Musisz żyć ...

by Albert - dla X-Klubu

 

dzień pierwszy

Jenny obudziła się. Spojrzała na budzik, była siódma rano. Godzinę temu do pracy wyszedł Tom. Jej mąż był policjantem w pobliskiej komendzie. Pobrali się zaledwie dwa tygodnie temu po trzymiesięcznej znajomości. Jenny kochała Toma bardziej niż kogokolwiek do tej pory. Był światłem w jej życia i zapewne widząc jak smacznie śpi, postanowił jej nie budzić, kiedy wychodził z domu.

Po ślubie zamieszkali w wynajętym trzypokojowym mieszkaniu na drugim piętrze kamienicy na przedmieściach miasta. Jenny pracowała jako kasjerka w tutejszym oddziale największego krajowego banku. Dziś szła do pracy na czternastą. Miała dużo czasu, który mogła dowolnie roztrwonić.

Rozglądając się po pokoju, powoli usiadła na łóżku. Tom chyba posprzątał przed wyjściem, bo wszystkie przedmioty znajdowały się na swoich miejscach. Ubrania, które wczorajszego wieczoru walały się po podłodze teraz leżały poukładane w szufladach i szafie. Przeciągając się i ziewając niezgrabnie wstała na nogi. Zdjęła z oparcia szlafrok i założyła go na siebie. Krok za krokiem wyszła z sypialni i z przedpokoju weszła do łazienki. Odkręciła wodę w prysznicu. Upewniła się że temperatura jest wystarczająco wysoka, zrzuciła z siebie szlafrok i weszła pod silny strumień wody. W myślach dziękowała twórcy pierwszego prysznica. Poranne chlupanie się w ciepłej wodzie od zawsze było jej ulubionym sposobem przygotowania się do kolejnego dnia w pracy.

Po prawie godzinnym myciu się w strumieniach ciepłej wody, Jenny uznała że wystarczy tego dobrego. Wyszła z kabiny prysznica, wytarła się wielkim, plażowym ręcznikiem w chmurki i założyła szlafrok. Wróciła z powrotem do sypialni, ale nie weszła do środka. To co zobaczyła sprawiło że zatrzymała się w progu z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.

Na krześle, na którym wcześniej wisiał szlafrok, siedział mężczyzna w czarnym garniturze, kontrastującym z śnieżnobiałą koszulą i gustownym krawatem. Mężczyzna patrzył jej prosto w oczy.

- Kim pan jest ? Co pan tu robi ? – Jenny przełamała zdziwienie i jej twarz przybrała groźny grymas.

- Nie bój się. – padła odpowiedź.

Jenny po usłyszeniu tego głosu nagle uznała że człowiek, z którym rozmawia z pewnością nie ma złych zamiarów. Wewnętrznie poczuła trudną do wyjaśnienia sympatię do tego obcego mężczyzny.

- Po co pan tu przyszedł ? – zapytała, sama nie wierząc w spokój swego głosu.

- Jestem twoim aniołem stróżem, a przybyłem tu aby ocalić ci życie. – obcy mężczyzna mówił te słowa z niesamowitym spokojem i głęboką wiarą w ich treść.

Jenny kompletnie zatkało. Nie wiedziała dlaczego, ale nie wątpiła w ani jedno słowo mężczyzny. Stała jak zahipnotyzowana , wsłuchując się w jego melodyjny, przyjemny głos.

- Teraz niestety muszę cię już opuścić – kontynuował mężczyzna – ale zapewniam cię że jeszcze się spotkamy.

Nie odpowiedziała nic, chyba nie wiedziała co powiedzieć. Przyglądała się tylko jak nieoczekiwany gość w czarnym garniturze bez słowa wychodzi z jej sypialni mijając ją w progu. Podszedł do frontowych drzwi mieszkania, otworzył je i jak gdyby nigdy nic, bez słowa wyszedł.

Stała jak zaczarowana jeszcze przez kilka minut, kiedy dotarło do niej co się stało.

- Niemożliwe – powtarzała do siebie. – To nie może być prawdą. To jakiś żart. Istne szaleństwo !

Jenny z domu rodzinnego wyniosła głęboko katolickie wartości i do tej pory szczerze wierzyła w anioły. Tylko nie mogła pojąć jak coś takiego mogło się przytrafić jej.

Poszła do kuchni i zaczęła przygotowywać sobie śniadanie. Gdy skończyła miała już ustaloną wersję na temat spotkania z aniołem.

To musiało być przywidzenie, przecież to niemożliwe żeby jakiś facet w czarnym garniturze wszedł do mojego mieszkania i podawał się za mojego anioła stróża. Chyba że to był wariat, albo ....

