojenia systemu na transfer w jedną stronę. Czas - minus 20 milionów lat.
- Thom... - Kant próbował zyskać na czasie nie wiedząc po co właściwie to robi - Skoro już chcesz nas zabić, to powiedz chociaż co tu się dzieje.
Thom po krótkim namyśle odwrócił się i omiótł wzrokiem zebranych na dole klubowiczów. Uśmiechnął się po raz drugi.
- W porządku. Mimo wszystko jestem wam to winien, bo byliście godnymi przeciwnikami. Już pewnie wiecie do czego służy ta instalacja, bo poznaliście jej działanie na własnej skórze. To prezent od ufoków, w zamian za miejsca do prowadzenia badań i kilka... hmm... 'królików doświadczalnych'. Wiecie jaka jest obrona przeciwlotnicza Polski - nikt ich tu nie wykryje. To bardzo wygodny układ.
- Co wy z tego macie? Broń, technologię? Kto za tym wogóle stoi?
- Ci co zawsze. Rząd, wysocy oficjele, politycy, wojsko... A co mają? Rozejrzyjcie się wokół siebie to zobaczycie.
- Złoto?
- Zgadza się. Fortuna, czasem jakiś przekręt w rządzie który umożliwi dorwanie się na wymarzony stołek. Proste.
Kant po raz kolejny mało nie zemdlał - to wydało mu się zbyt głupie.
- To wszystko po to aby zdobyć... PIENIĄDZE? Stołki?!?
- Zapomniałeś w jakim kraju żyjemy? To przecież Polska, tu odchodzą bardziej kretyńskie numery.
- No tak... Nie sądziłem że jesteś aż tak głupi aby pójść na podobny układ.
- Daj spokój... Myślisz że zgodziłbym się na taki idiotyzm? Mam swoje cele: mogę teraz poznawać do woli to o czym tylko marzyłem w XC, i jestem tu szanowany. Ale dość już pogaduszek. Musimy jeszcze dzisiaj ściągnąć dary ofiarne od Ramzesa II, a przestrajanie systemu trwa długo. Trzymajcie się!
Thom odszedł, a klubowicze spojrzeli po sobie. Każdy oczekiwał od innych sposobu na ucieczkę.
- Dobra. Co robimy? Nie możemy dać nakarmić sobą dinozaurów. - Kant mimo trudnej sytuacji próbował zachować zimną krew.
- Nic nie możemy zrobić. Ściany mają ponad 10 metrów, a u góry stoją żołnierze. Drzwi zamknięte, a my nie mamy przy sobie nic. - Jeremy popadł w przygnębienie. Poranione stopy krwawiły, a on sam był na skraju wyczerpania.
- Coś na pewno możemy zrobić? Kompan, a twoja wyrzutnia?
- Kompletnie wyczerpane baterie. Potrzeba będzie kilkunastogodzinnego ładowania.
- Nawet ich z łuku nie dosięgnę, bo za daleko - Winet wpatrywała się w błyszczące lufy karabinów.
- Kurwa, róbmy coś bo zginiemy - X-Tomcio dobitnie wyraził to o czym myśleli wszyscy, chociaż wcale nie poprawiło to im humoru. Zapadła grobowa cisza, przerywana jedynie cichymi przekleństwami pod adresem WinGrozy dobiegające gdzieś z góry. W końcu jednak i one umilkły. W tej ciszy klubowicze patrzyli na siebie, jak sądzili po raz ostatni myśląc o świecie do którego za chwilę trafią. Lecz nie dane im było go zobaczyć. Gdzieś z góry dobiegły ich odgłosy szamotaniny i niewyraźne wrzaski.
- Stać!
- Nawet o tym nie myśl. Odsuń się od klawiatury. - halę wypełnił zniekształcony przez echo kobiecy głos
- Brać ich. - głos Thoma był pełen wściekłości
- Cofnąć się, albo wszyscy zginiecie. Mam tu bombę. - ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z lodowatym spokojem. Klubowicze nie mogli uwierzyć własnym uszom.
- Malda? - PeaceMaker był bardziej zaskoczony niż kiedy pierwszy raz zobaczył Azteków..
- Wyrzućcie broń za poręcz. A wy tam na dole, odsunąć się!
Klubowicze odsunęli się w ostatniej chwili zanim obok nich zaczęły spadać karabiny. Na szczęście żaden z nich nie wystrzelił.
- Weźcie broń - znajomy głos ponownie się odezwał - A ty, pozwól im wyjść.
- Ja cię... - głos Thoma bliski był wściekłości, ale po chwili klubowicze poczuli że coś podnosi podłogę. Wkrótce znaleźli się na wysokości pomieszczenia i zobaczyli żołnierzy stojących pod ścianą, oraz starych znajomych, Lisława Maldę i Danutę Skałę. Danka stała nad Thomem siedzącym nadal przy komputerze i wciskała mu w kark lufę pistoletu.
Hala była pełna najróżniejszych urządzeń i komputerów. Gdyby klubowicze byli w stanie jasno myśleć na pewno zaświeciłyby im się oczy na ten widok. Zwłaszcza że na ekranach większości komputerów widniały ikony bezpośredniego połączenia z Internetem.
- Nic wam nie jest? To dobrze. Musimy się stąd wynosić! - Malda grzebał przy jakimś komputerze i nie patrzył na klubowiczów.
W PeaceMakerze aż się zagotowało. Już miał ochotę wywrzeszczeć Lisowi w twarz wszystko co go dręczyło, ale X-Tomcio go ubiegł.
- Zamknij się @#$% zdrajco!!! Gdybyś nas nie zostawił nic by się nie stało! Łatwo jest qrwa przyjść po tygodniu i powiedzeć "chodźcie"? Nie wiem jak inni, ale ja się stąd nie ruszę.
Danka trzymająca na muszce odwróciła się zdziwiona.
- Jaki tydzień? Przecież widzieliśmy was parę godzin te... - dopiero teraz zobaczyła jak wszyscy wyglądają. Pooblepiani błotem, wykończeni niektórzy siedzący na podłodze z wyczerpania. W dodatku wszyscy na twarzach mieli wypisany dobrze jej znany ból...
"Kac?"
Odwróciła się i popatrzyła na Thoma którego miała pilnować. Po chwili podjęła decyzję.
*UGH!*
Thom osunął się z fotela i uderzył o metalową podłogę. Danka schowała pistolet do kabury, po czym przeszła nad nieprzytomnym hackerem i podeszła do żołnierzy stłoczonych przy ścianie.
- Gdzie jest magazyn leków?
Jeden z żołnierzy wskazał jej korytarz po swojej prawej stronie. Danka pobiegła tam i po chwili wróciła z torbą wypełnioną różnymi przyrządami. Podeszła do klubowiczów i zaczęła wstrzykiwać im przy pomocy dziwnego urządzenia jakiś środek.
- Ej, co robisz? - Kompan odtrącił jej dłoń.
- Spokojnie, to zmniejszy zmęczenie i przyspieszy gojenie się ran. To lek zrobiony przy użyciu pozaziemskiej technologii. Zaufaj mi.
Kompan po krótkim wahaniu wyciągnął rękę i podwinął rękaw.
Jeremy który dotychczas nie mógł nawet wstać, po wstrzyknięciu środka niemal podskoczył. Rany na stopach błyskawicznie przestały krwawić. Odzyskał też zdolność jasnego myślenia.
- Mówiłeś Lis że jak długo nas nie było?
- Jakieś dwie godziny. - odparł Malda nadal grzebiąc się w jakimś sprzęcie.
- No to fajnie, bo spędziliśmy ostatni tydzień u w gościnie u Azteków.
Wbrew pozorom na Maldzie nie zrobiło to żadnego wrażenia, a przynajmniej takiego które kazałoby mu przerwać robotę.
- Więc jednak miałem rację... Nasz rząd dostał od obcych technologię załamań czasoprzestrzeni.
- Owszem. - Odparł wściekły Kant. - I to wszystko po to...
- Żeby zdobyć forsę i władzę. - Dokończyła za niego Danka. - Dziwi cię to? W końcu żyjemy w Polsce.
Kant roześmiał się.
- To samo powiedział mi Thom. - wskazał na nieprzytomnego gościa leżącego na podłodze parę metrów dalej.
- Kłopot w tym, że Oni mają w planach zupełnie co innego. Rząd nie wie, albo nie chce o tym wiedzieć... - powiedział Lis nie przerywając roboty
- No więc co teraz zrobimy? - spytał rzeczowo Ufok.
- Jeszcze tylko chwilka... gotowe. - odparł Malda po czym wstał i odwrócił się w kierunku stojących przy ścianie żołnierzy. - Sprawa wygląda następująco. Jest was prawie dwa razy więcej niż nas, więc przy odrobinie szczęścia moglibyście nas pokonać w ciągu dziesięciu minut. Tyle tylko, że wtedy będziecie już martwi, bo właśnie na tyle ustawiona jest bomba pod tym komputerem. Nie da się jej rozbroić, ani wynieść. Proponuję więc, abyście stąd zjeżdżali do wszystkich diabłów i zabrali waszego szefa. Ta baza zniknie z powierzchni ziemi.
Żołnierze popatrzyli na siebie, po czym podjęli decyzję. Jeden z nich podniósł nieprzytomnego Thoma i wszyscy wybiegli z hali jednym z korytarzy.
Klubowicze popatrzyli za nimi.
- Ty mówiłeś prawdę o tej bombie? - spytał Maldę Wojt@s.
- Trochę blefowałem. - Lis wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. - Jeszcze jej nie włączyłem.
- ... - reakcja klubowiczów była łatwa do przewidzenia.
- Najpierw musimy tu trochę poszperać. Szybko, mamy nie więcej niż osiem minut zanim się zorientują i wrócą tutaj.
- A czego szukamy? - spytał rzeczowo Mr. X
- Broni.
- Co? Przeciez juz ją mamy. - Duncan wskazał na karabiny które klubowicze trzymali w rękach.
- Nie miałem na myśli tych prymitywnych kałachów. Zaraz wam pokażę o co mi chodziło.
Malda i Danka ruszyli w stronę jednego z korytarzy, a zdziwieni klubowicze podążyli za nimi. Po kilkuminutowym błądzeniu Malda znalazł wreszcie pomieszczenie oznaczone napisem "Zbrojownia" do którego prowadziły zwykłe drewniane drzwi zamknięte na kłódkę.
- Chyba nie wierzysz że tu trzymają broń? - spytał Mesjah - Przecież to jest...
- ...największa partanina i prowizorka jaką można sobie wyobrazić? Czyli pomimo paktu z wysoce rozwiniętą cywilizacją nic się nie zmieniło. Zresztą zaraz się przekonamy. - Danka potężnym kopnięciem z półobrotu wyrwała drzwi z zawiasów. Kiedy ucichło echo łomotu i opadł kurz, Lis i Danka weszli do środka. Reszcie drużyny zajęło jeszcze parę sekund pozbieranie szczęk z podłogi, po czym również weszli do "Zbrojowni".
Która istotnie okazała się Zbrojownią z prawdziwego zdarzenia. Na dziesiątkach stalowych półek leżały tony sprzętu, którego nie miała chyba żadna armia świata. Leżały tam dziwaczne karabiny, pancerze dość podobne do tego jaki nosił Kompan, mundury, ciężki sprzęt, oraz drobniejsze gadgety takie jak zegarki i ciemne okulary. Wszystko w kolorze czarnym.
- WOW! Zupełnie jak w Men In Black... - Jeremy po raz kolejny musiał podnosić swoją szczękę.
- Niezupełnie. - odparł Kant przeglądając wyposażenie - Brakuje czarnych garniturów.
- Ale są kamizelki i mundury. Możemy być Facetami Prawie W Czerni.
- Ja nie będę! - zaprotestowała Winet
- Dlaczego? Nie odpowiada ci kolor? - zdziwił się prezes
- Nie. Mogę być w czerni, ale nie facetem. - wyjaśniła śmiejąc się.
- Okay, więc będziesz Laską Prawie W Czerni. - odparł X-Tomcio - Ale co to wogóle za broń?
- Przypomina moją wyrzutnię... - stwierdził Kompan po bliższym zbadaniu. - Ale ma jakieś pokrętła.
- A poza tym jest dużo lżejsza i skuteczniejsza. - dodał Lis - Zasada działania jest taka sama. Możemy nią zabić obcych. Bierzcie broń i co tam jeszcze chcecie, ale na przebieranie nie ma czasu, więc odpuśćcie sobie mundury.
Klubowicze wzięli karabiny i kamizelki, oraz dla fasonu zegarki i okulary. Po chwili byli już wykwalifikowanym oddziałem agentów MAIB i jako taki oddział wrócili do sterowni i zaczęli zbierać swoje bagaże. Na szczęście dodatkowe wyposażenie było lekkie, a zastrzyk który wszyscy dostali od Danki musiał być także stymulantem, bo niemal nie poczuli dodatkowego ciężaru.
Malda ponownie zaczął grzebać przy bombie, ale trwało to znacznie krócej.
- Ile mamy czasó? - zainteresował się X-man
Lis nie odpowiedział. Trudno jest zresztą odpowiedzieć cokolwiek kiedy się biegnie ze wszystkich sił w kierunku wyjścia. To jednak wystarczyło wszystkim za odpowiedź.

