Pierwsza bitwa.
written by The_X specially for The X-Klub

By³a ju¿ prawie pó³noc.Mark wyj¹tkowo jeszcze nie spa³,ci¹gle mysla³ o czekaj¹cym go jutrzejszego dnia tescie ze znajomosci wspó³czesnej poezji brytyjskiej.Musia³ byæ dobrze wyspany,od tego zale¿a³o jego przejscie do kolejnej klasy.Gdyby nie zda³,rodzice nie darowaliby mu tego.Powoli zamkn¹³ oczy i stara³ sie zasn¹æ.Wtem jego okno rozb³ys³o jakims dziwnym swiat³em.Nie by³o bardzo jasne,jednak¿e nie pozwala³o patrzeæ na siebie.  Mark mimowlnie podniós³ rêkê,aby zas³oniæ oczy,choæ niewiele to pomog³o.Swiat³o by³o tak mocno,¿e przechodzi³o przez palce i dociera³o do twarzy.Mialo w sobie jak¹s si³ê,Mark nie móg³ siê jemu nie poddaæ,dos³ownie wwierca³o mu siê w g³owê.Pomimo tego wszystkiego by³o cicho,nic nie zak³oca³o b³ogiego,wydawa³oby siê spokoju nocy.Mark nie móg³ wiêc nic s³yszeæ,poczu³ tylko mysl.Tak w³asnie - poczu³, gdy¿ nie by³a to jego w³asna mysl.Cos kaza³o mu podejsæ do okna i wyjsæ na balkon.Tam ujrza³ źród³o tej tajemniczej si³y.Na balkonie sta³a postaæ otoczona pulsuj¹c¹ poswiat¹.Widz¹c Marka odwróci³a siê,wykonuj¹c jakies dziwne ruchy w kierunku gwiazd.Po chwili zwróci³a siê w kierunku ch³opca przygl¹daj¹c mu siê przez d³u¿szy czas.Swiat³o otaczaj¹ce postaæ stopniowo zaczê³o siê wygaszaæ.Mark by³ wyraźnie przera¿ony sytuacj¹, jaka go spotka³a.Próbowa³ przyjrzeæ siê swojemu gosciowi,jednak pocz¹tkowo by³o to niemo¿liwe z powodu niezwykle silnej poswiaty.W tej chwili móg³ ju¿ go opisaæ,by³ niewysoki,bardzo podobny do cz³owieka,odró¿nia³y go tylko znacznie wiêksze uszy.Wydawa³ siê usmiechaæ i po chwili bezg³osnie zwróci³ siê do ch³opca:
-Witaj przyjacielu.Mogê siê tak do Ciebie zwracac,gdyz obserwujemy Ciê ju¿ od wielu lat,a nawet znamy Twoj¹ przysz³osæ.Wybralismy Ciebie z powodów,których nie mo¿emy Ci w tej chwili ujawniæ.Mog³oby to mieæ niekorzystny wp³yw na Twoje ¿ycie,a tego nie chcemy i nie mo¿emy do tego dopusciæ.Mamy dla Ciebie przygotowane specjalne i bardzo szczególne zadanie.Bêdziesz kims w rodzaju nowego Mesjasza,musisz uswiadomic ludzkosci co sie naprawde dzieje na waszej planecie.Nie mogê Ci zdradziæ wszystkiego,gdy¿ je¿eli wiedzia³bys o tym o czym my wiemy i powiedzia³ o tym innym zniszczy³bys wszystkie religijne dogmaty.A ludzkosc nie jest jeszcze na to gotowa. Wystarczy,jesli powiesz im,¿e d¹¿ycie ku zag³adzie i tylko wy sami mo¿ecie sobie pomóc.Musicie zaprzestaæ rozwoju materialnego,a skupiæ siê na rozwoju ducha.W przeciwnym wypadku nawet my nie pomo¿emy,a na to czekaj¹ ju¿ nasi i wasi wrogowie.Ju¿ kilkadziesi¹t lat trwa nasza walka o wp³ywy w tej czêsci Wszechswiata,jednak jest nam coraz trudniej.Dlatego musielismy wybraæ sobie pomocnika wsród przedstawicieli rasy ludzkiej.Oczywiscie mo¿esz odmówiæ,ale na Twoim miejscu nie robi³bym tego.To tylko pogorszy sytuacjê,chyba nie chcesz przy³o¿yæ rêki do w³asnej smierci?Przemysl to i najlepiej zacznij swoj¹ misjê ju¿ od jutra.Naprawde szkoda czasu,zosta³o go wam ju¿ bardzo ma³o-zakoñczy³ niesamowity monolog.
