Wybrańcy losu
Cześć I

by Jeremy - dla X-Klubu

Jeremy lezał na łóżku zażerał się sernikiem domowej roboty. Okoliczności wprost skłaniały do takiego postępowania - za oknem wiał wiatr z prędkością 70 km/h, w domku cieplutko i spokojnie, z głośnika magnetofonu lecą kojące dźwięki MoonSpeel'a, a gorący jeszcze sernik napełnia zapachem cały pokój. Jedynie wredne myśli złośliwie krążą po głowie.
Trzeba się wreszcie zabrać za jakieś treningi, bo do matury osiągnę 120kg. - myślał zaczynając pierwszy kawałek.
Jakbyś sam siebie nie znał. Jesteś na to zbyt leniwy. - przemknęło mu przez myśl gdy zabrał się za drugi.
Mimo wszystko coś trzeba z tym zrobić. Chyba od następnych wakacji, bo listopadowa pogoda nie sprzyja długodystansowym biegom. - stwierdził pochłaniając trzeci.
In the moon mountains six wolves cry... Your lost glory - we'll reign or die !!! - zawyło z tyłu z głośnika. Jeremy wyłożył się wygodniej i przygotowywał do snu. Pojutrze, w poniedziałek sprawdzian z historii - trzeba się przygotować psychicznie, bo fizycznie już jestem od godziny - przemknęło mu przez myśl i oczyma wyobraźni zobaczył małą karteczkę zapisaną drobnym pismem leżącą w zeszycie.
Drrrrńńń!!!
Podskoczył nagle spadając z łóżka. Ten cholerny telefon... Ktokolwiek to jest niech lepiej ma mocne uszy.
- Słucham!
- Jeremy? Musisz nam pomóc. - głos niewątpliwie należał do mężczyzny.
- Co??? - w myślach próbował zidentyfikować głos. Nie był to nikt z rolplejowego klubu "Schron" do którego należał, a nikt inny tak się do niego nie zwracał. Tylko skąd on go znał... - O co chodzi?
- Musisz się skontaktować z członkami X-Klubu. Oni nadchodzą...
- X-Klubu? Przecież ja tam nikogo osobiście nie znam.
- Podyktuję ci numer Kanta. Pośpiesz się - teraz wszytko zależy od was!
Nieznajomy głos podyktował kilka cyferek, a po chwili w słuchawce brzmiał tylko urywany ton. Jeremy nie ochłonąwszy jeszcze dobrze zaczął się wpatrzywać w kartkę z zapisanym numerem i zastanawiał się czy to nie jest jakiś głupi żart. Ostatecznie stwierdził że najlepiej zrobi jak pomyśli o tym rano. Spał już pięć minut później.

Obudził go jakiś nieznany hałas. Wstał rozespany i wściekły - na zegarku była czwarta rano. Wyjrzał przez okno i to co zobaczył wybiło go kompletnie ze snu, a złość została zastąpiona przez kompletny szok. Za oknem nad górami oddalonymi o jakiś kilometr unosiły się światła w pięciu wyraźnych zgrupowaniach. Niemal cała słowacka granica jarzyła się białym światłem.
Jeremy szybko się ubrał i wyszedł na balkon aby dokładniej się im przyjrzeć. W powietrzu słychać było delikatne brzęczenie, zupełnie jak jakiegoś owada, ale nie nie miało ono swojego źródła. Światła poruszały się wachadłowym ruchem nad górami. Nagle jedna grupa świateł zaczęła się zbliżać, aż swoim blaskiem przyćmiła wszystkie uliczne latarnie. Ostatnie co Jeremy zdążył zapamiętać to niesamowity blask, potem stracił przytomność.

Zbudził się nazajutrz rano w swoim łóżku. Ubranie leżało grzecznie tam, gdzie je zostawił wieczorem - rozrzucone po całym pokoju. Ubrał się jednocześnie rozmyślając o śnie który miał dzisiejszej nocy. Mniejsza z tym że był krótki i bez podtekstów erotycznych. Dziwne było to, że pamiętał go tak wyraźnie, co się raczej nigdy nie zdarzało. I jeszcze ten dziwny telefon wczoraj wieczorem... Zerknął na stół - kartka z zapisanym wczoraj numerem dalej tam leżała.