* * *

Zewnętrzne wrota budynku otworzyły się na oścież i wypadła stamtąd ekipa klubowiczy.
- Szybciej! - darł się Malda wysuwając się na prowadzenie. Jego tempo pozwoliłoby mu wygrać mistrzostwa świata nie tylko w biegu na 100 metrów, ale i w wyścigach konnych. - Zegar jest ustawiony tylko na minut...
Nie zdążył dokończyć ostatniego zdania. Potężna eksplozja rozkołysała wierzchołki pobliskich drzew i cisnęła klubowiczami do przodu. Malda runął na ziemię, a na niego spadł Kompan wbijając mu w brzuch swoją wyrzutnię. Spod spodu coś głośno jęknęło i rzuciło wiązanką przekleństw. Jeremy wylądował na PeaceMakerze, Wojtasie i X-Man'ie którzy zareagowali gwałtownymi okrzykami bólu. Reszta klubowiczów wylądowała w miarę bezpiecznie obok przywalając sobie nawzajem rękami, oraz trzymanymi w nich karabinami po twarzach, zaś Kant wylądował na Dance Skale i przez parę sekund nie mógł się ruszyć.
- Nie chcę być niemiła, ale może tak wreszcie ze mnie zleziesz? - Danka zareagowała dziwnie spokojnie. Kant dopiero teraz zorientował się na czym leżą jego ręce...
- Eee... Przepraszam bardzo - Kant podrwał się na równe nogi i podał rękę Skale.
- Nic się nie stało. - uśmiechnęła się wstając przy jego pomocy - Jesteś naprawdę miły...
Twarz Kanta przybrała odcień rozgrzanej do wysokiej temperatury cegły, zaś on sam wydusił z siebie tylko niewyraźne 'dziękuję'.
Tymczasem klubowicze pozbierali się już z ziemi, oraz wyzbierali swoje rzeczy i broń. Nikt za bardzo nie wiedział co się właściwie stało.
- Co teraz robimy? - zwrócił się Kompan do Maldy.
- Mamy jeszcze coś do załatwienia, ale najpierw musimy wrócić do vana.
Danka rzuciła mu pytające spojrzenie, zaś on odpowiedział jej prawie niedostrzegalnym skinięciem głowy.
- Jeezu... To zajebiście daleka droga... - PeaceMakerowi przeszła wściekłość na Maldę, ale uznał, że nikt mu nie zabroni troszkę ponarzekać.
- Wytrzymacie. - Lis wymówił już to tyłem do grupy idąc powoli w kierunku z którego niegdyś przyszli. Cała drużyna podążyła powoli za nim.
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Malda często się zatrzymywał, aby dać odpocząć wykończonym klubowiczom. Wprawdzie leki które zastosowała jego partnerka były skuteczne - rany goiły się w niesamowitym tempie, jednak zmęczenie powróciło.
Gdy mijali wagony-chłodnie, część klubowiczów przyspieszyła, chcąc uniknąć nawet wspomnień o nieprzyjemnym wydarzeniu, które się tu rozegrało. Wkrótce i chłodnie zostały za nimi. Malda z pewnym zdziwieniem zauważył że umilkły rozmowy Kanta z Danką które towarzyszyły im od kiedy ruszyli w drogę. Przyjął ten fakt z prawdziwą ulgą, bowiem powoli stawało się to już nieznośne - chyba jeszcze gorsze niż gadanina Kanta i Winet w drodze do bazy...

