Waszyngton, 23 grudnia, godzina 605
Pierwsze
promienie porannego słońca z trudem przedzierały się przez gęstą warstwę chmur
i nieśmiało zaglądały do mieszkania nr 42 łagodnie głaszcząc po twarzy jego
lokatora. Mulder ospale podniósł powiekę i szybko ją zamknął zniechęcony
rażącym światłem. Przewrócił się na drugi bok, przykrył głowę poduszką i ze
znudzeniem pomyślał o kolejnym dniu, który go czeka. Znowu pokona drogę tę
samą, którą pokonuje od 4 lat, znowu minie tą samą, surową twarz strażnika
stojącego przy wejściu do głównej siedziby FBI, i znowu dostanie sprawę tak
samo beznadziejną, jak wszystkie, które dostawał od zamknięcia Archiwum.
Archiwum było całym jego życiem, nie rozumiał jak ktoś mógł mu to odebrać. Jego
rozmyślania przerwał głośny dźwięk telefonu. Zwlókł się z łóżka i żółwim ruchem
podniósł słuchawkę, w której odezwał się kobiecy głos:
-
Mulder? - usłyszał
W tym momencie zupełnie odmienił się jego
nastrój. W tej jednej chwili świat znowu nabrał radosnych barw, ogarnęło go
błogie szczęście. Tak bardzo tęsknił za jej głosem.
-
Mulder jesteś tam? - padło pytanie w słuchawce
-
Scully? Czy coś się stało? - zapytał będąc jeszcze w
szoku
-
Przed chwilą dzwonił dyrektor Skinner. Mamy natychmiast
stawić się u niego. Natychmiast. - powiedziała dobitnie i odłożyła słuchawkę
Mulder pognał do łazienki, pospiesznie
wziął prysznic, umył zęby i ogolił się. Nie zauważył nawet braku ciepłej wody,
co kiedy indziej byłoby niemożliwe. Teraz jednak liczyła się tylko Scully.
Wybiegając rzucił spojrzenie w stronę lustra, zobaczył w nim twarz
promieniejącą radością. Rzucił kilka typowych dla siebie spojrzeń, uśmiechnął
się szeroko i zdziwiony zauważył, jaki jest przystojny. Następnie popatrzył na
zegarek i szybkim krokiem ruszył w kierunku windy.
Siedziba FBI w Waszyngtonie, 23 grudnia,
godzina 803
Sekretarka na widok Muldera rzuciła krótkie: "Proszę
wejść. Dyrektor Skinner na pana czeka."
Mulder sam nie wiedząc dlaczego zapytał:
-
Czy jest już agentka Scully?
-
Jeszcze nie. - usłyszał w odpowiedzi
Poczuł ulgę i
pewnym krokiem wszedł do gabinetu. Zobaczył ten sam portret Clintona i tą samą
flagę amerykańską co zawsze. Nie widział natomiast Skinnera, który siedział w
cieniu.
-
Siadajcie agencie Mulder. - w tym momencie dyrektor
wysunął się z cienia i Mulder ujrzał uśmiech goszczący na jego twarzy. Chciał
coś powiedzieć, lecz zaniemówił.
Weszła Scully.
Jej idealnie dopasowana garsonka przylegała do ciała, jej rude włosy
połyskiwały jakby posypane diamentowym pyłem, a przez jej duże zielone oczy
zdawała się przemknąć iskierka radości gdy jej wzrok napotkał spojrzenie
Muldera. Karminowe usta Scully zadrżały. Cieszyła się niezmiernie na widok
partnera, jednak nie dała tego po sobie poznać. Mulder tymczasem chciał wstać,
wziąć Scully w ramiona i powiedzieć jej, jak bardzo za nią tęsknił. Nie zdążył
niestety wymówić ani słowa, gdyż uprzedził go dyrektor:
-
Skoro jesteście oboje, mogę wam powiedzieć w jakim celu was
wezwałem. Otóż wracacie do Archiwum, które na nowo zostanie otwarte decyzją
naczelnego dyrektora FBI. Tym razem nie możecie jednak pozwolić sobie na żadne
wybryki. Tyczy się to szczególnie was - Mulder. A zaczniecie od zaraz. Macie
pół godziny na spakowanie, wasz samolot wylatuje o 9:30.
-
Dokąd lecimy? - zapytał podekscytowany Mulder.
-
Do Canyon Creek w Montanie. - odpowiedział Skinner -
Zaginęły tam już cztery osoby. Mieszkańcy twierdzą, że porwali ich Indianie
mający swój obóz na obrzeżach Canyon Creek. Co najdziwniejsze, zwłoki jednego z
członków plemienia znaleziono na wzgórzu uważanym przez Indian za święte. Nikt
się do niego nie zbliża, bo podobno panuje tam sam diabeł. Wiem, że jutro jest
Wigilia, ale jeśli nie przyjmiecie tej sprawy to Archiwum zostanie zamknięte na
dobre...
