Jak Feniks z popiołów...
by Jeremy
Carson City, Nevada
- godz. 0.25
Pomieszczenie
było pogrążone w ciemności. Ledwo dostrzegalne zarysy
obiektów wskazywały, że był to parking samochodowy. Rząd
stojących samochodów wyglądał jak stado bestii z
przymrużonymi oczami czającymi się do skoku. Zadzwięczał
dzwonek i winda w przeciwległym do bramy zakątku pomieszczenia
otworzyła się. W świetle żarówki windy można było dostrzec
mężczyznę w okularach z aktówką w ręce.
Mężczyzna poszedł chwiejnym krokiem w kierunku jednego ze
stojących w równym rzędzie samochodów. Jego ruchy i wygląd
wskazywały na to, że człowiek ten był chory. Krople potu
spływały mu po twarzy sugerując dość wysoką gorączkę, a
po podejściu do swojego samochodu oparł się ciężko o maskę.
Podniósł się i zaczął szukać w kieszeni kluczy, gdy
spostrzegł postać stojącą po drugiej stronie samochodu. Po
chwili zorientował się, że jest to młody człowiek ubrany w
skórzaną kurtkę z ciemną chustą owiniętą wokół głowy.
- Kim pan jest ?!
- Nikim... Tak jak ty tutaj.
- Niech pan stąd odejdzie.
- Jasne. Jak tylko dostanę twój portfel.
- Proszę... nie mam na to siły.
- Przecież nic ci nie robię. Na razie...
Chłopak wskoczył na maskę samochodu i zeskoczył obok
mężczyzny.
- Więc jak? Oddasz go i będzie jak dawniej?
- Odejdź. Chcę trochę spokoju...
- Od dzisiaj będziesz go miał bardzo dużo.
Rozległo się kliknięcie i w ciemności błysnęło ostrze
noża. Mężczyzna cofnął się parę kroków i wysunął dłoń
przed siebie.
- Proszę... nie rób tego.
Młodszy zrobił parę kroków. Nie zdołał więcej. Nóż
wypadł z bezwładnej ręki, a on sam krzycząc poszybował
odepchnięty jakąś potężną siłą i uderzył w scianę tuż
pod sufitem. Dał się słyszeć obrzydliwy trzask i bezwładne
ciało upadło na ziemię pozostawiając w ścianie głębokie
wgłębienie i dużą ciemną plamę.
Człowiek westchnął głęboko i wsiadł do samochodu. Zanim
odjechał, zwiesił na chwilę głowę i powiedział:
- Wybacz mi...
Centrala FBI,
Washington D.C. - godz. 9.15
Scully
schodziła po schodach do piwnicy w której mieściło się
Archiwum X mrucząc coś wściekle pod nosem. Miała prawo do
wściekłości - Mulder obiecał jej dwa dni temu tydzień
spokoju, twierdząc że sam może przez ten czas gonić
kosmitów, tymczasem jej komórka rozdzwoniła się już o ósmej
rano. Ciekawe, czego on może tym razem chcieć? Podobno to coś
ważnego - jak zwykle...
Nacisnęła klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Zza nich rozległ
się głos Muldera.
- Poczekaj chwilę, tylko odsunę te graty.
Wściekłość Scully zaczęła osiągać poziom alarmowy.
- Co jest do cholery ? Spodziewasz się najazdu ?!?
- Nie, ale mam tutaj chwilowo straszny bałagan...
- Chwilowo ? To znaczy od pięciu lat ?
Szum przesuwanych paczek ustał i drzwi otwarły się ukazując
rozczochraną głowę agenta Foxa Muldera.
- Przepraszam że musiałaś czekać. Wchodź.
Scully przestąpiła próg układając w myślach jakąś
sensowną obelgę, ale widok jaki ujrzała skołował ją
kompletnie. Archiwum zostało podzielone na dwie części. W
jednej z nich zebrano wszystkie rzeczy, co sprawiło że
wydawało się jeszcze bardziej zagracone niż zwykle. W drugiej
nie było nic poza pustymi szafkami i regałami, oraz nowiutkim,
skromnym, lecz wygodnym biurkiem. Dokładnie nad fotelem wisiał
znajomy plakat "I Want To Believe".
- Co to jest ???
- Wspominałaś kiedyś, że chciaś mieć własne biurko.
Proszę bardzo.
Scully podeszła i zobaczyła tabliczkę z wygrawerowanym jej
imieniem i nazwiskiem. Po obu stronach napisu widniały oblicza
kosmitów. Scully uśmiechnęła się pod nosem. Złość powoli
zaczynała ją opuszczać. Rzuciła okiem na plakat.
- Po co mi to ?
- Myślę, że już go nie potrzebuję. Ja uwierzyłem, teraz
twoja kolej...
- Dobre sobie. Pozbędę się go przy najbliższej okazji. Tylko
po to mnie tu wezwałeś ?
- Właściwie miałem zamiar pokazazać ci to za kilka dni, kiedy
już tu posprzątam, ale przyszło coś ciekawego.
Złudne nadzieje Scully pękły jak bańka mydlana. To było
jednak zbyt piękne...
- O co chodzi...?
- Materiały masz na swoim biurku.
Scully otworzyła teczkę. Na wierzchu dokumentów leżało
zdjęcie ciała młodego mężczyzny.
- Chłopak nazywał się Edward Stevens. Mieszkał w Carson City
w stanie Nevada. - krzyknął Mulder z drugiego końca
pomieszczenia próbując w naprędce posprzątać biuro.