Po około dwóch godzinach marszu grupa znalazła się na granicy lasu. Na horyzoncie majaczyła się szosa, zaś niedaleko przed nią, na polnej dróżce stał opuszczony van. Niebo zasnuły chmury sprawiające wrażenie potworów chcących zaatakować wszystko co żyje. W taką pogodę po prostu musi się coś stać, nieprawdaż?
Klubowicze musieli myśleć tak samo, bo najwyraźniej nie zaskoczył ich widok kilkudziesięciu postaci idących w ich stronę. Postaci dziwnie przypominających te, które zaskoczyły ich nad jeziorem w srodkowoamerykańskiej dżungli.
- Lis, czy to jest to co mieliśmy do załatwienia? - Jeremy nie krył cynizmu.
- Prędzej czy później by nas dopadli... Bardziej mnie martwi czy ta broń będzie mogła im coś zrobić, ale chyba tak... Trzeba ją tylko odpowiednio nastroić.
- Jak? Umiesz to zrobić? - Winet patrzyła Maldzie przez ramię patrząc jak grzebie przy pokrętłach i co chwila zerkała na zbliżające się istoty.
- Chyba tak. Ustawcie ją w pozycji sa-t'reth. - odpowiedziały mu zdziwione spojrzenia - suwak na lufie do trzech kropek, a pokrętło na znaku przypominającym grecką Sigmę.
- Lis, nie wszyscy uczyli się tu pilnie matematyki... - zwrócił mu uwagę X-Tomcio.
- Taka trochę podobna do naszego "E" - rzucił Jeremy manipulujący przy swojej broni.
- Skąd wiesz że to będzie działać? - Ufok był nieco podejrzliwy.
- Później wam wszystko wyjaśnię. Pamiętajcie, aby nie pozwolić się trafić, oni już nie będą chcieli was ogłuszyć. Wszyscy gotowi?
- Chwileczkę, a gdzie Kant i Danka? - krzyknął Wojt@s.
"Jakie to dla niej cholera typowe..." pomyślał ze złością Lis, ale głośno powiedział co innego.
- Zostali chyba trochę z tyłu, nic im nie będzie. My też się wycofajmy do lasu.
Grupa wycofała się między drzewa i zajęła dogodne pozycje. Uwaga Lisa o tym, że tym razem Obcy nie będą brali jeńców okazała się bardzo słuszna - zielonkawy promień który trafił w pień drzewa przed X-manem wypalił spory kawał kory i urwał dużą gałąź.
- Kórde... Dlaczego akórat ja? - jęknął X-man i poczołgał się w stronę innego drzewa.
Klubowicze jak na komendę otworzyli ogień. Z lasu posypały się wiązki energii w kierunku wysokich sylwetek. Kilku Obcych upadło na ziemię, zaś jeden trafiony trzema wiązkami naraz, z miejsca zmienił się w zielonkawą breję. Pozostali zatrzymali się na chwilę, po czym nagle zniknęli.
- Co do kur... - X-Tomcio gapił się na miejsce na którym przed chwilą było gęsto od Obcych.
- Mają kamuflaże! Uważajcie, teraz prawie ich nie widać! - krzyknął Malda
- Prawie?!? Ich wogóle nie widać! - odwrzasnął The X - Jak mamy ich zobaczyć?
- Nie mogą strzelać z włączonym kamuflażem, bo reakcja energetyczna ich zabije. Miejcie oczy otwarte, to może zobaczycie falujące powietrze. - Jakby na potwierdzenie swoich słów Malda trzelił w miejsce które wydawało się puste. Dał się słyszeć krzyk i nagle klubowicze zobaczyli upadającą postać.
WolfCub również strzelił kilkakrotnie w miejsce, w którym powietrze falowało jak nad rozgrzaną autostradą. Jedna z wiązek trafiła Obcego.
Nagle Duncan wrzasnął. Jakaś siła wyrwała mu karabin z ręki i rzuciła w bok, a potem chwyciła za gardło i uniosła w powietrze.
- Hrr... Ratunku... - zacharczał z braku powietrza Duncan. Słysząc to, Mr. X odwrócił się w samą porę aby zobaczyć inną postać pojawiającą się obok Duncana i celującą w niego ze swojej broni. Nie czekając wypalił kilkukrotnie i na trawę upadły dwa brązowe ciała.
Duncan chwycił swoją broń i przyjrzał się ciałom - byli to dokładnie tacy sami Obcy, jacy zaatakowali ich w dżungli.
Jednak na dłuższe oglądanie nie było czasu. Wokół klubowiczów nagle zaroiło się od podobnych sylwetek. Rozpoczęła się strzelanina na oślep. Wokół padały ciała, odpadały od pni kawałki drzew i wzbijały się tumany kurzu. MaYkel oberwał od jednego z Obcych zrogowaciałą pięścią i wyrżnął głową w leżący na ziemi konar. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył, była lufa pistoletu Obcego wycelowana w jego głowę. Stracił przytomność.
Nagle z głębi lasu posypały się strzały. Dwie serie promieni dokonały spustoszenia pośród Obcych, zabijając również tego, który celował do nieprzytomnego MaYkela. Zaskoczeni przeciwnicy wzięci w krzyżowy ogień nie byli w stanie nic zrobić. Wkrótce też zostali przez klubowiczy wybici co do jednego.
Kompan wstał i otarł pot z czoła rozglądając się dookoła. Las tonął w bagnie zielonkawego szlamu - pozostałości po Obcych. Spojrzał na swój karabin. Olbrzymia ilość energii którą wyprodukował w ciągu ostatnich kilku minut zaczęła nadtapiać lufę i pewnym było, że już niedługo ta broń będzie jedynie kupą złomu.
- Jeśli ktoś nas teraz zaatakuje, to po nas - mruknął i odwrócił się w stronę z której nadeszła nieoczekiwana pomoc.
Krzaki się zatrzęsły i wyszli stamtąd Kant i Danka z dymiącymi miotaczami.
- To już drugi raz jak ratuję wam skórę. - Kant uśmiechnął się od ucha do ucha.
- I drugi raz jak oddaliłeś się niepotrzebnie. - odburknął Jeremy - Nie rób tego więcej.
- Dobra, dobra... Też mi wdzięczność... - Kant próbował udawać obrażonego, ale niezbyt mu to wyszło.
Malda chwycił partnerkę za rękę i odciągnął ją kilka metrów na bok.
- Co ty sobie wyobrażasz do jasnej cholery? Masz pojęcie jak on zareaguje gdy się dowie?!?
- Zamierzasz im powiedzieć? - twarz Danki poszarzała.
- A jak myślisz? Już i tak się domyślają że coś jest nie tak, poza tym wiesz że bez nich nie damy rady ich zatrzymać.
- Ale to właściwie nie ja... to znaczy... on był taki milutki... i... i to właściwie był jego pomysł... - zaczęła się nagle plątać.
- Zastanawiam się jakim cudem nie jesteś blondynką, to chyba jakaś nieprawidłowość genetyczna... - Malda się nieco rozchmurzył i pozwolił sobie na nieco sarkazmu. - I pozapinaj tę bluzkę do ciężkiej cholery!
Danka zaczerwieniła się po raz drugi i poprawiła ubranie.
- Hej, Lis! - z tyłu dobiegł ich głos Kompana. - Chyba musisz nam wyjaśnić parę rzeczy.
- Wszystko wam powiem jak dojdziemy do vana. Szybko, nie mamy czasu.
- Nawet nie ma mowy. - Jeremy zagrodził mu drogę. - Powiesz co masz do powiedzenia tu i teraz.
- Zrozumcie, to naprawdę ważne. Od tego może zależeć wasze życie. I to nie tylko wasze...
Klubowicze popatrzyli przez chwilę na siebie po czym bez słow podjęli decyzję.
- Dobra, ale pamiętaj że mamy cię na muszce.
Malda i Skała poszli w kierunku vana, a za nimi grupa klubowiczów z zastygłym na twarzy wyrazem podejrzliwości. Jedynie Kant nie wiedział za bardzo o co w tym wszystkim chodzi. Zresztą w tym momencie błąkały się po głowie zupełnie inne myśli, które sprawiały że twarz prezesa promieniowała niczym najwspanialszy radziecki reaktor atomowy.
Zaczęły szybko zapadać ciemności. Zdziwiło to trochę Jeremy'ego, ale bardziej niż pogoda niepokoiło go to, co Malda ma im do powiedzenia. Po chwili uświadomił sobie, że przecież nadal jest listopad, a to że ego zegar biologiczny jest rozregulowany zawdzięcza tygodniowemu urlopowi w tropikach. Jednak nadal nie miał pojęcia co chce powiedzieć im Lis...
Tymczasem Lis z partnerką dotarli do vana. Lis wszedł do środka i spod jednego z foteli wyciągnął dziwne urządzenie. Zabrał je ze sobą i wyszedł do zebranych przed wozem klubowiczy.
- Chcieliście znać prawdę... Dobrze. Nie jesteśmy tacy, jacy się wydajemy. To znaczy ja i Danka... Jesteśmy tymi, których wy określacie mianem Obcych.
Odpowiedziała mu cisza, a po chwili wybuch histerycznego śmiechu. Zebrani klubowicze chihotali, wyli, śmiali się i rechotali. Jedynie Kant stał cicho z boku, a jego twarz zaczęła przyjmować dziwny wyraz. Lis usiadł na brzegu vana czekając aż klubowicze zamilkną.
- To niemożliwe... - pierwsza opanowała się Winet.
- Ale to prawda. Przyjeliśmy naszą postać, aby zbliżyć się do was. Przepraszam. - ostatnie słowa skierowała do Kanta, który jednak tego nie słuchał. Nikt z pozostałych klubowiczów nie zwrócił uwagi na to, że twarz prezesa stawała się coraz bardziej blada.
- Muszę się czegoś napić... - Kant usiadł na trawie i wyciągnął z plecaka butelkę piwa.
Odpowiedziało mu chóralne "Ja też" i po chwili kilkanaście rąk zwróciło się do niego błagalnie. Kant rozdając butelki zauważył że ostatnia podeszła do niego Winet. Jej twarz wyrażała taką mieszaninę uczuć że Kant nie wiedział które z nich dominowało w obecnej chwili.
Winet z drżeniem dłoni otworzyła butelkę. Pal sześć, że nie cierpiała piwa - musiała w jakiś sposób uspokoić rozdygotane nerwy. Podobnie zresztą jak pozostali...
Ufok opróżnił butelkę i odetchnął głęboko.
- To wszystko nie trzyma się kupy. Dlaczego nam pomagałeś? Zebrałeś nas razem, sprowadziłeś tutaj, wyciągnąłeś z bazy, zabiłeś tych Ob... zabiłeś ich... - wskazał reką w kierunku gdzie rozegrała się ostatnia potyczka.
Lis pracujący przy swoim urządzeniu przerwał na chwilę i popatrzył w niebo. Silny wiatr rozgonił chmury, i nad nimi rozpościerało się piękne gwiaździste niebo.
- W kosmosie jest wiele ras. Dużo jest takich jak wy, które nie opanowały jeszcze techniki lotów międzygwiezdnych. Te którym się to udało, albo tworzą różne przymierza, albo są na tyle silne, aby istnieć samodzielnie. Rasa która was zaatakowała jest właśnie jedną z takich samodzielnych. Są jak ekspansywny rój, ciągle poszukują nowych światów, przestrzeni życiowej. W tej chwili badają waszą planetę, chcą wiedzieć jakie mają szanse na udaną kolonizację. Jeśli ją rozpoczną, zginą wszystkie inne gatunki na Ziemi.
Klubowicze wpatrywali się w Maldę bez słowa. To co dotychczas oglądali jedynie na kiepskich filmach s/f stało się faktem. Ich świat był zagrożony, a nikt poza nimi o tym nie wiedział.
- A ty? - odezwał się Mesjah.
- Jesteśmy rasą odkrywców i badaczy. Od wielu stuleci przeczesujemy wszechświat szukając inteligentnych form życia, którym możemy pomóc się rozwijać.
- Pomóc? Od tak po prostu? - Jeremy niezbyt wierzył w to co powiedział Lis. Jego dotychczasowe doswiadczenia nie obejmowały bezinteresownych dobroczyńców, zwłaszcza na taką skalę.
- Te rasy, którym uda się wejść na wyższy poziom rozwoju dołączają do naszej Ligi. Nasze społeczeństwo jest zbyt jednostronne, a przez to słabe. Musimy współdziałać z innymi rasami, aby przetrwać.
- A jeżeli jakaś odmówi? - spytał Duncan.
- Nigdy się to nie zdażyło... Oceniliśmy szansę waszego rozwoju przez "posiew", jak to nazywamy na 1:5.
- Niewiele... - stwierdził The X.
- Udawało się już rasom o mniejszych szansach. Jeżeli bez naszej ingerencji dotrwacie do pewnego momentu rozwoju, pomożemy wam iść dalej.
- Jaki to moment? - zainteresował się Jeremy.
- Nie możecie się tego dowiedzieć. To jedna z zasad posiewu. Teraz jednak nie dacie sobie rady bez pomocy z naszej strony. Oni już zebrali dane, stwierdzili że wasza planeta nadaje się na kolonizację, zresztą sami ludzie ich w tym upewnili. Jeżeli teraz chociaż jeden osobnik powróci do ich macierzystego świata, nastąpi inwazja.
- A jeśli nie wrócą, to co? Wyślą następnych i koszmar zacznie się od nowa? - Winet odzyskała wreszcie władzę nad nerwami i zdołała coś powiedzieć.
- To potrwa długo. Przygotowania do następnej wyprawy zajmą co najmniej następne stulecie, a do tego czasu będziecie gotowi sami sobie z nimi poradzić.
- Więc chyba jóż się óratowaliśmy? - spytał X-man.
- To był tylko mały oddział. Oni zbierali dane w wielu miejscach na ziemi - to było ostatnie. Wkrótce statek-matka orbitujący obecnie w pasie planetoid między Marsem a Jowiszem odleci stąd, a niedługo potem nastąpi inwazja.
- Więc co można zrobić? Ziemia nie posiada odpowiedniej technologii. - spuścił głowę Jeremy, lecz po chwili się ożywił - A wy?
- Po to jesteście nam potrzebni. Przylatując tutaj podzieliliśmy się na grupy dla różnych krajów, niestety Oni odnaleźli wszystkich i zostaliśmy tylko my. Nikt w tutaj nie chciał nam uwierzyć, a nie mieliśmy żadnych kontaktów poza Polską. Wtedy dowiedzieliśmy się o Was.
- Nasz statek to wprawdzie jednostka badawcza, ale posiadamy systemy obronne. - wtrąciła Danka - Jednak ktoś musi je obsługiwać. My dwoje z ledwością poradzimy sobie z nawigacją.
- Ale... Jak my sobie damy z tym radę? - spytał zdziwiony Kompan.
- To nie jest trudne. Większość urządzeń działa na zasadzie sprzęgu maszyny z układem nerwowym. Bez trudu dopasujemy system do ludzkiego mózgu.
- Jak u Gibsona? - oczy PeaceMakera zaświeciły sie z radości - Zajebiście...
- Dokładnie tak. Pytanie tylko, czy się zgodzicie? - przez przypadek, a może specjalnie Danka wypowiedziała to pytanie w kierunku Kanta, który podniósł głowę i popatrzył jej w oczy.
- A mamy jakieś wyjście? - odparł ze słabym uśmiechem Kant.

* * *

Deszcz zaczal ponownie padać. Część klubowiczów schowała się do vana, a pozostali którzy się nie zmieścili próbowali dostać się do środka wyrzucając pozostałych.
Lis i Danka siedzieli z przodu pracując przy urządzeniu wyglądającym trochę jak radar, a trochę jak sterowanie modelu samolotu. PeaceMaker który szczęśliwie dostał się do samochodu teraz troche wbrew swojej woli zerkał Maldzie przez ramię. Wbrew swojej woli, ponieważ pięciu innych klubowiczy wciskało go w oparcie fotela kierowcy na którym siedział Malda.
- Zajebiste. Co to właściwie jest?
- Zobaczysz. - odparł zapytany - Jeszcze tylko parę minut.
- Do czego? - spytał Kant który siedzący (?) tuż obok. On z kolei dławił się włosami Skały która siedziała w fotelu pasażera.
Z tyłu klubowicze kotłowali się nieziemsko, ale najgorsze miało dopiero nadejść.
- Dobra, prawie skończyłem. - odezwał się Malda - Teraz wszyscy musicie wejść do vana i zamknąć drzwi.
- ŻE CO?!? - odpowiedział mu chór głosów
- Po prostu zróbcie to. No już, szybko!
Klubowicze jęcząc i przeklinając pod nosem zaczęli się upychać wewnątrz wozu, jednak nie udało im się na tyle aby zamknąć drzwi. W końcu wściekła Danka wysiadła z wozu i przy pomocy rąk, a także jednego silnego kopniaka wcisnęła ostatniego klubowicza do wnętrza, po czym zasunęła drzwi. W podzięce usłyszała jęki, złorzeczenia i tuzin przekleństw pod swoim adresem. Uśmiechnęła się słodko i posłała buźkę do rozsmarowanego na szybie Jeremy'ego - to właśnie jego upchnęła na końcu niemal łamiąc mu palce przy zamykaniu drzwi. W końcu wróciła na swoje miejsce i odwróciła się w kierunku zbitej masy ciał.
- Wszyscy są?
- A jak Ci się wydaje? - odparł Duncan któremu wbijały się pod żebra lufy trzech karabinów. - Rób co miałeś robić, albo zaraz się podusimy!
- Okay, trzymajcie się! - krzyknął Malda
- CZEGO??? - odparł mu chóralny wrzask
Całym vanem zatrzęsło. Jeremy nadal rozsmarowany na szybie zobaczył jak karoseria w kilku miejscach pęka, a spod spodu wyłażą dziwne uchwyty. W tej chwili nad wozem rozbłysło dziwne świtatło. Jeremy zdążył zobaczyć, jak z błyszczącej białym światłem kuli wylatują dziwaczne macki, po czym wozem ponownie zatrzęsło i znalazł się na podłodze. Pozostali klubowicze również zauważyli macki i przez chwilę świat zatrząsł się od wrzasku piętnastu przerażonych gardeł.
Oślepiające światło było ostatnią rzeczą którą zapamiętali. Może oprócz wykrzywionych min ogłuszonych piekielnym wrzaskiem Lisa i Danki.