To chyba pod wpływem tej wczorajszej rozmowy śniło mi się UFO. Musze napisać o tym do klubu - będzie niezły ubaw.
Przeszedł do innego pokoju i włączył telewizor. Na Polsacie kreskówki, na Jedynce "Ziarno", na RTL7 wiadomości w których trąbią o UFO, a na Vivie...
CO??? O UFO? Przełączył szybko z powrotem. Twarz panienki na ekranie zwykle wyglądająca jak maska, przybrała teraz wyraz pomieszanego strachu i niedowierzania, bez typowej dla takich wiadomosci kpiny.
- Dzisiaj w nocy około godziny czwartej nad ranem w wielu miejscach w południowej części kraju zaobserwowano na niebie dziwne światło. Trwają zawzięte spekulacje, ale nikt z rządu, policji czy wojska oficjalnie nie potwierdza pojawienia się UFO. Podobne informacje doszły do nas od słowackich agencji prasowych. Z ostatnij chwili - w Krakowie na niebie zuważono coś dziwnego. Będziemy państwa informować na bierząco.
Włączył radio - w RMF'ie podobne informacje. Nad królewskim grodem unoszą się latające spodki. Nawet na EuroNews informowali o tym, a na BBC nagłówek "UFO observed in Eastern Europe" rozwiewał wszelkie złudzenia. Jeremy w odruchu rozpaczy przełączył satelitę na kanał na którym, jak mniemał, w ostatniej kolejności zobaczy rewelacje o UFO. Na ekranie w lewym górnym rogu zobaczył logo "EROS TV", a na jego tle reklamę gorącego numeru - "Pamela Anderson odkrywa swoje tajemnice. Dzisiaj wyjątkowa opowieść o nocnym spotkaniu z przybyszem z Marsa"... Zrezygnowany wyłączył telewizor i wrócił do swojego pokoju.
THREE, TWO, ONE! FIREEE!!!
Zawył magnetofon na fula i nerwy Jeremy'ego trochę się rozluźniły. Sięgnął po telefon.
- Halo? - odpowiedział jakiś słodki kobiecy głos.
- Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z Kantem?
- Z kim???
- Przepraszam. Z... eee... [szybki rzut oka na monitor komputera] z Piotrkiem.
- Śpi. Czy to bardzo pilne?
- Raczej tak. Może go pani obudzić.
Jeremy usłyszał w słuchawce ciche "Piotrek, telefon do ciebie" i niewyraźny pomruk dochodzący gdzieś z pobliża słuchawki.
- Słucham...
- Cześć Kant, tu Jarek.
- Kto???
- Sorry. Jeremy z X-Klubu. Kojarzysz?
- Taaa... Jezu, jeszcze ty. Jesteś już chyba piąty.
- Serio? Kto jeszcze dzwonił?
- Kompan, X-man, X-Tomcio, i paru inych. Zabiję tego kto dał wam mój numer.
- Słyszałeś o UFO?
- Taa... I co z tego. Pewnie fake jak zwykle.
- To nie fake. Widziałem je.
- Żartujesz... Musimy się w takim razie spotkać.
- Tylko gdzie? Pasowałoby gdzieś w centrum kraju. Nie żeby Elbląg to było zadupie, ale ja mieszkam trochę daleko.
- Ok... Chwila, byłeś w Warszawie?
- Yep. Na wycieczce szkolnej...
- No to trafisz pod Kolumnę Zygmunta. Będę tam dzisiaj czekał na was.
- To trochę poczekasz. Droga do stolicy zajmie mi minimum 6 godzin. Poza tym jak cię poznam.
- Ja też nie zamierzam się śpieszyć. Do zobaczenia wieczorem. Będę miał znak szczególny.
- BTW. Kant... Co to za miły głosik, który odebrał telefon?
