Odcinek “Alternative”
v. mocno beta :-)

Pomysł: C.Carter
Scenariusz: MuadDib2

 

PROLOG

Muzeum Broni Rautmanna, Whitehaven, Kalifornia,

John Murray spoglądał znudzonym wzrokiem na rzucający błękitny blask ekran monitora. Widział dokładnie to co zwykle podczas nocnej służby w Muzeum Rautmanna. Nieruchome cienie posągów, stworzonych przez jakąś wymarłą wieki temu cywilizację, dziesiątki różnych masek szamanów, wojowników i Bóg wie kogo jeszcze, piki, dzidy, miecze, kindżały, i setki innych odmian

broni, których John nie był w stanie nazwać. Obraz zmieniał się co kilka sekund ukazując wielką salę z różnych ujęć. Murray sięgnął po kanapkę przygotowaną przez jego żonę Casey i ugryzł

duży kęs. Cała ta praca nie bardzo się jemu podobała, ale pomimo całonocnej nudy, nie wymagała wielkiego wysiłku, a John był z natury człowiekiem leniwym. Poza tym musiał z czegoś utrzymać

dwoje dzieci. Przełknął kolejny kęs i włączył radio, z którego popłynęła smętna jak wszystko dookoła muzyka. Poirytowany przekręcił włącznik i odbiornik zamilkł. Kiedyś zastanawiał

się nad przystosowaniem monitora do odbioru telewizji, ale kiedy usłyszał od swojego dziennego zmiennika, że właśnie z tego powodu wyleciał jego poprzednik porzucił tą myśl.

Pozostało mu jedynie zastanawianie się nad własnym losem. Od czasu do czasu, kiedy miewał złe dni, przynosił butelkę taniej whisky i popijał trochę. Nigdy jednak tyle, żeby dać się na tym

przyłapać. Niekiedy poprawiało mu to humor, ale zazwyczaj jego chandra powiększała się. Wtedy z trudem powstrzymywał się od rozwalenia wszystkiego co go otaczało, zawsze jednak udawało mu

się nad sobą zapanować.

Tej nocy John był całkowicie trzeźwy, jednak jego nastrój z minuty na minutę stawał się gorszy. Rano dowiedział się, że Casey jest znowu w ciąży i to odebrało mu ochotę na dalszą egzystencję. Już teraz jego pensja z trudem wystarczała na utrzymanie rodziny, nie mogli sobie pozwolić na jeszcze jedną gębę do wyżywienia. Tak powiedział wtedy żonie, a ona strasznie się rozpłakała. Wyszedł do pracy trzasnąwszy drzwiami.

Kiedy skończył jeść do głowy przyszła mu dziwna myśl. Sięgnął do kabury przy pasku spodni i wciągnął z niej pistolet. Gdyby tylko chciał, mógłby zakończyć wszystko jednym pociągnięciem.

Teraz kiedy przyglądał się trzymanej w ręku broni, myśl ta wydała mu się o tyle śmieszna co niedorzeczna. Nie było przecież tak źle, aby się poddać. Umieścił pistolet w kaburze.

Na początku nie zwrócił uwagi na zakłócenia pojawiające się na monitorze, kiedy jednak obraz zaczął znikać i całkowicie się rozmazywać, sięgnął ku pokrętłu chcąc go wyregulować. Niekiedy

zdarzało się, że cała aparatura odmawiała posłuszeństwa, wystarczyło jednak poprawić ostrość, lub sprawdzić połączenia i wszystko wracało do porządku. Tym razem jednak starania Johna

