Od Muada: Cholera wie co za "dziw" się wylęgnie... cholera wie czy będą widoczne polskie czcionki, cholera wie czy wszystko ma sens... ale, chciałbym przedstawić coś co narodziło się w mojej głowie i tkwiło tak kilka dni, zanim nie stał się kolejny "dziw" i nie wklepałem tego do bebechów potwora. Może to mało udany pomysł, a może całkiem udany - takie malusieńkie crossover jak mawiają "komiksiarze".

Jeśli się to COŚ komukolwiek spodoba, to może powstanie ciąg dalszy... oczywiście unikałem doskonałości i proszę o wyrozumienie...

Zapraszam do lektury pierwszej (ostatniej?) części jednej z tych historyjek "co by było gdyby..."

Jeśli cokolwiek pomyliłem "me culpa" :-) I dlaczego on mieszka sam... o tym w następnych (być może) odcinkach enjoy it.

 

"Z ARCHIWUM matriX"

CZĘŚĆ 1

"JEGO PIĘĆ MINUT"

 

 

Wieczór zapowiadał się całkiem zwyczajnie. Fakt, że piwo było tradycyjnie ciepłe, a paczka solonych orzeszków ziemnych odstraszała datą przydatności do spożycia, był również normą jaką sobie wyznaczał na zakończenie każdego dnia, kiedy to z wpitym w tyłek twardym krzesłem rozpoczynał podróż po jedynym świecie, którego tak naprawdę potrzebował. Przed włączeniem komputera pod czaszką zatańczyły dwie luźne i abstrakcyjne myśli - jedna, że warto by wreszcie zajrzeć w bebechy tej cholernej lodówce, a druga, która umarła zanim się do końca urodziła, że powinien raczej wyjść na świeże powietrze, może nawet kupić sobie pieska...

Ręka zatrzymała się dwa centymetry przed włącznikiem zasilania, tak jakby przypomniał sobie coś, o czym powinien był pamiętać. Coś, o czym za nic nie powinien zapomnieć, choćby wokół wszystko paliło się i waliło.

- Cholera - szepnął.

Ręka, która odruchowo i bezwzględnie podzieliła dwa różne od siebie światy, zatańczyła w drgawkach po cyferblacie telefonu. Po chwili w głośniku interkomu beznamiętny, męski głos oznajmił, że nie ma go teraz w domu, ale oczywiście po długim sygnale można zostawić wiadomość i oddzwoni jak tylko wróci.

- Pewnie - rzucił do mikrofonu. - Pewnie wiesz kto mówi... chciałem powiedzieć, że mam dla ciebie to o co mnie prosiłeś, jak zwykle...

- No. - zakończył poprawiając okulary. - Teraz mogę...

Po chwili na monitorze zatańczyły obrazy. Uśmiechnął się uśmiechem narkomana, który po ciężkich chwilach głodu otrzymał upragnioną działkę cracku. Lubieżnie przejechał językiem po wargach, wpatrując się w ekran. Tym razem był incognito. Dla rozrywki. Prostej, nie stresującej rozrywki. Tak jak każdego wieczoru...

"Młody, ambitny, z poczuciem humoru i przystojny".

- Szeroki wachlarz możliwości - szepnął pod nosem, logując się na serwerze. - Może kiedyś dołączę swoje zdjęcie. - Zaczął zastanawiać się nad ksywą. Miał w zwyczaju nigdy nie wchodzić pod tym samym pseudonimem. Unikał w ten sposób odpowiedzialności, czegoś równie w jego mniemaniu abstrakcyjnego jak i naprawa lodówki.

<NowhereMab>

- Dobrze... - powiedział przeczesując palcami klawiaturę. - Dlaczego by nie...

<NowhereMan> hi...

Cisza. Czterdzieści osób na kanale i cicho jak makiem zasiał. O tej porze równie dobrze mogło przejść przez miasto Tsunami.

<NowhereMan> jest tu ktoś?

Głupie pytanie. Bardzo głupie - pomyślał. - Trochę cierpliwości... jak ja to kocham.

Zerknął na zegarek, dochodziła dziesiąta wieczór. O tej godzinie kanał zazwyczaj kipiał. Dziś wydawać się mogło, że tylko on jeden się tu znalazł.