- Trudno mi coś powiedzieć, ale chyba zginął od uderzenia lub
postrzału w tył głowy. Ma na sobie barwy gangu - to zapewne
miejscowe porachunki. Co w tym niezwykłego?
- Zerknij na następne zdjęcie.
Scully wyjęła kolejną fotografię z teczki. Pokazywała to
samo ciało sfotografowane z dystansu. W tym ujęciu było widać
całą ścianę i fragment sufitu. Tuż pod sufitem na wysokości
ok. 4 metrów widniało wgłębienie i duża plama krwi.
- Krew grupy AB. Ofiara miała tę samą grupę. - Mulder
stwierdził, że sprzątanie lepiej zlecić niejakiemu Syzyfowi i
usiadł na brzegu biurka Scully.
- Chłopak uderzył o ścianę i rozbił głowę. Nic w tym
dziwnego.
- Na wysokości 4,5 m ???
- To daooby się jakoś wytłumaczyć.
- Być może, ale to nie jedyny taki przypadek w tym mieście.
- Były inne ?
- Dwa. Pierwszy w supermarkecie. Sprzedawca upadł nagle na
ziemię. Zeznał potem że coś go wciskało w podłogę.
- Zapewne zawał...
- On miał 25 lat.
- I co z tego? Nawet młodzi chłopcy po zbyt intensywnych
treningach mogą dostać zawału, zwłaszcza, gdy nie odżywiają
się regularnie. A drugi przypadek ?
- Na przedmieściach Carson. Ośmiu świadków widziało jak pies
pani Danenburry przeleciał jakieś 100 m. i wpadł do kosza na
śmieci.
Scully uśmiechnęła się cynicznie.
- To już chyba sprawa dla Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami...
- Z tego co pamiętam ze szkoły, psy nie potrafią latać.
Zwłaszcza 75-cio kilogramowe bernardyny.
- Oczywiście masz jakąś teorię ?
- Tak, ale mamy mało czasu. Opowiem ci w samolocie.
Złapał wiszący na wieszaku płaszcz i ruszył szybko do
samochodu stojącego na federalnym parkingu. Do samolotu dotarli
w ostatniej chwili. Po zajęciu miejsca w wygodnym fotelu Scully
zwróciła się do Muldera.
- Więc co wymyśliłeś tym razem?
- Otrzymałem doniesienia, że ostatnio w Nevadzie u wielu osób
ujawniły się zdolności psychokinetyczne.
- Mulder, my tu mówimy nie o zginaniu łyżeczek, ale o
człowieku ważącym 80 kg.
- Nie znamy prawdziwych możliwości ludzkiego mózgu. Możliwe,
że to co potrafią najlepsi psychokinetycy to jedynie niewinna
wprawka.
- Cóż, lepsze to, niż małe zielone ludziki.
- A wiedziałaś że w Nevadzie jest największy odsetek porwań
dokonywanych przez obcych?
- Boże, tylko nie to...
- To tak tylko przy okazji.
Scully nie słuchała dłużej. Nałożyła na uszy słuchawki i
po chwili już głęboko spała.
Samolot wylądował w Carson punktualnie. Na lotnisku czekał
już podstawiony przez biuro ciemnoniebieski ford. Mulder rzucił
na tylne siedzenie swój niewielki bagaż i usiadł za
kierownicą. Zaryczał silnik i samochód ruszył szybko w
kierunku parkingu na którym dokonano zabójstwa.
Miejsce zbrodni,
Carson City - godz. 11.40
Wokół
parkingu kłębił się tłum ludzi. Część z nich stanowili
dziennikarze, inni byli pracownikami nie mogącymi wjechać, lub
co gorsza wyjechać z parkingu, natomiast reszta to zwyczjni
gapie. Mulder widząc taki tłum zastanawiał się, jak niezdrowa
może być ludzka ciekawość. Służbowa legitymacja utorowała
drogę przez tłum i sprawiła że żółta taśma blokująca
wjazd uniosła się. Wjeżdżając agenci usłyszeli jeszcze
wrzaski o dupkach którym wszystko wolno, podczas gdy uczciwi
ludzie muszą marznąć na zewnątrz. Mulder pomyślał że
chętnie by sobie pomarznął, bo temperatura na zewnątrz
dochodziła do 30 stopni i koszula lepiła mu się do ciała.
Parking był ciemny. Paliło się jedynie kilka świateł w
pobliżu miejsca zbrodni. Wewnątrz kręciło się kilku
mundurowych zabezpieczających te resztki śladów, których nie
zadeptali dziennikarze. Wewnątrz był jeszcze jeden człowiek.
Młody mężczyzna w szarym garniturze stał oparty o starego
vana i palił cygaro. Na widok agentów wyrzucił niedopałek i
podszedł do nich. Mulder wyciągnął legitymację i pokazał
mężczyźnie.
- Agent Mulder, a to agentka Dana Scully, przysłano nas z
Washingtonu.
- Agent Frank Mortens, jestem szefem tutejszego oddziału. Miło
mi was poznać.
Uścisnął ręce obu agentom, a potem spojrzał uważnie na
Muldera.
- "Nawiedzony" Mulder? Słyszałem o panu.
Mulder zrobił zrezygnowaną minę, a Scully starała się
wymyślić jakąś ciętą ripostę, ale zatrzymała się na
słowa Mortensa.