zdawały się bezskuteczne. Obraz po prostu stawał się coraz ciemniejszy, niezależnie od tego co robił Murray. W końcu zaniechał tego, kiedy monitor całkowicie pociemniał. Wstał i wyszedł na sam środek głównej sali. Wszystko zdawało się być w porządku. Podchodził po kolej do każdej z kamer, które pracowały normalnie, poruszając się w lewo i prawo. Pomyślał, że prawdopodobnie główny przewód zasilający monitor i magnetowidy musiał się poluzować. Kiedy jednak ruszył, aby to sprawdzić w szklaną kopułę dachu Muzeum Rautmanna uderzył jakiś przedmiot. Strażnik wzdrygnął się, i odruchowo skierował w górę snop światła z latarki, pomimo iż dach był rzęsiście oświetlony zewnętrznymi reflektorami. Jednak nic nie dostrzegł, ani żadnego

cienia, ani jakiegokolwiek śladu po uderzeniu. Mimo tego był całkowicie pewien, że usłyszał głuchy dźwięk czegoś co spadło na dach. Podszedł do monitora i przez chwilę, bez żadnego rezultatu

starał się wyregulować obraz. Pomimo tego, że kontrolka sygnalizująca pracę urządzenia świeciła, ekran pozostawał ciemny. Cokolwiek się stało, na pewno nie była to wina kabla zasilającego. Murray sięgnął po telefon, chcąc zgłosić awarię, jednak kiedy przyłożył słuchawkę do ucha z głośnika popłynął ogłuszający pisk. John odrzucił słuchawkę i złapał się z promieniujące bólem ucho.

- Cholera! - syknął przez zęby. - Co tu się dzieje?

Było bardziej niż prawdopodobne, że wszystko dzieje się za sprawą ingerencji z zewnątrz. Tylko kto mógłby chcieć dostać się do muzeum i po co? Ponownie wydobył broń z kabury i ruszył w kierunku głównego wejścia. Całe muzeum stanowiła jedna wielka sala i dwie przyłączone mniejsze służące za biura. John postanowił sprawdzić wszystkie pomieszczenia, kiedy jednak

otworzył drzwi gabinetu kustosza usłyszał ogłuszający huk, jakby mury muzeum runęły. Odwrócił się gwałtownie by zobaczyć co się stało, a to co dostrzegł sprawiło, że nie potrafił podjąć

działania. Stał jak sparaliżowany, z otwartymi ustami przyglądając się dziwnej scenie.

Na środku wielkiej sali pojawił się oddział uzbrojonych po zęby komandosów, a wokół nich niczym z jakiegoś filmu fantastycznego strzelały błękitne iskry wyładowań elektrycznych. Ludzie ci wydawali się nie zauważać jego obecności. Zresztą John i tak nie mógł wypowiedzieć ani słowa, aby zwrócić ich uwagę, nawet kiedy przeładowawszy po kolei broń, zaczęli strzelać do stojących naokoło eksponatów. Huk wystrzałów sprawił, że Murray odruchowo padł twarzą do ziemi, czekając aż kanonada ucichnie. W duchu modlił się, żeby po zakończeniu dewastacji muzeum, nie dobrali się do jego tyłka. Jednak strzały, brzęk tłuczonego szkła i rozpadających się cennych zabytków zdawały się trwać bez końca. Kiedy strażnik zdobył się na otworzenie zaciśniętych powiek, natychmiast je zamknął, pod wpływem jaskrawego światła rozlewającego się dookoła.

- O, gówno! - szepnął.

Wreszcie hałas ustał. Murray przełknął nerwowo ślinę w oczekiwaniu na dalszy bieg wydarzeń. Jednak dookoła panowała cisza. Powoli otworzył oczy. Wszystko wydawało się być w

porządku, eksponaty stały spokojnie na swoich miejscach w nienaruszonym stanie. John podbiegło do monitora, który ponownie zaczął działać.

- Jezu Chryste... - powiedział stłumionym głosem. - Chyba zwariowałem!

Nic nie wskazywało na to, co przed chwilą się wydarzyło. Co zdawało mu się, że się wydarzyło. Jedynie głos w słuchawce, zwisającej z biurka, beznamiętnie dawał o sobie znać:

- Wybrane połączenie nie może być zrealizowane... priorytet nr 412... wybrane połączenie nie może być zrealizowane... priorytet nr 412... wybrane...