Postaæ powoli zaczê³a odchodziæ,ponownie pojawi³o sie intensywne swiat³o,Mark przesta³ widzieæ,co dzieje siê wokó³ niego.Us³ysza³ odg³os cichego silnika i po chwili wszystko powróci³o do normy.Ch³opak móg³ pomysleæ nawet,¿e to zwyk³a halucynacja,gdyby nie kartka,któr¹ trzyma³ w d³oni.By³o na niej przemówienie,które mia³ wyg³osiæ nastêpnego dnia.
**********
Obudzi³ siê wczesniej ni¿ zwykle.W³asciwie prawie w ogole nie spa³.Ca³¹ noc mysla³ o historii,która spotka³a go w po pó³nocy.Powoli wsta³ i wzi¹³ do rêki kartkê z czekaj¹cym na niego tekstem.Otworzy³ drzwi i zszed³ po schodach na dó³.Mia³ prawie 17 lat,ale rodzice wci¹¿ traktowali go jak dziecko.Nie mia³ wielu przyjació³,w³asciwie nie mia³ ¿adnego,wiekszosæ traktowa³a go jak dziwaka.Obawia³ siê teraz trochê reakcji otoczenia,w¹tpi³ w to,¿e ktos mu w ogóle uwierzy.W kuchni stali ju¿ jego rodzice,z którymi przywita³ siê dosæ niechêtnie.
-Dzieñ dobry.S³yszeliscie albo widzieliscie w nocy cos tajemniczego?
-Znowu zaczynasz?-z przek¹sem zapyta³a jego matka,Jane.-Mówi³am Ci tyle razy,¿ebys w koñcu zaj¹³ sie czyms powa¿nym.Chyba nie zapomnia³es o dzisiejszym tescie?
-Nie bêdê móg³ isæ dzisiaj do szko³y-stwierdzi³ Mark-od tego mog¹ zale¿eæ losy swiata!
-Czy Ty to s³ysza³es-Jane zwróci³a siê do mê¿a,Alexa-odbi³o mu zupe³nie.
-Mamo wcale mi nie odbi³o-obruszy³ siê Mark-wrêcz przeciwnie jestem prawdziwym wybrañcem losu.Dzis w nocy spotka³em sie z...-w tym momencie przerwa³.Przecie¿ wiedzia³,¿e i tak mu nie uwierzy.On mimo wszelkich przeciwnosci musi wykonaæ swoj¹ misjê.
-No dokoñcz!Z kim siê spotka³es?Mo¿e z zielonymi ludkami?Cz³owieku zajmij siê tym czym powinienes siê zaj¹æ ju¿ dawno-nauk¹!Te Twoje g³upoty nigdzie Ciê nie zaprowadz¹!
Mark postanowi³ zmieniæ koncepcjê.Bêdzie udawa³,¿e idzie do szko³y,a później skrêci...tylko dok¹d?Chyba zacznie od stacji radiowej.Mo¿e tam go ktos zrozumie.Id¹c mysla³ o ostatnich wydarzeniach,min¹³ cztery przecznice i stan¹³ przed du¿ymi przeszklonymi drzwiami z napisem "Bradford Radio".Przez chwilê mia³ zamiar zrezygnowaæ,ale w porê siê zreflektowa³ i przekroczy³ próg rozg³osni.W srodku by³o mnóstwo osób,jacys faceci biegali od studia do studia trzymaj¹c w rêkach najswie¿sze newsy.Widok ten na pewien czas zaskoczy³ Marka,wiêc sta³ prawie bez ruchu.