- Wstawać!!!
Kolejny wrzask był zdecydowanie mniej głośny, ale prawie tak samo nieprzyjemny - głos mógł należeć tylko do jednej osoby.
- Rany, Danka nie wrzeszcz tak... - ten głos z kolei należał do Maldy
Jeremy spróbował otworzyć jedno oko. Po chwili otworzył drugie co nie dało zbyt wiele - nadal nic nie widział. Po chwili zorientował się że leży na brzuchu na czymś twardym i zimnym, a na nim leży spora porcja bagaży, kilkanaście karabinów, oraz na oko sądząc jakieś piętnaście osób w kamizelkach pancernych.
- Pliz... Zejdźcie ze mnie... - wyjęczał
Pomogło. Klubowicze powoli zaczęli wyłazić z vana, aż w końcu i Jeremy wyczołgał się na zewnątrz i spróbował wstać. Po którejś próbie z kolei udało mu się i mógł rozejrzeć się po miejscu w którym się znaleźli.
Znajdowali się w dużym pomieszczeniu zbudowanym z materiału przypominającego z wyglądu wypolerowane drewno, lecz twardego i zimnego jak stal. Van, a raczej to w co się zmienił stał na samym środku tego dziwacznego hangaru, zaś macki które go pochwyciły wystawały z jakiejś maszyny umocowanej przy odległym o prawie osiem metrów suficie.
- Gdzie jesteśmy? - Kompan który pierwszy się uspokoił jako jedyny był w stanie coś z siebie wydusić.
- Jakieś 10 tys km od Ziemi na naszym statku badawczym. - odparł Malda - Witamy - dodał z uśmiechem.
- J... jak się tu dostaliśmy? - Winet rozglądnęła się ponownie dookoła. Jej oczy (i zresztą nie tylko jej) przypominały parę spodków.
- Mały portal podprzestrzenny. Urządzenie przy którym pracowałem było nadajnikiem które pomogło skierować wylot przejścia tuż nad nami. Resztę załatwiła wyciągarka. - wskazał na urządzenie z mackami.
- Podziwiać to wszystko będziecie później, teraz nie ma na to czasu. - Danka była nieco bardziej rzeczowa. Ruszyła w stronę jedynego wyjścia z hali, zaś klubowicze poszli za nią.
Szli dość długo przez ciemne korytarze wykonane z tego samego dziwacznego materiału. Co pewien czas mijali rozwidlenia prowadzące do bardziej oświetlonych pomieszczeń. Po około piętnastu minutach dotarli do celu. Potrzeba było kolejnych piętnastu minut, aby goście otrząsnęli się z szoku...
Miejsce do którego trafili musiało być centrum sterowania. Tutaj ściany wykonane były z jakiegoś przeźroczystego tworzywa. Wszystkie urządzenia wyglądały jakby po prostu wisiały w przestrzeni, również klubowicze mieli wrażenie że zwisają w niekończącej się pustce kosmosu. Daleko pod nimi świeciła się błękitnym światłem Ziemia.
- Piękna... - Winet nie mogła oderwać wzroku od gigantycznej niebieskiej kuli poprzecinanej w wielu miejscach białymi pasami chmur.
- To prawda, ale jeżeli czegoś nie zrobimy to nawet stąd będzie wyglądała dużo paskudniej. - Malda podszedł do jednej z licznych konsolet i usiadł w dziwacznym fotelu. Danka przeszła na drugą stronę sterówki do innej konsolety pozbawionej tym razem fotela. Stojąc położyła ręce na dwóch świecących planszach.
- Dobrze, trzeba dostroić systemy uzbrojenia do waszych mózgów. Chodźcie tu po kolei.
Klubowicze spojrzeli po sobie niepewnie. W końcu Kant wyszedł z szeregu i podszedł do Danki.
- Co mam robić?
- Po prostu stój. - Skała wzięła ze stolika obok coś co wyglądało jak srebrna opaska i założyła Kantowi na głowę, zaś sama wróciła do konsolety i ponownie położyła dłonie na świecące pola. Ekran przed jej oczami rozjarzył się setkami barw, po czym zaczął pokazywać różne wykresy i symbole.
- Miałeś rację. - zwróciła się do Lisa - Będą mogli sterować tymi urządzeniami. Wystarczy tylko przekalibrować każde działo na osobisty wzór fal mózgowych każdego z nich.
Lis odetchnął z ulgą, po czym zwrócił się do klubowiczów którzy patrzyli na niego z wyrazem niezrozumienia na twarzy.
- Wszystko w porządku, będziecie mogli obsługiwać naszą broń. Każde z was będzie obsługiwać jedno działo plazmowe. Wróg dysponuje olbrzymim statkiem-matką i wieloma szybkimi myśliwcami, więc będzie to bardzo niebezpieczne. Jeżeli ktoś z was chce, jest to ostatnia okazja aby wrócić do domu nie pamiętając niczego.
Jedyną odpowiedzią była grobowa cisza.
- Więc dobrze... - Malda kontynuował - Statek posiada 20 takich dział, zaś was jest tylko piętnastu. Rozmieścimy was tak, aby żadna część kadłuba nie pozostała bez osłony. Teraz przystosujemy nasz sprzęt pod wasze mózgi, a potem będziecie mieli kilkanaście godzin na trening i odrobinę snu. Tyle czasu potrzeba abyśmy dotarli do pasa asteroid.
- Czy i wy nie możecie obsługiwać dział? - spytał Albert. Malda potrząsnął głową.
- Ktoś musi zajmować się nawigacją. Właściwie statek powinny pilotować trzy osoby, ale ja i Danka powinniśmy sobie jakoś poradzić.
- Jak wogóle zamierzacie nawigować podczas walki w próżni??? - zdziwił się MaYkel
- Nawigacja to chyba za duże słowo. - Odparła Danka która właśnie skończyła badać Kanta i zabrała się za Mesjaha. - To będą tylko niewielkie korekty kursu aby uniknąć niektórych trafień, a wam dać jak najwięcej możliwości do strzału. No i będziemy się starali tak kierować pola ochronne wokół statku, aby trafienia miały jak najmniejsze skutki, to wszystko. A teraz ustawcie mi się w kolejce to będzie szybciej.
Zrobili jak kazała. Przez następne dwie godziny trwało coś, co Skała określiła jako "przepisanie wzorców osobowych". Klubowicze kolejno podchodzili i zakładali sobie na głowę srebrną opaskę, a Danka pracowała przy komputerze do którego podłączone było to urządzenie. Jeremy stwierdził ze zdumieniem że podczas badania nic nie czuł - po prostu stał przez kilkanaście minut z założonym na głowę srebrnym ustrojstwem.
Po skończonej operacji Danka wyłączyła terminal i podeszła do siedzących pod ścianą klubowiczów.
- Wszystko w porządku. Teraz musicie się przespać parę godzin, a potem zaczynamy ćwiczenia.
- Spać??? Teraz? Chyba żartujesz. - WolfCub roześmiał się - Mam ochotę obejrzeć ten statek od góry do dołu. Ostatnie o czym myślę to sen. Niby jak mam według Ciebie zasnąć?
Mina pozostałych klubowiczów wskazywała na to że myślą podobnie. Danka wyciągnęła z kieszeni strzykawkę którą zabrała z bazy.
- O co to, to nie! - zaprotestował Mr. X - Dość już prochów nam załadowałaś. Ja już wolę nie spać.
- Musicie się przespać. - swierdził Malda odwracając się ze swoim fotelem w ich kierunku. - Jak sami mówiliście nie spaliście od ponad doby i jesteście wyczerpani. Wkrótce przestaną działać środki stymulujące i wtedy nie pomoże wam nawet ta końska dawka adrenaliny którą macie. Obsługa urządzeń neuralnych wymaga dużej jasności umysłu, więc lepiej podwijajcie rękawy!
Zaskoczeni nagłą złością Maldy klubowicze zrobili to co kazał. Danka podeszła ze strzykawką i zaczęła dawkować wszystkim środek nasenny.
- Nie macie chociaż jakichś łóżek? - spytał Jeremy pocierając obolałe przedramię.
- Nic na czym chcielibyście spać, ale nie martwcie się o to. Miłych snów. - szyderczy uśmiech Danki był ostatnią rzeczą jaką zapamiętał Jeremy zanim przewrócił się na podłogę.