<Moric> a kim ty jesteś?

"No tak - pomyślał - widać nie tylko ja mam dzisiaj patent na zadawanie głupawych pytań". Mimo wszystko ucieszył się, że ktokolwiek się odezwał, choćby miał by to być pospolity ćwok.

<NowhereMan> Niech pomyślę... Panem Bogiem?

<Moric> Żart akurat na miejscu...

<NowhereMan> Niby dlaczego?

<Moric> Boga nie ma.

<NowhereMan> Aha, a może lepiej pogadamy o kobietkach...

<Moric> Jesteś diablo próżny

<NowhereMan> Bo mogę sobie pozwolić

"Jeszcze jeden pieprznięty kaznodzieja w internecie - pomyślał.

<Moric> Jesteś taki zabawny jak ci wszyscy, którym się wydaje, że coś znaczą

<NowhereMan> A tobie co się wydaje, że wszystko wiesz, tak?

Wzdrygnął się. Po raz pierwszy zdarzyło mu się coś takiego. Wszystko co się działo od samego początku było zbyt głupie, jak na zwykły przypadek. Kanał przypominał cmentarz, po którym drąc swoje szaty i wykrzykując dogmaty, maszerował mnich - cierpiętnik.

<Moric> Sprawy nabrały niepokojący obrót, prawda?

<NowhereMan> Może wyjaśnisz mi dlaczego tu dziś tak cicho?

<Moric> Mógłbym...

<NowhereMan> więc?

<Moric> Jeśli zyskał bym pewność, że jesteś tym kogo szukam.

Drżąca ręka sięgnęła po puszkę. Nie chodziło przecież o strach, ale o to dziwne przeczucie, które pojawia się ni stąd, ni zowąd i drąży mózg, wprawiając ciało w drgawki. Potem rodzą się pytania: "A co jeśli..?", "A gdyby...?", "Ale skąd...?" Piwo dławiącymi łykami spływało do żołądka, budząc obrzydliwą chęć wyrzygania wszystkiego z powrotem.

<NowhereMan> nie wiem co masz na myśli, ale szukaj dalej... zmieniam kanał...

<Moric> po co? Wszędzie ta sama, błogosławiona cisza :-).

<NowhereMan> to co? Nastał kres internetu?!

<Moric> a co powiedział byś, gdybym uchylił rąbka tajemnicy i powiedział, że nic nie może mieć końca, jeśli nie ma początku?

<NowhereMan> Pieprzysz!

"Dobra - pomyślał. - Zdolny jesteś, ale jak dla mnie..."

Palce zastygły nad klawiaturą. Przez krótką chwilę miał ochotę sprawdzić czy rzeczywiście wszystkie kanały są tak samo martwe jak ten, ale przeczucie podpowiadało mu, że facet mówił prawdę. A jeśli mówił prawdę, to dlaczego był jedynym kto został dopuszczony do głosu.

- O kurwa - jęknął. - Jestem pieprzonym celem! - To przyszło jak nagłe oświecenie, jak grom z jasnego nieba, który trafił go w sam czubek błyszczącej łysiny, a potem iskrą elektryczną przetoczył się po jego niepozornym ciele.

"Ale kto? - zastanowił się. - FBI, CIA... może jakiś pierdolony haker? Komu jeszcze zdążył się w swoim zasranym życiu narazić?"

- Zaraz, zaraz... - powiedział cicho. - Kto atakuje w taki finezyjny sposób?

Zerknął na ekran, gdzie pojawił się kolejny komunikat.

<Moric> mniemam, ze wciąż tam siedzisz z rozdziawioną gębą

<NowhereMan> czego chcesz

<Moric> Może ciebie...

"Mnie?"

<NowhereMan> pomyliłeś adresy

<Moric> nie sądzę

<NowhereMan> więc do rzeczy zanim zrobię się nieprzyjemny

<Moric> niektórzy z twoich przyjaciół mogą nam pomóc

<NowhereMan> to TY jesteś WY?

<Moric> nieważne, podeślę ci pewien dokument, możesz zrobić z tego użytek...