- Ja również kiedyś interesowałem się wszystkim co
niezwykłe, ale przestałem łapać czarownice. Normalne życie
jest wystarczająco niezwykłe, ale to dobrze, że są jeszcze
ludzie którzy zajmują się takimi sprawami. Chodźcie za mną.
Mulder spojrzał na Scully robiąc bardzo głupią minę, a ona w
odpowiedzi wzruszyła ramionami. Udali się za Mortensem w
miejsce gdzie kręcili się policjanci. Frank podniósł
żółtą taśmę tak, aby agenci mogli przejść i włączyył
światło.
Kredowy obrys wskazywał, że ciało leżało w pozycji
półsiedzącej oparte o ścianę. Z miejsca gdzie głowa
stykała się ze ścianą spływała struga krwi tworząc na
podłodze niewielką kałużę. Scully rozejrzała się wokół
miejsca zbrodni.
- Czy wykonano sekcję zwłok?
- Niestety nasz patolog wyjechał na urlop. Dokonałem jedynie
pobieżnych oględzin. Przyczyną śmierci były zapewne duże
uszkodzenia mózgu spowodowane przez zmiażdżone kości czaszki.
- Niewiele krwi jak na taką ranę.
- Większość jest pewnie nad nami...
Scully spojrzała w górę. Plama o której mówił Mortens
znajdowała się ponad 4 metry nad nimi.
- W jaki sposób morderca uniósł ofiarę tak wysoko? Według
mnie zabito go tutaj, a krew rozmazano po ścianie.
- Gdyby go tutaj zabito, byłoby znacznie więcej krwi. Temu
chopakowi wypłynęła znaczna część mózgu.
- Można było go tutaj zawlec.
- Po drodze nie było ani śladu krwi, ale rzeczywiście coś
znaleźliśy. Chodźcie.
Zaprowadził ich między zaparkowane samochody oddalone nieco od
miejsca gdzie leżało ciało. Na asfalcie widniał obrys
niewielkiego przedmiotu.
- Co tutaj znaleziono?
- To.
Mortens wyciągnął z kieszeni foliowy woreczek na dowody
rzeczowe. Wewnątrz woreczka był niewielki nóż sprężynowy z
rękojeścią w kształcie węż.
- To należało do niego. Taki nóż ma każdy członek Czarnych
Żmij.
- Czarne Żmije?
- Gang do którego należał.
- Na pewno by go nie zgubił. Pewnie wytrącono mu go tutaj z
ręki.
- Dziwne tylko że go tutaj nie zabito, tylko przeniesiono aż
tam.
Mortens wskazał ręką odległą o ok. 50m. ścianę. Mulder
spojrzał na dobrze teraz widoczną plamę krwi pod sufitem.
- A jeśli ktoś, lub coś rzuciło go stąd na tamtą ścianę?
Od takiego uderzenia każdemu pękłaby czaszka...
Kostnica, szpital
federalny - godz. 12.15
Scully
przygotowywała się do sekcji. Nienawidziła tej roboty, ale bya
w tym dobra i potrafiła nie myśleć, że ciało które
właśnie kroiła było kiedyś żywym człowiekiem. Mulder jak
zwykle wymigał się od udziału w sekcji twierdząc, że musi
poszperać za czymś w okolicy. Była z tego powodu zła na
niego, ale potrafiła go zrozumieć - nawet ją ta praca
przyprawiała czasem o ciarki na plecach. Włączyła dyktafon i
postawiła go na brzegu stołu operacyjnego.
- Ofiarą jest 23 letni mężczyzna, rasy czarnej. W organiźmie
nie znaleziono żadnych śladów toksyn, narkotyków, ani innych
niebezpiecznych substancji, z wyjątkiem śladowych ilości
alkoholu. Według testów śmierć nastąpiła między
północą, a pierwszą. Pierwsze oględziny wykazały rozległą
ranę z tyłu głowy. Przeprowadzam szczegłowe badania.
Obmacała palcami szyję i ręce. Przeszła do klatki piersiowej
i brzucha uciskając w miejscach gdzie znajdowały się
jakiekolwiek ważniejsze organy. Tę samą czynność
powtórzyła dla nóg.
- Nie stwierdziłam jakichkolwiek urazów wewnętrznych.
Najwyraźniej jedyne obrażenia ciała to obrażenia na głowie.
Całkowitą pewność uzyskam po otrzymaniu prześwietlenia.
Odwróciła zwłoki i przyjrzała się zgruchotanej czaszce.
- Tak jak podejrzewał agent Mortens, śmierć spowodował
ciężki uraz mózgu. Duża powierzchnia obrażeń wyklucza
użycie przedmiotu typu pałki lub deski. Równomiernie
zmiażdżona kość sugeruje śmierć w wyniku silnego uderzenia
głową w twardą powierzchnię i wbicie się kości czaszki
głęboko w mózg. Nie stwierdzam konieczności wykonania sekcji
zwłok.
Wyłączyła dyktafon i ściągnęła fartuch. To było jedno z
najkrótszych oględzin zwłok jakie dotychczas przeprowadziła.
Mulder czekał na nią na korytarzu.
- Znalazłaś coś?
- Zupełnie nic. Gdyby nie to pęknięcie czaszki, można by go
pokazywać w poczekalni szpitala jako okaz zdrowia. Muszę
jeszcze obejrzeć zdjęcia rentgenowskie.
- Ciemnia jest na drugim końcu korytarza.
Przeszli do odpowiednich drzwi. Lampka nad wejściem była
zgaszona, więc weszli od razu. Wewnątrz urządowała długonoga
pielęgniarka.