Ocknął się na czymś miękkim. Zbyt miękkim jak na podłogę statku. Otwarcie oczu w niczym nie poprawiło jego sytuacji - dookoła panowały egipskie ciemności.
Wstał.
Tuż obok niego zapaliło się słabe, bladoniebieskie światło rozświetlające najbliższy teren.
"Czujnik ruchu? Fajne."
Rozejrzawszy się zobaczył, że leżał na zwyczajnym materacu. Dookoła leżały podobne materace na których spali jego przyjaciele. Światło było zbyt słabe, aby zobaczyć całe pomieszczenie, ale wyglądało na to że znajdowali się w długim korytarzu, którego koniec był jasno oświetlony.
Jeremy ruszył w tamtą stronę. Światełko za nim zgasło, za to zapaliła się identyczna lampka przed nim.
"Naprawdę świetne..."
Po drodze mijał kolejne materace. Zauważył śpiącego Ufoka, Mesjaha i Wojt@asa, oraz dwa puste materace.
"Ciekawe gdzie się podziali? Może obudzili się wcześniej..."
Po chwili doszedł do zakrętu zza którego dobiegało światło i znajome rozbawione głosy. Jeremy ostrożnie zajrzał do środka.
Droga prowadziła do dużego pomieszczenia wyglądającego jak skrzyżowanie laboratorium, sali operacyjnej i centrum komputerowego. Wewnątrz dostrzegł Kanta, Winet i X-Mana śmiejących się na całe gardło i Kompana podpiętego do dziwnej maszyny z podobną opaską na głowie jaką miał w czasie badań, ta jednak miała kolor szmaragdowy. Z boku przy komputerze stała Danka z równie rozbawioną miną co klubowicze.
Jeremy wszedł do pomieszczenia. Było znacznie większe niż wcześniej przypuszczał.
- Hej! Z czego się tak śmiejecie? - Spytał machając do klubowiczów ręką.
- Cześć Jeremy, już wstałeś? - Odmachnął mu Kant.
- Zaraz zobaczysz z czego. - Odparł tajemniczo X-man.
Nagle Jeremy usłyszał z tyłu kroki i poczuł jakąś ciężką rękę na swoim ramieniu. Odwrócił się i zobaczył twarz którą ostatni raz widział oglądając "Terminatora II".
- Aaa!!! - Odskoczył z wrzaskiem i wylądował na tyłku. - Przed nim stał humanoidalny robot ze szczęrzącą zęby metaliczną czaszką.
Salą zatrzęsła salwa śmiechu.
- Cześć! Fajny mech, nie? Tylko jak dla mnie trochę mały. - odezwał się cyborg głosem Kompana.
- Eee??? - Jeremy tylko to zdołał wydusić z siebie. Odpowiedział mu kolejny wybuch śmiechu.
Jeremy wstał powoli i przyjrzał się robotowi, po czym zerknął na Kompana przypiętego do fotela. Coś zaczęło się Jeremy'emu przebijać przez otumaniony umysł.
- Czy to jest to o czym myślę?
- Dokładnie. - Odparł Malda stojący za robotem. - To Kompan nim steruje przy pomocy tego urządzenia. Podobnie pracują działa które będziecie obsługiwać.
- Kompan umie już chodzić i wykonywać czynności ruchowe tak samo jak we własnym ciele. Myślę że na początek wystarczy, odłączam go. Kompan, przygotuj się na powrót.
Robot skinął głową, po czym zamarł. Danka położyła dłonie na świecących polach komputera i uchwyty unieruchamiające Kompana otworzyły się. Kompan powoli podniósł ręce i ściągnął opaskę z głowy.
- Trochę to dziwne... - Wymamrotał i spróbował wstać, jednak zachwiał się i chwycił rękami oparcie fotela. Po chwili spróbował ponownie. Tym razem mu się udało i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku Winet i Kanta.
- Chyba za bardzo przyzwyczaiłem się do tamtego ciała...
- To przejdzie. I tak jak na razie poradziłeś sobie najlepiej. - Stwierdziła Danka nie odwracając się od konsolety. - Teraz twoja kolej Jeremy.
- Ja?
Skinęła głową.
- Dobrze, co mam robić?
- Usiądź w fotelu i załóż sobie na głowę opaskę.
Zrobił jak kazała.
- A teraz ułóż ręce i nogi w tych uchwytach.
- Po co? - Jeremy zaczął się trochę niepokoić.
- Żebyś się nie wiercił jak będę cię biczować. - odparła Danka słodko.
- Żżżże cccco??? - oczy Jeremy'ego powiększyły się kilkakrotnie.
- Hihi... Spokojnie, tylko żartowałam. Chodzi o to że pomimo kontroli świadomości nad maszyną nadal będziesz zależny od swojego ciała. Nie wolno dopuścić do tego żebyś wyrwał się z opaski będąc podłączonym do systemu.
Jeremy pomyślał chwilę nad tym co usłyszał, po czym włożył ręce i nogi w uchwyty. Natychmiast zamknęły się unieruchamiając go zupełnie.
- No i co teraz?
- Odpręż się, i przygotuj się na podróż.
Przed Jeremym rozwarła się otchłań. Poczuł że unosi się gdzieś i po chwili wszysto pociemniało. Kiedy po paru minutach odzyskał zdolność widzenia, zobaczył laboratorium, ale z zupełnie innej perspektywy. Stał tuż obok drzwi, widział Kanta, Kompana, Winet i X-mana patrzących na coś po prawej stronie. Obrócił się w tamtą stronę i zobaczył znajomy fotel, a w nim... siebie!
Zaskoczony przez chwilę nie mógł nic zrobić, po czym opuścił wzrok i zobaczył metalowe ręce. Zacisnął pięści - metalowe palce również się zacisnęły. To były jego dlonie, a on sam znajdował się w ciele robota którego wcześniej tak się przestraszył.
- Dobrze, masz teraz pełną kontrolę. - odezwał się Malda - Słyszysz mnie?
- Tak.
- Rozejrzyj się dookoła poruszając tylko głową.
Jeremy zrobił to. Zobaczył resztę laboratorium, Dankę nadal patrzącą w monitor i Maldę stojącego za nim. Dopiero po chwili dotarło do niego że obrócił głowę o 360 stopni! Usłyszał rechot przyjaciół.
"Heh... Śmieszne uczucie."
- Nieźle, teraz podnieś po kolei prawą i lewą rękę. Staraj się nimi poruszać jak najnormalniej. - wydawał kolejne polecenia Malda.
Jeremy skoncentrował się na poruszeniu rąk. Ani drgnęły.
- Co się stało? Przecież przed chwilą ruszałem palcami? - spytał zdziwiony i od razu odpowiedział sobie na to pytanie.
"Bo o tym nie myślałem! Zareagowałem odruchowo, to niczym się nie różni od normalnego podniesienia ręki - nie muszę o tym myśleć."
Tym razem poszło bez problemów. Jeremy podniosł ręce, opuścił je, znowu podniósł, a na koniec zaklaskał. Metaliczny dźwięk wymieszał się ze śmiechem stojących obok klubowiczów.
- Dobrze, a teraz sprawdzimy czy potrafisz w pełni kontrolować tę maszynę. - tym razem komendy zaczęła wydawać Skała - Podejdź do tamtego stołu pod ścianą, weź pojemnik który się na nim znajduje i przynieś go tutaj.
Jeremy popatrzył w tamtą stronę - pojemnik o którym mówiła Danka znajdował się na drugim końcu laboratorium, jakieś dziesięć metrów w linii prostej. Po drodze trzeba było jeszcze obejść długi stół laboratoryjny. Łatwizna.
Zrobił krok w tamtym kierunku. Poczuł, jakby ziemia usuwała mu się spod nóg i całym ciężarem przywalił o podłogę. Ponownie huk zmieszał się z chóralnym rechotem.
- Auuu... - Jeremy'emu wcale nie było do śmiechu. - Co się stało? Czuję się jakby spadła na mnie tona stali...
- Po prostu przewróciłeś się, a że ważysz tera znacznie więcej, to i również bardziej boli. - wyjaśnił Lis
- Więc mogę czuć ból? Myślałem że to tylko robot...
- Ale posiada czujniki dotyku i może symulować różne doznania. Także ból.
- Nie przejmuj się że się przewróciłeś, to normalne. - dodała Danka - Dotychczas twój błędnik był przekonany że nadal siedzisz. Potrzebował drobnego szoku, żeby się przestawić na doznania płynące z nowego ciała. Spróbuj teraz wstać.
Świat nadal wirował Jeremy'emu przed oczami, ale spróbował się podnieść. Najpierw udało mu się z trudem powstać i uklęknąć. Po paru minutach świat przestał tańczyć i Jeremy'emu udało się stanąć na nogi.
- Nieźle. - przyznała z pewnym podziwem Skała - Teraz spróbuj normalnie iść, powinieneś nie mieć już problemów.
Jeremy najpierw ostrożnie, a potem z większą wprawą pochodził trochę dookoła, a następnie ruszył w kierunku stołu z pojemnikiem, po czym bardzo ostrożnie spróbował go podnieść. Z zaskoczeniem stwierdził że czuje go w palcach, co dodało mu pewności. Pojemnik wydał mu się dość lekki, więc przeniósł go szybko i położył obok Danki.
- Świetnie. Teraz włóż go tutaj. - Wskazała nieco większy pojemnik z wycięciem dokładnie pasującym do kształtu pojemnika.
"Jak w przedszkolu, co?" zaśmiał się po czym spróbował wykonać jej polecenie. Zajęło mu chwilę zanim nabrał wprawy w precyzyjnym celowaniu i umieścił pojemnik na miejscu.
- Doskonale. Weź go teraz i odnieś tam, skąd go wziąłeś a potem wracaj. Zaliczyłeś pierwszy test.
Jeremy odniósł pojemnik i wrócił do miejsca z którego zaczął.
- Jak mam teraz wrócić do swojego ciała?
- Sama cię sprowadzę. Poczekaj sekundę.
Nagle poczuł że znowu się unosi i po chwili siedział już ponownie w fotelu, a zapięcia unieruchamiające zwolniły się. Jeremy zdjął z głowy opaskę a następnie zszedł z fotela. A przynajmniej próbował, bo znowu nogi rozjechały się pod nim i uderzył o podłogę.
- Uff... Tak będzie za każdym razem?
- Niestety. Potrzeba chwili, zanim mózg przestawi się na nowe doznania. - Wyjaśnił Malda pomagając mu wstać. - I tak nie było źle, robot przypomina kształtem i ruchami człowieka. Działka funkcjonują na zupełnie innej zasadzie, więc będzie dużo gorzej.
- Cholera...
- Jak na razie radzisz sobie całkiem dobrze. - Stwierdziła Danka oglądając wyniki testów. - Chociaż Kompan nadal pozostaje na pierwszym miejscu jeśli chodzi o synchronizację, to ty też nie masz z tym większych problemów. Podobnie zresztą jak i Kant, Winet i X-man.
- Ciekawe jak sobie poradzą inni. - zaśmiał się Kant - Gdybym w tym robocie mógł sobie rzygnąć, na pewno bym to zrobił. Nawet teraz kręci mi się w głowie.
X-man skinął głową.
- To tak samo jak ja. Chodźmy obudzić resztę, pośmiejemy się teraz z nich.
Kant, Winet, Kompan, X-man i Jeremy ruszyli w stronę korytarza. Kiedy wychodzili Danka chowała dla nich jeszcze drobną niespodziankę.
- Tak przy okazji... - powiedziała jakby od niechcenia - Pojemnik który nosiliście ważył 85 kg.
Jeremy natychmiast poczuł się tak, jakby nosił ten ciężar na własnych plecach. Otrząsnął się i poszedł budzić innych.

Było się z czego pośmiać. Kiedy ktoś budzi cię, a następnie wprowadza do dziwnego laboratorium i każe siadać w czymś co najbardziej przypomina krzesło elektryczne trudno wyglądać normalnie. A jeżeli do tego przenosi się twoją świadomość do dziwacznej maszyny, to...
Klubowicze hihiotali, śmiali się, rechotali, wyli i tarzali się na widok tego co wyczyniają kolejni operatorzy terminatoropodobnej maszyny. W krótkim czasie spora część pomieszczenia została zdemolowana, a Malda który przypadkiem oberwał przelatującym obok narzędziem przypominającym niewielką łopatę schował się w najdalszym krańcu pomieszczenia i przykładał metalową tacę do guza który wyrósł mu na głowie.
Jednak po pewnym czasie Lis i Danka mieli przed sobą piętnastu wykwalifikowanych operatorów człekopodobnego robota. Jedynie tylko Lis rozglądając się po zniszczeniach jakich się dopuścili zastanawiał się ponuro czy było warto. Ostatecznie jednak machnął ręką wmówiwszy sobie że dla ratowania Ziemi warto było ponieść pewne szkody.
Nie był jednak do końca przekonany czy to prawda.
Odgonił od siebie ponure myśli i wyszedł z laboratorium dając znać innym aby ruszyli za nim. Po krótkim marszu dotarli do miejsca gdzie na korytaż zwężał się w dziwny lejek kierujący się ostro ku górze. Na końcu tego lejka było widać gwiazdy.
- To wejście do jednego z działek. To będzie obsługiwał... - sprawdził coś w urządzeniu które trzymał w ręce - Albert. Wejdź tam.
- Niby jak? - Albert przyglądał się z powątpiewaniem na zwężający się tunel. - Nie wejdę tam inaczej niż czołgając się, a ten tunel prowadzi w górę.
- Nic nie szkodzi. Wewnątrz tego tunelu nie ma generatorów grawitacji, więc będziesz mógł się poruszać w stanie nieważkości. W środku podobny fotel jak ten z którego sterowaliście robotem. Przypnij się do niego i załóż opaskę, a potem czekaj. Zaczniemy trening jak wszyscy będą na stanowiskach.
- Okay. - Albert wszedł do tunelu. Kiedy przekroczył linie łączącą go z korytarzem zamachał gwałtownie nogami w powietrzu i uderzył o ścianę. Stukowi jaki temu towarzyszył odpowiedział wybuch śmiechu. Albert pocierał obolałą głowę gdy zauważył że wisi w powietrzu.
- Musisz się trochę przyzwyczaić do nieważkości. - odparła Danka powstrzymując śmiech - Używaj rąk żeby odbijać się od ścian i ruszaj się tak, jakbyś chciał pływać pod wodą.
Albert przy akompaniamencie uderzeń o ścianę i cichych przekleństw ruszył przed siebie. Wkrótce dotarł do miejsca gdzie tunel był tak wąski, że mógł się poruszać opierając się o ściany. Po chwili zniknął wszystkim z oczu i do klubowiczów doleciał głośny krzyk.
- Kurde, ale tu fajnie!
Inni klubowicze prowadzeni przez Maldę ruszyli w dalszą drogę. Po pewnym czasie każdy z nich miał przydzielone stanowisko.
Jeremy po przepełznięciu przez korytarz znalazł się w przeźroczystej bańce zawieszonej w przestrzeni tuż obok statku. W środku nie było żadnych urządzeń oprócz fotela o którym mówił Malda, za to na zewnątrz tuż przed nim była jakaś dziwna aparatura. Nie było też grawitacji i Jeremy bardzo szybko odczuł na żołądku brak przyciągania o sile 1g.
"Dobrze że już dawno nic nie jadłem..."
Po kilku machnięciach rękami, kilku uderzeniach o przeźroczystą kopułę i kilku przekleństwach udało mu się wreszcie usadowić w fotelu. Przypiął się klamrami, założył opaskę i czekał na ciąg dalszy.
- Hej, jak się macie? - usłyszał głos Maldy. Obrócił się, ale dookoła nikogo nie było.
- Zajebiście. - Ponownie usłyszał głos, tym razem PeaceMakera. - Gdzie ty właściwie jesteś?
- Siedzę w centrum sterowania razem z Danką. Słyszycie mnie poprzez opaski sterujące. Wrażenie dźwięku powstaje bezpośrednio w mózgu, więc jeżeli ktoś z was coś powie wszyscy to usłyszą jakby stali obok.
- Hehe, to lepsze od GSM'a - zarechotał Kant
- Przynajmniej nie trzeba płacić abonamentu. - zawtórował mu Kompan
- Tak, ale całego systemu nie włożysz do kieszeni. No, ale dość tych głupot. - zakończyła Danka - Musicie się nauczyć tym strzelać. Włączam system.
Jeremy'emu wszystko zawirowało przed oczami podobnie jak ostatnim razem, po czym obraz się wyklarował. Nic się nie zmieniło, nadal siedział w szklanej bańce. Dopiero po chwili poczuł, że coś jest nie tak. On nie był we wnętrzu bańki, on był tą bańką. Nic teraz nie zasłaniało wspaniałego widoku przestrzeni kosmicznej. Pod sobą nieco po prawej stronie zobaczył Ziemię. Obrócił głowę w tamtą stronę i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że przecież nie ma teraz głowy. Mimo to perspektywa posłusznie zmieniła się pozwalając mu rozkoszować się widokiem błękitnej planety.
W głowie ponownie zabrzmiał mu głos Lisa.
- Jak widzicie i zapewne czujecie, tym razem jest nieco inaczej. Z dawnych czynności życiowych pozostała jedynie możliwość poruszania głową. Chodzenie zostało zastąpione przez obracanie się wokół własnej osi. Spróbujcie.
Jeremy spróbował się ruszyć i nagle gwiazdy zawirowały mu przed oczami.
- Wooow, ale tempo! - nie wytrzymał
- Zwolnij trochę. - usłyszał głos Danki - Musisz nauczyć się kierować tym precyzyjnie.
Jeremy skupił się na kierowaniu. Po chwili wirował już spokojnie wokół własnej osi, a po kolejnych paru minutach mógł już obracać się w każdą stronę.
Obejrzał sobie statek, a przynajmniej tę część która była widoczna z jego pozycji. Okazało się że statek jest pełen różnorakich światełek, ma barwę owadziego pancerza i błyszczy tak samo. Poza tym niewiele mógł powiedzieć o jego kształcie poza tym, że jest ogromny. Ponownie odezwał się Malda.
- Świetnie wam idzie. Teraz przećwiczymy inne funkcje. Włączcie Ker-stha.
- CO? - rozległ się chóralny głos.
- Po prostu o tym pomyślcie.
Jeremy posłuchał. Nic się nie stało.
- No i...
- Cierpliwości, pierwszy raz tego używacie i trzeba skalibrować system pod wasz zmysł kojarzenia. Zróbcie to jeszcze raz.
Jeremy wykonał polecenie. Tym razem zobaczył przed sobą rząd wykresów i napisów, oraz coś co mu się bardzo znajomo kojarzyło.
- To wygląda jak lotniczy HUD.
- I tak działa. Macie przed sobą celownik, informacje o waszym stanie, stanie osłon statku, oraz informacje o celu.
Jeremy przeyjrzał się napisom. Rzeczywiście. Ale coś mu nie pasowało.
- Zaraz, dlaczego wszystko jest po polsku??? - ubiegł go Wojt@s.
- Żebyście mogli zrozumieć, to chyba jasne. - odparła sarkastycznie Danka.
- Dobra, ciąg dalszy Przyspieszonego Kursu Obsługi Pokładowego Działa Plazmowego Dla Opornych.
- Ej, jakich opornych?!? - przerwał Maldzie zirytowany Kant.
- No dobrze. Więc Nie Dla Opornych.
- Tak już lepiej...
- Cieszę się bardzo. Mam dla was niespodziankę.
Jeremy zobaczył jak ze statku niedaleko od niego wypada jakiś niewielki przedmiot, nie mógł jednak zobaczyć co to jest.
- Wszyscy to widzicie?
- Widzę, ale co to jest? - spytał Ufok.
- Wy mi powiedzcie. Skoncentrujcie się na tym przedmiocie.
Jeremy zrobił to i do dotychczasowych napisów dołączyły inne. Wokół przedmiotu pojawiła się jasna ramka przesuwająca się razem z nim.
- Waga 0.35 kg, wymiary 20x8x8 cm, odległość 120km, szybkość 2378km/h, kurs 30/98... Co znaczy to ostatnie? - spytał Kompan.
- Odchylenie od aktualnego kursu statku w pionie i w poziomie liczone w stopniach. - odpowiedział Malda.
Jeremy który miał nieco inne wskazania podał je również.
- Dlaczego moje są inne?
- Bo widzisz co innego. Kompan jest z innej strony statku i widzi inny obiekt. Dla każdego z was wystrzeliliśmy osobny przedmiot.
- Jakim cudem widzimy w ciemności takie małe przedmioty z takiej odległości? - odezwał się WolfCub.
- Kiedy system coś dostrzega, automatycznie zaznacza to tak, abyście i wy mogli to dostrzec. Teraz te obiekty wygladają jak ruszające się punkty, ale możecie zobaczyć je wyraźniej. Wystarczy że o tym pomyślicie.
Jeremy ponownie posłuchał Maldy i po chwili wyświetlacz zaczął wskazywać "Powiększenie x2", "x3", "x4", "x5", "x10", "x100" itd.
Kiedy doszedł do "x10 000 ", zaczęły być widoczne pewne szczegóły. Jeremy powiększył do "x50 000" i wreszcie zidentyfikował tajemniczy przedmiot.
"Okocim Mocny? mniam..."
- Jak już będziecie wiedzieli co to jest, wróćcie do normalnego widoku. Poćwiczymy sobie strzelanie. - odezwał się znowu Lis.
"Sądząc po wadze puszka jest pełna. Co za strata..."
Jeremy był zawiedziony, ale po chwili machnął na to ręką (oczywiście w przenośni).
- Co mam robić?
- Pomyśl o strzale.
Tak jak poprzednio nic się nie stało.
- Chwila, musimy znowu go skalibrować... Powtórzcie.
Jeremy zrobił jak polecił Malda i nagle został oślepiony jasnym błyskiem. Świetlista kula z niesamowitą szybkością poleciała w kierunku celu i zniknęła. Zniknął też wskaźnik celu na wyświetlaczu.
Po paru chwilach ponownie odezwał się głos Maldy.
- Świetnie. Wszyscy poradziliście sobie doskonale. Teraz poćwiczymy strzelanie do grup.
Tym razem wyświetlacz wskazał że Malda wypuścił sto puszek. Jeremy skrzywił się straszliwie.
"Co za strata..."