-Witam pana,o co chodzi?-zwróci³a siê nagle do niego jakas kobieta.
-Mi?A tak....zaraz-mówi³ lekko zmieszany ca³¹ t¹ sytuacj¹-czy jest tu jakis dyrektor programowy?
-Oczywiscie,ale musi pan powiedziec w jakiej sprawie pan do nas przychodzi.Chodzi o prace?
-Nie.Muszê wyg³osic przemówienie do ludzkosci-stwierdzi³ powa¿nie.
Przez chwilê zapanowa³a grobowa cisza.
-Niech pan pos³ucha.My nie mamy tutaj czasu na takie bzdury.Mysla³am,¿e pan jest powa¿nym cz³owiekiem....
Przepraszam,my tu wszyscy jestesmy bardzo zajeci,a pan powinien raczej udaæ siê do lekarza....
Mark nie odpowiedzia³ nic.Bez s³owa obróci³ siê na piêcie i szybko wybieg³ z budynku.Kolejna szansa zosta³a zaprzepaszczona....
**********
Zbli¿a³ siê wieczór.Mark wcale nie mia³ zamiaru wracaæ do domu.Po tym jak nawet nie poszed³ na test nie chcia³ siê do niego zbli¿aæ.Jego ostatni¹ nadziej¹ by³ jego jedyny kolega,Ed.Dodatkow¹ szans¹ na powodzenie by³o to,¿e ojciec Eda by³ szefem miejscowej telewizji.Mark stan¹³  przed jego domem,g³êboko westchn¹³ i poci¹gn¹³ za dzwonek.Po chwili podszed³ do nich Ed i widz¹æ Marka wyraźnie siê cieszy³.
-Czesæ ch³opie-przywita³ siê w swoim stylu-fajnie,¿e przychodzisz,ale źle zrobi³es,¿e nie by³es na tescie.Czekaj¹ cie powa¿ne k³opoty.
-Jak ci powiem co naprawde jest powa¿ne,to spadniesz z krzes³a-Mark wysili³  siê na jakis ma³o smieszny ¿art.
Weszli po schodach do pokoju Eda.
-Pos³uchaj,musisz mi pomóc-stwierdzi³ Mark-czy twój ojciec pracuje jeszcze w telewizji?
-Tak,ale pos³uchaj...
-Muszê wyst¹pic w programie o najwiêkszej ogl¹dalnosci,jakis talk-show czy cos w tym stylu...
-Po co ci to?
-Mam do przekazania odezwê do ca³ej rasy ludzkiej.
-Pos³uchaj ja na twoim miejscu zaj¹³bym siê czyms naprawdê potrzebnym.Ty chyba nie masz ju¿ szans na zaliczenie klasy....
-Nie,to ty mnie pos³uchaj!To jest wszystko gówno warte.Je¿eli nie zmienimy podejscia do siebie,to zabijemy samych siebie.
-Mark ty siê dobrze czujesz?Usi¹dź na chwilê ,a ja zadzwoniê po twoich rodziców.
-Nie,muszê ju¿ isæ skoro nie chcesz mi pomóc.
Wsta³,podniós³ kurtkê i ponownie bez s³owa opusci³ dom swojego jedynego-wydawa³oby siê-przyjaciela....
**********
Szed³ drog¹ w³asciwie bez ¿adnego wyraźnego celu.Wyczerpa³,jak mu siê zdawa³o wszelkie sposoby metody jakie mu przychodzi³y do g³owy.By³ totalnie za³amany,ale czy trochê nie przesadza³,przecie¿ w³asciwie zacz¹³ swoj¹ walke,nikt nie mówi³,¿e to bêdzie ³atwe.Na dworze by³o dosæ zimno,wiêc postanowi³ wejsæ do pobliskiego baru i napiæ siê gor¹cej herbaty.Usiad³ przy jednoosobowym stoliku i mysla³....Co pozosta³o mu jeszcze do zrobienia?Nagle do baru wesz³o dwóch mê¿czyzn ubranych w d³ugie czarne p³aszcze..Rozejrzeli siê woko³o i zatrzymali wzrok na Marku.Podeszli do niego,przysunêli s¹siedni stolik i usiedli naprzeciwko.