- Dzień dobry, jesteśmy z FBI. Chcielibyśmy zobaczyć
prześwietlenie Edwarda Stevensa.
- Tego zamordowanego dziś w nocy? Jego klisza właśnie się
suszy, zaraz wam ją dam.
Zdjęła ze sznurka dwie klisze i podała Scully. Agenci
pożegnali się i wyszli na korytarz. Scully obejrzała pierwszą
kliszę - rentgen czaszki.
- Miałam rację. Kawałki kości tkwią głęboko w mózgu. Nikt
nie miał prawa przeżyć takiego uderzenia.
- A druga klisza?
- Chwila. To dziwne...
- Co tam masz?
- Złamane żebra. Wszystkie.
- Podobno niczego nie stwierdziłaś w czasie sekcji.
- To ledwo widać nawet na zdjęciu. Kości są tylko pęknięte
- bez przemieszczeń i skruszeń. Jakby ktoś równo przeciął
je nożem.
- Co może spowodować takie złamania?
- Coś działającego silnie, ale bardzo krótko.
- Uderzenie?
- Nie, to trwało ułamek sekundy...
- Może morderca potrafi skoncentrować swoją moc w wybranym
miejscu?
- Mulder, to da się z pewnością wytłumaczyć bardziej
naturalnym działaniem.
- Jestem otwarty na sugestie.
- Chwilowo nic nie przychodzi mi do głowy...
- Więc chwilowo siły PSI pozostają dla nas najlepszym
wyjaśnieniem.
- Więc co teraz robimy?
- Pojedziemy do domu ofiary. Moźe dowiemy się, co robił na tym
parkingu.
Dzielnica murzyńska
- godz. 13.30
Dom w którym
mieszkał Edward Stevens nie różnił się od innych w okolicy:
jednopiętrowy z dużą werandą. Kiedyś był pomalowany na
zielono, dzisiaj świadczyły o tym już tylko strzępy farby
zwisające z drewna. Mulder zapukał do drzwi. Rozległ się
odgłos kroków i otworzyła otyła murzynka ubrana żałobną
suknię.
- Pani Stevens?
- Tak. O co chodzi?
- Jesteśmy z FBI, czy możemy zadać kilka pytań?
- Wejdźcie...
Murzynka zaprowadziła ich do salonu, sama zaś poszła do
kuchni. Scully podzeszła do półki na której stały fotografie
starszego mężczyzny, kobiety w wieku około 35 lat i trojga
dzieci. Na zdjęciu najmłodszego z nich zawieszony był
różaniec.
- Eddie był zawsze pupilem ojca. Dopóki Stanley żył, nie
było z nim kłopotów.
- Potem wstąpił do gangu?
- Wiele razy mówiłam mu, aby od nich odszedł, ale nie
słuchał. Nawbijali mu do głowy tych bredni, że są jego
jedynymi przyjaciółmi i nie chciał ich porzucić.
- Nie wie pani co robił w tę noc gdy zginął?
Kobieta pokiwała głową.
- Nigdy mi nie mówił co robi.
- A kto mógłby wiedzieć?
- Chyba Michael Barrows - przyjaźnili się. To on wciągnął
Eddiego do gangu, nigdy mu tego nie wybaczę... Niech go piekło
pochłonie!
Zaniosła się płaczem.
- Gdzie możemy go znaleźć?
- Mieszka niedaleko, pod numerem 34.
Mulder skinął porozumiewawczo do Scully.
- Dziękujemy pani za pomoc i przepraszamy za najście. Do
widzenia.
- Do widzenia.
Zostawili płaczącą kobietę i wyszli na ulicę. Mulder
spojrzał na numer domu i numery sąsiednich budynków.
- Więc gdzie teraz idziemy?
- Odwiedzimy tego Barrowsa. To niedaleko, pójdziemy piechotą.
Numer 34, to będzie w tamtą stronę.
Dom Michaela Barrowsa znajdował się po drugiej stronie
najbliższego skrzyżowania. Drzwi otworzyła młoda, może 19-to
letnia czarna dziewczyna.
- Słucham?
- Czy zastaliśmy Michaela Barrowsa?
- Nie... Nie widziałam go od rana...
- Proszę nas zawiadomić gdy wróci - Mulder podał dziewczynie
swoją wizytówkę. Odwrócił się do wyjścia, gdy usłyszał
za sobą jakiś ruch. Odwrócił się i zobaczył chłopaka
schodzącego po schodach i uciekającego na tyły domu.
Dziewczyna widząc to zatarasowała ciałem drzwi i wrzasnęła.
- Mike, uciekaj!
Chłopak rzucił się do ucieczki. Mulder przepchnął lekko
dziewczynę i pobiegł za nim. Znalazł go na tyłach domu. Przed
nim stała Scully z pistoletem w ręce. Mulder podszedł do
chłopaka i spojrzał mu w oczy.
- Niepotrzebnie uciekałeś.
- Jesteście z policji?
- Z FBI. Chcieliśmy cię spytać o Edwarda Stevensa.
- Nie znam człowieka.
- Nie kręć. Byliście przyjaciółmi. Ściągnąłeś go do
gangu.
- Jakiego gangu? Mówiłem wam że nic nie wiem.
- Nie zgrywaj twardego, bo ci to nic nie da. Jak nam powiesz
wszystko, to cię puścimy.
Chłopak popatrzył na agentów i nagle zmiękł.
- Co chcecie wiedzieć?
- Co Eddie robił wczoraj na tym parkingu?