Uznała że porozmawia o tym z Tomem po pracy i wtedy coś się wymyśli. Postanowiła do tego czasu zapomnieć o całym porannym wydarzeniu.

Do wpół do pierwszej oglądała telewizję i czytała kobiece piśmidła. Potem ubrała się i wyszła z domu. Jak w każdy powszedni dzień od dwóch lat poszła na ten sam co zwykle przystanek i po kilku minutach czekania wsiadła do autobusu. Wysiadła w centrum i dalszą drogę do banku pokonała pieszo wstępując po drodze do różnych sklepów z damskimi fatałaszkami.

Za pięć druga tylnym wejściem weszła do banku. Przebrała się w szatni i od strony zaplecza weszła do głównej sali banku. Siadła na swoim miejscu za okienkiem wpłat. Ustawiła się kilkuosobowa kolejka i Jenny zajęła się pracą.

Typowe zajęcia pomogły jej zapomnieć o porannym incydencie. Już z lekkim uśmiechem wspominała rozmowę z nieznajomym.

Nagle zauważyła go wchodzącego do banku. Nie bardzo wiedziała jak się zachować bo mężczyzna stanął po środku sali i wpatrywał się w nią. Następnie powoli podszedł do kolejki przed jej okienkiem i zajął miejsce na końcu.

- Chciałabym wpłacić pieniądze na konto. – powiedział stojąca tuż przed okienkiem staruszka, najwyraźniej zniecierpliwiona tym że kasjerka nie reagowała dłuższą chwilę na jaj obecność.

- Oczywiście – natychmiast odpowiedziała Jenny – proszę mi tylko podać numer kon...

Nie dokończyła, bo uwagę jej zwróciło jakieś zamieszanie przy drzwiach banku.

Usłyszała huk wystrzału z pistoletu. Jeden ze strażników stojących przy drzwiach upadł trzymając się za brzuch. Do środka banku wtargnęło trzech zamaskowanych mężczyzn. Dwóch miało rewolwery, a jeden strzelbę wymierzoną w pierś drugiego strażnika. Ten powoli odłożył swoją broń na podłogę i podniósł obie ręce.

Ludzie w popłoch zaczęli kłaść się na marmurową posadzkę. Jenny zauważyła, że mężczyzna podający się za jej anioła stróża jakby wcale się nie przejął sytuacją i spokojnie podszedł do jej okienka. Spojrzał jej w oczy.

- Schowaj się za mną – zabrzmiało polecenie, któremu Jenny nie chciała i nie mogła się przeciwstawić.

Anioł odwrócił się i spokojnie obserwował sytuację.

Dwóch napastników z dużymi torbami stanęło przy okienkach wypłat i czekali aż pracownicy banku napełnią je banknotami. Co chwilę krzyczeli na leżących ludzi. Najdziwniejsze było to że nie reagowali na mężczyznę w czarnym garniturze i schowaną za nim Jenny, która pilnie śledziła rozwój wypadków co chwilę wychylając się zza pleców swego anioła. Usłyszała odgłos zbliżających się syren policyjnych. Na pewno alarm zadziałał prawidłowo, pomyślała.

Kiedy przyjmowano ją do pracy przeszła specjalne przeszkolenie dotyczące takich wypadków. Wiedziała, że nie wolno sprzeciwiać się woli napastników. Uczono ją że życie ludzkie jest więcej warte niż pieniądze, wszelkie bohaterstwo nie ma sensu. Najwidoczniej trzymany na muszce przez trzeciego z zamaskowanych mężczyzn strażnik nie przeszedł takiego kursu. Kiedy napastnik odwrócił głowę w stronę okna, strażnik rzucił mu się na nogi. Obydwaj upadli na podłogę. Strzelba wypaliła. W tej sekundzie Jenny zrozumiała kim jest zasłaniający ją mężczyzna. Wstrzelona kula trafiła go w klatkę piersiową w okolicach serca. Zachwiał się do tyłu, zdawało się że upadnie, ale nagle wyprostował się i stanął na równych nogach.

Zmieszanie zwróciło uwagę facetów z rewolwerami, teraz ze zdziwieniem przyglądających się aniołowi. Jenny zobaczyła jak powoli przekręca głowę w ich stronę i jak ze strachu rosną im oczy. Mężczyźni nagle złapali się za głowy i zaczęli krzyczeć padając na kolana. Ich głosy zdawały się nieludzkie, wręcz zwierzęce. Krzyczeli i krzyczeli.

- Nie ! – Jenny nie mogła wytrzymać.