<Moric> a nawet musisz

"Informator? - przemknęło mu przez myśl. - Niektórzy z moich przyjaciół?" Miał kilku przyjaciół, których mogły zainteresować pewne sprawy, ale to co tu się działo nawet nie musiało udawać blefu. Cała sprawa wyglądała równie niebezpiecznie, co banalnie.

Dłoń opadła na paczkę z orzeszkami i z ich garścią rozpoczęła swą nie udaną wędrówkę do ust, zanim oczy nie dostrzegły na nich białego puchu pleśni.

- Gówno! - Mruknął ciskając fistaszki o ścianę, które z głuchym hukiem odbiły się i rozbiegły po brudnej podłodze, pomiędzy kable, niechciane podzespoły i inne śmiecie.

Miał kilku przyjaciół, którzy wtykają nos w gówniane sprawy.

Miał jednego takiego przyjaciela, który ewidentnie wtykał nos w gówniane sprawy.

<Moric> Idziesz na to?

<NowhereMan> i tak nie miałem co robić

<Moric> więc wysyłam

<NowhereMan> cały drżę :->

Nie miało to wyglądać, jak prawda, ale było prawdą. Trząsł się ze zniecierpliwienia, ciekawości, z powodu nieświeżego piwa w żołądku i... strachu.

<NowhereMan> o jakich przyjaciołach mówisz?

<Moric> kiedy skończę nie będziesz miał wątpliwości

<NowhereMan> zawsze mam wątpliwości

<Moric> to wspaniała cecha

<NowhereMan> oczywiście

<Moric> nie ufaj nikomu

Pamiętał to! Powoli wszystko nabierać zaczęło cech ponurego żartu. "Nie ufać nikomu!" Dewiza, której wszyscy od dłuższego czasu się trzymali. Życiowe credo, do którego nie zastosowanie się groziło naprawdę ponurymi następstwami.

"Nie ufać nikomu!"

Miał powody. Wszyscy je mieli.

<NowhereMan> lepiej powiedz a ku-ku to ja...

<Moric> jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej

<NowhereMan> kim ty do cholery jesteś!?

<Moric> niech pomyśle... Panem Bogiem

<NowhereMan> sam mówiłeś że jego nie ma

<Moric> ah tak, rzeczywiście

<Moric> więc mnie też nie ma

<Moric> doszło... do zobaczenia

<NowhereMan> hej zaczekaj

Rozmówca wylogował się. Przez chwilę siedział spoglądając na ekran, gdzie wszystko wróciło do normy. I przez tą krótką chwilę miał dziwaczne wrażenie obudzenia się ze złego snu, choć tak naprawdę nie było w tym nic przerażającego. Ot, postrzelony haker zabawił się w... Pana Boga?

Zerwał się i zaczął przeszukiwać dysk. Plik nazywał się funny.kid i znajdował się tam, gdzie powinien. Nic nadzwyczajnego.

"Nie ufaj nikomu! - przemknęło mu przez myśl" Znów poczuł ssanie w żołądku, zalążek pawia, który niechybnie za kilka minut wyląduje gdzieś w najbliższej okolicy.

- Za stary jestem, żeby się nabrać na takie plewy - rzucił pod nosem. Takie słowa poprawiają przeważnie humor i dodają animuszu. Tym razem jednak zawiodły. Wciąż czuł się jak dzieciak, któremu ktoś, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem, podszedł i zabrał lizaka.

"Najlepiej będzie o tym zapomnieć."

Bulgoczący przewrót w brzuchu ponaglał by wyrzucić z niego to co, jak szkaradny Obcy z "Aliens" tkwiło i pożywiało się jego zdenerwowaniem. Jedno z drugim idealnie zazębiało się w spektakularnego pawia. Rzucił się do łazienki, miażdżąc po drodze puszki z piwem, niechciane podzespoły i potykając się o kable. Dłonie niezdarnie opadły na brzegi muszli klozetowej, tak że o mało co wybił by sobie zęby.

- Chuolerau - wybulgotał poprzez targające nim torsje, kiedy pod wpływem wstrząsów okulary wylądowały pomiędzy wymiocinami - Kourwa mać.

Kiedy się skończyło opadł plecami na ścianę i ześlizgnął się na siedzenie. Czoło pokrywały gęsto kropelki potu, a pierś unosiła się i upadała jak po szaleńczym wyścigu.