- Chciał obrobić adwokata. Miał taki chory zwyczaj, że
wybierał się o północy po forsę. Uważał, że jak robi to w
nocy, to go to bardziej rajcuje. To wszystko. Mogę już iść?
- Dobra, spadaj.
Ch\'b3opak zniknął. Scully schowała broń i podeszła do
Muldera.
- Niepotrzebnie go puściłeś. Doskonale pasuje do podejrzanego.
- Nie potrafiłby unieść więcej niż 20 kg. Poza tym był
narkomanem. Ktoś taki nie mógłby mieć zdolności
parapsychicznych.
- A nie przyszło ci do głowy że mógł go zabić na haju?
- I rozmazać jego krew na wysokości 5-ciu metrów?
- Czemu nie?
Nagle zadzwonił komórkowiec Muldera.
- Agent Mulder, słucham.
- Tu Frank Mortens. Jedźcie szybko do centrum, mamy kolejne
morderstwo.
- Jak tam dojechać?
- Gdzie jesteście?
- W czarnej dzielnicy.
- To niedaleko. Powiem wam, jak jechać.
Agenci wrócili do samochodu i ruszyli jak najszybciej w kierunku
centrum.
Plac targowy w
centrum - godz. 14.20
Na placu w
miejscu zdarzenia tłoczyła się grupka ludzi. Mortens
rozmawiał już z jednym z podkomendnych paląc cygaro. Na widok
Muldera i Scully wyrzucił resztkę cygara i poszedł w ich
stronę.
- Szybko się zjawiliście. Chodźcie, musicie to zobaczyć.
Poprowadził ich przez tłum gapiów do połamanego straganu.
Pomiędzy warzywami coś leżało. Scully pochyliła się aby
zobaczyć lepiej i po chwili cofnęła głowę z obrzydzeniem.
Zwłoki były straszliwie zmasakrowane. Całe ciało pokryte
było sińcami i zadrapaniami. Lewa noga była poniżej kolana
wykrzywiona o prawie 90 stopni. Z rozdartej nogawki pokrytej
krzepnącą już krwią wystawał poszarpany koniec złamanej
kości. Również prawe ramię było nienaturalnie powykrzywiane.
Wskazywało to na wielokrotne złamanie, choć nie otwarte.
Klatka piersiowa była zapadnięta, a zza rozdartej koszuli
wystawały końcówki połamanych żeber. Twarz również była
straszliwie zniszczona - wbita w mózg na skutek nieludzkiego
uderzenia o ceglaną ścianę przegroda nosowa była
najprawdopodobniej bezpośrednią przyczną śmierci.
- On traci nad sobą kontrolę. - Mulder nie krył przerażenia.
Scully popatrzyła na niego z powątpiewaniem. Mortens zdawał
się niczego nie rozumieć.
- Kto?
- Morderca. Agent Mulder uważa że sprawca posługuje się
zdolnościami psychokinezy. - Muldera wyręczyła Scully z
cynicznym uśmiechem.
- To nie byłoby takie głupie, zwłaszcza po tym co tu widziano.
- Opiera się pan na zeznaniach rozhisteryzowanych świadków?
- Właściwie tak. Widziałem wszystko.
Mulder otworzył oczy ze zdumienia. Po raz pierwszy naocznym
świadkiem takiego wydarzenia był inny agent FBI.
- Byłem na zakupach w sklepie naprzeciwko. Usłyszałem wrzask i
wybiegłem. Zobaczyłem sprzedawcę miotającego się po całym
placu.
- Atak padaczki?
- Raczej nie... Jego stopy nie dotykały ziemi.
- Latał???
- To wyglądało raczej jakby ktoś nim ciskał po ścianach i
straganach.
- Widzisz Scully, wszystko pasuje.
- ...
- Słuchaj Frank, masz spisanych świadków?
- Zeznania? Jeszcze nie.
- Chodzi mi tylko o listę. Nazwiska, adresy...
- Tak, mam. Czego potrzebujesz?
- Sprawdź, czy któryś z nich nie pracuje w tej firmie, pod
którą zabito Eddiego.
- Kancelaria prawnicza Fenix? Nie ma sprawy.
Mortens wezwał jednego z mundurowych i wydał mu odpowiednie
polecenie.
- Można wiedzieć, po co ci to?
- Dowiedzieliśmy się od jednego z przyjaciół chłopaka, że
Eddie poszedł tam, aby obrobić któregoś z pracowników firmy.
Możliwe, że stał się ofiarą swojego celu.
- Tak, to jest całkiem prawdopodobne.
W tym samym momencie podszedł do nich policjant i szepnął coś
do Mortensa. Frank zajrzał na kartkę, którą tamten mu podał
i uśmiechnął się.
- Doskonale. Zawieźcie go na komisariat i przygotujcie do
przesłuchania. Wkrótce tam będziemy. - Zwrócił się do
Muldera - chyba jeden ze świadków odpowiada waszym zachciankom.
Nazywa się Peter McNicol i jest prawnikiem w Fenix'ie.
- Jedźmy go przesłuchać.
- Nie spieszmy się. Trochę potrwa, zanim chłopaki przygotują
papierki. Może coś zjemy?
- Czemu nie? Właściwie od rana nie jadłem. - spojrzał
pytająco na partnerkę. Scully skinęła głową na znak
aprobaty. Cała trójka udała się do stojącego w pobliżu
fast-food'u.
Atmosfera lokalu była typowa dla takich miejsc: duszna i
hałaśliwa. Agenci kupili hamburgery i prędko wyszli na
zewnątrz.