- Eee... to... nikt ważny. - ostatnie słowa powiedział tak szybko, jakby go ktoś popędzał batem.
- Jasne... narazie.
- Cześć - po chwili w szłuchawce było słychać tylko przerywany dźwięk.
Usiadł ciężko na łóżku. No tak... Zanosi się na niezaplanowaną wycieczkę. Zajrzał do portfela - kilkaset złotych starczy na bilety i jakiś czas pobytu. Wrzucił do plecaka w kolorach moro i z xywą wypisaną na boku kilka rzeczy, worek z jabłkami i butelkę mineralnej. Po krótkim namyśle wepchnął tam jeszcze podręcznik do CyberPunka - kto wie, może ktoś z klubu gra w RPG? Zostawił jeszcze dla mamy kartkę z wyjaśnieniami i informacją że jeszcze zadzwoni. Ze zrozumiałych względów nie napisał, gdzie się wybiera.
Na przystanku okazało się że ma szczęście. Jedyny autobus odchodzący w tym dniu do Wa-wy odjeżdżał w ciągu najbliższej pół godziny. Gdy ruszył, Jeremy próbował zasnąć ze wszystkich sił. Wiedział że przez następne 3 godziny będzie widział krajobraz który zna już na pamięć - jeździł do Krakowa tak często, że mógłby wyliczyć wszystkie miasta i wsie po drodze. Mimo wszystko nie mógł zasnąć. Mijając Nowy Targ zobaczył porozbijane witryny sklepów, budki, powyginane latarnie - wandalizm dość niezwykły nawet jak na to miasto. Najprawdopodobniej pojawienie się UFO ludzie wzięli tu trochę poważniej...

Po trzech godzinach autobus dojechał do Krakowa. Pomijając zwyczajowe remonty na głównych ulicach miasta, reszta wyglądała całkiem nieźle. Jednak w centrum widać było skutki dzisiejszej parady UFO - panika musiała być większa niż podczas występów sławnego Gumisia kilka lat wcześniej. Niemal całe Aleje Słowackiego - główna ulica przecinająca miasto - były zrujnowane. Na dworcu do autobusu wpakowało się jeszcze kliku ludzi i wrak ruszył z miejsca. Już przy wyjeździe na drogę Jeremy zobaczył jak do autobusu biegnie jakiś gość drąc się na całe gardło.
- Stuuuujcie! Jeszcze ja!!!
Kierowca okazując miłosierdzie wdepnął hamulec i pechowy sprinter wpadł do autobusu. Dziękując niewyraźnie kupił bilet i zaczął iść szukając wolnego miejsca. Niestety nie patrząc przy tym pod nogi potknął się o leżący niedbale plecak Jeremy'ego. Odwrócił się wściekły, ale gdy zobaczył xywę na plecaku zmienił wyraz twarzy na niedowierzanie.
- Jerremy? Jeremy z XKlubu?!? - wrzasnął, aż wszyscy pasażerowie z ciekawością obserwujący jego sprint, a później potknięcie teraz jak na komendę odwrócili się w jego stronę.
- Taa... - Jeremy zrobił zdziwioną minę, ale po chwili stwierdził że tego dnia raczej nic nie powinno go dziwić. - Zgaduję że też jesteś z XK.
- Brahu! Jestem X-man! Muwiliśmy ze sobą na IRCu. - wyciągnął rekę i potrząsnął mocno dłoń ogłupiałego Jeremy'ego
- X-man??? Stary... Siadaj i mów dokąd się wybierasz. Pewnie ktoś do ciebie zadzwonił wczoraj i teraz suniesz do Warszawy, co?
- Zgadłeś. Po tym jak zobaczyłem te news'y od razu doniego zadzwoniłem.
- Widziałeś to UFO?
- Pare godzin temu. Nie wiem co otym myśleć.
- Ja też nie. Widziałem w nocy światła i rano usłyszałem w Wiadomościach, poza tym ten telefon - więc jadę.