Scully szła wolno korytarzem prowadzącym do biura Muldera, zastanawiając się nad kolejną fanaberią partnera. Machinalnie odpowiadała na gesty powitania mijających ją pracowników centrali, których twarze nierzadko wykrzywiały ironiczne, pełne pobłażliwości uśmiechy. Agentka zdążyła się już przyzwyczaić do efektów “popularności” Muldera wśród innych, jednak on sam zaskakiwał ją nieustannie. Któryś z agentów dokładnie określił całą komórkę X: “Mulder zarobił by kupę szmalu, gdyby zamiast raportów pisał scenariusze do komiksów”...

Kiedy dotarła do drzwi biura zatrzymała się na chwilę, poprawiła fryzurę, wciągnęła głęboko powietrze i nacisnęła klamkę.

Mulder nawet nie podniósł wzroku. Na powitanie odpowiedział gestem dłoni przypominającym odganianie komarów. Scully wzruszyła ramionami i usiadła naprzeciw partnera. Agent przerzucał jakieś dokumenty, robiąc co chwile notatki.

- Przeczytaj to – powiedział po chwili podając jej jakąś gazetę. Scully zerknęła na tytuł. “Whitehaven Today”. – Artykuł o muzeum – dodał wracając do przeglądania zalegających biurko papierów.

Dana przemknęła wzrokiem po tekście. Nocny stróż z Muzeum Broni został zwolniony, w wyniku rozpowszechniania niewiarygodnych historii o lądowaniu Marsjan . Według Johna M. pewnej piątkowej nocy przed jego oczami rozegrała się scenka rodem z “Gwiezdnych wojen” . Uzbrojeni w lasery wojownicy przyszłości zdemolowali główną salę wystawową muzeum, po czym naprawiwszy szkody rozpłynęli się w powietrzu.

- Co mam o tym sądzić? – zapytała skończywszy czytać. Mulder uśmiechnął się cynicznie.

- A co sądzisz?

- Autor artykułu twierdzi, że strażnik był pijany – odpowiedziała. – Wydaje mi się, że wymyślając tą historyjkę liczył na zyski...

- A akapit o uszkodzeniu telefonu?

- Coś przeoczyłam? – zapytała, czując tą atmosferę, która oznaczała początek czegoś niesamowitego.

- Myślę, że strażnik może mieć duże kłopoty...

Scully spojrzała pytająco na partnera.

- Priorytet 412 – powiedział ponuro. – Priorytet 412 oznaczał rozpoczęcie kontynuacji badań nad Projektem Phoenix. Nie znam szczegółów Scully, ale cały projekt dotyczył wykorzystania właściwości ludzkiego umysłu do przekraczania bariery czasu i przestrzeni.

- USS Eldridge? Kiedyś o tym czytałam...

- Nie Scully, USS Eldridge to bajka wymyślona dla mas – przerwał jej Mulder. – Według mnie zaszli o wiele dalej... Oficjalnie zakończono badania, jednak ustalono priorytet 412, według którego w razie zagrożenia należy podjąć badania na nowo.

- Nie rozumiem – powiedziała Scully. – Jakie zagrożenie?

Mulder wzruszył ramionami.

- Nie wiem – powiedział. – Nie wiem też skąd dowiedział się o tym ten człowiek z muzeum. Sam natrafiłem na krótką wzmiankę o 412 w archiwach FBI. Wszystko utajniono, a dostęp do danych ma tylko Minister Obrony i prezydent...

- Może to przypadek. Stróż mógł przez przypadek, wymyślając całą historię użyć tych słów...

- Takie przypadki się nie zdarzają Scully – mruknął Mulder. – Wydaje mi się, że powinniśmy odwiedzić pana M. Jeśli jeszcze żyje...