- Powiedz Frank, w jaki sposób utrzymujesz takie dobre stosunki
z tutejszą policją ? - Mulder nie zauważył nawet, kiedy
przeszedł z Mortensem na ty. Otwartość Franka bardzo
przypadła mu do gustu.
- Wychowałem się tutaj, większość chłopaków z policji znam
jeszcze z dzieciństwa. Po akademii poprosiłem o tutejszy
przydział i zgodzili się.
- Szybko awansowałeś.
- Cóż, nieźle sobie radziłem w akademii... Wiesz, nie
powiedziałem ci całej prawdy. To ja poprosiłem o przekazanie
tej sprawy waszemu wydziałowi.
- ???
- Gdy wstępowałem do akademii, ty byłeś już znany ze swoich
spraw. Większość kolegów wyśmiewała się z ciebie, ale byli
wśród nas i tacy, którzy ci wierzyli. Byłeś dla nas wzorem.
Mulder uśmiechnął się krzywo.
- Już kiedyś ktoś powiedział mi coś podobnego.
- Był twoim przyjacielem?
- Bardzo krótko... Słuchaj, wiesz coś o tym McNicolu?
- Tylko tyle, że mieszka na Park Street, to na przedmieściach.
- Pani Danenburry...
- Był jej sąsiadem.
- To jeszcze o niczym nie świadczy. - wtrąciła Scully z
cyniczną miną.
- Przez 15 lat mieszkałem na przedmieściach. Dobrze pamiętam
miłość sąsiedzką - rano ustawiasz zraszacz trawy tak, aby
woda pryskała sąsiadom na okna, a gdy twój pies narobi im na
trawnik dajesz mu największą kość jaką znajdziesz w
lodówce.
- I co z tego?
- Nic. Wspominam tylko uroki życia na przedmieściach. Swoją
drogą taki bernardyn to potrafi zawalić trawnik... No nic,
chyba już czas, abyśmy pojechali na komisariat przesłuchać
McNicola.
Dokończyli jeść i poszli do swoich samochodów. Scully widząc
Mortensa wsiadającego do ciemnoniebieskiego forda pomyślała,
że następcy Hoovera musieli nie mieć wyobraźni. Do tych
samochodów można było przyczepić tabliczkę z napisem
"Nieoznakowany wóz federalny do użytku agentów w
terenie".
Pokój
przesłuchań, komisariat policji w Carson City - godz. 16.05
Peter McNicol
okazał się drobnym mężczyzną w okularach - typowy prawnik,
który blask słońca widzi jedynie w telewizji. Jego wygląd
wskazywał na to, że facet był chory. Miał chwiejny chód, a
gdy siadał na krześle musiał się ciężko oprzeć o stół.
Był rozpalony, a z twarzy ściekały mu krople potu. Odwrócił
się w kierunku oficera dyżurnego.
- Proszę... Mogę dostać trochę wody?
- Oczywiście.
McNicol wziął szklankę trzęsącymi się rękami i powoli
wypił. Sporo wody poleciało na stół. Odłożył szklankę i
westchnął głęboko.
- Nazywa się pan Peter McNichol i mieszka pan na Park Street 132
?
- Tak.
- Gdzie pan pracuje?
- W kancelarii prawniczej Fenix.
- Czy pracował pan wczoraj późnym wieczorem?
- Kończyłem pisać mowę końcową do procesu, który odbędzie
się za tydzień. Wyszedłem około 11-tej.
Mulder pokazał McNicolowi zdjęcie Eddiego.
- Czy znał pan tego człowieka?
- Nie. To ten zamordowany, prawda? Taki młody...
- Nie wie pan, kto mógł go zamordować?
- Niestety nie.
- Jeszcze jedno. Czy pańskimi sąsiadami są państwo
Danenburry?
- Tak. To mili ludzie. Nie lubię jedynie ich psa - ciągle
rozkopuje nam ogródek.
Mulder i Scully wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- No cóż, to chyba koniec. Nie pomógł nam pan zbytnio. W
każdym razie dziękujemy.
- Żałuję, że nie mogłem się przydać. Mogę tu jeszcze
przez chwilę posiedzieć? Nienajlepiej się czuję.
- Proszę bardzo. Jeżeli pan chce, możemy wezwać lekarza.
- Nie trzeba. To chyba tylko grypa.
- W takim razie pożegnamy pana.
- Do widzenia.
Agenci i oficer dyżurny wyszli zostawiając McNicola samego.
McNichol opadł ciężko na krzesło. Nagle jego wzrok padł na
rozlaną wodę. Krople uniosły się w powietrze i popłynęły
wolno w kierunku jego dłoni. McNicol chwycił je w ręce i
rozsmarował na swojej twarzy. Odetchnął głęboko i wstał z
wielkim trudem. Wyszedł powoli chwiejąc się.
Agenci rozmawiający z Mortensem w pokoju obok nie zauważyli
sunących majestatycznie w powietrzu kropel. Scully powoli
zmieniała swój punkt widzenia na sprawę co objawiło się
również w polepszonych stosunkach z Mortensem. Tak naprawdę
nie miała powodów, aby nie wierzyć w teorię Muldera - siły
PSI były faktem niemal uznanym przez społeczność naukowców.
Ale ta skala... Przerażała ją myśl o istnieniu tak potężnej
mocy.
- I co powiesz o nim Frank ?
- Facet bardzo cierpi, ale to nie przeszkadza mu kłamać.
- ???