Głosy napastników umilkły, opadli zemdleni na posadzkę. Anioł odwrócił się do niej. Zobaczyła, że jego oczy przybrały nienaturalną, czerwoną barwę.

- Wykonałem swoje zadanie – ten głos brzmiał tak jak zawsze – żegnaj moja droga.

Odwrócił się i szybko odszedł w kierunku zaplecza banku. Jenny stała jak sparaliżowana i gapiła się na odchodzącego anioła stróża w czarnym garniturze.

Do banku wpadło kilku, może kilkunastu policjantów w mundurach. Pomogli walczącemu z napastnikiem strażnikowi i podeszli do leżących dalej mężczyzn w kominiarkach. Wtedy jeden z nich ocknął się i ostatkiem sił podniósł w górę broń naciskając spust. Natychmiast policjanci rzucili się na niego i obezwładnili go. Kula poleciała w kierunki grupy funkcjonariuszy tłoczących się przy drzwiach. Jeden ze stojących w tyle upadł. Zaraz zrobił się tłok wokół tamtego miejsca.

- Cholera, dawać tu karetkę – ktoś krzyknął – on dostał w głowę. Szybko !

Natychmiast pojawili się sanitariusze z noszami i wyniesiono rannego policjanta przed bank.

Dwóch policjantów podeszło do Jenny i poprowadzili ją w kierunku drzwi, uważając aby przypadkiem nie zatrzeć żadnych śladów.

Z ulgą odetchnęła świeżym powietrzem, gdy wyszła na zewnątrz. Dookoła stały policyjne samochody i mnóstwo gapiów. Obok lekarze klęczeli reanimując rannego policjanta. Jenny nie mogła dojrzeć jego twarzy bo stało wokół niego kilkanaście osób.

- Nic tu już nie pomożemy – powiedział jeden z lekarzy podnosząc się znad noszy- nie żyje. Ten sukinsyn trafił go w sam środek czoła.

Między nogami lekarza Jenny dostrzegła twarz martwego policjanta. Ślina ugrzęzła jej w gardle, oczy napełniły się łzami. Spojrzała przed siebie mętnym wzrokiem. Nie wiedziała co zrobić, nie wiedziała co się dzieje. Ktoś do niej podszedł i coś mówił, ale nie mogła rozróżnić słów. Zemdlała widząc przed oczami tylko twarz Toma.

Poczuła lekkie ukłucie w ramię. Otworzyła oczy. Jakiś lekarz czy sanitariusz robił jej zastrzyk.

- To środek uspokajający – powiedział do jakiegoś policjanta - zawieźcie ją do domu i dzisiaj nie męczcie żadnymi pytaniami. Macie na to dużo czasu.

Policjant, do którego mówił facet ze strzykawką delikatnie podniósł Jenny i zaniósł do radiowozu. Zapytał gdzie mieszka. Nie pamiętała czy odpowiedziała mu czy nie, bo świadomość odzyskała dopiero przed drzwiami swego domu. Stała o własnych siłach, ale jak się tu dostała, nie mogła sobie przypomnieć.

- Do widzenia – pożegnał ją policjant i odszedł.

Jenny weszła do mieszkania. Przeszła do sypialni i nie rozbierając się położyła się na łóżku. Silne środki uspokajająco-nasenne sprawiły że zasnęła.

Gdy się obudziła była już jedenasta w nocy. Pamięć przywołała jej wszystkie obrazy z dzisiejszego dnia. Znów zobaczyła zakrwawioną i martwą twarz Toma. Zaczęła płakać choć dźwięki wydobywające się z jej gardła należałoby nazwać rozrywającym krzykiem rozpaczy.

Moje życie nie ma sensu, to koniec. Nie chcę żyć bez niego, powtarzała w myślach.

Niesamowitym wysiłkiem usiadła na łóżku. Zauważyła stojący na nocnym stoliku pojemnik z tabletkami nasennymi, których czasami używała. Otworzyła pojemnik, wysypała na rękę kilkanaście pigułek i otworzyła usta.

- Nie wolno ci tego zrobić – odezwał się melodyjny głos.

Ale jego czar teraz na nią nie działał. Wewnętrzny ból tłumił wszelkie wpływy na jej psychikę.

- Odejdź – krzyknęła – odejdź. Nie jesteś żadnym aniołem. Powinieneś pozwolić mi umrzeć.

- Nie mogę tego zrobić– głos anioła znów brzmiał tak samo – musisz żyć.

- Pieprzysz. – Jenny szybkim ruchem włożyła tabletki do ust i połknęła je. – Je chcę umrzeć i ty mi w tym nie przeszkodzisz.