Przez pięć minut stali w pulsującym zimnem, ciemnym korytarzu, zanim odgłos dzwonka przywołał Johna Murray do drzwi. Mężczyzna ostrożnie uchylił drzwi, nie zdejmując łańcucha.

- Słucham – zapytał chropowatym głosem, wskazującym na nadużycie alkoholu.

- Agent specjalny Fox Mulder – usłyszał. – A to agentka Scully.

Murray mglistym wzrokiem obrzucił odznaki.

- FBI? – mruknął. – Jeśli chodzi o podatki, zgłoście się do Rautmanna. Zajmijcie się też jego księgowością...- Nie chodzi nam o podatki – odpowiedział Mulder. – Chcieliśmy zadać panu kilka pytań w związku z wydarzeniami w muzeum.- A... to... – westchnął Murray. – No, no interesują się tym federalni... Otworzył drzwi i oczom agentów ukazał się zaniedbany pokój. Na podłodze walały się puste butelki, a ściany pokrywał grzyb. W środku było równie zimno jak na zewnątrz.- Jedyne co mogę wam zaproponować to – powiedział unosząc w połowie opróżnioną butelkę. – Od kiedy Casey odeszła, nie znam lepszego pożywienia - dodał rechocząc.- Zadamy kilka pytań... – zaczął Mulder, jednak mężczyzna przerwał mu gestem dłoni.- Nie powiem nic bez prawnika! – Powiedział śmiejąc się opętańczo. – Nie, nie żartowałem!Scully rzuciła Mulderowi porozumiewawcze spojrzenie. Agent wzruszył ramionami.- Może opowie pan o tym co się wtedy stało?- Pewnie, że opowiem! – Krzyknął Murray poważniejąc. – I tak nikt w to nie wierzy, ale skoro chcecie posłuchać... Na środku pieprzonej wystawy pojawił się szwadron imperialnych szturmowców i rozpieprzyli wszystko w drobny mak! A ja bojąc się o swoją dupę czekałem. Kiedy się skończyło wszystko było jak dawniej i to wszystko!- A telefon? – zapytał Mulder. – Mówił pan coś o telefonie.- A... próbowałem wezwać gliny, ale usłyszałem ten pisk... Taki dźwięk, że o mało co się nie zlałem w portki! No, a po wszystkim centrala telefoniczna nadawała dziwny komunikat...coś jak... kod 412... w kółko...- Coś jeszcze? – Zapytała zniecierpliwiona Scully. – Czy stało się coś jeszcze?Murray obrzucił ją ponurym wzrokiem. - Posłuchaj paniusiu... Nikt mi nie wierzy! Nikt! Nawet wy jesteście tu, bo ktoś z góry kazał to sprawdzić... Mam rację?- Nie do końca – powiedział Mulder. – My chcemy znać prawdę...- Prawda? Oto prawda: nie wiem ile zapłacili za milczenie tym wszystkim, którzy tamtej nocy słyszeli ten piekielny hałas dochodzący z muzeum... Ktoś zrobił ze mnie wariata!- Ktoś jeszcze to słyszał? – Zapytał Mulder.- Całe, cholerne Whitehaven... Wiem o tym, rozmawiałem z ludźmi! W mieście działy się dziwne rzeczy tamtej nocy!- Dziwne rzeczy? - Mój Boże, to co ja widziałem to betka! Niektórzy spotkali się z umarłymi krewnymi... Rozumie pan? Sąd ostateczny! - Dziennik podał informację tylko o muzeum – powiedziała Scully. – Nie ma też żadnych raportów o dziwnych przypadkach...- Ktoś wszystko wyciszył zanim się rozniosło... a ze mnie zrobili kozła ofiarnego – powiedział Murray szeptem. – Nawet Casey... Mężczyzna rozpłakał się. Agenci spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Mulder skinął głową.- Dziękujemy, postaramy się pomóc...- Taaa... – westchnął Murray przez łzy. – Pomóżcie lepiej sobie i odejdźcie stąd!Odeszli. A Murray pociągnął spory łyk z butelki. Od czasu wyrzucenia go z muzeum nic się nie zmieniło. Czekała go kolejna bezsenna noc...