Autobus wyjechał z miasta. Przez cały czas Jeremy i X-man rozmawiali o UFO, X-Klubie, szkole i zyciu - niekoniecznie w tej wlasnie kolejnosci. Przejechali przez Kielce i Góry Świętokrzyskie. Przy wyjeżdżaniu z tego malowniczego zakątka X-man szarpnął nerwowo za ramię śpiącego Jeremy'ego.
- Co jest? Dojechaliśmy?
- Nie! Patrz tam.
Jeremy spojrzał za wyciągniętym palcem X-mana i zamarł przerażony. W odległości ok. 4 km. do ściany lasu przytulona była niewielka wioska. Od drogi dzieliło ją niewielkie pastwisko. Na którym, korzystając z nadzwyczaj dobrej pogody, pasło się kilka krów. Obecnie wioska i najbliższy jej fragment lasu płonęły. Nawet z tej odległości w wiosce widać było gwar i bieganinę kilkunastu ludzi. Nad wioską i lasem unosiło się dziwne światło przyćmiewające swoim blaskiem słońce.
Pozostali pasażerowie autobusu również patrzyli na ten koszmar z rozdziawionymi ustami. Jedynie kierowca nawet nie odwrócił w tamtym kierunku głowy tylko mocniej nacisnął pedał gazu. Ponieważ oczy miał ukryte za lustrzankami, o jego emocjach świadczyły jedynie powiększone żyły na czole i ciężkie krople potu spływające z twarzy na jasną koszulę. Jeremy i X-man do końca podróży nie zamienili ani słowa.

W Warszawie znaleźli się o godz. 16.30. Wprawdzie UFO jeszcze tu nie dotarło, ale i bez tego widać było objawy histerii - ludzie wykupywali wszystko co się dało, a autobusy jadące na północ były przepełnione. X-man po kilku nieudanych próbach znalazł wreszcie wolną taksówkę. Kierowca nie uciekł z miasta chyba tylko dlatego że sam nie wydawał się zbyt zrównoważony. Po jeździe poprzedzonej wieloma głupimi komentarzami dostali się pod Kolumnę. Jeremy poznał bez trudu Kanciarza - doskonale pasował do jego wyobrażeń: przeciętny chłopak o przeciętnej twarzy z przeciętną fryzurą. Ubrany w przeciętne ubranie siedział na przeciętnej ławce, a obok niego walało się ok. 50 przeciętnych puszek po EB. W przeciętnym plecaku leżącym obok było jeszcze kilkanaście. Na widok idących w jego kierunku X-mana i Jeremy'ego wstał.
- Jesteście z Klubu, czy tylko chcecie piwo? - spytał robiąc cyniczną minę.
- Jestem Jeremy, a to X-man - X-man uśmiechnął się i podał Kantowi rękę - A piwo na pewno by się przydało.
Kant uśmiechnął się i rzucił im wyjęte z plecaka dwa piwa. Uścisnął rękę Jeremy'ego wpatrując się w niego dziwnie.
- Co jest, Kant? Czyżbyś wyobrażał sobie mnie inaczej. IMHO moja ksywa świetnie pasuje do grubego faceta z kucykiem, nie?
- No, powiedzmy. Jak na razie jesteście pierwsi.
- Kto ma jeszcze przyjechać?
- Nie wiem. Powiedziałem wszystkim, którzy dzwonili. Byli bardzo zdenerwowani.
- No to czekajmy.
Po czasie potrzebnym do wypicia reszty piwa z plecaka i około połowy następnej partii zjawił się chłopak w koszulce z Misato Katsuragi z Evangeliona.
- Konnichiwa. Kompan desu!
- Cze Kompan!!! - krzyknęli wszyscy chórem i podali mu po kolei ręce.
- Hej, nie popisuj się tym twoim japońskim, bo i tak nikt nie ma możliwości go docenić - Jeremy unióśł jedno oko na styl dr. Spocka ze Star Trek.
- Heh... Trudno. Tylko wy jesteście?