"Najlepiej będzie o tym zapomnieć."

"Bo tak naprawdę nic się nie stało. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego z czym on nie mógłby żyć. Skąd ta głupia myśl?"

Przed pozbawionym wsparcia okularów wzrokiem zatańczyły żółte plamki, zlewające się w psychodeliczne wzory.

- Wow, jeszcze nigdy nie miałem takiego odlotu po piwie - powiedział cienkim głosikiem, który był dziwnie odległy, jak na głos który wydobył się z niego samego.

Plamki spajały się w jeden czytelny napis. Nie, to raczej mózg podpowiadał mu to, co wydawało mu się, że widzi.

"Nie ufaj nikomu."

"Nie ufaj temu co widzisz."

"Nie ufaj temu co słyszysz."

"Nie ufaj..."

Odgłos dzwonka telefonu sprawił, że wstrzymał oddech. Dobiegał z daleka, ale jednocześnie w uporczywy sposób zagłuszał myśli. Wspierając się o ścianę ruszył w jego kierunku. Przedzierał się przez mgłę, kable i cały dobrze znany mu bajzel, który spoczywał na podłodze, czekając na egzekucję wykonaną przez jego stopy. Kierując się według dźwięku, po karkołomnej drodze dotarł do miejsca skąd dochodził. Znanego, a jednak spowitego mgłą miejsca na starym, zakurzonym biurku, pomiędzy softwarem, tonami wydruków i różnymi zapomnianymi drobiazgami.

- Je... jestem - rzucił podrywając słuchawkę z gracją. ciężarowca podnoszącego dwustukilową sztangę.

- To ja, Mulder - odpowiedział trzeszczący głos. - Zostawiłeś informację na sekretarce...

- Infor... Informację? - Wyrzucił z siebie jąkając się.

"Chryste Panie! Co za pustka! Co się dzieje!?"

- Dobrze się czujesz? - Usłyszał w słuchawce.

- Nie wiem kim jesteś, cholera! - Wykrzyknął gościowi w słuchawkę. - O to jak się czuję!

- Frohike...?

- Jezu Chryste! Nic nie pamiętam - wrzeszczał bez opamiętania, jakby tamten mógł za pomocą jakiejś magicznej siły przywrócić mu pamięć. - Sieć, pamiętam sieć... i gościa o pseudonimie Moric...

- Co się tam dzieje?!

Zza pleców dobiegł go odgłos szurania. Ktoś czaił się za drzwiami. Nie jeden KTOŚ, ale stado rozpędzonych, chcących dobrać mu się do dupy KTOSIÓW. Odruchowo przycisnął słuchawkę do ucha, aż zapiekło.

- Co się tam dzieje, Frohike! - Powtarzał uporczywy głos.

"Frohike? Czy to moje imię? Nazwisko?"

"<NowhereMan>"

- Kimkolwiek jesteś, musisz mi pomóc - zapiszczał w słuchawkę widząc jak rozmyta plamka udająca klamkę do drzwi porusza się coraz szybciej i szybciej. - Oni tu są i chcą mojej głowy, Jezu Chryste!

"Skasowali mi pamięć, tak jak kasuje się twardy dysk, o to chodziło temu..."

Drzwi wyleciały z hukiem, odbijając się o przyległą ścianę. Potworne czarne plamy zatańczyły przed nim, wijąc się i rozbiegając we wszystkich kierunkach.

- FROHIKE!!! - Usłyszał jeszcze głos tak odległy, jak jego własna przeszłość, potem czarne plamy opadły go jak stado rozbestwionych sępów w słońcu bezludnej pustyni.

Na oślep zaczął młócić pięściami, ale ktoś ("coś?") z potężną siłą powalił go na ziemię. Ciemność mieszała się z mgłą, a ból opadający falami w miejsca, które mogłyby być miejscami uderzeń, gdyby naprawdę dotykały jego ciała. Jednak on czuł jakąś ironiczną absurdalność tego co się dzieje, jakby wszystko co działo się dookoła było prawdziwie nieprawdziwe.

"Nie ufaj temu co widzisz!"