Przez nastepne parę godzin ta część przestrzeni rozświetlona była blaskiem puszek piwa niszczonych przez wiązki energii zdolne rozbić na pył największe potęgi militarne Ziemi. Klubowicze ćwiczyli niszczenie grup celów, walkę bez użycia systemów celowniczych, ataki grupowe, strzelanie przy włączonym zoomie i wszelkie inne możliwe kombinacje. Wreszczie Lisław Malda i Danuta Skała uznali że są gotowi aby ocalić swój świat.
A przynajmniej spróbować.

* * *

Jeremy ocknął się na swoim stanowisku bojowym. Czuł na rękach i nogach ucisk zapięć, a na głowie opaskę, więc nie był podłączony do systemu.
I był potwornie zesztywniały.
Po chwili przypomniał sobie co się stało. Malda po treningach odciął od systemu tych, którzy chcieli, zaś sam zajął się ostatnimi przygotowaniami. Według jego słów pozostały im cztery godziny lotu, zanim dotrą do pasa asteroid gdzie miał stacjonować statek Obcych. Od czasu opuszczenia orbity Ziemi nie działo się nic. Lot przez kosmiczną próżnię był tak potwornie nudny, że Jeremy spróbował przespać się trochę. W stanie nieważkości przyszło mu to łatwo. Według zegarka spał około 3.5 godziny. Co go obudziło?
- Powtarzam, przygotujcie się do ponownego podłączenia. Zbliżamy się do celu. - odezwał się Malda.
"Aha, więc to mnie obudziło. Świetnie, bo myślałem że umrę z nudów" - pomyślał zadowolony.
"A tak umrzesz spalony żywcem" - dodał nieco mniej wesoło.
Chwilę później Jeremy poczuł znajome uczucie unoszenia się. Najwyraźniej Malda podłączył go do systemu sterowania działkiem.
"I świetnie, przynajmniej nie czuję bólu mięśni"
- Jak się czujesz? - Z boku dobiegł głos Winet.
- Trochę zaspany, poza tym świetnie. Jak reszta?
- Nienajgorzej. - Tym razem odzezwał się Mesjah. - Ale bałem się że umrę ze starości zanim dolecimy.
- Nie marwcie się, zaraz zacznie się akcja. - pocieszyła ich Danka - W komputerze celowniczym macie dane statku-matki który będzie celem naszego ataku. Spróbujemy zaatakować z zaskoczenia. Macie zaznaczone wieżyczki, musicie je wyeliminować na samym początku. Potem wylecą myśliwce wroga, będziecie musieli nas przed nimi bronić aż uda nam się wejść na rufę ich statku. Tylko zmasowany strzał wszystkich działek w silniki może Ich zniszczyć, a przynajmniej unieruchomić. Żeby nas nie wykryto wejdziemy w pas planetoid. Nie martwcie się, nic nam nie zrobią.
- May the force be with you. - stwierdził wesoło X-Tomcio prawdopodobnie próbując nie pokazać jak bardzo się boi. Niezbyt mu się to udawało.
- Jak długo potrwa zanim znajdziemy się na ich tyłach? - spytał Duncan
- Jakieś 20 minut od chwili kiedy nas zauważą.
- To będzie bardzo długie 20 minut... - mruknął The X zaciskając zęby.
Jeremy spojrzał w kierunku w którym podążali. Wszędzie widać było skały najróżniejszej maści. Niektóre były wielkości cegły, inne wielkości ciężarówki. Były i takie które wyglądały jak małe planety. Statek wślizgnął się między nie i zaczął zmieniać kurs.
Aby nie myśleć o nich, Jeremy zaczął przeglądać dane. Według komputera celowniczego statek Obcych znajdował się 7000 kilometrów przed nimi. Na widok jego danych Jeremy'emu włosy na karku stanęły dęba.
"To jakiś gigant! Jak mamy z tym walczyć?"
Przyjrzał się danym i ustatwił celowanie na jedną z wieżyczek które pojawią się w polu strzału najwcześniej. Był gotowy, podobnie jak inni.

Zza jednej z największych skał wychylił się statek o kształcie nieco spłaszczonego cygara i złocistej barwie. Jeremy wlepił oczy we wskaźnik odległości czekając aż podejdzie w zasięg strzału. Był przygotowany na wszystko.