-Pan Mark Rutherford?-po chwili odezwa³ siê jeden z nich.
-Tak,ale o co chodzi?Kim wy jestescie?
-To w tej chwili nieistotne.Pan pozwoli z nami.Jestesmy ze Sluzb Bezpieczenstwa Kraju.
Nie czekaj¹c na reakcjê Marka z³apali go za rêcê i wyci¹gnêli na zewn¹trz.Na podwórzu sta³ zaparkowany nieoznakowany van.Ch³opak zosta³ wrzucony na tylne siedzenie.
-Która godzina?-zapyta³ jeden z nich.
-21.22.Nie mamy chwili do stracenia.Musimy jak najszybciej zakoñczyæ zadanie i zmywaæ siê st¹d.Oni mog¹ siê pojawiæ w ka¿dej chwili.
Pierwszy zapali³ silnik i ruszyli.Po oko³o 20 minutach jazdy dojechali do miejsca nazywanego przez miejscowych pustyni¹,z powodu du¿ej ilosci piasku.Zatrzymali samochód.
-Bêdziesz musia³ odpowiedzieæ nam na kilka pytañ-drugi zwróci³ siê do Marka.
-Dlaczego nie pojechalismy na komisariat?-zapyta³ przera¿ony sytuacj¹ ch³opak.
-My jestesmy od zadawania pytañ.Czy rozmawiales z kims o wydarzeniach ostatniej nocy?
-Skad o tym....to znaczy tak.
-Z kim?
-Z jakas kobieta z radia i z moim przyjacielem Edem,ale wzieli mnie za wariata.
-To niewazne,i tak bêdziemy musieli....Pos³uchaj nie dokoñczysz ju¿ swojej misji!
Wyj¹³ z kabury potê¿ny pistolet.Odbezpieczy³ go i wycelowa³ w ch³opaka.Powietrza nie przeciê³ nawet huk wystrza³u.Cia³o ch³opaka bezwiednie opad³o na siedzenie.
-Dobra,wyrzuæ go i tak stracilismy mnóstwo czasu.Musimu ju¿ jechaæ na l¹dowisko.
Po 10 minutach znajdowali siê ju¿ na pustej polanie w lesie nieopodal Bradford.Mimo nocy by³o jasno jak w po³udnie.Wokó³ polany rozb³yskiwa³o tajmnicze swiatlo,z kierunku nieba zbli¿a³ sie pojazd w kszta³cie pod³u¿nego cygara,który po chwili wyl¹dowa³ na specjalnie przygotowanym miejscu.Mê¿czyzni w czarnych p³aszczach zbli¿yli siê w jego kierunku i wsiedli do niego.Po chwili statek odlecia³ i wszystko powróci³o do normy.Wszystko,poza tym,¿e nic ju¿ nie wróci³o ¿ycia Markowi.
********
Jeszcze tego samego dnia cia³o ch³opaka zosta³o odnalezione przez tê sam¹ osobê,która pokaza³a mu siê tamtej nocy na balkonie.Postaæ pochyli³a siê nad nim i stwierdzi³a:
-Wiedzia³em,¿e maj¹ szpiegów ju¿ wsród ludzi.Dlatego wybieralismy Mesjasza z tak¹ dok³adnosci¹.Nie przewidzielismy,¿e skontaktuje siê w³asnie z Radio Bradford.Przecie¿ od jakiego czasu pracuje tam Lea.Znowu wygrali,znów siê spóźnilismy.Ale to przegrana bitwa,jeszcze nie zdobyli kolejnej kolonii.Mark,mogê Ci tylko obiecaæ,¿e zrobimy wszystko,¿eby do tego nie dosz³o.Twoja smieræ nie pójdzie na marne.