Spojrzała na anioła. Wyglądał tak jak dzisiejszego ranka. Na jego twarzy nie było widać choćby śladu emocji. Patrzyła na niego kilka minut zachwycając się tą wspaniałą formą, aż powoli wzrok zaczął jej mętnieć i bezwładnie opadła na łóżko.

Anioł podszedł do niej.

- Posłuchaj mnie Jenny – wydawało jej się że ton jego głosu zmienił się na jakiś obcy, jakby demoniczny – Mój czas się kończy, a ty musisz żyć !

- Nie – wyszeptała resztką sił – nie mam dla kogo żyć.

- Musisz żyć dla dziecka, które rozwija się w twoim łonie. – oczy mężczyzny w czarnym garniturze nagle przybrały czerwony odcień -Twój wczoraj spłodzony syn kiedyś uratuje życie człowieka, dzięki któremu będzie możliwy niesamowity postęp w kontaktach między naszymi cywilizacjami.

Jeny już nie słyszała co mówił. Środki nasenne zrobiły swoje. Jeszcze żyła, ale jej tętno słabło z każdą chwilą.

- Musisz żyć, musisz żyć – powtarzał anioł – dla niego , dla nas.

Serce Jenny przestało bić. Mężczyzna położył swoją dłoń na jej czole i zamknął oczy. Po chwili odszedł od łóżka na kilka kroków.

- Zadanie wykonane – powiedział i w tym momencie jasny strumień światła wpadł przez okno rozświetlając wszystko, aż zacierając widoczne granice pomiędzy przedmiotami. Gdy znów nastał mrok w pokoju nie było już nikogo oprócz leżącej na łóżku Jenny.

 

dzień drugi

Otworzyła oczy, gdy pierwsze promienie słońca oświetliły jej twarz. Położyła rękę na brzuchu.

- Będę żyć – lekko się uśmiechnęła – będziemy żyć. – powiedziała to z wielką nadzieją w głosie, choć po policzkach płynęły jej łzy.

 

trzydzieści cztery lata później

Michael wyszedł przed dom. Od trzech lat mieszkał w tym, jak sam twierdził, zapomnianym przez cywilizację miasteczku. Powietrze było czyste a dzień pogodny i słoneczny. Wszędzie unosił się zapach pobliskiego lasu iglastego.

Nagle na niebie od północnej strony pojawił się jakiś obiekt. Wyłonił się z chmur, dlatego Michael nie zauważył go wcześniej. Początkowo nie był w stanie zidentyfikować tego co widzi, ale po chwilowej obserwacji zauważył że to najprawdopodobniej mały samolot odrzutowy.

Tylko dlaczego on leci w dół. Tu nie ma żadnego lotniska, pomyślał już przeczuwając coś niedobrego.

Usłyszał wybuch. Jeden z silników samolotu wyleciał w powietrze, ale maszyna nie zmieniła kierunku lotu. Wydawało się że pilot ma zamiar wylądować awaryjnie na polanie przed lasem.

Wszystko to co obserwował Michael trwało najwyżej kilka sekund. Samolot uderzył spodem kadłuba o ziemię. Obracając się i podskakując przejechał jakieś kilkaset metrów. Niestety nie zdążył wyhamować przed lasem i rozbił się o pierwsze drzewa. Nie wybuchł, była więc szansa na uratowanie pasażerów.

Michael nie zastanawiał się ani chwili. Wbiegł do domu, przy drzwiach stała jak zwykle przygotowana do nagłych wezwań torba lekarska. Zdawał sobie sprawę że jest jedynym lekarzem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów i że jedyna nadzieja w nim. Wybiegł z domu, wsiadł do zaparkowanego przed nim pick-up’a i ruszył z piskiem opon.

W kilka minut był na miejscu. Zdziwiło go to że nie było widać śladów ognia. Jakby samolot miał jakiś system gaśniczy lub coś w tym stylu. Wysiadł z samochodu. Teraz musiał znaleźć sposób w jaki mógłby dostać się do środka. Obejrzał dokładnie samolot. Miał na sobie jakieś wojskowe oznaczenia. Ogólnie konstrukcja kadłuba nie była uszkodzona. Samolot miał tylko oderwane skrzydła w wyniku zderzenia z drzewami i porysowaną powierzchnię..

Michael podbiegł do drzwi, ale nie zauważył żadnej klamki. Nie bardzo wiedział co zrobić. Nagle drzwi same się otworzyły. Zza nich wypadł jakiś mężczyzna. Miał zakrwawioną twarz i głowę. Michael natychmiast wyjął z torby opatrunki i rozpoczął udzielanie pierwszej pomocy.