Około drugiej w nocy dzwonek wyrwał go z alkoholowego letargu. Rzężąc pod nosem ruszył w kierunku drzwi. - Kto tam?! – Wysapał z trudem łapiąc oddech. – Cholera, nawet w nocy nie dadzą mi spokoju...- Proszę otworzyć, FBI – usłyszał znajomy głos zza drzwi.- A... agent...Murder? Otwarte!Drzwi otworzyły się. Murray przez mgłę zobaczył niskiego mężczyznę ubranego w szary prochowiec. Przecierając oczy powiedział – Wydaje mi się, że poprzednio był pan brunetem, panie Murder... i nie nosił pan okularów...

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo. Murray odzyskał już wzrok w stopniu wystarczającym na potwierdzenie swoich domysłów. Stojący przed nim facet wcale nie przypominał mężczyzny, który odwiedził go po południu. Ten był niskim, tęgawym blondynem w okularach. Jedynie głos pozostał nie

zmieniony. - Zaraz... – mruknął. – Zaraz, może jestem pijany, ale nie próbuj mnie...Mężczyzna błysnął przed oczami Murray odznaką. – Proszę mi uwierzyć, jestem z FBI i nazywam się Fox Mulder. – powiedział. – Pozwoli pan, że wyjaśnię kilka spraw...

- I tak nikt mi w to nie uwierzy...- Jest pan w wielkim niebezpieczeństwie... – powiedział rozglądając się dookoła Mulder. – Pan i cały ten świat...- Wydaje mi się, że Murray popadł w jakąś paranoję – powiedziała Scully. Od godziny wraz z Mulderem bezskutecznie wertowali raporty policyjne z feralnego dla stróża wieczoru. Nie znaleźli żadnej wzmianki o jakichkolwiek anomaliach. Mulder westchnął. Rzeczywiście nic nie wskazywało na to, że Murray mówił prawdę. Agent próbował rozmawiać na ten temat z niektórymi mieszkańcami Whitehaven, jednak nikt nie brał poważnie opowieści strażnika. Wszyscy zaprzeczali temu, by tamtej nocy działo się coś niesamowitego. Żadnych odgłosów z muzeum, odwiedzin zmarłych czy sądu ostatecznego. - Jedno nie daje mi spokoju – powiedział Mulder. – Pamiętasz, jak Murray wspomniał o ogłuszającym go pisku?- Tak i...- W latach sześćdziesiątych CIA prowadziło badania nad podporządkowaniem sobie jednostki ludzkiej, sprowadzając ją do roli marionetki... - Po co ktoś miałby kazać pleść Murray’owi te kłamstwa? - Żeby odwrócić uwagę od czegoś ważniejszego – odpowiedział. – Ten dźwięk mógł wyzwolić w nim zaprogramowane wcześniej sztuczne obrazy, coś co chciano aby zobaczył.- Myślisz, że mógłby mieć zaimplantowany odbiornik? – Zapytała ironicznie Scully. - Być może... – odpowiedział Mulder. – Nie wiem Scully, ale coś tu jest nie tak...- Po co ujawniali by cokolwiek o 412? - Kto wie, może to cel. A może tylko pomyłka, błąd, którego nie powinni byli robić...- Mulder...- Scully, musimy to sprawdzić...Dźwięk telefonu przerwał rozmowę. Mulder przez chwilę słuchał w milczeniu.

- Dzięki – powiedział kończąc. – O to właśnie chodziło.Scully spoglądała na niego wyczekująco. Agent uśmiechnął się i powiedział – Scully, mamy punkt zaczepienia.- O co chodzi?