- Hej!!! Muthafucka, co to za szopka??? - wrzasnęło gdzieś z boku - Co za **** zbieranina żuli. Aloha wy **** z Klubowego govermentu. [ech... chyba lepiej zamiast cenzury po prostu obetnę pewne kwestie]
- Jestem X-Tomcio. Miło mi was poznać [dla uczciwości wspomnę jedynie że wypowiadał to zdanie w wersji beta przez ok. 3 min.]
- Zorientowaliśmy się. - Mruknął Kant i podał Tomciowi rękę. Pozostali zrobili to samo. Jakiś anonim wetknął po chwili w rękę Tomcia otwartą puszkę z piwem. Tamten pociągnął spory łyk - dopiero wtedy wszyscy zobaczyli jak bardzo się trzęsie.
- Kurwa, co się dzieje? Ludziom odbija bo widzą światła na niebie...
- Też je widziałem zeszłej nocy. To nie są jakieś tam światełka - to UFO. - Jeremy zabrał się za następne piwo. jemu też drżały ręce.
- Jak mogłeś to widzieć? - Tomcio miał wątpliwości - Mówili o tym dopiero rano.
- Mieszkam nad słowacką granicą. To przyszło z południa.
- Poza tym widzieliśmy to po drodze za Kielcami. Spalili całą wioskę.
- Wiem o tym. Mieszkałem niedaleko. - dołączył się nowy głos z tyłu. Odwrócili się i zobaczyli kolejnego chłopaka. Za nim stał jeszcze jeden. - Jestem Wojt@s.
- A ja The_X. Spotkaliśmy się na dworcu. Dostaniemy po piwie?
Wszyscy uścisnęli sobie ręce, a Kant wyciągnął ze swojego plecaka bez dna kolejne dwie puszki.
- Co za zajebista impreza z zajebistymi ludzmi w zajeistym miejscu!!!
Na ten wrzask wszyscy się odwrócili w kierunku nowoprzybyłego, a Kompan lekko się skrzywił.
- PeaceMaker, co?
- Yasne! Miło was poznać.
- Kant. Ilu jeszcze ludzi do ciebie dzwoniło? - X-man rozejrzał się po pijącej piwo grupce. PeaceMaker właśnie przyssał się do swojej puszki.
- Tylko Winet. Poczekajmy jeszcze chwilę.
- Winet nie przyjdzie. Nie wzięła tego na poważnie. Musicie po nią jechać, bo inaczej nie macie szans. - jakiś facet w garniturze z dzikim krawatem w różowe świnki pojawił się znikąd.
- To pana głos słyszałem w słuchawce. - Jeremy dostał nagle ataku olśnienia.
- Zgadza się. Skontaktowałem się z wami bo nie miałem wyboru. Teraz tylko wy możecie mi pomóc. Od dawna was obserwuję.
- Zaraz! Kim pan w ogóle jest? Co się tu dzieje?
- Jestem Lisław Malda, ale możecie mi mówić Lis. Tak mnie nazywają w UOP'ie.
- UOP??? - mina Kompana wyrażała szyderstwo. - Pana nie przyjęto by nawet do ochrony baru, a co dopiero państwa.
- Nie ma czasu na przepychanki. Musimy jechać po Winet.
- Czym? Winet mieszka w Sudetach, a my nie mamy samochodu. Zresztą i tak nie zmieścilibyśmy się wszyscy.
- Mam van, chodźcie ze mną.
- Chwila. Dlaczego mamy panu ufać? - Kant zaczął nabierać podejrzeń.
- Jeżeli wam pokażę legitymację, to mi uwierzycie???
- ...
- No właśnie. Nie widzicie co się dzieje? Chodźcie!
Mijając biegających w panice ludzi dotarli do vana z wygodnymi fotelami w środku. Kant usiadł obok kierowcy. Wóz ruszył szybko z miejsca i po pół godzinnej jeździe w korkach wyjechał na autostradę. Znad miasta nadleciał helikopter i po krótkim locie za nimi zawrócił do Warszawy. Według gazet UFO dotarło do stolicy 20 minut po opuszczeniu jej przez grupę.

Z południa nadciągały ciężkie, burzowe chmury.

to be continued...