- Nie mnie – zaprotestował mężczyzna – jego. Pomóż najpierw jemu. – wskazał ręką wnętrze samolotu.

Michael trochę zbaraniał po usłyszeniu takiej prośby, ale stan rannego był stabilny więc mógł zająć się innymi.

Szybko wszedł do wnętrza samolotu. Zauważył, na jednym z czterech foteli stojących wokół stołu umieszczonego w centralnej części samolotu, leżącego mężczyznę. Po wstępnych oględzinach ustalił że mężczyzna oprócz ogólnych potłuczeń ma wbity w szyję kawałek jakiegoś szkła i zemdlał z powodu upływu krwi. Michael zręcznie usunął obce ciało i rozpoczął tamowanie krwotoku. Gdy skończył podał rannemu leki przeciw infekcyjne i wzmacniające. Mężczyzna po chwili lekko otworzył oczy.

- Muszę żyć, muszę ... – wyszeptał i znów zemdlał.

- Musisz i będziesz – Michael starał się uśmiechnąć, ale nie był pewien czy mężczyzna przeżyje zdając sobie sprawę że konieczna jest szybka ingerencja chirurga w zniszczone żyły i tętnice w szyi.

Wstał rozglądając się po samolocie. Szukał pozostałych członków załogi. Dostrzegł z przodu drzwi do kabiny pilotów. Podszedł tam omijając porozrzucane na podłodze różne przedmioty. Przez okienko zajrzał do środka pomieszczenia. Zobaczył dwóch mężczyzn, którzy niestety już nie żyli. Podczas upadku samolotu przednie, najprawdopodobniej pancerne, szyby wpadły do środka i wbiły obu pilotów w ścianę razem z fotelami. Michael próbował otworzyć drzwi, lecz bezskutecznie. Były zamknięte od środka. Jeszcze chwilę przyglądał się trupom, potem wrócił do rannego w szyję, wciąż nieprzytomnego mężczyzny. Siedział nad nim jakieś kilka minut zastanawiając się co powinien zrobić. Przewiezienie go do szpitala w pick-up’ie odpadało bo mogło go zabić. Musieli tu zostać i czekać na specjalistyczną pomoc. Taką katastrofę na pewno widziało wielu ludzi, ale na ekipy ratunkowe pewnie będą musieli czekać kilkadziesiąt minut.

Nagle usłyszał za sobą kroki. Gdy się odwrócił zauważył stojących nad nim żołnierzy w maskach przeciwgazowych i ubraniach maskujących. Czterech celowało w niego z broni maszynowej. Trzech z noszami podeszło do rannego.

- Żyje, zabieramy go stąd jak najszybciej – jeden zbadał mężczyznę na fotelu i pozostałym wydał polecenie – trzeba go natychmiast operować.

Odwrócił się do Michaela, gdy pozostałych dwóch ułożyło na noszach rannego.

- Jest pan lekarzem ? – zapytał

- Tak, i ja pierwszy przybyłem na miejsce katastrofy. – odpowiedział Michael przyglądając się jak wynoszą rannego z samolotu.

- Uratował mu pan życie. Do tej pory dawno już by się wykrwawił – żołnierz wskazał ślady krwi na podłodze i fotelach - ale proszę teraz wrócić do domu i zapomnieć o tym wydarzeniu

Michael zbaraniał, choć nie miał zamiaru się sprzeciwiać. Schylił się , aby pozbierać swoje narzędzia, gdy się podniósł żołnierz wyciągną do niego rękę. Michael podał mu swoją. Stali przez chwilę nic nie mówiąc, połączeni przyjaznym uściskiem dłoni.

- Dziękuję – lekko uśmiechnął się żołnierz– dziękujemy panu wszyscy, uratował pan porozumienie i możliwe że dużo, dużo więcej.

Michael nic nie odpowiedział, nie zadawał pytań, nie chciał wiedzieć, po prostu wyszedł z samolotu, minął wojskowe samochody, żołnierzy, wsiadł do samochodu, przekręcił kluczyk w stacyjce i powoli ruszył w kierunku domu.

Po drodze nie zastanawiał się nad tym co go spotkało. Miał tylko w sercu niesamowicie silne poczucie dobrze wykonanego obowiązku lub wręcz dopełnionego przeznaczenia. To wystarczało.

 

epilog

Twoje życie może stracić jednego dnia cały swój sens i na powrót tego samego dnia go odzyskać. Większość z nas nigdy nie pozna sensu bądź przeznaczenia swego istnienia, co wcale nie oznacza że go nie ma. Dlatego nie ważne co się stanie, ty po prostu musisz żyć, musisz żyć, musisz żyć ....

koniec