- Później wszystko wyjaśnię, teraz muszę załatwić coś ważnego w muzeum Rautmanna!- Mulder!- Jedź do Murrey’a, musimy go pilnować...Scully wzruszyła ramionami spoglądając za wychodzącym Mulderem. Jak zwykle ich poglądy różniły się. Przecież wszystko było proste: Murray to pijak, który liczy na zysk z głupich historyjek o UFO, a w mieście nie działo się nic niezwykłego. Jednak Mulder, zawsze czytał między wierszami...Murray wytrzeźwiał już zupełnie. Siedzący przed nim mężczyzna poczęstował go papierosem, i powoli zaczynał docierać do niego sens tego co się działo. Mimo tego słowa tego faceta wydawały mu się jeszcze bardziej niedorzeczne niż wersja, którą on opowiedział prasie.

- Więc przybył pan z innej rzeczywistości, panie Mulder?Agent uśmiechnął się. - Tak – odpowiedział. – Przykro mi, że musiał pan przejść przez to wszystko...- John. Mów mi John – Murray wyciągnął dłoń. – To niesamowite! Wielu z mieszkańców miało tamtej nocy dziwne przygody. Cholera, o co tu chodzi?- John, ktoś z tej wersji świata otworzył przejście. Portal łączący wasz świat z jego innymi wersjami... Rzecz w tym, że nikt tutaj nie wie co się stało – to przypadek, o którym nie wiedzą nawet ludzie odpowiedzialni za te doświadczenia. Nie można więc zapobiec skutkom tego co się wydarzyło!- Ale jak... jak to się zaczęło?- Anomalia magnetyczna, być może gdzieś w pobliżu nastąpiło silne wyładowanie elektryczne... Nie wiem. Jedno jest pewne, ktoś tu wysłał falę o wysokiej częstotliwości, a katalizatorem był twój umysł. Właściwości twojego mózgu spowodowały otwarcie portalu. To być może przypadek, ale...- Jestem odpowiedzialny za to co się wydarzyło?- W pewnym sensie, tak – odpowiedział Mulder.- A pan? Co pan tu robi?- To również przypadek. Prowadziłem właśnie sprawę podobną do tej, jaką zajmował się tutejszy agent Mulder. Nasze światy są podobne. Razem z moją partnerką znaleźliśmy się w miejscu otwarcia portalu. Nie tylko my, zresztą...