Ale nie na to co miało nastąpić.
- Hej, nie bądźcie tacy spięci! - odezwał się nagle Malda - Mam tu coś co was rozrusza.
- Nie zrobisz tego?... - w głosie Danki slychać było strach.
- Ooo tak...
- O NIE!
Niestety protesty Danki niewiele pomogły. Wkrótce do uszu klubowiczów dotarły straszliwe dźwięki.
- Co to jest? - Kompan początkowo nie mógł się zorientować. Jeremy za to zorientował się bardzo szybko.
- Jezu, tylko nie to... BŁAGAM!
Niech żyje wolność! Wolność i swoboooda... zawyło wszystkim w uszach.
- WYŁĄCZ TO!!! - wrzasnął chór wściekłych głosów.
- Eee, mi się podoba... - zaczął nieśmiało X-Tomcio, ale chóralne "ZAMKNIJ SIĘ" uciszyło go natychmiast. Malda wyciągnął się na fotelu z zadowoleniem.
- Tak to mogę walczyć...
"Kurde, porozwalajmy je szybko, bo dłużej tego nie wytrzymam."
Powiedział to samo na głos i tylko usłyszał chóralne "tak". Klubowicze skupili się na swoich celach, podczas gdy ich statek trzęsący się od rytmów Disco Polo zbliżał się do podłużnego złotego cygara.
Niech żyje zabaaaaaawa...
Pocisk Jeremy'ego trafił bezbłędnie w działko zamieniając je w chmurę ognia. Strzały innych klubowiczów równeż dosięgły celu i statek Obcych na starcie miał już piętnaście działek mniej.
- To będzie naprawdę długie 20 minut... - mruknął pod nosem
I dziewczyna młodaaaa!
Jeremy przygotował się do kolejnego strzału kiedy komputer powiadomił go o dużej liczbie obiektów opuszczających właśnie statek wroga.
- Uwaga, myśliwce! - Danka potwierdziła jego podejrzenia.
Klubowicze którzy byli po tej stronie kadłuba z której widać było statek otworzyli ogień do myśliwców. Kilka z nich eksplodowało malowniczym wybuchem, zaś reszta strzelając z podobnej co klubowicze broni przeleciała nad statkiem. Statkiem szarpnęło i do wszystkich doleciały przekleństwa wyrzucane z siebie przez Dankę próbującą rozpaczliwie zwiększyć moc osłon.
Tymczasem myśliwce wroga przeleciał ponad statkiem i padły ofiarami tych dział które jeszcze nie zdążyły się wykazać w walce. Te które przetrwały obróciły się momentalnie posyłając wiązkę śmiercionośnej energii w działka.
- Jasna cholera!!! - wrzasnął Mesjah który stał się jednym z celów ataku. Przestrzeń wokół niego zamigotała błękitnie.
- Uff... Zdążyłam przekierować energię osłon. - westchnęła Danka - Uwaga do wszystkich! Nie strzelajcie kiedy wokół was jest ta niebieska poświata. To osłona energetyczna, jeśli ją przebijecie nie będziecie mieli ochrony przed ogniem wroga.
Mesjah który już miał wystrzelić odczekał jeszcze parę sekund. Kiedy światło znikło, posłał morderczą wiązkę w myśliwiec który właśnie chował się za jedną z planetoid. Odłupany kawałek skały jakimś cudem uderzył we wrogą maszynę która zamieniła się w ognistą kulę.
Po drugiej stronie statku odbywało się, przy dźwiękach "Skanera", niszczenie licznych dział statku-matki Obcych.
- Lis! Błagam! - nie wytrzymał w końcu Ufok - Wyłącz to, to ci dostarczę całe stado krów do eksperymentów. Słowo!!! - wrzasnął rozwalając kolejno trzy wieżyczki.
- Nic z tego. - odparł zadowolony Malda - Zbyt was to dopinguje do walki, a poza tym ten projekt z krowami zakończyliśmy 20 lat temu.
Duncanowi coś nie pasowało.
- Właściwie dlaczego oni nie strzelają do nas z wieżyczek?
Danka przełączyła swój komputer na tryb analizy energii i zbladła.
- Wstrzymać ogień, cała energia statku do osłon prawej burty! Przygotować się na wstrząs.
Jeremy i wszyscy którzy byli po tej stronie statku zostali otoczeni przez niebieską poświatę. Nagle kosmos przed nimi rozbłysł, a statkiem szarpnęło.
- Co się dziejeeeee?!? - Jeremy patrzył ogłupiały na wskaźniki Ker-stha przebijające się przez oślepiającą biel.
- Strzelili maksymalną wiązką! Nie róbcie nic, to może osłony wytrzymają.
- Kurwa, myśliwce atakują! - wrzasnął X-Tomcio który przebywał po drugiej stronie statku - Osłona nie działa, wskaźniki oszalały!
- Wyłaź stamtąd! Odłączam cię. - krzyknęła Danka
Nagle światło zniknęło i oczom klubowiczów ukazała się ponownie czerń kosmosu i statek wroga.
- Przywracam osłony we wszystkich częściach statku. - usłyszeli głos Skały
- Mamy poważne uszkodzenia. - odezwał się Lis - Większość wieżyczek na prawej burcie jest uszkodzona. Jedna na lewej została zniszczona doszczętnie przez myśliwiec wroga.
- X-Tomcio! - wrzasnęła przerażona Winet
- Odłączyłam go, chyba zdążył uciec. Zajmij się lepiej ochroną statku. - odparła Danka - Straciliśmy 76 procent mocy osłon!
- Diabli wzięli system namierzania! - krzyknął Mr.X
- U mnie tak samo! - dodał Jeremy.
- I u mnie. - potwierdził Kompan - Ale poradzimy sobie bez tego!
"Pewnie że tak." przemknęło przez myśl Jeremy'emu kiedy ostrzeliwywał okolice w której dostrzegł kolejną wieżyczkę.
Kochaaana uwierz mi...
"...o ile mnie to wcześniej nie zabije."

Tymczasem w sterowni Danka i Lis obserwowali ekrany z niepokojem.
- Mamy pół minuty zanim zbiorą dość energii aby wystrzelić ponownie. Jeżeli będą chcieli użyć ponownie takiej salwy to mamy kolejne dwie minuty. Potem będzie koniec. - stwierdziła ponuro Danka.
- Zaraz wyślą kolejne myśliwce do ochrony statku w tym czasie. Może uda nam się zablokować wylot doku impulsem elektromagnetycznym.
- Niezły pomysł. Przy okazji obrócimy statek żeby mogły strzelać nieuszkodzone wieżyczki. Wykonuję... - zaczęła, gdy usłyszała jakiś jęk z tyłu. Obróciła się i zobaczyła X-Tomcia leżącego przy wejściu do sterówki w kałuży krwi. Zerwała się z fotela i podbiegła do Tomcia próbując zatamować mu upływ krwi.
- Ej, a generator? - wrzasnął za nią Malda.
- Wystrzel sam. Ja mam inne zajęcie.
Lis przechylił się w stronę konsolety Danki i zaczął ładować działo EM, po czym wystrzelił.
O parę sekund za późno.

Tak bardzo zakochani, tak bardzo zwiariowani... - tym razem klubowiczom zaczęła grać na nerwch Shazza.
Jeremy który nabrał już pewnej wprawy w manualnym celowaniu zauważył że statek zaczyna się obracać. Zanim kadłub zakrył mu cel ujrzał jeszcze chmarę punktów wylatujących ze statku Obcych.
- Co jest?
- Obracamy się. Teraz będą strzelać nieuszkodzone działka. - usłyszał odpowiedź Lisa - Pospieszcie się, macie niecałe dwie minuty na rozwalenie przynajmniej 75% dział wroga, bo inaczej druga salwa nas wykończy.
- A myśliwce? - spytał The X który właśnie znalazł się w dogodnej pozycji do strzału.
- Działa są ważniejsze. I rozwalajcie je szybko, bo bez Danki nie dam rady unikać wrogiego ognia!
- A co się z nią stało? - zainteresował się Mesjah rozwalając przy okazji kolejne działko
- Ratuje życie Tomciowi. A wy lepiej przestańcie już gadać i uratujcie nasze!
Rozpętało się piekło w rytmie przebojów Shazzy. Klubowicze eliminowali kolejne działka próbując nie zwracać uwagi na myśliwce wroga przypominające stado szarańczy. Ci którzy nie mogli strzelać do dział, niszczyli myśliwce które znalazły się w zasięgu ich ognia. W ciągu półtorej minuty udało się zniszczyć większość dział, a po dwóch minutach nie zostało żadne. Wówczas działka zwróciły się przeciw myśliwcom które zdołały już niemal doszczętnie zniszczyć osłonę statku.
Danka wróciła wreszcie do sterowni.
- Świetnie że jesteś. - Lis na jej widok odetchnął z ulgą. - Siadaj przy komputerze nawigacyjnym. Udało im się oczyścić drogę na Ich tyły. Musimy teraz tylko tak manewrować, aby się nie wpakować w zasięg rażenia innych dział. To będzie twoja robota, ja muszę zająć się osłonami, bo inaczej zaraz znikną.
Statek otoczony natrętnymi myśliwcami wroga skierował się w stronę gigantycznego przeciwnika. Dookoła co chwila wybuchały myśliwce, przestrzeń migotała od wiązek energii. Na każde funkcjonujące działko przypadało około siedmiu myśliwców.
Jesteś szalona, uwierz mi...
sześciu...
...nie jesteś aniołem, mówię ci...
....czterech... już trzech
...jesteś szalonaaaaaAAA!!!
Ostatnie pięć myśliwców rozpadło się w tym samym momencie kiedy zgasł ostatni generator osłon na statku. Droga do systemu napędowego wroga stała otworem. Wkrótce oczom wszystkich ukazało się gigantyczne urządzenie zakończone wylotem z którego wydobywała się pomarańczowa łuna.
- Dobra, jesteśmy. - usłyszeli głos Lisa - Teraz wprowadzę statek w ruch obrotowy. Każdy z was będzie miał około pięciu sekund aby władować w tę maszynę najmocniejszą wiązkę. Mamy czternaście dział, co oznacza że KAŻDY z was musi trafić. Inaczej się nie uda.
Jeremy skoncentrował się na załadowaniu dział do granicy wytrzymałości kondensatorów. Niepokoił się tylko czy bez systemu namierzania zdoła tak szybko wycelować. Po chwili jednak wątpliwości opadły. Nie miał wyboru - musiał to zrobić.

Statek zaczął szybko wirować. Kolejno w stronę wrogiego okretu leciały wiązki potwornej energii, a każda z nich wywoływała eksplozje o blasku słońca. Kiedy ostatnia z nich dosięgła korpusu napędu, poświata wydobywająca się z wylotu zaczęła migotać, aż w końcu zgasła.
Wszyscy klubowicze jednocześnie zostali odłączeni od systemu. Wypełzli przez tunel do korytarza i przez następne pół godziny od nowa uczyli się chodzić. Potem wszyscy zebrali się w centrum sterowania gdzie zastali uśmiechniętych Obcych w osobie Lisława Maldy i Danuty Skały.
- Udało się! - w głosie Lisa słychać było nieskończoną ulgę - Nie mam pojęcia jakim cudem, ale udało się. Jesteśmy bezpieczni. I Ziemia także.
- Może i my jesteśmy bezpieczni, ale ty nie. - Kant podszedł do Lisa i nachylił się nad nim groźnie. Pozostali, łącznie z Danką zrobili to samo.
- O co chodzi? - Malda rozejrzał się niepewnie.
- WYŁĄCZ TO!!! - wrzasnęli wszyscy chórem usiłując przekrzyczeć Skanera i Shazzę śpiewających (?) w duecie.

- Teraz już pozostaje nam tylko stąd odlecieć. - Stwierdził Lis po tym jak zażegnał groźbę buntu na statku.
- Ale... ÓFO nadal istnieje... - X-man nie był do końca przekonany.
- Żeby go zniszczyć, musimy się oddalić na bezpieczniejszą odległość. Poza tym już teraz są skończeni. Statek nigdzie nie poleci, nie działają na nim żadne urządzenia bo zniszczyliśmy jedyne źródło zasilania. Prędzej czy później uderzy w niego jakaś duża skała.
- A co jeśli tak się nie stanie? - spytał MaYkel - Jeżeli któryś przeżyje, albo wyśle komunikat do swoich. Poza tym ludzie też mogą odnaleźć ten statek. Trzeba go rozwalić.
Zapadła krótka cisza. W końcu Lis skinął głową.
- Macie raję. Musimy oddalić się, a potem skonstruujemy jakąś torpedę nuklearną. Będzie powolna, ale już nie będą w stanie jej przechwycić.
- Idź do laboratorium. - Stwierdziła Danka schyliwszy się nad komuterem na ekranie którego widniały dane okrętu wroga. - Ja wyprowadzę statek na bezpieczną odległość. To powinien być ładunek termonuklearny o sile przynajmniej 450 megaton.
Klubowicze przysłuchiwali się tej rozmowie mając jednak co innego na myśli.
- Słuchajcie... - zaczęła Winet - Co się stało z Tomciem?
- Ciężkie poparzenia, rozległe rany, ale wyjdzie z tego. - odparła Danka - Jest w sekcji medycznej, zbiornik czwarty. Powinien być w pełni sprawny w ciągu dwóch godzin.
- Zaprowadzę was. - zaoferował się Lis - Mniej więcej tyle czasu będzie nam potrzeba aby wszystko przygotować, więc X-Tomcio zdąży zobaczyć ciekawe widowisko.
Malda zaprowadził klubowiczów przez labirynt korytarzy do pomieszczenia w którzym stały rzędy cylindrycznych przeźroczystych pojemników wypełnionych żółtawą cieczą. W jednym z nich dostrzegli ciało.
- To on? - spytał Wojt@s
- Tak. Zostańcie tu i nie ruszajcie niczego. Ja musżę już iść.
Malda opuścił salę, a klubowicze podeszli do zbiornika. Wewnątrz, zanurzony całkowicie w dziwnym płynie leżał Tomcio. Całe ciało miał poparzone i pokryte głębokimi ranami.
- Boże... Jak on z tego wyjdzie? - jęknął Ufok
- I to w ciągu dwóch godzin? - zawtórował X-man
- Oni są znacznie bardziej rozwinięci od nas. - stwierdził ze spokojem Kant - Poczekajmy, to się przekonamy.
I rzeczywiście. Rany na ciele chłopaka zaczęły się zabliźniać na oczach reszty klubowiczów. Po pewnym czasie nie było już po nich żadnego śladu. Następnie przyszła kolej na oparzenia które znikały szybciej niż karp ze świątecznego stołu. Po dwóch godzinach X-Tomcio wyglądał tak, jak gdyby nic złego mu się nie przydarzyło.
- Wygląda całkiem nieźle. - Stwierdziła Skała która minutę wcześniej weszła do pomieszczenia a teraz stała przy zbiorniku odczytując wskazania urządzenia. - Myślę że można go już obudzić.
Położyła dłonie na dwóch małych planszach które rozbłysły po dotyku. Zbiornik zaczął się opróżniać, a kiedy był pusty otworzył się. Z wnętrza rozszedł się zapach przypominający woń starej krwi. Ciało X-Tomcia było oblepione żółtawym śluzem.
- Fuu... I on w tym siedział? - Duncan zatkał nos z obrzydzeniem.
Tymczasem ze ścianek zbiornika strzeliły strumienie wody które spłukały resztki śluzu. Kiedy wszystko zostało zmyte, X-Tomcio zaczął się niemrawo poruszać. Po chwili zakrztusił się i wypluł resztki śluzu. Otworzył oczy.
- O kurwa... Ale to paskudne!
- Na twoim miejscu nie narzekałabym tak. - stwierdziła poirytowana Danka - Dzięki temu żyjesz.
Dopiero po tych słowach Tomcio jakby otrzeźwiał. Rozejrzał się dookoła, popatrzył na Dankę, resztę klubowiczów, rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem znowu zerknął na Dankę.
- Gdzie jestem? Co się stało? Żyję?
- Żyjesz i jesteś w izbie medycznej. - odparła Danka.
- Tomcio, pokonaliśmy tych drani! - dodał WolfCub
- Serio? Szkoda że tego nie widziałem. Myślałem że już po mnie, ta wieżyczka wybuchła tuż po tym jak stamtąd wypełzłem. Mało mnie nie wyssało w kosmos...
- Nie martw się, nie straciłeś widowiska. - powiedziała Winet - Statek Obcych jest unieruchomiony i za chwilę będziemy go rozwalać. Chcesz to zobaczyć?
- Pewnie! - krzyknął - Pomóżcie mi stąd wyjść! A właściwie... gdzie jest moje ubranie???