Mulder
spojrzał na swoją partnerkę, która doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że
jeśli wycofa się teraz, to nie tylko straci pracę, ale i pogrzebie wszystkie
nadzieje Muldera. O nie, tego nie zrobiłaby za nic. Nie potrafiłaby...
Popatrzyła na Muldera, po czym powiedziała zaczepnie:
-
Czemu pan jeszcze siedzi, agencie Mulder? Chce pan, żebyśmy
spóźnili się na somolot?
Mulderowi
kamień spadł z serca, czuł, że jest niezmiernie wdzięczny swej uroczej
partnerce, która uścisnąwszy rękę Skinnera oznajmiła, że spotkają się na
lotnisku, po czym wyszła.
Lotnisko w Waszyngtonie, 23 grudnia,
godzina 915
Duży,
ciemnozielony samochód zatrzymał się na lotniskowym parkingu. Scully zgasiła
silnik, wyjęła kluczyk ze stacyjki i zaczęła zastanawiać się, co tu właściwie
robi. Miała wyrzuty sumienia. Pojawiła się przed jej oczami rozwścieczona twarz
Billa, który wykrzykiwał, że "znowu ten stuknięty Mulder jest dla niej
ważniejszy od rodziny". Wiedziała, jak bardzo Bill nienawidził Muldera.
Tymczasem właśnie Mulder wydawał jej się być bliższy od własnego brata.
Przeżyła z nim już tak wiele... Kilka razy uratował jej życie i tak często
dawał do zrozumienia, jak bardzo jest mu droga. Te dwuznaczne dotknięcia,
uściski i zwroty. Dlaczego zawsze go ignorowała? Nie zdążyła odpowiedzieć sobie
na to pytanie gdyż usłyszała:
- Scully, kwiatuszku! - no właśnie, co
miała o tym myśleć? - Pospiesz się, bo wycieczka odleci bez nas!
Scully
zatrzasnęła drzwiczki samochodu, dołączyła do Muldera i razem ruszyli w
kierunku samolotu.
Po zajęciu miejsca
i zamówieniu śniadania Mulder objął swą partnerkę ciepłym spojrzeniem.
- Nie jadłeś śniadania? - zapytała.
W odpowiedzi
otrzymała przeczący ruch głowy.
- Przyznaj, że za mną tęskniłaś. - zaczął
niespodziewanie Mulder i nie czekając na odpowiedź zapytał:
- Miałaś jakieś plany na święta?
- Chciałam pobyć przez jakiś czas w domu.
Bill był zawiedziony...
- Wybacz, nie chciałem stawiać cię w takiej
sytuacji...
- To nie twoja wina. - ucięła i wyjęła
swój ulubiony jogurt z pszczelim
pyłkiem.
I znowu
zaczęła spierać się z Mulderem o to, czy tego typu jogurty są zdrowe, czy też
nie. Choć nie chciała się do tego przyznać, brakowało jej tych rozmów, mimo
tego, że Mulder ją drażnił. Lubiła to i sama nie mogła siebie zrozumieć.
Po
czterdziestu minutach rozmów Mulder wyszedł na chwilę do toalety. Kiedy wrócił,
ujrzał swą towarzyszkę pogrążoną w głębokim śnie. Na początku zmartwił go ten
widok, gdyż znalazł kolejne argumenty mające za zadanie przekonać Scully o
słuszności jego teorii dotyczącej nepalskich laleczek tworzonych przez
miejscowe czarownice. Potem jednak zobaczył, w jakiej uroczej pozie Scully się
ułożyła i jaki miała łagodny wyraz twarzy.
Jej głowa
leżała na siedzeniu Muldera, więc musiał wziąć ją na kolana. Ułożył Scully
wygodnie, okrył swoją marynarką i zaczął gładzić delikatnie jej włosy. Były
miękkie, pachniały charakterystycznym zapachem. Mulder spędził godziny w
drogeriach poszukując perfum Scully. Bezskutecznie. W tym momencie usłyszał
szept:
- Mulder, nie zostawiaj mnie... - Scully
mówiła przez sen - Proszę, nie zostawiaj mnie, nie zniosę tego... Tylko
ty...
Mulder
pochylił się nad jej ustami w nadziei, że usłyszy coś więcej. Nie usłyszał. Wie
wystarczająco dużo...
Gdy zbliżali
się do celu wyprawy, Mulder pogłaskał Scully po policzku budząc ją ze snu.