- A to komando w muzeum?- To musiała być jedna z wersji wydarzeń – odpowiedział Mulder. – Nie mam pojęcia co nas jeszcze czeka.- Co może się zdarzyć?- Całkowity zanik granic czasoprzestrzennych, czyli koniec świata...- Jak temu zapobiec do cholery!?- Są dwie możliwości Albo zajdziemy miejsce skąd nadawane są fale, albo będzie musiał umrzeć John... Wydaje mi się, że twój mózg wciąż odbiera te fale i dokonuje transformacji...- Gówno! – Warknął Murray. – Musimy znaleźć tego kto to zrobił!- To nie będzie potrzebne – usłyszał dobiegający od drzwi głos. Kiedy spojrzał w ich kierunku dostrzegł trzech ubranych na czarno mężczyzn trzymający w dłoniach coś co przypominało pistolety. – Panie Mulder, panie Murray witamy na pokładzie nowej arki Noego... Długo szukaliśmy człowieka o pana możliwościach i szczęśliwy traf sprawił, że znaleźliśmy! Murray zobaczył jak Mulder pada na brudną podłogę Po chwili sam poczuł jak ogarnia go senność, a ostatnim dźwiękiem łączącym go z zewnętrznym światem był huk wystrzału. Potem odpłynął w ciemność. - Co pan myśli o Murray’u? – Zapytał Mulder nowego strażnika w muzeum. Stróż był starszym, rozmownym mężczyzną, pozbawionym w przeciwieństwie do reszty mieszkańców Whitehaven uprzedzeń w stosunku do swojego poprzednika. - Niech mnie pan posłucha – mówił. – Murray jest dobrym człowiekiem. To, że pije to wina jego żony i tych wszystkich, którzy odwrócili się od niego po tym wydarzeniu... - Murray mówił o spotkaniach ze zmarłymi. Wie pan coś o tym? - Ludzie mówią różne rzeczy, panie Mulder.- A pan coś widział?- Proszę mnie posłuchać – szepnął konspiracyjnie strażnik. – Niedawno w mieście pojawili się ludzie z FBI. Chodzili, wypytywali, zakazywali mówić o wszystkim co się widziało. Ja nie wierzyłem tym draniom, bo nijak nie wyglądali na federalnych...- Pozory mylą – przerwał mu Mulder. – Wie pan gdzie są ci ludzie? - Nie mam pojęcia, pojawili się i zniknę li, ale na pewno nie byli po właściwej stronie... - To piorunochron? – zapytał Mulder wskazując na sterczący na dachu muzeum długi na trzy metry maszt.- Eeee... raczej ozdoba... wie pan niby szabla, albo coś...Mulder skinął głową. Wiele rzeczy zaczynało do siebie pasować, jednak wciąż brakowało najważniejszego ogniwa: tego które zapoczątkowało bieg wydarzeń.- Dziękuję... – powiedział, kiedy rozbrzmiał odgłos telefonu. - Scully, gdzie jesteś?- Mulder – usłyszał w słuchawce. – Tu dzieją się naprawdę koszmarne rzeczy! Przyjedź natychmiast do mieszkania Murray...Kiedy Mulder opuścił posterunek policji, Scully skierowała się do mieszkania Murray. Wychodząc z budynku dostrzegła coś co zmroziło jej krew w żyłach. Po drugiej stronie ulicy stała, jakby oczekując na wyście agentki Melissa Scully. Dana przełknęła nerwowo ślinę i ruszyła w jej kierunku. Kobieta po drugiej stronie drgnęła, jakby nie była do końca zdecydowana, czy pozostać, czy uciekać.

- Melissa?! – Krzyknęła rozpaczliwie Scully. – Poczekaj!Kiedy Dana zbliżyła się, kobieta przytknęła palec do ust nakazując jej milczenie.

- Posłuchaj, nie jestem tą, za którą mnie bierzesz, rozumiesz?- Ale Melissa...- Nie nazywam się Melissa – odpowiedziała kobieta. – Musimy dostać się do mieszkania Johna Murray zanim stanie się coś strasznego...- Jezu Chryste, nie rozumiem.- To nieważne, musimy zapobiec katastrofie.Dana, pomimo iż nie mogła pojąć tego co się działo, ruszyła za kobietą wyglądającą dokładnie jak jej siostra, mimo iż ta nie żyła...

Kiedy dotarły dom domu, w którym mieszkał były strażnik, Melissa odezwała się. – U góry jest trzech mężczyzn z waszego świata. Mają mojego partnera i Murray. - Nasz świat? - Musimy przeszkodzić im w tym co zamierzają zrobić, później wszystko ci wyjaśnię. Powoli zaczęły wchodzić po schodach. Dla Scully zachowanie tej Melissy było zaskoczeniem. Kimkolwiek była ta kobieta, na pewno jej charakter diametralnie różnił się od charakteru jej siostry. Melissa wyciągnęła broń. Scully zrobiła to samo. Obie zatrzymały się przy drzwiach do mieszkania Murray'a. Dobiegły je odgłosy stłumionej rozmowy.

- Gotowa? – szepnęła Melissa.Scully skinęła głową i wtargnęły do pomieszczenia. W środku znajdowało się trzech ubranych na czarno mężczyzn, na podłodze leżał Murray i tęgawy mężczyzna w okularach.

- Nie ruszać się – warknęła Scully. – Rzućcie broń!Wszyscy trzej odwrócili się gwałtownie. Scully widząc trzymane w ich dłoniach pistolety nacisnęła spust. Do odgłosu jej strzałów dołączył huk z broni Melissy. Kilka sekund później wszyscy trzej leżeli martwi na ziemi. Melissa podbiegła do mężczyzny leżącego obok Murray'a. – Mulder? Jezu Chryste...