- Zeznał, że wyszedł z biura około 11-ej. Strażnicy
kończący pracę o północy zeznali, że McNicol został tej
nocy później. Często tak robił - miał własne klucze do
biura i kartę wstępu do budynku.
- Wszystko pasuje.
- Co zamierzacie teraz zrobić ?
- Ja i Scully połazimy trochę za nim. Nie można dopuścić do
dalszych ofiar i trzeba zdobyć trochę dowodów przeciw niemu.
Idziesz z nami?
- Nie liczcie na mnie. Nie spałem od trzech dni i mój organizm
błaga o kilka godzin snu.
- No to dobrej nocy, chociaż jest dopiero czwarta. Zawiadomimy
cię jak coś się będzie działo.
- Dobra, macie tu mój numer domowy. Na zastępcę nie macie co
liczyć - jest jeszcze większym sceptykiem niż ty. - Mrugnął
okiem do Scully i podał jej kartkę z numerem telefonu.
Scully zagotowała się ze złości, ale nic nie powiedziała.
Zaczynała przyzwyczajać się do złośliwości Mortensa i
tolerować jego komentarze. Poza tym Frank był znakomitym
agentem.
Park Street 132 -
godz. 21.05
Przez ostatnie
pięć godzin sterczeli w samochodzie pod domem McNicola. Prawnik
nigdzie nie wychodził, ani też nikt go nie odwiedzał. Scully
zaczynała podejrzewać, że McNicol zdecydował się odchorować
swoją gorączkę i przynajmniej przez najbliższe kilka dni nie
będzie żadnych dalszych tragedii. Do tego czasu Mortens załatwi
nakaz aresztowania i ten koszmar się skończy. Zamierzała
delikatnie obudzić Muldera i powiedzieć mu to, ale zamiast tego
potrząsnęła nim gwałtownie. Mulder poderwał się kompletnie
skołowany.
- Jezu, o co chodzi?
- Obudź się, McNicol właśnie wsiadł do swojego samochodu.
W spokojnej uliczce przedmieścia rozległ się hałas silnika. Wóz
McNicola powoli oddalał się spod domu.
- Jak on może prowadzić w takim stanie?
- Jakoś jednak może. Ruszaj, bo go zgubimy!
Mulder przekręcił kluczyk w stacyjce i samochód zaczął sunąć
powoli za McNicolem niczym pantera za swoją ofiarą.
McNicol wyjechał z przedmieść i kierował się w stronę
centrum miasta. Okolica była pusta i ponura - wysokie i stare
kamienice z wąskimi zaułkami wyglądały nocą jak Berlin po II
Wojnie światowj. Jedyna różnica polegała na tym, że w
asfalcie nie było lejów po bombach. Wóz McNicola jechał coraz
wolniej, aż nagle skręacił i wjechał między dwa stare
budynki.
Mulder zahamował gwałtownie i zatarasował samochodem wjazd do
zaułka. Z wnętrza samochodu widać było jedynie jarzące się
ślepia świateł postojowych.
Mulder wysiadł i pobiegł w kierunku samochodu McNicola. Scully
wyskoczyła z samochodu próbując złapać partnera za płaszcz,
ale wymknął się jej.
- Mulder, zaczekaj na mnie do cholery! - Mulder zawsze był
narwany, ale tym razem jego lekkomyślność przekroczyła
wszelkie granice. Scully wyciągnęła piestolet z kabury i ostrożnie
podążyła za partnerem.
Mulder dobiegł do zaparkowanego w zaułku samochodu - miał
otwarte drzwi, ale był pusty. Rozejrzał się dookoła, ale nie
zauważył nic poza koszami na śmieci i rozrzuconymi tu i ówdzie
kartonowymi pudłami. Nagle wydało mu się, że zobaczył cień
człowieka pod drabinką przeciwpożarową. Zrobił kilka kroków
w tamtym kierunku gdy usłyszał jakiś hałas z tyłu. Odwrócił
się gwałtownie tylko po to, aby zobaczyć pokrywę kosza na śmieci
lecącą w kierunku jego twarzy.
Siła udrzenia sprawiła, że Mulder poleciał na stojące
nieopodal kosze i stracił przytomność. Scully widząc to,
wycelowała broń w kierunku stojącego pod ścianą mężczyzny.
- Peter McNicol, nie ruszaj się!
- Proszę, odejdź stąd...
- Jest pan aresztowany za zabicie Edwarda Stevensa!
Scully poczuła nagle silne uderzenie w rękę. Wytrącony
pistolet poszybował między kartonowe pudła. Scully spojrzała
na McNicola który właśnie wyszedł z cienia - zupełnie nie
przypominał tamtego człowieka. Jego chód był równy, a twarz,
niegdyś wykrzywiona grymasem bólu była teraz spokojna jak
maska.
Scully poczuła że się unosi. Bez żadnego ostrzeżenia coś ją
uniosło i zawiesiło jakieś 3 metry ponad stertą kartonowych
pudeł. Spojrzała z góry na McNicola.
- Nie chciałem go zabijać, ani człowieka na straganie. Straciłem
kontrolę i nigdy sobie tego nie wybaczę, ale zgodziłem się na
to dobrowolnie. Znałem ryzyko i mimo to zgłosiłem się jako
ochotnik. Teraz wiem, że to działa. Już nie jeseśmy
bezbronni! Wreszcie Feniks powstanie z popiołów i roztoczy
swoje opiekuńcze skrzydła nad ludźmi!!!