- Nic nie widzę!!! Nic nie widzę! Nic! - Wrzeszczał uderzając w ciemne plamy. Z dłoni promieniował ból, tak jakby całą wysiłek skierował przeciwko marmurowym posągom a nie żywym ludziom.

"Nie ufaj temu co czujesz!"

"KTOŚ"

- Wymazaliście mi moją cholerną pamięć! - Krzyczał. - Zaskarżę was!

Głos z puszczonej wolniej taśmy magnetofonowej nakazał mu milczenie. Wyjątkowo charyzmatyczny głos. Jedna z plam przemówiła i wydała się teraz bardziej ludzka niż "plamiasta".

- Do kogo dzwonił? - Usłyszał znów ten sam głos, tym razem wyraźniej. - Ten sam facet?

- Uspokój się człowieku! - Tym razem głos skierowany był znowu do niego. Ilu ich było? Co to za goście? - Kiedy skończymy postaram się o oficjalne przeprosiny, a teraz może pan mi powie co tu się stało, he?

- Nie wiem jak się nazywam, a to co się stało wiecie chyba lepiej ode mnie - odburknął. Czuł, że powoli wraca do siebie.

"Do siebie?"

"Wolne żarty, kim było ON?"

- Trzeba było wywiesić wizytówkę na drzwiach - usłyszał w odpowiedzi. Potem dobiegł go stłumiony chichot.

- Nie dbam o takie pierdoły - odparł cicho. "Czy to dla mnie typowe nie dbać o takie pierdoły?" pomyślał. "Pewnie tak".

- Jak można żyć w tym chlewie - usłyszał.

- Dobra panowie, pytanie za sto punktów: czego szukacie w moim chlewie?!

- Skąd wiesz, że twój, skoro nie wiesz kim jesteś?!

Znowu chichot i "ciekawe co brał" wypowiedziane szeptem.

- Musze mieć okulary, bo... zresztą dobrze mi tak jak jest.

- Gdzie są te cholerne okulary - usłyszał gromki głos nad uchem.

- Wątpię, żebyś chciał po nie pójść - odparsknął.

"Piwo, orzeszki, komputer, Moric, plik, przyjaciele, rzygi, okulary... ale cyrk" - przemknęło mu przez głowę.

"Moric!"

Sprawy przybrały zawrotne tempo. Jeszcze niedawno siedział wlepiając gały w słowa jakiegoś palanta, potem naszła go ochota na małe rande vois z muszlą klozetową, a potem... zjawili się ci goście... Zjawiły się czarne plamy. Te same czarne plamy, które teraz stojąc nad nim wpół ślepym, naigrywały się z niego.

- W porządku, jest czysty - usłyszał głos, który przerwał jego rozmyślania. - Czysty jak łza, poza kilogramami stęchłego żarcia nie ma tu nic czym można by było się nawalić.

- Teraz was zaskarżę - mruknął próbując dźwignąć się na nogi. Bezskutecznie.

- Siadaj! - Głos rozkazującym tonem przywrócił zagubione w ferworze wydarzeń drgawki. - Na dziś skończyliśmy, ale pamiętaj, że mamy cię na oku mały kutasie!

- Hej... - zaczął ale w porę przygryzł język.

"Czysty?!"

"Jezu Chryste! Chodzi o narkotyki!? Pieprzone narkotyki! Czy byłem dilerem tego gówna?"

- Pamiętaj! - Usłyszał jeszcze zanim w tupocie kilku par nóg plamy opuściły jego mieszkanie.

- Gówno pamiętam! - Syknął na pożegnanie, co doskonale odzwierciedlało jego sytuację - Gówno pamiętam!

 

 

Kiedy jeden z nich potrącił go zaczepnie ramieniem Mulder rzucił mu ponure spojrzenie. Tamten obojętnie przejechał wzorkiem po agencie i wzruszył ramionami. Było ich pięciu. Dwóch ubranych w stroje, w których równie dobrze mogli by uchodzić za "chłopaków z sąsiedztwa". Trzej, którzy zwrócili na siebie uwagę Muldera, mieli na sobie czarne, równo spasowane marynarki i ciemne okulary na oczach. Ten dziwny kontrast był wyjątkowo niepokojący z dwóch przyczyn: po pierwsze wychodzili z budynku, w którym jeszcze piętnaście minut temu oszalały Frohike wykrzykiwał dziwne rzeczy do słuchawki, a po drugie, kto nosi czarne okulary w nocy?