Przy pomocy przyjaciół Tomcio wydostał się ze zbiornika i wkrótce wszyscy znaleźli się w centrum sterowania. Wokół siebie mieli otwarty kosmos, a z tyłu nieprzeźroczystą część kadłuba statku. Malda siedział w fotelu i ustalał parametry torpedy.
- Jak tam ci idzie? - spytała Danka która weszła jako ostatnia.
- Świetnie. Mamy dwie torpedy po 480 megaton. Właśnie ustalam tor lotu pierwszej.
- Kiedy ją wystrzelisz? - spytał zaciekawiony Kant.
- Właśnie teraz. OGNIA!
Klubowicze zauważyli jak pod ich stopami, na zewnątrz przeźroczystego kadłuba wylatuje podłużny przedmiot zaopatrzony w miniaturę takiego napędu jaki widzieli w statku Obcych. Przedmiot ten szybko nabrał prędkości i ruszył w kierunku gromady planetoid między którymi spoczywał unieruchomiony wrak bcego statku.
- Ile potrwa zanim tam doleci? - spytał Jeremy
- Jakieś 8 minut. - odparł Malda wpatrując się w miejsce w którym stracił torpedę z oczu.
Na osiem minut zapadła kompletna cisza. Lis wpatrujący się na przemian w ekran komputera i w przestrzeń kosmiczną przed sobą desperacko próbował ukryć napięcie. Niezbyt mu to wychodziło.
- 10 sekund - odezwał się w końcu zduszonym głosem.
- 5... 4... 3... 2... 1... zero. Adios sukinsyny!
Przez chwilę nic się nie stało. Potem nagle kosmos przed nimi zniknął zupełnie i zamiast gwiazd, klubowicze zobaczyli dziwny materiał jaki wcześniej widzieli na ścianach statku.
- Co jest? - Kant zgłupiał kompletnie.
- Spokojnie, to dla ochrony naszych oczu przed błyskiem. - Wyjaśniła Danka Skała. Rzeczywiście, po chwili ponownie ukazała się przebijana gwiazdami czerń kosmosu, a klubowiczom odebrało mowę. Zresztą razem z oddechem.
Przed nimi płonęła gigantyczna kula ognia powiększająca się z każdą chwilą, pochłaniając kolejne asteroidy. Kula rozszerzała się coraz bardziej, jednocześnie blednąc. Po chwili była przeźroczysta, a niedługo później zniknęła zupełnie.
Pierwszy ciszę przerwał Lis.
- Według wskazań przed nami nie ma nic... Obiekt został całkowicie zniszczony. - odezwał się cicho.
Zapadła długa i wymowna cisza.

* * *

Kilkadziesiąt godzin później na orbicie okołoziemskiej
- Chyba będziemy musieli się pożegnać... - Lis i Danka stali obok siebie w centrum sterowania swojego statku. Naprzeciwko nich stała grupa składająca się z piętnastu członków X-Klubu. Pod ich stopami błyszczała wspaniałym błękitem Ziemia.
- To prawda. Spędziliśmy ze sobą wiele czasu. Miłego czasu. Ale niestety musimy już odejść. - Danka wydawała się zasmucona.
- Naprawdę musicie stąd odlecieć? - Kant popatrzył Dance w oczy.
- Nie mamy wyboru. - odparł Lis - Nasza misja na Ziemi została zakończona. Nikt z naszej rasy nie wróci na Ziemię dopóki nie zostanie dokończony posiew.
Widząc smutną minę klubowiczy Lis uśmiechnął się beztrosko.
- Ej, nie martwcie się tak. W kosmosie jest wiele ras i jeszcze nie raz będziecie ich gościć. Nie zabraknie wam tematów na arty do XK.
Klubowicze uśmiechnęli się lekko, jednak smutek powrócił. Jeremy patrzył na Kanta próbując odgadnąć co ich prezes myśli. On sam patrzył się cały czas na Dankę.
Jeremy nie miał wielkich wątpliwości co do myśli prezesa. Od czasu pokonania Obcych, Kant najwyraźniej nie pamiętał, albo nie chciał pamiętać że i Danka Skała była przedstawicielem obcej cywilizacji. Wprawdzie bardzo pięknym, ale jednak...
Jeremy'emu ciarki przechodziły po plecach na myśl co mogłoby z tego wyjść na dłuższą metę.
Ale i jemu było trudno opuszczać ten statek.
Po zniszczeniu statku obcych mieli już wracać do domu kiedy Danka i kilku klubowiczów stwierdziło że nie można tak się rozstać bez pożegnalnego przyjęcia. Pozostali ochoczo, lub w przypadku Lisa nieco mniej ochoczo przystali na ten pomysł i na kilka godzin statek wypełnił się smiechem, rozmowami, krzykami, śpiewem, muzyką i całym wachlarzem dźwięków używanych przy podobnych okazjach.
Leczenie kaca potrwało nieco dłużej.
Potem wszystkim przeszła ochota na pożegnania. Lis i Danka zadbali aby czas spędzony poza Ziemią nie dłużył się zbytnio. Klubowicze pozostawili na Księżycu kilka podpisów markerem obok flagi którą niegdyś zostawił tam Armstrong, a także mieli okazję popodziwiać słynną marsjańską twarz z bardzo dobrych miejsc.
Właściwie to można powiedzieć że mieli Czerwoną Planetę u swoich stóp.
Szkoda że nikt nam nie uwierzy że byliśmy pierwszymi ludźmi na Marsie... - stwierdził Jeremy smutno.
Teraz jednak nadeszła chwila pożegnania. Obcy i Faceci Prawie W Czerni (oraz jedna Laska Prawie W Czerni) stali naprzeciw siebie nie wiedząc co powiedzieć.
- Zobaczymy się jeszcze kiedyś? - spytał z nadzieją Ufok
- To zależy tylko od was, ludzi. - odparł Lis
- Więc chyba nie... - Zwiesiła głowę Winet i po chwili ją podniosła patrząc niepewnie. - Lis, mogę was o coś prosić?
- Tak?
- Czy moglibyście pokazać się nam w waszej prawdziwej postaci?
Lis zdębiał. Nie spodziewał się takiej prośby. Wyręczyła go Danka.
- Na pewno tego chcecie? - spytała niby przypadkiem patrząc się na Kanta.
Sam prezes uśmiechnął się.
- W końcu chcemy poznać prawdę, nie? - odparł szyderczo.
Lis i Danka spojrzeli po sobie, po czym obrócili się w stronę klubowiczów. Nagle ubranie i skóra zaczęły z nich opadać. Ciała rozciągały się i kurczyły we wszystkich kierunkach, a spod opadłej skóry zaczęła wyglądać nowa w znanym klubowiczom kolorze. Po chwili naprzeciwko piętnastu poszukiwaczy prawdy stało dwoje klasycznych Szaraków podobnych do siebie jak dwie krople wody.
Z tyłu coś uderzyło o ziemię.
- Co się stało?... - spytał mechanicznie Jeremy nie odwracając wzroku
- Prezes zemdlał... - stwierdził stojący z tyłu Mesjah podobnym tonem co Jeremy.
- Aha...
- I chyba puścił pawia... - dodał Albercik
- Aha...
Obaj Obcy unieśli prawe ręce i ustawili trójpalczaste dłonie w geście pokoju. To było ostatnią rzeczą jaką Jeremy zobaczył zanim jaskrawe światło wypełniło jego umysł.

* * *

Światło przebiło się do jego oczu zmuszając je do powolnego otwarcia. Uszy wypełniał jakiś niezydentyfikowany dźwięk, który po pewniej chwili okazał się miarowymi uderzeniami kościelnego dzwonu.
Podniosł się lekko, po czym spróbował zwlec się z łóżka, w rezultacie czego wylądował na podłodze. Pomogło.
Wstał i ubrał się patrząc na zegar wiszący nad drzwiami.
Dwunasta. Obudził mnie dzwięk dzwonu kościelnego.
Wyjrzał przez okno i zobaczył ludzi ciągnących na południową mszę świętą.
Przed oczami stanął mu obraz brunatnych istot podobnych nieco do tych "gorliwych katolików" lezących do kościoła aby sobie w ciszy i spokoju poplotkować. Tylko skąd te brunatne sylwetki?
Jak piorun uderzyła go wiązka oświecenia. Zaczął się śmiać.
Jeezu... Ale sen!!! Takiej zabawy nigdy w życiu nie miałem! Muszę o tym napisać do XK, bo nigdy mi nie uwierzą.
Obrócił się śmiejąc i śmiech uwiązł mu w ustach. Na biurku zobaczył kartkę z zapisanym numerem telefonu, a obok spostrzegł leżący czarny zegarek i czarne okulary.
Nie... Nie, to nie może być prawda... To zbyt... głupie!
Po chwili wyjaśnienie pojawiło się przed nim niczym ostatnia deska ratunku. Uchwycił się jej kurczowo.
To na pewno któryś z moich kumpli zostawił to wczoraj. Tak, to musiało być to! Teraz nie trzeba o tym myśleć. Ktoś zadzwoni i spyta się czy tego nie zostawił. Na pewno tak będzie...
Jeremy wyszedł z pokoju kierując się chwiejnym krokiem do łazienki. Tylko jedna rzecz nie dawała mu spokoju...
Dlaczego czuje się jakby chlał co najmniej od tygodnia???

* * *

W najbliższy czwartek, jak co tydzień przyszedł nowy numer X-Klubu. Jeremy otworzył go jak zwykle z niecierpliwością. Na ręce miał czarny zegarek, a obok na stole leżały czarne okulary. Nikt się po nie nie zgłosił - trudno. Znalezione nie kradzione.
280kb archiwum wróżyło dobrą zabawę. Jeremy otworzył je, po czym zawartość skopiował do odpowiedniego katalogu i uruchomił. Rzeczywiście, X-Klub był tym razem wyjątkowo obszerny - na pierwszy rzut oka było około dwudziestu listów. Jeremy przejrzał je pobieżnie i oblał go zimny pot.
Piętnaście z nich zaczynało się od słów: "Nie uwierzycie jaki miałem niedawno sen..."

THE END