Scully słuchała tych słów recytowanych jak modlitwę niczego
nie rozumiejąc. Wiedziała że musi coś wymyślić, aby uratować
siebie i Muldera.
- Proszę pomyśleć co pan zrobił tym ludziom. Niech się pan
podda.
- Ja zapłacę za swoje grzechy. Dzisiaj Peter McNicol umrze, ale
nadejdzie czas, że ta moc zostanie dostatecznie poznana i
wykorzystana dla ratowania ludzi. Niestety wy też musicie zginąć
- nikt nie może wiedzieć o tej potędze. Wybaczcie mi, proszę...
- Zostaw ją McNicol!
Scully wykręciła głowę do tyłu i zobaczyła Mortensa stojącego
przed wejściem do zaułka i celującego do McNicola z pistoletu.
- Odejdź stąd, bo zmiażdżę cię o ścianę!!!
- Gdybyś mógł , już byś to zrobił. Możesz kontrolować
tylko jeden obiekt na raz, prawda?
Na twarzy McNicola zadrgały mięśnie. Scully uniosła się o
następne pół metra.
- Jeśli strzelisz, zawsze zdołam ją rozerwać! Ludzki mózg
umiera bardzo długo...
- Frank, on i tak nas zabije! Strzelaj!!!
Mortens wycelował. Ręce mu się trzęsły, a na czoło wstąpiły
krople zimnego potu. Wiedział, że to co mówi Scully jest prawdą,
ale nie chciał wydać na agentkę wyroku śmierci.
- Frank, strzelaj!!! Pozbaw go jego zdolności!
Nagle zrozumiał. Wycelował dokładnie i wolno nacisnął spust.
Wystrzelony pocisk pomknął w kierunku McNicola trafiając go w
czaszkę. Siła uderzenia posłała jego ciało na stojącą za
nim ścianę.
Scully pozbawiona nagle kontroli McNicola zdążyła tylko krzyknąć,
zanim spadła na stertę pudeł. Mortens podbiegł i pomógł jej
wstać.
- Nic ci nie jest?
- Chyba zwichnęłam rękę... Mulder! Co z nim ?!?
Pobiegła do miejsca gdzie jej partner leżał nieprzytomny. Wyglądało
na to, że poza rozciętą skronią, nic mu się nie stało.
Scully ocuciła go i pomogła wstać.
- Co się stało...? Gdzie McNicol?
- Leży tutaj! Nieżyje. - Mortens stał nad ciałem Petera
McNicola. Leżał oparty o ścianę, a z miejsca gdzie głowa
stykała się z murem wypływała duża struga krwi.
Dopiero po tych słowach Mulder dostrzegł Mortensa.
- A ty co tu robisz? Podobno miałeś się przespać.
- Trochę się jednak wyspałem... Kiedy pojechaliście śledzić
McNicola, posłałem za wami jednego policjanta. Miał was
pilnować i zawiadomić mnie, gdyby McNicol ruszył się z domu.
Jechałem do was, gdy zobaczyłem wasz samochód zaparkowany
tutaj.
- Mieszkasz w pobliżu?
- Tak. To nieprzyjemna dzielnica, ale czynsz jest niski.
Scully zaśmiała się pod nosem.
- Nie przypuszczałam, że będę zawdzięczać życie niskiemu
czynszowi...
Lotnisko, Carson
City - godz. 11.15
Ciemnoniebieski
ford podjechał na parking. Wysiadła z niego para agentów.
Zanim skierowali się do terminala, Mulder podszedł do kierowcy.
- Miło mi było cię poznać Frank. Mam nadzieję, że jeszcze
się kiedyś spotkamy.
- Byle nie służbowo... Trzymaj się. A ty nie unoś się więcej.
Upadki bywają bolesne. - zwrócił się do Scully. Ona skrzywiła
się i pomasowała rękę na temblaku.
- Nie musisz mi o tym przypominać. Miło się z tobą pracowało.
Do widzenia.
Mortens odjechał, a Scully spojrzała na Muldera. Opatrunek na
jego skroni nieźle współgrał z innymi zadrapaniami na twarzy.
- Opowiesz mi co zaszło w tym zaułku?
- Sam byś wiedział, gdybyś tak głupio nie ryzykował. Będzie
ci musiał wystarczyć mój raport.
- Lepsze to niż nic...
- Chodźmy, samolot już stoi na płycie.
Kilka minut później Scully zasnęła nie mogąc słuchać
kolejnych rewelacji o akcjach obcych w Texasie. Pocieszała ją
myśl, że tym razem na pewno dostanie tygodniowy urlop.
Centrala FBI,
Washington D.C. - godz. 17.25
Scully skończyła
pisanie raportu dla Skinnera przy swoim nowym biurku. Spojrzała
na ostatni fragment:
"Sądzę, że ostatnie słowa Petera McNicola były wywołane
przez skrajne osłabienie organizmu. Najwyraźniej używanie
pewnych niepoznanych dotychczas umiejętności wywołało u niego
silne zaburzenia psychiczne.
Sprawa ta pozwala na uświadomienie nam jak potężne są możliwości
ludzkiego mózgu i jak wiele dzieli nas od ich zrozumienia. Sądzę,
iż upłynie jeszcze wiele czasu, zanim w pełni poznamy zasady
ich działania."
Nagrała raport na dyskietkę i wyłączyła laptopa. Zanim
zgasiła światło i wyszła z Archiwum X rzuciła jeszcze okiem
na plakat z latającym spodkiem i zdecydowała, że nie będzie
go na razie zrywać.