Byli blisko. Zdaje się, że niewiele interesowała ich osoba agenta, chociaż kto wie jakie spojrzenia mogły kryć się za ciemnymi szkłami. Nie miał czasu, żeby się teraz nad tym zastanawiać. Wbiegł po schodach potykając się o wystające deski. Był to jeden z tych domów, w których czynsz jest wprost proporcjonalny do wygód jakie oferowały. Odrapane ściany, brud czający się w każdym kącie na spółkę z watachami wielgaśnych karaluchów.

Frohike to nie przeszkadza.

Frohike nie przejmuje się takimi pierdółami...

Jeśli Frohike jeszcze żyje i może się czymkolwiek przejmować...

Drzwi od mieszkania były uchylone. Pchnął je i wszedł do środka.

- Odpieprzcie się już, nie ma żadnych narkotyków...

- To ja Mulder - powiedział widząc wspartego o ścianę krępego człowieczka. - Co tu się stało?

- Mulder? - Zastanowił się Frohike. - Facet z telefonu. - Powiedział po namyśle. - Pytali o ciebie, więc może...

- Co się stało - zapytał ponownie agent. Wyglądało na to, że Frohike cierpiał na jakąś amnezję pourazową. - Nieźle ci dołożyli...

- Widziałeś ich człowieku? - Zapytał cicho Frohike. - Zrobili tu niezły bajzel.

- Niezły bajzel. - Odpowiedział uśmiechając się krzywo Mulder. - Nie zwalaj całej winy...

Podszedł do okna. W półcieniach świateł padających z przeciwległego budynku stali trzej ubrani na czarno faceci. Stali i czekali. Przez chwilę poczuł dziwne mrowienie, kiedy jeden z nich skierował wielkie czarne szkła okularów w jego stronę. Poczuł się jakby, ktoś przeniknął wszystkie jego tajemnice.

-...czekasz!? - Usłyszał za plecami.

- Słucham?

- Na co czekasz? - Powiedział ponownie Frohike.

- Twoi kolesie stoją na zewnątrz i wydaje mi się, że ani im się śni ciebie opuścić.

- Co to za jedni - powiedział Frohike dźwigając się na nogi. - Może ty mi coś powiesz, facet?

- Pojedziesz ze mną - rzucił przez ramię Mulder. - A jeśli będą chcieli niech jadą za nami.

Frohike westchnął.

- Musimy coś zabrać - powiedział. - Bóg... - zawahał się. - Bóg jeden wie czy jesteś po mojej stronie, czy ktokolwiek jest po mojej stronie, ale muszę ci o czymś powiedzieć.

Mulder spojrzał na niego. Cokolwiek się stało, Frohike zagubił część siebie i teraz powoli dostrzegał ten dawny błysk w jego oczach.

- Mam wrażenie, że od tego wszystko się zaczęło - kontynuował. - Przez to wpakowałem się w to szambo i mam nadzieję, że dzięki temu z tego wyjdę... - dokończył wskazując na komputer. - Zabierzemy TO i... moje okulary a potem spadamy do stu diabłów z tego chlewu...

- Święte słowa - powiedział Mulder rozglądając się po pokoju. Zdążył już zapomnieć o sprawie, którą Frohike miał dla niego załatwić. Drobiazg. To co tu się działo powoli zaczęło nabierać posmaku czegoś, za czym od dawna gonił. Było to jak kolejny element układanki.

- Gdzie są twoje okulary - zapytał wpatrując się w chodzących w tą i z powrotem mężczyzn w czerni. Czekali. "Na co?"

- W sraczu - odpowiedział Frohike, a kiedy Mulder posłał mu zdziwione spojrzenie dodał wzruszając ramionami - Jak już wspomniałem to długa historia... kto wie jak długa...

Skierował się po omacku do ubikacji.

A wzrok Muldera padł znów na miejsce w cieniu przeciwległego, odrapanego budynku, gdzie jak roboty krążyli faceci w czerni.

"Czekają" - Pomyślał. - "Tym razem czekają..."

TO BE CONTINUED...