Patrzył jak przeciągała się i jak zaskoczona patrzyła na jego marynarkę. Potem
spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Zasnęłaś, nie chciałem, żebyś zmarzła.
Na te słowa
Scully uśmiechnęła się lekko i poklepała go po ramieniu.
Po wyjściu z
samolotu wzięli taskówkę i pojechali do hotelu. Po drodze Mulder wypytywał
kierowcę o Indian, ale zmęczona tym Scully uciszała go i powtarzała, że zaczną
od jutra. Jechali tak polną droga przez 20 minut. Było już ciemno więc nie
widzieli zbyt wiele. Co jakiś czas mijali tylko małe domki oświetlone od środka
jedną żarówką. Wreszcie dojechali na miejsce. Zatrzymali się przed 3-piętrowym
budynkiem, w którym znajdowało się kasyno, bar i hotel. Gdy weszli do
zarezerwowanego wcześniej pokoju przeżyli szok. Pomieszczenie było owszem obszerne,
ale prawie nie umeblowane, farba odpryskiwała ze ścian i z sufitu, na szafkach
nocnych zamiast lampek były świeczki, a w oknie stała wybita szyba. Oprócz tego
zamiast 2 łóżek stało jedno z zepsutymi sprężynami. Dyrektor hotelu wymienił
tylko szybę, a o niczym innym nie chciał nawet słyszeć. Scully i Mulder byli
wykończeni po męczącym dniu i bez najmniejszych trudności zasnęli na twardym
łóżku.
Canyon
Creek, 24 grudnia, godzina 704
Muldera
obudził śpiew kolędników. Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że jest Wigilia, a
on leży w jednym łóżku z ukochaną kobietą. Spojrzał na Scully, która wtuliła
się w miękką poduszkę. Mogłby patrzeć tak na nią bez końca, ale wiedział, że
nie może. A jeszcze nie teraz... Potrząsnął nią tylko lekko i wyszeptał do ucha
"Wesołych Świąt". Scully otworzyła swe wielki oczy i Mulder zauważył jak
błyszczą głęboką zielenią. Były to najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek
widział. Scully przeciągnęła się, wstała i poszła do łazienki. Kiedy wróciła,
powiedziała:
- Strasznie rzucasz się przez sen.
- Wybacz, ale przyzwyczaiłem się do tego,
że mam całe łóżko dla siebie. Chociaż przyznaję - taka odmiana mi odpowiada.
Scully
spojrzała na Muldera chłodno, po czym stwierdziła, że jest już późno, i że
powinni już wychodzić. Po 15 minutach zeszli na śniadanie, które delikatnie
mówiąc nie było wyborne. Następną rzeczą, którą zrobili było zwiedzanie
miasteczka. W centrum, gdzie znajdował się ich hotel, stał również kościół,
fontanna, kilka domów i duża choinka. Niby zwyczajny widok, dziwne zdawały się
jednak szczegóły - na szczycie świątecznego drzewka nie było tradycyjnego
czubka ale mały, czerwony diabełek, a na dnie fontanny dawał zauważyć się
dziwny, fioletowy pył. Scully i Mulder postanowili odwiedzić indiańską wioskę. Gdy wsiadali do samochodu, zaczął padać
śnieg, który z minuty na minutę stawał się coraz gęstszy.
-
Wygląda na
to, że Indianie nie mają ochoty nas oglądać. - powiedział
- Myślę, że powinniśmy wracać. Niedługo
zrobi się bardzo ślisko, a poza tym widoczność jest prawie zerowa. - stwierdziła
zaniepokojona Scully.
W chwili, gdy
Mulder zawracał, zadzwonił jej telefon komórkowy.
- Halo.
- Scully - odezwał się głos Skinnera -
Macie natychmiast udać się na lotnisko i wracać do Waszyngtonu. Prognozy
meteorologiczne są wprost niewiarygodne, jutro o tej porze Canyon Creek będzie
leżało pod 15-metrową warstwą śniegu.
- A co z mieszkańcami?
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy,
żeby....
- Straciłam łączność - Scully zwróciła
się do Muldera -Dzwonił Skinner i kazał nam jechać na lotnisko. Nie
żartował mówiąc, że Canyon Creek zostanie zasypane.
Mulder
zaparkował przed hotelem i zapytał:
- Nie jesteś ciekawa, co stało się z tymi
ludźmi, którzy tu zaginęli ?
- Czy ty zrozumiałeś, co do ciebie
powiedziałam ? Oczywiście, że jestem ciekawa, ale nie chcę tu zginąć pod
kilkunastometrową warstwą śniegu.
- Daj spokój! Nawet przez dwa dni nie zdążyłoby
tyle napadać, a co dopiero przez jedną noc. Jeśli naprawdę chcesz wracać, to
proszę, weź samochód i jedź na lotnisko ale beze mnie.