- Mulder? – Zapytała zdziwiona Scully. – O co chodzi?Melissa podniosła wzrok na Danę. Jej oczy były pełne łez.

- Nie żyją... Przyszłyśmy za późno...Scully sięgnęła po telefon, kręcąc z niedowierzaniem głową. Mulder w to nie uwierzy... Kilka godzin później Mulder i Scully z trudem starali zrozumieć się to co stało się w Whitehaven. Melissa odeszła tuż przed przyjazdem Muldera, prosząc Dane, aby ta nie podążała za nią. Scully sama nie wiedziała dlaczego pozwoliła jej odejść. Może przeżyła zbyt wiele. Może wszystko było snem. Mulder przeszukał leżących na ziemi mężczyzn. Tylko grubawy blondyn posiadał dokumenty. - Popatrz na to – powiedział Mulder podając Scully odznakę.- Mulder? – odpowiedziała Scully. – Pamiętam, że Melissa też go tak nazwała.- Melissa? - Mulder, naprawdę nie wiem co tu się stało, ale właśnie moja siostra pomogła mi załatwić tych trzech...- A co powiesz o tym – powiedział Mulder wręczając jej lekko pożółkłe zdjęcie. Scully przez jakiś czas przyglądała mu się z uwagą. – To ja. Miałam chyba wtedy sześć lat. Nie wiem tylko kim jest ten chłopak, nie pamiętam...- Przeczytaj opis na odwrocie.- “Samantha i Fox, domek na drzewie” – przeczytała Scully. – Nie, to nie możliwe!Mulder uśmiechnął się.- Sporządzę raport... - Ale Mulder...- Scully, chcesz wiedzieć co o tym myślę? – Zapytał widząc jej zakłopotany wzrok. Skinęła głową. – Otrzymałem informację, że tamtego wieczoru nad Whitehaven przeszła burza. Trwało to krótko, zbyt krótko, by zwracać uwagę na ten szczegół. A jednak od tego wszystko się zaczęło. Wyładowanie nastąpiło w wyniku uderzenia pioruna w maszt na kopule muzeum. Stąd zakłócenia, o których wspominał Murray.

- Ale skąd wzięli się ci...

- Ktoś wysłał falę o wysokiej częstotliwości, takiej samej jakiej używano przy projekcie filadelfijskim. Falę wysłano w ciemno, zdając na łaskę losu to co się stanie. Umysł Murray'a dysponował pewnymi właściwościami, których nie jestem w stanie wyjaśnić. Wystarczyło jednak, aby otworzył przejście między innym wymiarem...

- Mulder, chcesz powiedzieć, że Melissa i ten Mulder...

- ...oraz reszta “nieumarłych”, których widziano w mieście – podjął Mulder. – To nasze wersje z innej, alternatywnej rzeczywistości.

- To niemożliwe... – szepnęła Scully.

- Sama widziałaś - powiedział podając jej dokumenty drugiego Muldera. – Jest pewien zabawny szczegół. Spójrz na stan cywilny mojego odpowiednika...

Scully przeczytała, krzywiąc z niesmakiem twarz – “Żonaty, żona Dana Scully”...

Kostnica w Whitehaven, dwa dni później.

Dwoje ubranych na czarno mężczyzn pokazało odznaki. Byli z FBI, więc strażnik Bob Kowalsky nie zadawał pytań. Wskazał im szufladę, o którą pytali. Mężczyźni otworzyli ją i przenieśli zwłoki na nosze. Skinąwszy głowami, opuścili kostnicę zabierając zwłoki Johna Murray. Kiedy wychodzili Bob usłyszał tylko – Po cholerę musimy dźwigać tego palanta, skoro potrzebny jest nam tylko jego mózg?

By MuadDib2