- Chyba żartujesz. Nie zostawię cię...
Pamiętasz co powiedział Skinner? Żadnych wyskoków. Nie możesz sprzeciwiać się
jego rozkazom, bo zamkną Archiwum. A tego nie chcesz, mam rację?
Te słowa
przekonały Muldera, który niechętnym, ale zdecydowanym krokiem ruszył w stronę
pokoju. Tam szybko spakował torbę swoją i Scully, która go o to prosiła:
- Muszę zejść na dół i zawiadomić o
wszystkim dyrektora. Słyszałam, że ma też radiestetę, więc będzie mógł ostrzec
mieszkańców przed grożącym im niebezpieczeństwem. Ty w tym czasie spakuj moją
torbę.
Gdy Scully
wróciła, Mulder trzymając w ręku czerwony zeszyt zapytał:
- Piszesz pamiętnik?
Scully ze
strachem w oczach odparła:
- Owszem. Czytałeś?
- Nie, chociaż przyznaję, że miałem ochotę.
Scully
odetchnęła, po czym schowała zeszyt i zamknęła torbę. Z przerażeniem pomyślała
o tym, co stałoby się gdyby Mulder uległ pokusie i zajrzał do jej notatek. W
tym momencie przypomniało jej się, że powinna zadzwonić do domu. .. Tak też i
zrobiła uprzednio prosząc Muldera o zejście do samochodu. Rozmawiała bardzo
krótko, po czym blada dołączyła do partnera.
Śnieg padał
tak gęsto, że chwilami Mulder bał się, żeby nie pomylić drogi. Zarazem widział
zamyślenie na twarzy partnerki i bezskutecznie próbował coś z niej wydobyć. Na
lotnisku agenci wsiedli do samolotu, który
okazał się być ostatnim na trasie Canyon Creek - Waszyngton. Przez
pierwsze pół godziny lotu Scully milczała. Teraz jednak w jej oczach pojawiły
się łzy, jej ręce chwyciły dłonie Muldera, a jej usta wyszeptały:
- Kiedy zadzwoniłam do domu, odebrała mama
i powiedziała, że Bill wyszedł jakiś czas temu nie mogąc znieść, że spędzam
Święta z tobą. Mamie było przykro, ale wiedziała, że pretensje Billa są
bezpodstawne, że to zwykła zazdrość. A ja zdałam sobie sprawę z tego, że
najmądrzejszą rzeczą, jaką zrobiłam w tym roku był wyjazd z tobą... Pamiętasz
noc w hotelu? Kiedy obudziłam się i usłyszałam z twoich ust "wesołych Świąt"
poczułam, że to właśnie te Święta będą najszczęśliwszymi w moim życiu. Teraz
żałuję tylko, że nie powiedziałam ci teo wcześniej. Widzisz Mulder, ja od czterech
lat... nie chcę żebyś... kocham cię.
Na te słowa
Mulder wziął partnerkę w ramiona, mocno przytulił i czule powiedział:
- Scully, ja wiem. Wiem o wszystkim od
dawna. Bałem się cokolwiek powiedzieć. Ty zrobiłaś to pierwsza i tym samym
napełniłaś mnie nieopisaną radością. Nigdy wcześniej tak się nie czułem. Ja też
cię kocham, od zawsze...
Zobaczywszy
łzy spływające po jego policzkach, Scully delikatnie otarła je, po czym
pocałowała Muldera z namiętnością nagromadzoną przez cztery długie lata. Mulder
uśmiechnął się i powiedział drżącym głosem:
- Właśnie dałaś mi najpiękniejszy prezent,
jaki mogłem sobie wymarzyć na Święta...
Waszyngton,
25 grudnia
Na lotnisku
wysiadających z samolotu podopiecznych przywitał dyrektor Skinner:
- Przykro mi to mówić, ale będziecie
musieli wrócić do Canyon Creek. Nasze prognozy się sprawdziły - śnieg przestał
padać jakieś 40 minut temu.
Scully
uśmiechnęła się nieśmiało, wymownie wtuliła w ramiona partnera i powiedziała:
- Nic nie szkodzi. To był bardzo przyjemny
i znaczący lot dla mnie i dla agenta Muldera.
Skinner
odpowiedział uśmiechem i zrozumiawszy wszystko rzucił radośnie:
-
Cieszę się
z waszego szczęścia. - po czym odszedł
Scully i
Mulder spojrzeli na siebie ciepło a ich usta ponownie się spotkały. Gdy ruszyli
w kierunku domu z zamiarem przyozdobienia i pierwszej, wspólnej choinki zaczął
padać śnieg, który gęstniał z minuty na minutę...